środa, 15 kwietnia 2015

Obrastają w pióra kurwy i złodzieje, czyli czas na dobrą zmianę

Kiedy Bob Greene w roku 1982 opisywał owo zjawisko, które w Stanach Zjednoczonych już od kilku lat kwitło pod nazwą „party hardy” u nas w Polsce tak zwane „ostre imprezowanie” nie dość, że nie było nawet w powijakach, to wręcz nie miało nawet szans, by być potraktowane, jako plotka z szerokiego świata. Od tego czasu jednak zmieniło się bardzo wiele, pojawiły się nawet galerie handlowe, a z nimi ambicja, by nawet tę część zachodniej kultury, która ze względu na naszą obyczajowość wygląda tu dość dziwnie, choćby i na siłę oswoić. No i mamy wolność.
Jak mówię, Bob Greene już w roku 1982 zwrócił uwagę na ową niezwykłą wręcz językową sztuczkę, która sprawiła, że słowo „party” przestało przede wszystkim oznaczać prywatkę, konfetti, balony, tańce i torcik dla wszystkich, a przede wszystkim zaczęło funkcjonować, jako czasownik (Wanna party?) i nieść ze sobą wszystkie te tak niezwykłe elementy, jak alkohol, narkotyki i ewentualnie na koniec seks, by jakoś zasnąć, jednak musiało minąć grubo ponad dwadzieścia lat i nastać rok 2009, kiedy stacja MTV zdecydowała się wyprodukować ów niezwykły „reality show” pod nazwą „Jersey Shore”, w którym to wszystko zostało przemielone na pop kulturę i zmusiło Amerykanów do zaakceptowania faktu, że już nic nigdy nie będzie takie jak kiedyś. Gdy chodzi o Polskę, nikt już na nic ani nie czekał, ani nie uważał, że może nie wypada, i zaledwie rok po tym, jak Amerykanie po trzech latach owego eksperymentu postanowili jednak korzystać z bardziej subtelnych środków wprowadzania nowej cywilizacji i program „Jersey Shore” zwyczajnie zlikwidowali, myśmy od nich ów pomysł kupili i pojawiło się coś, co dziś możemy oglądać pod nazwą „Warsaw Shore”. Nie Jersey, ale swojsko – Warsaw.
Krótko może powiem, o co chodzi. Otóż mniej więcej tak samo, jak przed laty w tak zwanym „Domu Wielkiego Brata”, i tu mamy grupę dziewcząt i chłopców, którzy są zamknięci we wspólnym domu, tyle że w odróżnieniu od tamtego programu, nie starają się razem gospodarzyć, lecz spędzają czas na bardzo typowej imprezie, gdzie, mówiąc brutalnie, wszyscy nawzajem się pieprzą i chleją. Obejrzałem niedawno duży fragment jednego z tych odcinków i w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że to jednak musi być fikcja. Skoro mamy takie czasy, że nawet w filmach – choćby i z gatunku science-fiction, czy fantasy – nie wolno na przykład palić papierosów, a w telewizyjnym studio zaproszonym gościom nie wolno pić jakiegokolwiek alkoholu od shandy w górę, to wydawałoby się, że tym bardziej jakakolwiek telewizja nie może wynajętych przez siebie aktorów realnie upijać i kazać im się łajdaczyć, tylko dlatego, że taki oto ma pomysł na rozrywkę. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, by realizatorzy owego „Warsaw Shore” sprowadzili te dziewczęta i chłopców, najpierw ich upili, a potem płacili im za uprawianie seksu przed kamerami i żeby to wszystko działo się naprawdę.
Tymczasem moja córka przyniosła mi informację, że pewna jej koleżanka ma z kolei swoją koleżankę, która wygrała casting do owego programu, jest już po kilku sesjach i twierdzi, że tam nie ma mowy o żadnym udawaniu: tam faktycznie jest wyłącznie chlanie i kurestwo. A MTV za to płaci.
Czy to prawda? Nie wiem. Wciąż mam swoje wątpliwości. Biorę wręcz pod uwagę, że to dziecko albo musi tak opowiadać, bo to jest element umowy, albo zwyczajnie się nakręca i po prostu nas buja. Jednak parę dni temu zamówiliśmy sobie za drobna opłatą w telewizji Cyfra + kanał muzyczny Mezzo i któregoś dnia tuż obok owego Mezzo trafiliśmy niechcąco na autentyczną, najtwardszą z możliwych, pornografię, całkowicie bezpłatną, nadającą 24 godziny na dobę, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, poza znaczkiem w górnym lewym roku z liczbą 18. Ponieważ wydawało mi się, że pornografia w Polsce jest póki co zakazana, sprawdziłem zapisy Kodeksu Karnego i okazało się, że już nie. Odpowiedni zapis został ostatnio zdjęty, w miejscu gdzie był paragraf 2 stoi informacja „uchylony”, i tym sposobem zakazana jest już wyłącznie pornografia dziecięca. Gdy chodzi o wszystko co poza tym, mamy pełną wolność. Jest wprawdzie zastrzeżenie, że nikt nikogo do oglądania pornografii nie może zmuszać, jednak biorąc pod uwagę, że nikt też nikogo nie może zmuszać do oglądania programu „Szkło Kontaktowe”, a nawet transmisji z obrad Sejmu, owa troska wydaje się być bez najmniejszego znaczenia.
A zatem refleksja na środek tygodnia jest taka, że poza salonami gier, które – o czym miałem okazję informować bardzo niedawno – jak grzyby po deszczu powstają w każdym polskim mieście, miasteczku i wiosce, mamy też już w powszechnie dostępnej telewizji twardą pornografię i oficjalnie sponsorowane kurestwo, chlanie i nie wykluczam, że i narkotyki. W końcu, czemu nie?
Popatrzmy, proszę, co w tych dniach znalazłem na ten temat. Oto wzorem braci Czechów, w Katowicach otwarta została pierwsza w Polsce tak zwana „Konopna Farmacja”. Właściciel owej inicjatywy, Mirosław Tarnawski zapewnia, że to, co on sprzedaje, to ani narkotyki, ani nawet lekarstwa; to wszystko są zaledwie kosmetyki z jak najbardziej europejskim atestem. I, wszak reklama, to jak wiemy, tylko reklama, nie zmienia tego faktu nawet treść odpowiedniej ulotki: „Oferujemy produkty dermokosmetyczne oraz BIO produkty spożywcze z konopi gatunku botanicznego Cannabis sativa. Niezwykłą cechą naszych produktów jest połączenie BIO oleju z konopi z ekstraktem z całej rośliny konopi, które razem posiadają nadzwyczaj szerokie spektrum działania na ludzki organizm. Zalecane są dla osób z wieloma zaburzeniami zdrowotnymi, w tym z dolegliwościami związanymi ze zmianą kondycji skóry"
Powtórzę jeszcze raz: pornografia, kurestwo, przemoc, wóda, narkotyki, kłamstwo, a wszystko pod czujnym okiem polskiego państwa. Wiem, że się już robię nudny, ale uważam, że nie wypada mi zobojętnieć. Otóż zbliża się maj, a z nim czas, gdy będziemy decydować o tym, co z nami dalej będzie. Niech nas Dobry Bóg ma w Swojej opiece i da nam odwagę powiedzenia „Dość!”

