poniedziałek, 7 maja 2018

Siła magnum, a na lody pójdziemy potem


        Do dzisiejszej notki podchodzę trochę jak pies do jeża, bo z jednej strony mam świadomość, że publikowanie tekstu, którego podstawę stanowi link do telewizyjnego reportażu, w dodatku wyprodukowanego przez stację TVN24, stanowi ryzyko najwyższego stopnia, z drugiej jednak strony obejrzałem wczoraj ów reportaż i w ciągu tych z lekką górką 25 minut przeżyłem taki wstrząs, że najpierw popadłem w ciężki stupor, a kiedy odzyskałem świadomość, pomyślałem, że muszę to opisać. Jednak ponieważ już w następnej chwili uświadomiłem sobie, że nawet gdybym znalazł słowa, by to co zobaczyłem i usłyszałem odpowiednio opisać, i tak wszystko by się skończyło na zamieszczeniu owego linku, więc postanowiłem, że się ze swoimi mądrościami odsunę na bok.
        A zatem, zdając sobie sprawę z tego, że część z Czytelników w tym momencie zamknie tę stronę i przejdzie do innych, zapewne znacznie bardziej fascynujących historii, nie będę już więcej zawracał głowy swoimi refleksjami, tyle tylko może, że zrobię jednen maleńki wyjątek. Otóż, jak chyba wszystkim wiadomo, dotychczas nie zabierałem głosu w kwestii pełnego poszerzenia prawa do posiadania broni, oraz prawa do jej użycia w sytuacji zagrożenia własnego bezpieczeństwa, oraz bezpieczeństwa swojego domu, dziś jednak chciałem zadeklarować swoje pełne dla owego projektu poparcie. Są bowiem chwile, kiedy okazuje się, że bez tego się nie obejdzie, nawet jeśli Dobra Zmiana, wbrew protestom tak zwanego „cywilizowanego świata” – w co swoją drogą wierzę równie mocno, jak w skuteczną reformę polskiej szkoły – skutecznie przeprowadzi swój projekt reformy systemu sądownictwa. I tak nam dopomóż Bóg.
       A teraz bardzo zachęcam. To jest zaledwie niespełna pół godziny.


Serdecznie zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania moich, i nie tylko moich, książek.


