sobota, 11 kwietnia 2015

Kim byłeś, Azraelu?

Słowo honoru, że plan był zupełnie inny, tak się jednak porobiło, że trzeba było gwałtownie zmienić temat i to mimo tego, że o zmarłych – z wyjątkiem oczywiście Wojciecha Jaruzelskiego, Adolfa Hitlera, Włodzimierza Lenina, Myry Hindley, Floriana Siwickiego, Heleny Wolińskiej, Edmunda Kolanowskiego, Jerzego Vaulina, doktora Menegle, Józefa Stalina, Kaliguli i tych kilku jeszcze, co wciąż jakoś ciągną – mówi się wyłącznie albo dobrze, albo w ogóle, tylko co robić w sytuacji, kiedy nie mówić nie wypada, a mówić dobrze tym bardziej? Albo jeszcze inaczej: co robić w sytuacji, gdy mówić źle nie wolno, nie mówić stanowi uderzającą małostkowość, a gdzie się człowiek nie obejrzy, wszyscy gadają i to wyłącznie dobrze? Jakby się czegoś najedli.
Zmarł bloger Azrael, tym, którzy wolą jednak wiedzieć, z kim mają przyjemność, znany jako Azrael Kubacki, a tak naprawdę, jak się dziś okazuje, zwykły Jacek Gotlib, i najpierw o jego odejściu informuje znana nam aż nazbyt dobrze posłanka Platformy Obywatelskiej Ligia Krajewska, za Krajewską Onet, za Onetem „Wyborcza”, za „Wyborczą” poseł Andrzej Rozenek, za Rozenkiem TVN24, za TVN-em ambasador Stanów Zjednoczonych, za ambasadorem Igor Janke, no a dalej to już wszelka możliwa internetowa drobnica. Kolejność zresztą mogła być nieco inna, ale jakież to ma znaczenie w obliczu majestatu śmierci, zwłaszcza gdy nikt z płaczących nawet nie wydusi z siebie imienia Latającego Potwora Spaghetti, wszyscy natomiast wciąż nudzą na temat jakiegoś „Boga”.
Po raz pierwszy dowiedziałem się, że Azrael jest chory, kiedy Donald Tusk, aby pokazać, jaki jest otwarty na głos niezależnej opinii, zaprosił do siebie wybranych blogerów i tam, obok między innymi naszego kumpla Rybitzky’ego pojawił się z obandażowaną głową Azrael właśnie, a informacja była taka, że jego pojawienie się na gwizdek premiera Tuska było szczególnym wyrzeczeniem, bo ledwo co miał on ową głowę operowaną i właściwie, zamiast się lansować, powinien leżeć. Drugi raz usłyszałem o Azraelu – nie o jego chorobie, ale w ogóle o Azraelu – parę tygodni temu, kiedy blogerka Jankowska poinformowała w Salonie24, że właśnie ów Azrael do niej dzwonił i poprosił, by wszystkich pozdrowić, bo on być może będzie za chwilę umierał. Ponieważ zdziwiło mnie to, że ktoś taki jak Azrael ma numer do Jankowskiej, postanowiłem sprawdzić, co u niego, gdy chodzi o blogowanie, trafiłem na blog, który, jak się okazuje, on w najlepsze w tajemnicy przed światem prowadził i zwróciłem uwagę na trzy rzeczy: pierwsza to taka, że on faktycznie od czasów, kiedy się znaliśmy, nie przestał pisać, druga taka, że jego już praktycznie nikt nie czytał, no i że jest członkiem tak zwanego Kościoła Latającego Potwora Spaghetti i chodzi w durszlaku na łbie.
Dziś wiem już, że się myliłem, lub raczej miałem informacje bardzo niepełne. Otóż on faktycznie gadać nie przestał, faktycznie nosił ten durszlak, rzeczywiście nikt go nie słuchał, natomiast radził sobie do tego stopnia fantastycznie, że nie tylko Jadwiga Jankowska była jego koleżanką, nie tylko regularnie bywał w rezydencji ambasadora Stanów Zjednoczonych, to jeszcze kiedy umarł, głos musiały zabrać wszystkie główne polskie media z przyszłym prezydentem Andrzejem Dudą na dokładkę.
Umarł Azrael, a ja dziś z jednej strony słyszę, że większość zwykłych komentatorów w ogóle nie ma pojęcia, że ktoś taki kiedykolwiek istniał, a z drugiej cały mainstream krzyczy, że zmarł jeden z najsłynniejszych i najznakomitszych blogerów, i czuję, że nie mogę milczeć. Pozwolę więc sobie może najpierw przypomnieć notkę, jaką na jego cześć zamieściłem w swoim „Elementarzu”:
Azrael – O tym blogerze, podobnie jak o Katarynie czy Matce Kurce, usłyszałem jeszcze zanim zacząłem sam blogować. Może nawet jeszcze zanim się na dobre zorientowałem, co to takiego są te blogi. A więc kiedy przyszedłem do Salonu24, teksty Azraela były jednymi z pierwszych, które czytałem. I przyznam uczciwie, że intensywność tego głupstwa zrobiła na mnie takie wrażenie, że postanowiłem pod każdą kolejną jego notką zostawiać komentarz zaczynający się od słów ‘Azraelu, o Azraelu!’, a stanowiący wezwanie do opamiętania. Azrael nie opamiętał się nigdy, tyle tylko, że podczas przyjęcia z okazji trzecich urodzin Salonu, kiedy spokojnie gawędziłem sobie z Redpillem przy piwie i golonce, podszedł do nas z blogerem Ziggim i bardzo mnie prosił, żebym przyznał, że to co ja piszę, to taki żart i prowokacja. Obaj byli tak natarczywi, że zmuszony byłem ich poprosić, by się ode mnie i mojej golonki odpieprzyli. O dziwo, niższy niż można przypuszczać”.
A teraz, byśmy do końca wiedzieli, w czym rzecz, notka na temat owego Ziggiego, który do czasu gdy zmarł Azrael był mniej więcej tak samo sławny i wybitny jak on, no a dziś, wiadomo, tu ambasador, tam TVN, tam Gazownia, tu Duda, a więc żartów nie ma:
Ziggi – Kiedy zacząłem prowadzić bloga, on już tam był. Wyjątkowo niesympatyczna postać. Pisał chyba dość dużo, raczej kiepsko, za to poziom zimnej nienawiści budził zawsze pewne zainteresowanie. Ktoś go kiedyś wytropił na blogu byłych pracowników SB, a więc możliwe, że to ktoś od nich. Spotkałem go na trzecich urodzinach Salonu. Akurat stałem sobie w ubikacji i siusiałem do pisuaru, gdy on mnie zaszedł od tyłu i zaczął mnie wypytywać o moje poglądy i ich szczerość. Przepędziłem go, a on jeszcze parę razy wracał. Ostatni raz z Azraelem. Więcej już go nie spotkałem”.
A więc tak to było. Dziś, skoro jest po temu okazja, podzielę się jeszcze jedną refleksją, której w „Elementarzu”, nie wiedzieć właściwie czemu, nie ujawniłem. Otóż, kiedy Azrael przyszedł do mnie wówczas z owym Ziggim i zaczęli mi jeden przez drugiego tłumaczyć, że ja jestem za dobry, żeby się tak marnować, autentycznie się wystraszyłem. Wystraszyłem dokładnie tak samo, jak wiele, wiele lat wcześniej, kiedy zostałem wezwany na Komendę Milicji Obywatelskiej w Sosnowcu z propozycją współpracy. Wystraszyłem się, ponieważ to co mówili, jak wyglądali i jak się zachowywali wskazywało na to, że to są zwykli milicjanci.
Dziś Azrael nie żyje, a ja czytam na Twitterze wspomnienie ambasadora Stanów Zjednoczonych o tym, jak ów Azrael jeszcze w grudniu minionego roku był u niego w rezydencji z wizytą. A potem widzę, jak oni dotarli aż do Andrzeja Dudy i myślę sobie, że muszę dać świadectwo, a ono jest takie, że Azrael to członek Kościoła Latającego Potwora Spaghetti, którego blog rejestrował jakieś 100 do 200 odsłon dziennie, a którego dziś żegnają wszyscy, i ja, cholera ciężka, nie jestem w stanie pojąć, kim on był. I nie ma mowy, bym zakończył ten tekst czymś w rodzaju „Niech Dobry Bóg przyjmie go do Swojego Królestwa”, bo wiem na pewno, że jedno tego typu słowo, a dzisiejszej nocy obudzę się z wrzaskiem. I to będzie jego robota. Ponieważ jednak głupio jakoś tak kończyć na sucho, pragnę skierować apel do opłakujących Azraela współwyznawców: zdejmijcie z łbów te durszlaki. One ewidentnie szkodzą na głowę.



Jeśli ktoś się zainteresował, „Elementarz” jest do nabycia w księgarni pod adresem: http://coryllus.pl/?page_id=69 za jedyne 15 zł. plus przesyłka. Do niego można domówić choćby książkę o języku angielskim, lub rock and rollu i wyjdzie taniej.




piątek, 10 kwietnia 2015

Wybieramy zdrowie, bezpieczeństwo i OlivoCap na nadmiar woskowiny

We wczorajszym tekście przypomniałem opowieść przedstawioną przez Łukasza Ewangelistę o tym, jak to po zesłaniu na nich Ducha Świętego, uczniowie Jezusa niemal w jednej chwili nie dość że zaczęli wokół siebie gromadzić autentyczne tłumy, to jeszcze tłumy gotowe naprawdę na wszystko. Opowiada Łukasz, jak to od pierwszego dnia, gdy Apostołowie zaczęli nauczać o Zbawieniu, Żydzi tysiącami wyprzedawali majątki, porzucali swoje domy i, nie pytając już o nic, szli za nimi. I oto pewnego dnia pojawił się człowiek imieniem Annaniasz, położył u stóp Uczniów, jak mówił, wszystko co miał i zadeklarował chęć przyłączenia się do Kościoła. Ponieważ jednak okazało się, że Annaniasz pewną część wspomnianego majątku ukrył, a tym samym jego intencje zostały skompromitowane, musiał umrzeć.
Przedstawiłem ów tekst, proponując, byśmy się wspólnie zastanowili, dlaczego Annaniasz, skoro tak naprawdę jego przekonanie co do świętości nowej wiary było mocno ograniczone, postanowił się tam zaangażować i to wręcz ryzykując własnym majątkiem. Czy może dlatego, że uznał, że całe to chrześcijaństwo jest atrakcyjne towarzysko, czy może, że każdy zainwestowany grosz, przyniesie mu dwa, lub trzy kolejne, czy może czuł, że to tam właśnie jest przyszła władza, a może kierowało nim jeszcze coś innego. Tak naprawdę nie wiemy nic, natomiast pewne jest to, że on tam przyszedł z nie do końca czystymi intencjami i za to spotkała go śmierć.
Muszę się tu teraz przyznać do pewnej manipulacji. Otóż kiedy pisałem wczorajszą notkę, miałem już gotową pewną teorię, tyle że pomyślałem sobie, że zrobię tak iż najpierw przedstawię problem, dam sobie i innym czas na zastanowienie, a potem opowiem o tym, co sam wymyśliłem, gdy chodzi o motywy, jakimi mógł się kierować ów biedny Annaniasz. A zaczęło się od tego, że córka moja przyniosła do domu świąteczny numer „Gościa Niedzielnego”, w którym oczywiście znaleźliśmy całe mnóstwo fascynujących wręcz artykułów, zaczynając od wywiadu z Grzegorzem Górnym o tym, „co czuje dziennikarz stojący przed legendarnym Graalem i tuniką w której chodził pocący się krwią”, przez rozmowę z Romualdem Szeremietiewem o tym oczywiście, „co by się stało gdyby Polska granicę przekroczyły obce wojska”, po stały felieton Wojciecha Wencla, w którym prosi on Boga o wstawiennictwo przed hejterami. Mnie jednak uderzyło coś zupełnie innego, mianowicie reklamy. Proszę popatrzeć. To jest zaledwie jeden numer:
„Przesilenie wiosenne? Jak skutecznie wzmocnić organizm i przywrócić energię ‘Bodymax 50+’”;
„Na lepsze krążenie ‘Venoforton’”;
„Wczasy zdrowotne w Przytkowicach z dietą dr med. Ewy Dąbrowskiej”;
„Pienińska Uzdrowiskowa Klinika Rehabilitacji i Leczenia Bólu im. Św. Ojca Pio - terapia - zespoły bólowe kręgosłupa - pakiet 7 dni”;
„Liść Oliwnego Gaju ‘Biblijne zioło’”;
„Usiądziesz z wrażenia bez bólu i pieczenia ‘Hemorol’”;
„’Traumon’ - usuwa ból z miejsca;
„’KineTex’ - siła natury w walce z bólem;
„Klinika 2000 - operacje zeza u osób dorosłych - Wesołego Alleluja!”
„Rekolekcje z Postem Daniela wg. dr Ewy Dąbrowskiej”;
„Pomoc dla stawów ‘Rheumafort’”;
„Produkty bonifaterskie: Hepatofratin Forte - zakonna mieszanka ziół zawierająca miętę, mniszek i kmin, które wspomagają trawienie i łagodzą uczucie pełności - karczoch wspiera pracę wątroby i przyczynia się do prawidłowego funkcjonowania dróg żółciowych”;
„’Antinervinum’ - przywraca spokój”;
„Nowość: ‘Colahial’ - kolagen z kwasem hialuronowym - materiał budulcowy stawów, więzadeł, ścięgien, mazi stawowej;
No i na koniec dwie oferty już bardzo poważne:
„Centrum Ziołolecznictwa Ojca Grzegorza Sroki - wspomaga ukrwienie mózgu, pamięć, koncentrację oraz prawidłowy słuch i równowagę - ochrona siatkówki oka w jaskrze, cukrzycy, nadciśnieniu, zaćmie i AMD - nerwica, bezsenność - katar alergiczny - kuracja przeciwzmarszczkowa - astma oskrzelowa - niedokrwienie serca, nadciśnienie tętnicze, cholesterol - reflux, zgaga - na żołądek i dwunastnicę - na zdrową prostatę, poprawa witalności – klimakterium - pomocniczo w cukrzycy – nadwaga - wspomagająco przy nowotworach - infekcje dróg moczowych, kamica - niestrawność, wzdęcia, wspomaganie wątroby, zaparcia - łuszczyca; na stawy i kręgosłup, osteoporoza”;
„Akademia kulinarno-duchowa – zapraszamy do wspólnego gotowania (15 godzin nauki pod okiem szefa kuchni), do wspólnej modlitwy (Msza Święta, adoracja towarzyszenie duchowe), do odpoczynku (basen, sauny, siłownia, grota solna, kijki, rower) - Najbliższe kursy przygototwania wybranych kuchni: ‘Nowe trendy w kuchni polskiej’, ‘Potrawy z nowalijek’, ‘Kuchnia wegetariańska’, ‘Dieta pełnowartościowa’”.
To wszystko firmowane przez Ojców Pallotynów, a ja, choć wciąż chciałbym wiedzieć, co to za cuda się dzieją w tej skalnej grocie, już się tylko zastanawiam, czemu tam nie ma kursu jogi, lub choćby zwykłej medytacji.
Jeśli jednak ktoś myśli, że zamierzam tu szydzić z ludzi, którzy z jednej strony handlują cudownymi środkami na wszelkie dolegliwości, począwszy od prostego refluxu, a kończąc na prostacie, czy że kieruję pretensje do „Gościa Niedzielnego” o to, że zamiast, tak jak tygodnik „W Sieci”, brać pieniądze od Kulczyka, robi interesy z jakąś dr med. Ewą Dąbrowską, czy producentem „biblijnego zioła”, myli się bardzo. To bowiem, co mnie tu ciekawi najbardziej, to zjawisko, które przebija się w niemal wszystkich z tych ogłoszeń, choć chyba najdobitniej zamanifestowało się w tym o treści: „’Klinika 2000’ - operacje zeza u osób dorosłych - Wesołego Alleluja!
To jest bowiem ten rynek, ta polityka i ten target. I to jest też sposób, w jaki oni nas widzą. Przychodzą tu do nas rozglądają się ciekawie, wyciągają pudełko z czymś w środku i wołają: „A może coś na zeza, ewentualnie zgagę?”, a już chwilę potem dodają „Wesołego Alleluja”. Oni wszyscy. Obawiam się, że wszyscy. I ci tu z tymi swoimi lekarstwami na nasze zwykłe ludzkie dolegliwości, ale też tamci ze swoją ofertą na nasz głód pokoju i bezpieczeństwa, na nasze różnego rodzaju leki, przed biedą, utratą pracy, chaosem, wojną, na nasze pragnienie by wreszcie było normalnie. Przychodzą tu i wciskają nam swój towar. Pobożni domokrążcy. I już ani słowa, bo naprawdę boję się, że kogoś niesprawiedliwie skrzywdzę. A jak wiemy, nie ma nic gorszego, niż niezasłużona krzywda.

Przypominam, że w przyszły weekend przez dwa dni będę w Warszawie ze swoimi książkami na Targach Wydawców Katolickich. Jeśli ktoś mieszka niedaleko, proszę przyjść i mnie sprawdzić, czy przypadkiem zamiast tych książek, nie próbuję sprzedawać „Olivo Cap” na nadmiar woskowiny. Jeśli natomiast wszystkich, którzy są daleko od Warszawy, zwłaszcza tam, gdzie targów nie ma, a więc w Przemyślu, Poznaniu, Częstochowie, Szczecinie, Kaliszu, czy Bydgoszczy, zapraszam do księgarni na stronie http://coryllus.pl/?page_id=69.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Ile można dostać za żarty z Ducha Świętego?