niedziela, 6 maja 2018

Sieci, czyli o godne życie dla pełnosprawnych inaczej


      Jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość, że dwaj wybitni dziennikarze tygodnika „Sieci”, Robert Mazurek i Igor Zalewski, długoletni autorzy być może najpopularniejszej tamtejszej rubryki „Z życia koalicji, z życia opozycji”, stanowiącej swego rodzaju satyryczny przegląd tygodnia, a więc coś, co każde najbardziej szanujące się pismo począwszy od „Nie”, a skończywszy na „Tygodniku Powszechnym” mieć musi,  kończą współpracę z braćmi Karnowskimi. Co ciekawe, wbrew prawdopodobnym bardzo podejrzeniom, że poszło o politykę, prawda wygląda zupełnie inaczej. Otóż wedle relacji samego Karnowskiego – przepraszam, ale ponieważ nigdy specjalnie mi nie zależało na tej wiedzy, nie wiem którego – poszło o pieniądze. Z powodu wzrostu cen papieru i innych usług związanych z wydawaniem papierowego słowa, wydawnictwo musiało obniżyć autorom honoraria, na co obaj panowie się nie zgodzili i w związku z tym złożyli wypowiedzenia.
      Czy mnie ta wiadomośc martwi, lub cieszy, odpowiedź w obu wypadkach brzmi nie. Prawda bowiem wygląda tak, że od długiego już bardzo czasu, jeśli w ogóle kupuję tygodnik „Sieci”, to wyłącznie po to, by mieć coś do czytania podczas śniadania, a gdy chodzi o wspomnianą rubrykę, jej poziom w ostatnim czasie się tak dramatycznie opuścił, że jej akurat zwyczajnie nie czytam. A zatem odejście z tygodnika „Sieci” – nie zapominajmy, że aktualnie najbardziej poczytnego prawicowego medium –  owych gwiazd zainteresowało mnie z powodów zupełnie innych, absolutnie nie osobistych, ale że tak powiem, ogólnospołecznych. Rzecz w tym mianowicie, że w dalszej części swojej wypowiedzi jeden z braci Karnowskich poskarżył się, że Mazurek z Zalewskim otrzymywali za to swoje gówno, które regularnie co tydzień produkowali, „jedną piątą całego budżetu tygodnika”, z sugestią, że to co oni dziś odstawiają, to dowód kompletnego zepsucia.
       Ja nie mam oczywiście bladego pojęcia, ile wynosi budżet tygodnika „Sieci”, ale domyślam się, że szczególnie mały nie jest. Wiem też, że oferta pisma oparta jest na serii stałych rubryk, prowadzonych przez zawsze tych samych autorów, których jest parędziesiąt (kiedyś próbowałem ich liczyć i wyszło mi jakieś czterdzieści gęb do wykarmienia), a z tej całej drużyny pięć nazwisk zadawało tam najwyższego szyku: Mazurek, Zalewski, Karnowscy, wdowa po red. Macieju Rybińskim, Krystyna Grzybowska, no i oczywiście córka zamordowanego w Smoleńsku Prezydenta, Marta. Owa wiedza prowadzi mnie zatem do przekonania, że, zakładając oczywiście, że informacja podana przez Karnowskiego jest prawdziwa, wspomniany budzet rozdzialany był dotychczas wedle następującej siatki: jedna piąta dla Karnowskich, jedna piąta dla Mazurka i Zalewskiego, jedna piąta dla Grzybowskiej no i oczywiście jedna piąta dla Kaczyńskiej. Reszta szła dla tego całego chłamu, a więc Krzysztofa Feusette, Doroty Łosiewicz, Łukasza Adamskiego, Wojciecha Wencla i tej smutnej zbieraniny, która może liczyć już tylko na te swoje cotygodniowe felietony. Czemu tak? No, to, moim zdaniem, jest oczywiste. Mazurek i Zalewski, bo to jest rubryka, od której ludzie zaczynają czytać „Sieci”, Grzybowska, bo jest wdową po Rybickim, a obecnie przewodniczącą kapituły przydzielającej doroczne nagrody „Złotej Ryby”, no a Marta Kaczyńska – tego oczywiście tłumaczyć nie trzeba: ona na waciki robić już nie musi.
      W jakim dokładnie kontekście została sformułowana decyzja obniżająca Mazurkowi i Zalewskiemu honoraria, nie wiem podobnie jak nie wiem, o jakie sumy chodziło. Podejrzewam jednak, że ani Grzybowskiej, ani tym bardziej Kaczyńskiej Karnowscy nie ruszyli, i jest niewykluczone, że tam wcale jednak nie poszło o jakieś specjalne oszczędności, ale o przesunięcie części honorarium obu naszych gwiazdorów na Łosiewicz na przykład, Zybertowicza, czy Adamskiego. No a tego oni mogli już nie chcieć zaakceptować.  