Jak pewnie wszyscy wiemy, po śmierci Jezusa, a następnie po Jego odejściu, Uczniowie zostali sami w sensie zarówno dosłownym, jak i symbolicznym. Zaufali Mu do końca, oddali Mu całe swoje życie i nagle, kiedy Go zabito – a nawet już wcześniej, kiedy Go pojmano i poddano niewyobrażalnym mękom – poczuli, że zostali wyłącznie z własnym strachem. Widzieli Go, rozmawiali z Nim, byli świadkami cudów, które czynił, wreszcie – już po śmierci i zmartwychwstaniu – dostali okazję, by stanąć wobec całej prawdy, a mimo to, nie uwierzyli. Dopiero gdy Pan zesłał na nich Ducha Świętego, poczuli moc. Tę moc.
Ja wiem, że tu, wśród czytelników naszego bloga, jest wystarczająco dużo osób prawdziwie pobożnych, dla których rozmowa o naszej wierze jest równie fascynująca, jak dla mnie o przedimkach, ponieważ jednak w czasie minionych Świąt dokonałem pewnej obserwacji, chciałem się nią podzielić. Tak się złożyło, że parę dni temu siadłem i poczytałem sobie Dzieje Apostolskie, a w nich następujący fragment, dotyczący właśnie tego pierwszego momentu, kiedy Apostołowie poczuli Ten Wiatr:
Po tej modlitwie zadrżało miejsce, na którym byli zebrani, wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym i głosili odważnie słowo Boże. 32 Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne. 33 Apostołowie z wielką mocą świadczyli o zmartwychwstaniu Pana Jezusa, a wszyscy oni mieli wielką łaskę. 34 Nikt z nich nie cierpiał niedostatku, bo właściciele pól albo domów sprzedawali je 35 i przynosili pieniądze /uzyskane/ ze sprzedaży, i składali je u stóp Apostołów. Każdemu też rozdzielano według potrzeby. 36 Tak Józef, nazwany przez Apostołów Barnabas, to znaczy Syn Pocieszenia, lewita rodem z Cypru, 37 sprzedał ziemię, którą posiadał, a pieniądze przyniósł i złożył u stóp Apostołów.
5 1 Ale pewien człowiek, imieniem Ananiasz, z żoną swoją Safirą, sprzedał posiadłość 2 i za wiedzą żony odłożył sobie część zapłaty, a pewną część przyniósł i złożył u stóp Apostołów. 3 Ananiaszu - powiedział Piotr - dlaczego szatan zawładnął twym sercem, że skłamałeś Duchowi Świętemu i odłożyłeś sobie część zapłaty za ziemię? 4 Czy przed sprzedażą nie była twoją własnością, a po sprzedaniu czyż nie mogłeś rozporządzić tym, coś za nią otrzymał? Jakże mogłeś dopuścić myśl o takim uczynku? Nie ludziom skłamałeś, lecz Bogu. 5 Słysząc te słowa Ananiasz padł martwy. A wszystkich, którzy tego słuchali, ogarnął wielki strach. 6 Młodsi mężczyźni wstali, owinęli go, wynieśli i pogrzebali. 7 Około trzech godzin później weszła także jego żona, nie wiedząc, co się stało. 8 Powiedz mi - zapytał ją Piotr - czy za tyle sprzedaliście ziemię? Tak, za tyle - odpowiedziała. 9 A Piotr do niej: Dlaczego umówiliście się, aby wystawiać na próbę Ducha Pańskiego? Oto stoją w progu ci, którzy pochowali twego męża. Wyniosą też ciebie. 10 A ona upadła natychmiast u jego stóp i skonała. Gdy młodzieńcy weszli, znaleźli ją martwą. Wynieśli ją więc i pochowali obok męża. 11 Strach wielki ogarnął cały Kościół i wszystkich, którzy o tym słyszeli 12”.
Kiedy to przeczytałem, przyznaję, że poczułem niepokój, jaki zwykle czuję, kiedy słyszę, że ktoś został potraktowany w moim odczuciu wyjątkowo surowo – zbyt surowo – a ja nie wiem, czy on w ogóle wiedział, za co oberwał. Żyje sobie bowiem ów Ananiasz z żoną, mają jakiś tak majątek, powodzi im się zapewne nie najgorzej, i oto któregoś dnia dowiadują się, że w mieście pojawili się ludzie głoszący Słowo Boże, a robią przy tym tak wielkie wrażenie, że wszyscy dookoła sprzedają wszystko to co mają i wszystko co mają przekazują na rzecz wspólnoty. Postanawia więc, że pójdzie, posłucha, co się tam mówi, uznaje, że propozycja jest interesująca, sprzedaje majątek i to co otrzymał, owszem, oddaje wspólnocie… tyle że, powiedzmy z wyjątkiem drobnego kawałka, na czarną godzinę. No i za tę swoją zapobiegliwość dostaje w łeb. Wspólnie z żoną.
Powtórzę: kiedy to po raz pierwszy przeczytałem, zdębiałem. Podzieliłem się swoimi wrażeniami z rodziną i oni, podobnie jak ja, poczuli pewien dyskomfort. No bo my oczywiście wiemy, że z kimś takim jak Apostołowie lepiej nie cwaniakować, jednak bez przesady. Śmierć to, jak by nie było, rozwiązanie ostateczne.
I w tym momencie zacząłem myśleć. No bo zastanówmy się: czy ktoś temu Ananiaszowi kazał sprzedawać majątek i przyłazić do Apostołów z tymi pieniędzmi? Nie sądzę. On zrobił to co zrobił z własnej, niewymuszonej inicjatywy. Powstaje więc pytanie, dlaczego się tak zachował? Dlaczego uznał, że dobrze będzie przyłączyć się do nowego ruchu? Oczywiście mogło być tak, że on wysłuchał jednego, czy dwóch super kazań i go wciągnęła atmosfera. No ale trochę trudno sobie wyobrazić, by dla paru krótkich dreszczy człowiek, jak by nie było jakoś tam poukładany, gotów był ryzykować częścią, i to jak się zdaje dość znaczną, swojego majątku. A więc może nie chodziło o nastrój chwili, lecz o prawdziwe objawienie? Może on wsłuchał się w głos Jezusa Zmartwychwstałego i odzyskał wzrok? No, może, tyle że skoro tak, to po jakie licho wciąż kalkulował?
Otóż jedyne wytłumaczenie tego postępowania znajduję w tym, że on najprawdopodobniej potraktował to co zobaczył, jako dobrą okazję do inwestycji. Ja tylko potrafię zgadywać, co się tam działo, kiedy napełnieni Duchem Świętym uczniowie zadawali tam szyku, a wrażliwy lud faktycznie rzucał wszystko i szedł oddawać cześć Jezusowi Zmartwychwstałemu. To musiało być coś nieporównywalnego z niczym, czego mieliśmy okazję sami doświadczać, ale też z tym, co sobie potrafimy jedynie wyobrazić. I na to przychodzi pewne małżeństwo i oświadcza, że są pod wrażeniem i też, jak inni, chcą oddać wszystko co mają na dobro tego… jak mu tam? Chrześcijaństwa. No i skoro już o tym mowa, to chcieliśmy się od razu ochrzcić.
I za to spotkała ich śmierć. Bez żadnej dyskusji, bez jakichkolwiek zbędnych słów. Bez dodatkowego czasu na zakończenie tego, co rozpoczęte.
Mam już swoje lata i znam ludzi spod najróżniejszych gwiazd. Niektórych z nich spotkałem osobiście, część z nich znam tak, jak znamy ich wszyscy. Otóż wśród nich jest z całą pewnością wielu takich, którzy, gdyby zdarzyło im się stanąć oko w oko z sytuacją, gdzie należałoby oddać Jezusowi wszystko – oddaliby Mu wszystko. I ja mam do nich szacunek najwyższy, bo sam nie wiem, jak ja bym się zachował w momencie próby. Znam też takich, którzy wprawdzie są z Jezusem za pan brat, jednak po przeczytaniu wyżej zacytowanego fragmentu z Pisma, powiedzieliby, że tak to właśnie jest z Kościołem – on biednemu nie daruje złamanego grosza. Ale też dziś myślę o tych, i to wśród ludzi mi absolutnie najbliższych, którzy Jezusowi, a już na pewno tym, którzy w Jego imieniu przemawiają, nie daliby złamanego grosza, bo uważają Go za oszusta i naciągacza.
Znam jednak też i takich, którzy, tak jak ów nieszczęsny Ananiasz i jego żona, próbują cwaniaczyć. Sami są na tyle mądrzy, by wiedzieć, że człowiek rozsądny stara się zawsze mieć kilka osobnych furtek, z których, nawet gdy większość okaże się zamknięta, wciąż będzie można skutecznie skorzystać i tę swoją mądrość realizują na co dzień. W przestrzeni, która nas tu dziś interesuje, mam na myśli ludzi, którzy z różnych powodów uznali, że warto postawić na Jezusa, i im więcej im ta gra przynosi korzyści, tym bardziej są przekonani, że warto było. Jako człowiekowi z natury łagodnemu i pełnemu naturalnego współczucia niezręcznie jest to mówić, ale, jak naucza Pismo Święte, litości nie będzie i, jak sądzę, prędzej zostanie zbawiony mój brat, który uważa, że Katechizm to bełkot, niż którykolwiek z nich.
Ktoś pomyśli, że ja tu czynię aluzję to człowieka nazwiskiem Cezary Michalski, który od czasu, gdy to wszystko się zaczęło, przeszedł bardzo długą drogę, a dziś przez swoje świadectwo sprawia, że stajemy struchlali. Otóż nie. Ja, w momencie gdy zaczynałem pisać ten tekst o Michalskim nawet nie myślałem. Dla mnie on jest już od dawna po drugiej stronie. Myślę natomiast o tych, którzy kręcą się dziś wśród nas i twierdzą, że w sumie oddali więcej, niż ktokolwiek z nas. Co ja mówię, więcej? Wszystko! Miejmy na nich oko, zwłaszcza w obliczu nadchodzących wyborów, i to bez względu na to, czy stoją tam, czy tu. Przyjrzyjmy się i tym dwojgu, jak będą sobie znów smacznie przysypiali podczas rocznicowego nabożeństwa, ale też i tym, którzy w swoim ulubionym kościele będą pokazywać, jak siedzą zasłuchani i pełni wiary. Bo kiedy już przyjdzie czas zapłaty, może pójść na ostro.