      Zanim powiem, czego tak naprawdę dotyczy dzisiejsza notka, skupmy się przez chwilę na współbohaterze dzisiejszej notki, czyli Igorze Zalewskim. Myślę ze przyszedł odpowiedni moment, bym ujawnił pewną tajemnicę. Nie mówię o tajemnicy, do zachowania której mnie ktokolwiek zobligował, ale tajemnicę, której sam uznałem za stosowne dochować. Otóż parę lat temu, jak być może część Czytelników pamięta, zamieściłem tu tekst, w którym wspomniałem, że na warszawskich targach książki miałem okazję rozmawiać z pewnym dziennikarzem tygodnika „W Sieci”, który na moje pytanie, czemu ów tygodnik to jest takie straszne gówno, odpowiedział mi, że on tego nie wie, natomiast może mi powiedzieć, że Karnowscy dobrze płacą. Informację tę przekazałem w sposób tak zafałszowany, by nikt nie był w stanie się dowiedzieć tego, co to za dziennikarz, gdzie i kiedy, tak szczerze ze mną rozmawiał. Dziś uważam, że mogę zdradzić, że chodziło o Igora Zalewskiego, z którym miałem okazje pogadać na targach w Katowicach. Podszedłem do niego, podarowałem mu swoją książkę o liściu, on mi w prezencie sprezentował swój zbiór felietonów (swoją drogą naprawdę dobry), porozmawialiśmy o różnych rzeczach, no i wtedy on wygłosił to zdanie: „Owszem, jest to syf, ale za to dobrze płacą”.  Zastanawialiśmy się przez chwilę z Coryllusem, co to znaczy „dobrze”, ale dopiero dziś znamy rozwiązanie tej zagadki: chodzi o jedną piątą budżetu tygodnika „Sieci”.
      I teraz proszę mi pozwolić przejść do podsumowania. Ja zdaje sobie sprawę z tego, że są czytelnicy, którzy pozostają w głębokim przekonaniu, że przeze mnie nie przemawia nic innego, jak tylko zawiść. Wiem, że ich akurat nigdy nie przekonam, ale chciałbym oświadczyć, że nic z tego. Ja mam wiele różnych grzechów, ale zawiści wśród nich nie ma. No, dobra, powiedzmy,  że zawiszczę mojej żonie, że potrafi ładnie rysować, a Edowi Sheeranowi, że potrafi ładnie grać na gitarze, natomiast gdy chodzi o pieniądze, to gdyby w tym momecie na mnie spadło milion złotych, to by mi nawet powieka nie drgnęła. Tak mam i nawet wiem, dlaczego, ale to i tak nie jest dzisiejszy temat. A więc nie chodzi o te pieniądze. Problem polega na tym, że tygodnik „Sieci” – przypominam, najbardziej dziś wpływowe prawicowe pismo – to, wedle zeznań Karnowskiego, wyłącznie koleżeński interes, dający kolegom w tych niełatwych czasach szanse na przeżycie wedle ich oczekiwań. A skoro tak, to ja się obawiam, że cała dzisiejsza scena polityczna wygląda dokładnie tak samo. I to niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z Polskim Instytutem Sztuki Filmowej, Polską Fundacją Narodową, z artystą Sławomirem i jego show w TVP, czy z tą pańcią, która wczoraj w imieniu Platformy Obywatelskiej występowała w telewizji TVP Info, tłumacząc, jak to rząd Prawa i Sprawiedliwości jest nieczuły na los niepełnosprawnych – na celowniku są wyłącznie pieniądze. Nie jakieś szczególnie wielkie. Takie akurat, by – jak oni to lubią powtarzać – starczyło na godne życie.
     No i jeszcze coś. Otóż kiedy wiadomo było, że czas Platformy Obywatelskiej dobiega końca i już za chwilę do władzy wróci PiS, pomyślałem sobie, że z punktu widzenia mojego interesu, to nie jest sytuacja najlepsza. Jeśli ta cała banda cwaniaków zostanie wystrzelona w kosmos, a „nasi” obejmą władzę, ja autentycznie nie będę miał o czym pisać, poza tym, że oto właśnie minął mi kolejny piękny dzień, tyle że coś mnie piecze pod kolanem. Na domiar złego, w roku 2016 przyszły kolejne Targi Wydawców Katolickich i ich wynik spadł w okolice skalistego dna, a ja sobie wtedy pomyślałem, że to już jest faktycznie koniec. Jest dobrze, więc komu potrzebne są nasze smutki?
      Miesiąc temu mieliśmy kolejną edycję tych samych targów i ruch był jak za najlepszych czasów rządów Donalda Tuska. Mam nadzieję, że nasi rządzący potraktują tę wiadomość jako ostrzeżenie.