Jeśli ktoś mieszka w Warszawie lub w okolicy, z przyjemnością zapowiadam, że w następny już weekend 18 i 19 kwietnia będę na Tragach Wydawców Katolickich pod Zamkiem. Będzie więc możliwość pogadania i kupienia książek z dedykacją. Jeśli komuś jednak do Warszawy jest za daleko, zapraszam na stronę http://coryllus.pl/?page_id=69, gdzie można zamawiać każdą z moich książek. Wciąż mamy końcówkę nakładu obu „Toyahów”. Polecam serdecznie.

środa, 8 kwietnia 2015

O strachu, wynikającym z obywatelskiego poczucia obowiązku

Jak już tu chyba kiedyś wspominałem, z Facebooka nie korzystam i, jak wiele na to wskazuje, korzystać już nie będę. Owszem, mam tam uruchomione dwa konta, jeszcze od czasu, gdy wydawało mi się, że coś z tego będzie, ale wszelki zapał opuścił mnie właściwie w pierwszych dniach, a wszystko, co było dalej, to już tylko stopniowy upadek, i tam dziś panuje niemal idealny bezruch. Prawdą jest natomiast, że dla moich dzieci Facebook to bardzo ważna część życia w tym sensie, w jakim dla wielu z nas bardzo ważną częścią naszego życia jest Internet. To zresztą jest ich, a nie mój koncept. Kiedyś zwróciłem się do córki z pytaniem, czemu Facebook, na co ona mi odpowiedziała, że w Facebooku jest cały Internet. Oczywiście, dla mnie, jak wiemy, cały Internet jest poza Facebookiem, ale tu chodzi o to, że oni nie wchodzą do Internetu inaczej, jak przez owego Facebooka. Chodzi o to, że jeśli któreś z nich przychodzi do mnie ze swoim telefonem, tabletem, czy laptopem, żeby mi pokazać jakąś ciekawostkę, to ja wiem na 101 procent, że ona czy on doszli do tego co tam niosą, przez Facebooka. Można wręcz podejrzewać, że gdyby nie Facebook, to dla nich Internet przestałby praktycznie istnieć… no może poza tym blogiem.
Weźmy więc na przykład internetową stronę śląskiej policji. Czy jest może tak, że moje dzieci siedzą przy swoich komputerach i na bieżąco sprawdzają, co tam nasza policja ma do roboty? Oczywiście, że nie. A jednak stało się tak, że w niedzielę syn mój opowiedział mi o zdarzeniu, o którym sam przeczytał na owym policyjnym portalu, no a doszedł do tego oczywiście dzięki Facebookowi. A ja nie mam dziś żadnego innego wyjścia, jak tylko przyznać, że ten cały Facebook ma jednak w sobie to coś.
A było tak, że którejś z minionych nocy ulicą Plebiscytową w Katowicach szedł sobie jakiś spóźniony 20-letni obywatel, do którego podszedł inny obywatel, lat 25, zaciągnął do pobliskiej bramy, kazał opróżnić kieszenie i zabrał mu telefon komórkowy. Standard? Owszem. Jednak od tego momentu sprawy potoczyły się zupełnie niestandardowo i jeśli ktoś myśli, że ja sobie robię przysłowiowe jaja, to jest w błędzie. Wszystko jest do przeczytania tu: http://katowice.slaska.policja.gov.pl/k14/informacje/wiadomosci/139196,Nie-ukradne-ci-tego-telefonu-Zaraz-ci-go-oddam.html?search=9516.
Otóż napastnik najpierw zabrał mu telefon, następnie opowiedział mu wzruszającą historię swojego życia, po czym nieoczekiwanie zapewnił chłopaka, że nie ma się czego bać, bo on złodziejem nie jest i mu ten telefon zaraz odda. Tyle że zrobi to tak, że pójdzie teraz na piętro do siebie do domu, a następnie zrzuci chłopakowi telefon przez okno. Chłopak ma czekać na dole i pod żadnym pozorem nie wzywać policji, bo nie dość, że telefonu nie odzyska, to tamten go normalnie zabije. Ot tak. Facet poszedł na górę, chłopak czekał, po chwili na którymś tam piętrze otworzyło się okno, pokazała się głowa, rozległ się okrzyk „łap”… jednak nic nie spadło. Kiedy chłopak zawołał, że telefonu nigdzie nie ma, człowiek w oknie poprosił, by ten na niego poczekał, to on za chwilę zejdzie na dół i pomoże mu telefon znaleźć. Jak obiecał, tak zrobił i tym razem obaj zaczęli szukać, oczywiście bezskutecznie. Człowiek z okna zapewnił jednak chłopaka, że on telefon z całą pewnością zrzucił, ale najwidoczniej ktoś go w międzyczasie znalazł i zabrał. Na dowód, że nie kłamie, pokazał cztery inne telefony, z których żaden nie był telefonem chłopca. Mężczyźni pożegnali się, człowiek z czterema telefonami wrócił do siebie na piętro, a chłopak poszedł prosto na policję, która w ciągu paru chwil złodzieja odnalazła i zamknęła.
Dziwne? Owszem. Przyznaję, że ja z tego też nic nie rozumiem, jednak nie to jest powodem, dla którego w ogóle o tym opowiadam. Rzecz bowiem polega na tym, że jeśli powyższą historię potraktować, jako przypowieść i odnieść ją do tego, z czym mamy do czynienia w skali ogólnospołecznej, w odniesieniu do spraw, którymi się tu pasjonujemy najmocniej, a więc do polityki, to musimy sobie uświadomić, że ci z nas, którzy 10 maja pójdą na wybory i zagłosują na Bronisława Komorowskiego, jeśli czymkolwiek się różnią od tego dziwnego chłopaka obrabowanego z telefonu, to wyłącznie na niekorzyść. Przepraszam bardzo, ale on przynajmniej poszedł na policję i się poskarżył. W pewnym momencie otrząsnął się z owej nieprawdopodobnej wręcz hipnozy, walnął się w łeb i poszedł na najbliższy komisariat policji. Jestem pewien, że niektórzy z nas – przyznajmy, że robieni w trąbę nie tylko przez Komorowskiego i jego towarzystwo, ale przez całą obecną władzę, i to w sposób nie mniej drastycznie bezczelny – gdyby się znaleźli w sytuacji tego chłopaka, nie dość, że uznaliby, że dla świętego spokoju lepiej się o głupi telefon nie awanturować, to gdyby ten kosmita im kazał na siebie zagłosować przy okazji najbliższych wyborów, bo inaczej on o wszystkim się dowie i zdrajców pozabija, oni by – również dla świętego spokoju – na niego zagłosowali.
Niedawno – też dzięki Facebookowi, naturalnie – oglądałem nakręcony kamerą wideo sondaż na ulicach Warszawy, podczas którego przypadkowi ludzie mieli odpowiedzieć na dwa pytania: pierwsze, na kogo zagłosujesz w majowych wyborach, a drugie – dlaczego. I proszę sobie wyobrazić, że niemal każdy z wyborców Bronisława Komorowskiego, niezależnie, czy stary, czy młody, czy kobieta, czy mężczyzna, czy bardziej czy mniej elokwentny, odpowiadał, że dlatego na Komorowskiego, bo on akurat gwarantuje, że nie będzie gorzej. Oni zdecydowali się głosować na Komorowskiego nie dlatego, że jest mądry, ładny, waleczny, uczciwy, prawdomówny, współczujący, dowcipny, wykształcony, że jest patriotą, albo prawdziwym Europejczykiem, religijnym, czy choćby i bezbożnym – nic z tego. Jedynym wymaganiem kierowanym wobec niego, jedyną tak naprawdę aspiracją, jaka żyli ci ludzie, było to, by ktoś im obiecał, że nie będzie gorzej. Niektórzy jeszcze mówili, że dlatego Komorowski, że poprzednio też głosowali na niego, więc jakoś nie wypada głosować inaczej, wedle klasycznej już zasady: „Lubię tylko te piosenki, które już słyszałem”.
Pozwolę sobie wrócić do tego dziwnego złodzieja telefonów komórkowych. Czemu on przeprowadził całą tę akcję i czemu w taki sposób, tego oczywiście nigdy się nie dowiemy. Nawet gdyby on nam wszystko opowiedział w programie Moniki Olejnik, to i tak to co się stało, pozostaje tak niewyobrażalnie dziwne, że jego słowa tracą wszelkie znaczenie. Bo faktem jest, że stoimy wobec najbardziej czarnego kosmosu i to, co widzimy, stanowi zagadkę najwyższej klasy. Oczywiście, chłopak się bał. To wiemy i to jest naturalne. Bałby się każdy z nas. Jednak w momencie, gdy bandyta kazał mu czekać grożąc śmiercią, on miał już gnać na policję. A on mimo to czekał, później jeszcze z nim dyskutował, następnie, jak ostatni kretyn, tego telefonu z nim po ciemku szukał…
I tu, zwróćmy uwagę, też mieliśmy do czynienia ze strachem. Strachem już nieco jednak innym, bo nie wynikającym z bezpośredniego zagrożenia, ale z czegoś całkowicie nowego, z poczucia mianowicie pewnego szczególnego obowiązku. I to jest świadomość wręcz porażająca.
Niedawno mieliśmy tu okazję czytać tekst mojego dobrego kolegi Gerarda, psychologa i psychoterapeuty, który w bardzo szczegółowym i głębokim eseju (http://toyah1.blogspot.com/2015/03/opor-przed-zmiana-na-lepsze-czyli-o.html) przedstawił nam powody, dla których, zamiast bez zastanowienia iść na policję, my postanawiamy stać do samego końca pod tą klatką i czekać diabli wiedzą na co.
Mam wielką nadzieję, że chłopak z tej szczególnej policyjnej historii jeszcze kilka miesięcy temu, po tym, co się stało, wróciłby do domu i wytłumaczył sobie, że postąpił racjonalnie. Czemu mam taką nadzieję? Bo liczę bardzo na to, że jednak można się podnieść. Bardzo chciałbym uwierzyć, że z przemocy i kłamstwa można się podniesć.