Jak zawsze polecam nasze książki, które są do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, no i częściowo też u mnie tu na miejscu. Mój adres mailowy to k.osiejuk@gmail.com.


sobota, 5 maja 2018

Od lenistwa do rozwiązłości, czyli krótka rozprawa między Diabłem, Artystą, a Plebanem


     No więc się doczekaliśmy. Oto nie minęły jeszcze trzy lata od czasu gdy opublikowałem tekst zatytułowany „Czemu Diabeł chodzi do kościoła?”, tym samym wyrzucając z dwóch krakowskich świątyń bandę satanistów, i w konsekwencji prowokując autentycznie międzynarodową awanturę, jak historia się powtarza, tym razem jednak niestety nie w formie zapowiadanej przez starego Marksa farsy, lecz właśnie autentycznej tragedii. Kto wie, czy nie większej jeszcze niż tamta profanacja. Zanim jednak przejdę do właściwego komentarza, bardzo proszę rzucić okiem na ów plakat – bo, jak sądzę, mamy do czynienia z plakatem, który zapewne już jest do obejrzenia na ulicach Warszawy.


      
      Jak widzimy, zaczynając 20 maja i aż do końca września, Muzeum Archidiecezji Warszawskiej będzie prezentowało wystawę prac nieżyjącego już malarza, Zdzisława Beksińskiego, pod znamiennym tytułem „In hoc signo vinces”. Ja doskonale wiem, kim był Zdzisław Beksiński, jak wyglądała jego sztuka, znałem też osobiście jego syna, Tomka, a więc wystarczająco dobrze też orientuję się, jaki wpływ na życiową postawę i ostateczny los tego biednego chłopca, miały obrazy ojca, a to z kolei prowadzi mnie do takiego oto przekonania, że kardynał Nycz do zarządzanego przez siebie muzeum właśnie wpuścił satanizm w jego najbardziej podłej twarzy. Ale powiedzmy to sobie szczerze, cała moja wiedza na temat obsesji starego Beksińskiego i opętania jego dziecka traci jakiekolwiek znaczenie w obliczu tego, co kardynał Nycz uznał za stosowne umieścić na plakacie reklamującym wspomnianą imprezę. I ja, chociaż chętnie bym to opowiedział własnymi słowami, skromnie usunę się na bok, w przekonaniu, że to co nam jest tu dziś potrzebne to właśnie ów głos Szatana, niczym nie zakłócony, niczym nie skażony.
      Chętnie bardzo natomiast przedstawię swój krótki komentarz. Otóż zakładam, że kardynał Nycz nie jest człowiekiem złym. Przymuję z pełnym zaufaniem, że on nigdy by w swojej homilii nie porównał litery alfa do cyrkla, jak to się zdarzyło jednemu z jego kolegów biskupów. Zakładam, że akurat kardynał Nycz to ktoś tak bardzo skupiony na swojej bezpośredniej posłudze, że kiedy widzi powyższy obraz, widzi tylko Krzyż i ów cytat, który pamięta jeszcze z seminarium, i pozostaje w nomen omen świętym przekonaniu, że ten Beksiński to musiał być jednak bardzo pobożny człowiek. Nie zmienia to jednak faktu, że oto znaleźlismy się w sytuacji, kiedy trzeba kardynałowi Nyczowi powiedzieć, że od niego wymaga się znacznie więcej niż tego, by od czasu do czasu wygłosił kazanie na pogrzebie jakiegoś starego ubeka i raz do roku wysłał życzenia urodzinowe do swojego kumpla Bronisława Komorowskiego.
      Jak już zasugerowałem wcześniej, wiem, co oznacza ów szyderczy tekst, którym Beksiński sygnował swój obraz, a który został wykorzystany, jako tytuł całej wystawy. Przyznaję jednak, że jako człowiek słabo oczytany i w sumie marnie wykształcony, aby się tym pochwalić, musiałem zajrzeć do słownika. Ponieważ zakładam, że osób podobnie do mnie niedouczonych może być więcej, pozwolę sobie wyjaśnić. Otóż Beksiński, umierającego na Krzyżu Jezusa przedstawił jako jakąś cudaczną kukiełkę, której oczy wydziobują wrony, a pod Krzyżem postawił Śmierć, kołyszącą do snu Władcę, który się właśnie narodził, całość postanowił zatytułować zdaniem: „Pod tym znakiem zwyciężysz”, a ci od których wymagaliśmy tylko jednego właściwie, by nas chronili przed Złym, weszli w to jak w masło.
     Rozmawiałem wczoraj trochę na ten temat z moim kolega Coryllusem i opowiedział mi on, jak to właśnie u niego w kościele ksiądz modlił się o to, by naszą biedną Ojczyznę zechciał Dobry Bóg uwolnić od grzechu lenistwa, pijaństwa i rozwiązłości. Dokładnie tak. Lenistwa, pijaństwa i rozwiązłości. Niech się zatem modlą dalej, a jak już skończą, niech pójdą sobie obejrzeć obrazy Beksińskiego i się odchamią.  
      Przed nami ponad cztery miesiące owego diabelskiego festiwalu. Pozostało jeszcze trochę czasu, aby Go zatrzymać.

Nasze książki są do kupienia na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, no i częściowo też u mnie pod mailowym adresem k.osiejuk@gmail.com.


piątek, 4 maja 2018

Czyżby ktoś chciał z nas zrobić starą ruską krowinę?