Przypominam, że wszystkie moje książki można zamawiać na stronie księgarni pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem http://coryllus.pl/?page_id=69. Szczerze polecam, choćby w ramach skutecznej psychoterapii na trudny czas.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Boeing kontra traktor - kolejne starcie

Kto czyta ten blog, nawet nie koniecznie od dawna, ale choćby w miarę systematycznie, musiał zwrócić uwagę na informację, jaka się tu pojawia stosunkowo często, a która dotyczy red. Łukasza Warzechy i jego rzekomych kompetencji, gdy chodzi o pilotowanie samolotów typu Boeing. Mówiąc bardzo krótko, chodzi o to, że jeszcze kilka dobrych lat temu Warzecha, wdawszy się ze mną w coś w rodzaju polemiki, poinformował mnie, że dla niego awanturowanie się ze mną jest czymś uwłaczającym, bo podczas gdy ja jestem zaledwie „traktorzystą”, on jest aż „pilotem Boeinga”. Ponieważ ów bon mot z Boeingiem stał się tu niemal natychmiast zjawiskiem wręcz kultowym, wielu z nas zaczęło go przy różnych okazjach cytować, i to już nawet nie bezpośrednio w odniesieniu do samego Warzechy, ale w ogóle przy okazji omawiania relacji między blogerami, a dziennikarzami zawodowymi, w tym sensie, że oni to „piloci Boeingów”, a my oczywiście możemy sobie najwyżej pojeździć białoruskimi traktorami. A to wszystko z tą myślą, że my tu faktycznie nie mamy nic do gadania, bo skoro tamci pilotują Boeingi, to o czym tu gadać?
Jednak, podczas gdy każdy, kto jako tako orientuje się w nastrojach, jakie panują na tym blogu, akurat wie, dlaczego Warzecha jest popularnie nazywany „pilotem Boeinga”, znacznie mniej prawdopodobna jest już szansa, że ktokolwiek z nas w ogóle pamięta, o co poszło między mną a Warzechą w pierwszej kolejności. A stało się tak, że Warzecha wystąpił był w telewizji TVN24 i starł się tam z Tomaszem Wołkiem. Starcie to polegało jednak nie na tym, że oni sobie wzajemnie wrzucali, ale sprowadzało się do tego, że Wołek traktował Warzechę z pełnego buta, Warzecha cały czas zerkał na studyjny monitor, by sprawdzić, czy nic mu się nie przesunęło, program się skończył, a widzowie pozostali ze swoim wstydem, zarumienieni i bezradni. I oto na drugi dzień Warzecha, czując prawdopodobnie swąd owej żenady, napisał na blogu w Salonie24 tekst o tym, jak to zadzwonił do niego kolega i zapytał, czemu on był w telewizji tak strasznie brutalny w stosunku do Wołka, no i w związku z tym, co kolega mu powiedział, on czuje się w obowiązku, by swoje zdanie na temat Wołka przedstawić publicznie, no i zmieszał Wołka satyrycznie z błotem (http://lukaszwarzecha.salon24.pl/133874,pan-wiadro).
Ponieważ, jako że wówczas jeszcze oglądałem telewizję TVN24 dość namiętnie i byłem świadkiem owego strasznego wręcz upodlenia Warzechy przez Wołka, napisałem tekst (http://toyah1.blogspot.com/2009/10/wiadrem-w-pot.html) o tym, że skoro Warzecha jest dziś taki pyskaty, to ja nie rozumiem, czemu on nie mógł tego wszystkiego, czym się dziś popisuje na blogu, wygarnąć Wołkowi przed kamerami, zamiast się dać publicznie poniewierać. No i to właśnie w związku z moim tekstem, Warzecha powiedział mi, żebym się zamknął, bo on pilotuje Boeingi i nie należy mu przeszkadzać (http://lukaszwarzecha.salon24.pl/134089,moralny-maksymalizm-z-fotela).
Ktoś się pewnie zapyta, co mi strzeliło do głowy, by nagle dziś, kiedy oto minęły Święta i jest tyle rzeczy do opowiedzenia, postanowiłem zająć się wklejaniem linków do starych tekstów moich i Warzechy. Otóż sprawa jest dokładnie tak samo błaha, jak i jej bohaterowie. A wszystko wzięło się stąd, że podczas przedświątecznych porządków, żona moja pokazała mi któryś numer tygodnika „W Sieci” i spytała: „Można to wyrzucić?” A ja wziąłem „to” do ręki, by zobaczyć, czy tam przypadkiem nie ma czegoś, na co można by było rzucić okiem, no i trafiłem na tekst, gdzie, proszę sobie wyobrazić, Warzecha rozlicza się z tego, co z niego zrobiono podczas występu w TVP, kiedy to niejaki Jarosław Kulczycki praktycznie kazał Warzesze wyjść ze studia, a ten znalazł w sobie tyle przynajmniej godności, by się nie uczepić zębami i pazurami tego głupiego stolika i zacząć beczeć, by mu pozwolono jeszcze chwilę się pomądrzyć, i faktycznie – inna sprawa, że najbardziej jak to było możliwe dyskretnie – wyszedł. Pisze Warzecha tak:
Pytanie Jarosława Kulczyckiego, czy przypadkiem nie opłaca mnie sztab Andrzeja Dudy, padło na antenie TVP Info 7 lutego. I był to ostatni raz, kiedy ta stacja zaprosiła mnie na swoją antenę. Wcześniej bywałem tam przynajmniej raz w tygodniu.
Pomyślą państwo zapewne, że to skandal, iż Kulczycki prowadzi programy, a grubiańsko potraktowanego gościa wciąga się na jakąś czarną listę i przestaje zapraszać w roli komentatora. Otóż mylą się państwo! Nie ma żadnej czarnej listy i żadnego skandalu. Przeciwnie – TVP dba po prostu o mój komfort psychiczny. Mógłbym przecież spotkać na korytarzu redaktora Kulczyckiego i zrobiłoby mi się przykro, może i jemu również. A tak – nie ma problemu”.
Mam nadzieję, że wszyscy wiemy, o co chodzi. Oto mamy tak zwaną „setkę” zaledwie z drobnym haczykiem i proszę zwrócić uwagę, ile tu wiadomości. Przede wszystkim okazuje się, że Warzecha, jeden z czołowych prawicowych „autorów niepokornych”, był dotychczas stałym komentatorem jednej z najbardziej obrzydliwej reżimowej stacji telewizyjnej i uważa to za powód do dumy; po drugie, Warzecha, którego w najbardziej chamski i oburzająco niesprawiedliwy sposób wyproszono ze studia, publicznie się żali, że on jest gotów tam się dalej udzielać w roli gwiazdy, tylko oni go nie chcą; po trzecie wreszcie – i tu przechodzimy do tak zwanego clou – Warzecha ni stąd ni z zowąd odstawia dokładnie ten sam numer, co przed laty z Wołkiem. Bowiem, kiedy już wszyscy mieliśmy okazję ujrzeć jego dramatyczny wręcz koniunkturalizm i tchórzostwo, mając przed sobą już tylko ekran komputera i zestaw klawiszy, z których żaden na pewno na niego szyderczo nie popatrzy i nie sprawi, że mu się kark spoci ze strachu, zaczyna śmiesznie podskakiwać i przechwalać się, co on zrobi człowiekowi, który go publicznie i całkowicie bezkarnie upokorzył, kiedy go tylko spotka. A i tego nawet nie jest w stanie wyartykułować z podniesioną głową, tylko coś tam stęka o tym, jak to komuś by się mogło zrobić przykro. Jakiż to straszny, upiorny wręcz wstyd!!!
Ale jest coś jeszcze. Otóż, jak wszyscy wiemy, okres między rokiem 2009, a ową kompromitacją z 7 lutego, Warzecha wykorzystał naprawdę bardzo dobrze. Dzięki swojej przyjaźni z Grzegorzem Jankowskim, osobistym z kolei przyjacielem głównego szefa wydawnictwa Axel Springer, przez wiele lat zadawał szyku, jako druga osoba w dzienniku „Fakt”. Wprawdzie, z powodu będących tajemnicą poliszynela, politycznych zawirowań, ów układ się musiał posypać, jednak mogłoby się wydawać, że tego, co on tam zdobył, Warzesze nikt nie odbierze. I oto nagle okazuje się, że nic podobnego. Jedyne, co ten człowiek potrafił osiągnąć, to to, że go do siebie przygarnęli Karnowscy, a więc wynik, o którego nędzy świadczy najlepiej to, że on, aby się dobrze czuć, musi codziennie, nawet za cenę robienia z siebie szmaty, występować w telewizji. Czyli dokładnie to samo, co przed sześciu laty.
Pozostaje może już więc tylko ustalić, czemu on już nie prowadzi bloga. Czy jest możliwe, że dzięki swojej pracy w „Fakcie”, Warzecha poznał wreszcie wartość pieniądza i zrozumiał, że jeśli płacą i to płacą dobrze, można się nawet i puścić, natomiast za darmo to robią tylko frajerzy na traktorach?