      Przyznaję bez bicia, że, owszem, odnotowałem wiadomość, że władze Jersey City postanowiły usunąć z lokalnego krajobrazu pomnik poświęcony pomordowanym w Katyniu polskim oficerom, na którym widzimy przebijaną bagnetem postać i pomyślałem sobie, że Bogu dzięki, bo przynajmniej owo szkaradzieństwo nie będzie nas dłużej kompromitowało w tak dla nas było nie było strategicznie ważnym miejscu, jak Stany Zjednoczone. Nie pisałem jednak na ten temat z dwóch przyczyn. Przede wszystkim, owa wiadomość nie wydała mi się na tyle interesująca, by się nią zajmować, no a poza tym, nawet gdybym się w jakiś sposób nią przejął, pewnie nie miałbym odwagi, by napisać to, co mam w tej kwestii i w głowie i w sercu. Tak się jednak stało, że to, czego ja nie zrobiłem, zrobił mój kolega Coryllus, no a w tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak sprawę skomentować.
      Otóż owym zdarzeniem zajął się znany nam tu aż nazbyt dobrze bloger Ewaryst Fedorowicz, przedstawił swoją nadzwyczaj, jak to u niego, radykalnie patriotyczną opinię w tej kwestii, na co zareagował Coryllus i napisał Fedorowiczowi, że to jest prawdziwe szczęście, że burmistrz Jersey City postanowił usunąć ten pomnik, bo nie ma dla nas nic lepszego, jak zyskać parę punktów na cudzy koszt. A zatem, jak mówię, cieszmy się wszyscy bardzo, że ta żenada nie będzie straszyć po nocach, ja jednak chciałbym zwrócić uwagę nawet nie na pomnik, ani nawet na komentarze Corryllusa, ale na sposób, w jaki bloger Fedorowicz potraktował całą sprawę. Otóż w swoim tekście, odpowiednio już oczywiście zatytułowanym „Pomnik katyński w Jersey City, czyli jankesi, jak sowieci” wspomniany Fedorowicz broni pomnika, używając następującej retoryki:
      Powoli, ale jednak, z internetowej niszy do rządowych mediów przebiła się informacja tak straszna, że nic, tylko w (jankeską) mordę lać i patrzeć, czy równo puchnie”.
      Otóż naszym rzekomo strategicznym sojusznikom, Amerykanom zachciało się napluć w twarz swoim frajerskim pachołom […] a potem, to jankeskie nogi śmierdzą”.
      Tak, ten sam Roosevelt, co to nas w Teheranie i Jałcie Stalinowi na rzeź sprzedał jak starą krowinę, z której nic się już wydoić nie da, toteż nic dziwnego, że jankesi z pamięcią o Katyniu walczyli i walczą tak samo zajadle, jak sowieci”.
      I tak dalej, na tym poziomie emocji do samego końca na temat tego, że władze Jersey City uznały, iż pomnik, który im tak naprawdę, ani nie przeszkadza w dobrym śnie, ani ich nie usypia, dobrze by było wreszcie usunąć, bo im szpeci miasto.
      Otóż jest cała kupa spraw, na których się nie znam, natomiast nieskromnie powiem, że bardzo dobrze potrafię rozpoznawać style publicystyczne pod kątem ich wiarygodności. Rzecz w tym, że ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że kiedy Ewaryst Fedorowicz pisze jak pisze, to on się tym w najmniejszym stopniu nie emocjonuje, ale jak pierwszej klasy kuty na cztery nogi oszust, próbuje nas brać pod włos. To całe „lanie w mordę”, to „plucie w twarz”, te „frajerskie pachołki”, te „śmierdzące potem nogi”, czy wreszcie owa „sprzedana na rzeź stara krowina”, to jest numer nawet nie na poziomie zwykłego przekretu w trzy karty, ale normalne, znane nam wszystkim aż nazbyt dobrze, „Pan dobry położy tu pięć złoty, a Cyganka panu powróży”. Ja, przyznaję z bólem serca, nie potrafię się powstrzymać i regularnie zaglądam na blog owego Ewarysta i, przy wszystkich moich zastrzeżeniach do tego, co on tam wypisuję, muszę przyznać, że to nie jest pierwszy lepszy internetowy wariat, którego nosi od brzegu do brzegu. Tu akurat mamy do czynienia z nadzwyczaj cwanym specjalistą od słowa i nie ulega dla mnie najmniejszych wątpliwości, że kiedy on wchodzi na ten poziom emocji, to nie dlatego, że się biedaczek zdenerwował, ale że doskonale wie, kogo ma przed sobą i przy tym kontroluje każde kolejne swoje słowo w taki sposób, w jaki każde kolejne swoje słowo kontrolują znani nam od lat prowokatorzy, których jedynym zadniem jest doprowadzić do takiego publicznego zamieszania, by przy tym, jak najwięcej zagarnąć dla siebie.
     Proszę zwrócić uwagę, co się dzieje. Władze Jersey City usuwają pomnik katyński, co stanowi gest – nieważne czy przyjazny, nieprzyjazny, czy kompletnie w stosunku do Polski obojętny –  na który nikt, poza owymi władzami, nie ma najmniejszego wpływu, a ów Fedorowicz przychodzi do nas i w sposób najbardziej jednoznaczny podpuszcza nas przeciwko prezydentowi Dudzie i premierowi Morawieckiemu, a w pewnym sensie również śp. prezydentowi Kaczyńskiemu, jak gdyby to co się stało w odległej Ameryce, to była ich, i tylko ich, odpowiedzialność. A co o tym świadczy? Jak to co? Jankeska morda, śmierdzące potem nogi, no i stara polska krowina.
     Pisałem tu już o Ewaryście Fedorowiczu parokrotnie, bo naprawdę fascynuje mnie prezentowany przez niego poziom autodemaskacji, jak na przykład całkiem niedawno, kiedy on w stosunku do mnie użył rosyjskiego słowa „nabludatiel”. Przy tej okazji więc apelowałem do administratora tego portalu, by Fedorowicza stąd wyrzucić, jako zwykłego ruskiego prowokatora. Dziś chciałem się poprawić. Moim zdaniem jego nie należy w żaden sposób ruszać. Niech on tu nadal pisze, natomiast do nas wszystkich mam jeden apel, byśmy zechcieli śledzić tę metodę. Tu jak w soczewce widać, jak to działa i to nie tylko tu na blogach, ale w ogóle w przestrzeni politycznej i tej, jak zawsze pozostającej na jej usługach, medialnej. Jest szansa, że, paradoksalnie bardzo, uda nam się w ten sposób uchronić przed działaniami znacznie, znacznie bardziej perfidnymi, gdzie ani ów „nabludatiel”, ani tym bardziej „krowina” się nie ujawnią.

Jak większości Czytelników dobrze wiadomo, nasze książki są do kupienia w ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Serdecznie zachęcam.


      

czwartek, 3 maja 2018

O wilkach w wilczej skórze

Korzystajac z owych leniwych dni, jakie nam podarowała mocno w tym roku wydłużona majówka, nie mogłem nie zajrzeć do stacji TVP Info i przy okazji nie zauważyć, że układ sił w owej stacji, do niedawna jeszcze mocno przechylony na stronę połączonych siły „Gazety Polskiej” i „Do Rzeczy”, jakby się lekko przesunął w kierunku tygodnika „Sieci” braci Karnowskich. Nie dość bowiem, że od pewnego czasu nie widać tam ani Doroty Kani, ani Witolda Gadowskiego – swoją drogą chyba jednak ostatecznie wyproszonego przez Karnowskich z towarzystwa – ani Targalskiego, to coraz częściej jako pierwszego eksperta Kurski wynajmuje Michała Karnowskiego. Słuchałem tego Karnowskiego ostatnio parę razy i z zainteresowaniem stwierdzam, że od czasu, gdy w reżimowych telewizjach za przedstawiciela ludu robił Piotr Ikonowicz, nie mieliśmy okazji wysłuchiwać równie płomiennych tyrad, gdzie słowo „Polska” i „zdrada” wypowiadane byłoby tyle razy i w tak poruszających kontekstach.
      Oczywiście, gdybym chciał się tu nad Karnowskim poznęcać, wystarczyłoby, podobnie jak to się miało ledwie wczoraj w przypadku jego kolegi z redakcji, Stanisława Jaceckiego, zajrzeć do Wikipedii, ale ponieważ ja mam tu ambicje znacznie bardziej wygórowane, pozwolę sobie na przypomnienie wydarzenia sprzed ośmiu już niemal lat, a więc z czasów, kiedy to prezydent Kaczyński już nie żył, a przed nami były wybory, w których Jarosław Kaczyński stawał przeciwko Bronisławowi Komorowskiemu. Otóż, o czym część czytelników tego bloga wie i wciąż być może pamięta, w maju roku 2010 zotałem zaproszony do programu Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać”, by opowiedzieć o najbardziej perfidnych manipulacjach związanych z planem zohydzenia Polakom osoby Prezydenta. Przyszedłem więc do studia i pierwsze, czego się dowiedziałem, to to, że uczestnikami programu będą, od lewej do prawej, Eryk Mistewicz, Jan Hartman, Ludwik Dorn i Michał Karnowski właśnie. Co mnie uderzyło już na wejściu, a więc jeszcze przed rozpoczęciem programu w telewizyjnej kawiarni, to to, jak Dorn tłumaczy Hartmanowi, że najlepiej byłoby, żeby Kaczyński przegrał z Komorowskim, ale nie za bardzo, a już w trakcie programu, jak Karnowski i Mistewicz, skupieni na niczym innym, jak na promocji swojej książki, tłumaczyli, jaką to bardzo skomplikowaną sprawą jest uprawianie polityki. W pewnym momencie Karnowski wręcz zapewnił, że to co on mówi, nie ma nic wspólnego z jego i Mistewicza książką, ale ponieważ on z tą książka przylazł do studia i cały czas bardzo się starał, by jej okładka znajdowała się jak najczęściej w kadrze, myślę, że nikt w to łgarstwo nie uwierzył. Podobnie zresztą Mistewicz. On też nie był w stanie wypowiedzieć jednego zdania bez frazy: „tak jak napisaliśmy w naszej książce”. Ale dzisiejszy tekst nie jest ani o Dornie, ani o Mistewiczu, ale o Karnowskim, który dziś, jak widzimy, staje się pierwszym pyskaczem reżimowych mediów.
      Otóż kiedy już Pospieszalski przedstawił odpowiedni materiał, a ja jakoś tam opowiedziałem o tym, jak to System nie porzuci najmniejszej okazji, by zatruć ludzkie serca najbardziej obrzydliwym kłamstwem, kłamstwem, którego jedyny sens sprowadza się do tego, by zniszczyć wizerunek Prezydenta, Michał Karnowski, co ciekawe, wówczas występujący jako pracownik gazety „Polska The Times”, wciąż nie zapominając, by telewidzowie pamiętali o tym, że wszystko, co ich może zainteresować, można znaleźć w jego i Mistewicza książce, powiedział, mniej więcej co następuje:
     „Chciałem powiedzieć, że to jest bardziej skomplikowane. To jest tak, że to nie jest tak, że siedzi jakaś siatka ludzi, która manipuluje przekazem w taki sposób, by Prezydenta przedstawić w niewłaściwym świetle. Trochę jest w tym obrazie prezydenta winy ludzi, którzy z nim pracowali, ale musielibyśmy też sięgnąć nieco więcej. Do układu właścicielskiego w mediach, z jakich wartości te media wyrastają, kto realnie tam sprawuje władzę i kto ma tam wpływ. To jest dość skomplikowane i ja bym tak prosto tego nie widział. Ale manipulacje się zdarzają”.
      Przypominam, że mówimy o akcjach, które tak jak słynny „Borubar”, czy numer z odwróconym szalikiem, zrujnowały wizerunek Prezydenta na długie lata, ostatecznie prowadząc do jego śmierci, a Michał Karnowski na ten temat nie ma nic do powiedzenia, jak tylko to, że sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana niż nam się wydaje, i że aby to pojąć należy kupić książkę jego i Mistewicza. Ten sam Michał Karnowski, który dziś jest gotów przyznać, że bez egzorcyzmów się nie obejdzie.
       Na koniec informacja dla zainteresowanych. Książkę „Anatomia władzy” można wciąż kupić na Allegro za zaledwie 7 zł. Pozostaje pytanie, czy warto było? Ale to już nie nasz problem, ale tych ludzi i ich sumień.
      No i jeszcze coś, bez czego ten tekst tak naprawdę nie ma sensu. Otóż skorzystajmy proszę z linka, który tu wklejam  i proszę się zastanowić nad jedną rzeczą. Oto mamy rok 2010, niespełna dwa miesiące po Katastrofie i widzimy wyraźnie, że oni wszyscy wiedzą, że prezydentem zostanie Komorowski, a co więcej wszyscy są z tym w pełni pogodzeni. Mało tego, pogodzeni. Oni są wręcz w szampańskich nastrojach i traktując to jako swoją wielką szansę, już układają sobie nowe życie. Pomyślmy teraz, co byśmy dostali, gdyby nie Jarosław Kaczyński, który, wbrew wszystkiemu, podniósł się, zwyciężył i doprowadził nas tu, gdzie jesteśmy. Sam. Nie dość że bez niczyjej pomocy, to wbrew temu stadu wilków, które ostatnio z satysfakcją ogłaszają, że ma on problemy z kolanem i że tym razem to może być coś naprawdę poważnego.