Jak wiemy, Gabriel Maciejewski publikuje właśnie nowe wydanie swojej Baśni, w twardej okładce i innymi atrakcjami. Zachęcam wszystkich, by jeśli już postanowią sobie zrobić zakupy, dołączyli do nich i moje książki, których tam jest parę i które przez te Święta ani trochę nie zwietrzały. A wręcz przeciwnie. Księgarnia, jak zawsze pod adresem http://coryllus.pl/?page_id=69.

piątek, 3 kwietnia 2015

Gdy System stracił autopilota

Mamy Wielki Piątek, jutro Wielką Sobotę, no a w niedzielę Dzień Zmartwychwstania, więc wypada się na te parę dni przynajmniej częściowo zamknąć. W związku z tym, już dziś przedstawiam swój felieton z „Warszawskiej Gazety”, życzę dobrych wrażeń i do zobaczenia w poniedziałek.

Powiem szczerze, że gdy pojawiła się wiadomość, że niejaki Łączewski wsadził Mariusza Kamińskiego i trzech oficerów Centralnego Biura Antykorupcyjnego na kilka dobrych lat za kraty, pozbawiając ich jednocześnie na 10 lat podstawowych praw, nie tyle przejąłem się surowością owych wyroków, czy nawet wyjątkowo paskudnym zachowaniem samego sędziego, co reakcją części polityków i komentatorów. Zarówno wyrok, jak i motywy, jakimi w sposób oczywisty kierował się sędzia Łączewski poruszyły mnie mniej, niż można było oczekiwać, z dwóch powodów. Przede wszystkim już w momencie, kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że będą ogłaszać wyrok w sprawie Kamińskiego i oficerów, byłem przygotowany na wszystko. Oczywiście, aż takiej demonstracji bezprawia się nie spodziewałem, jednak, jak mówię, swoje doświadczenia mam i wiem, że po tamtej stronie potrafią się dziać rzeczy naprawdę ciekawe. Po drugie, ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że już za parę miesięcy ogłoszony w poniedziałek wyrok, podczas apelacji zostanie zmieniony na uniewinniający, a kto wie, czy, kiedy zostaną ujawnione wszystkie telefony, jakie sędzia Łączewski, czy jego prezes, w ostatnich dniach odbierali z Kancelarii Prezydenta, Premiera, z ABW, czy diabli wiedzą skąd, obaj wylecą z roboty na zbity pysk bez prawa do emerytury i jedyne co im pozostanie, to jechać na budowę do Coventry i liczyć na szczodrość systemu brytyjskiego.
To natomiast, co mnie faktycznie poruszyło, to, jak już wspomniałem, reakcja na to co się stało ze strony części reżimowych polityków i związanych z władzą komentatorów. Otóż jeśli wsłuchać się w słowa wypowiadane przez Ryszarda Kalisza, Romana Giertycha, Stefana Niesiołowskiego, Jacka Żakowskiego, Janusza Palikota, można sobie zadać pytanie, jak to możliwe, że ludzie – no, może poza Niesiołowskim – wedle wszelkich danych psychicznie zrównoważeni potrafią być aż tak nieroztropni. I ja już nie mówię, że każdy z nich mógłby przynajmniej przewidywać możliwość, że rok 2015 może być już ostatnim rokiem, kiedy oni mogą się cieszyć jeszcze względnym komfortem, no bo zakładam, że oni są faktycznie tak tępi, że wierzą, że tak jak jest, będzie już zawsze. No ale nawet jeśli przyjmiemy, że oni mają dobrą intuicję i władzy przez najbliższe lata, a niech i nawet dziesięciolecia, nie stracą, to przecież powinni wiedzieć, że skoro ci, którzy im płacą, doszli do tego miejsca, że Mariusza Kamińskiego – właśnie jego i choćby jedynie na użytek kampanii wyborczej – skazują na trzy lata więzienia i 10 lat zakazu zajmowania stanowisk publicznych, to jeśli im to ujdzie na sucho, jest jasne, że w końcu musi przyjść kolej na każdego z nich.
Bo to, z czym mamy do czynienia, to bardzo prosta powtórka z tego, co nam przed laty zademonstrowały władze Związku Sowieckiego. Jasne, że zaledwie w formie kabaretu, niemniej tak to się właśnie odbywało. Ci co najbardziej bili brawo, poszli jako pierwsi. I jak można tego nie pamiętać?

Z okazji Świąt Wielkiej Nocy, przyjaciołom tego bloga składam życzenia, by moc Zmartwychwstałego Pana towarzyszyła im i ich bliskim przez wszystkie dni, które przed nami wszystkimi.

Czekając na ruską brzozę

  Dziś już niemal 15 lat temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „Józek, czyli Polska w budowie”, o pewnym moim znajomym, tak zwanym fachowc...