Parę dni temu dostałem mail od Czytelnika, który pytał, czy mam może książkę o siedmiokilogramówym liściu, bo on by chciał ją kupić. Ponieważ ona się już nam akurat w całości sprzedała, poradziłem mu, by zobaczył na Allegro, bo tam może ją pewnie znaleźć. No i owszem, znalazł. Sprawdziłem. Ona tam jest jak najbardziej, tyle że kosztuje nieco więcej, niż kosztowała oryginalnie. Mimo to polecam. I proszę pomyślmy, jak się te losy dziwnie plotą. Zapraszam niezmiennie do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl

środa, 2 maja 2018

O tym jak Staś Janecki nie poszedł na pochód pierwszomajowy

O pracowniku, dziś jak najbardziej „naszych”, mediów, Stanisławie Janeckim, miałem okazję tu pisać dosłownie cztery razy, ostatnio w kontekście ujawnionego przez wrogie media tekstu, jaki ów redaktor swego czasu opublikował wspólnie z niejakim Sławomirem Macem na łamach redagowanego przez siebie tygodnika „Wprost” na temat polskich zbrodni wobec Żydów. Dziś już nie mam pewności, czy przy tej i innych okazjach udało mi się zwrócić uwagę na tajemnicę życiorysu Janeckiego, niemniej faktem jest, że gdyby ktokolwiek z nas miałby ochotę dowiedzieć się czegokolwiek o Janeckim sprzed roku 1990, nie znajdzie na ten temat żadnych informacji, poza tą jedną, że urodził się w roku 1955, a w latach 1974-1979 studiował w Poznaniu historię sztuki, po czym podjął studia doktoranckie, jednak nie wiadomo, czy je ukończyl. Poza tym – zero. Kolejna informacja dotyczy już lat 90, kiedy to Janecki został zatrudniony jako dziennikarz śledczy w tygodniku „Wprost”.
     I oto dziś w tym leniwym czasie majowego weekendu chciałem wszystkich poinformować, że tuż po tym, jak Real się cudem wywinął z pewnego wręcz nieszczęścia i awansował do finału Ligi Mistrzów, tylko po to, by tam oberwać od Liverpoolu, sam Janecki we wczorajszym wydaniu programu „W tyle wizji” ujawnił bardzo istotny fakt ze swojego życiorysu. Otóż kiedy jeszcze chodził do szkoły, jego nauczyciel zapytał go: „Janecki, czemu nie byłeś wczoraj na pochodzie?”
     A zatem możemy spać spokojnie. Janecki już jako uczeń, nie chadzał na pochody pierwszomajowe. A więc swój człowiek. Jak wszyscy oni.
     A ja już tylko chciałem tę krótką notkę – w końcu kto dziś ma serce do czytania jakichś bzdur – zakończyć taką oto refleksją. Oto, jak wszyscy wiemy, ostanio podnoszą głowy tak zwani „patrioci”, którzy nie zajmuja się niczym innym, jak wyszukiwaniem wśród przedstawicieli naszych władz zdrajców Ojczyzny. Najnowszym tego typu przypadkiem było pojawienie w Szkole Nawigatorów komentatora, który oskarżył śp. Lecha Kaczyńskiego o to, że ten tak naprawdę był „człowiekeim Kiszczaka”, a jego śmierć w Smoleńsku była jak najbardziej zasłużona. Ponieważ, na ile się orientuję, telewizja TVP Info, choćby przez to, że swoim głosem uczyniła tak wybitnych patriotów, jak Michał Rachoń, czy Wojciech Cejrowski, jest również medialnym przedstawicielem wspomnianych środowisk, przypominam, że wymagana jest podwójna czujność. Zwłaszcza tu na miejscu, bo przepraszam bardzo, ale nawet ja parę razy na pochód nie poszedłem.
     Już na sam koniec, ktoś mnie pewnie zapyta, czemu ja nagle postanowiłem się zabrać za Janeckiego. Przepraszam bardzo, ale czy chodzi o to, że Magda Ogórek lub prof. Kik by się nadali bardziej? Możliwe. Niewykluczone, że na tej liście mogliby się nawet znaleźć bracia Karnowscy, no ale proszę mi wybaczyć, ja nie jestem w stanie opanować całej tej menażerii. Karnowskich jednak obiecuje na jutro. W końcu weekend trwa i trzeba się bawić.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupic nie tylko moje książki.

wtorek, 1 maja 2018

W Radio Erewań mówią o polskiej szkole


      Dzisiejsza notka będzie wyjątkowa z dwóch względów. Przede wszystkim będzie bardzo krótka, a jeśli ktoś uzna, że jest jednak zbyt krótka, to na pocieszenie powiem mu, że i tak planowałem ją ograniczyć do podstawowego minimum, a zatem każde dodatkowe słowo, to moim zdaniem i tak słowo niepotrzebne. Druga rzecz niecodzienna to ta, że dziś zaczniemy od zdjęcia i mimo że, jak mówię, mam bardzo mocne wrażenie, że na tym zdjęciu moglibyśmy skończyć, to pewien komentarz jednak będzie i postaram się, by był on jak najbardziej adekwatny.
      A zatem najpierw poprosimy o obraz:




      Mam nadzieję, że przyjrzelismy się wszystkiemu starannie i można wrzucić komentarz. Otóż, jak wiemy, bardzo ważną częścią programu Dobrej Zmiany jest reforma edukacji. Jestem oczywiście pełen uznania dla wysiłków minister Zalewskiej na rzecz tego, by polska szkoła stała się szkołą naszych marzeń, ale obawiam się, że to jest zadanie niewykonalne. Jak podało swego czasu Radio Erewań, lepiej już było.
      W minioną niedzielę, tak się wesoło nam ułożyło, że zostaliśmy zaproszeni z żoną na mecz drużyny piłkarskiej GKS Katowice. Jechaliśmy zatem tramwajem na stadion przy ul. Bukowej i obok nas, po drugiej stronie przejścia, siedział jakiś łysy, do obrzydzenia wręcz typowy tak zwany „kibol” i coś tam oglądał w telefonie. Kiedy wstawaliśmy, żeby wysiąść na naszym przystanku, on też wstał i wtedy kątem oka zobaczyłem, że on oglądał… tak, tak –  któryś z wykładów Grzegorza Brauna.
       Oczywiście, ja rozumiem postulat, by to on, zamiast tych idiotek, został wydelegowany przez Ministerstwo Edukacji do opiekowania się naszymi dziećmi i szczerze powiem, że jestem jak najbardziej za, jednak obawiam się, że to jest niewykonalne. A więc powtarzam raz jeszcze: Lepiej już było.
       Przy okazji, składam wszystkim członkom Związku Nauczycielstwa Polskiego najlepsze życzenia z okazji Międzynarodowego Święta Pracy.

Książki można zamawiać w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, ale też, jak ktoś zyczy sobie z dedykacja, tu na miejscu. Mój mail: k.osiejuk@gmail.com

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...