Przypominam, że w sobotę i w niedzielę będę podpisywał książki w Warszawie na Targach Wydawców Katolickich. Jeśli ktoś się jednak nie wybiera, zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Ustalony został też ostateczny temat debaty blogerów przed wyborami. Odbędzie się ona 7 maja o godzinie 18.00 na Uniwersytecie Opolskim w Opolu oczywiście. Organizatorem debaty jest Wszechnica Solidarności, a udział w niej wezmę ja, Coryllus i nasz kolega Dr.Wall.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Bliźnięta syjamskie rodzielone, czyli o tym, jak zakablowałem blogera Pantryjotę

Dzisiejsza notka ma charakter głównie informacyjny i powiem szczerze, że nie do końca mam pewność, czy warto. Uznałem jednak, że są zdarzenia, nawet jeśli zawstydzająco tandetne, to w pewnych okolicznościach stanowiące jakąś tam wiadomość. A takim mianowicie wydarzeniem jest ostateczne usunięcie z Salonu24 blogu człowieka piszącego tu od lat i podpisującego się jako Pantryjota.
A było tak, że ów Pantryjota ze swoimi pięcioma, czy może już nawet sześcioma – w tym oryginalnym – już tu wcześniej otwartymi kontami, po paromiesięcznej przerwie wrócił, jako Duch Azraela z tekstem oczywiście poświęconym Toyahowi, czyli mnie. Niemal natychmiast, przylepiając się do imienia Toyah, jak mucha do gówna, przybiegł do Pantryjoty bloger Sowiniec i zakomunikował, że… tak, macie Państwo rację – „Bingo”. A dalej było tak (cytuję słowo w słowo):
P: Tak?
S: A jak?
P: Super :))
S: Super duper.
P: W sensie?
S: A zawsze musi być sens?
P: Pan to musi być inteligentny za trzech :))
S: Przesada. Za półtora.
P: Przepraszam. Nie miałem pojęcia.
S: Drobiazg.
P: Ważne, że obaj trzymamy się meritum.
S: Bez wątpienia.
P: Wątpić to nie zawsze znaczy to samo.
W tym momencie, czując, że już naprawdę niewiele trzeba, by się zjawił bloger Arthur King, a za nim cała reszta internetowych hejterów i zaczęli mnie przez najbliższe miesiące opluwać, napisałem do Administracji donos… i proszę sobie wyobrazić, że już po chwili dostałem informację, że oni sprawdzili IP tu i tam, stwierdzili, że „po drugiej stronie” to faktycznie „Pantryjota” i usunęli oba konta uznając, że „wykorzystywanie osoby zmarłej do atakowania Pana to przekroczenie wszelkich granic” i oba blogi, w tym niesławny blog Pantryjoty, zniknęły. Z tego co widzę, mamy tu jeszcze szczątkowego Ojca Podgrzybka, ale poza tym, po Pantryjocie dziś nie pozostał najmniejszy ślad.
Przepraszam, jest jeszcze Sowiniec i ta wymiana, którą zdążyłem jeszcze, zanim to wszystko wyleciało w kosmos, zapisać, a której symboliczne znaczenie jest nie do przecenienia. I dalej już niech zapanuje cisza, bo jednak chyba naprawdę nie warto. W czwartek natomiast, a więc pojutrze w Arkadach Kubickiego pod Zamkiem Królewskim w Warszawie rozpoczynają się Targi Wydawców Katolickich. Obiecuję być na miejscu w sobotę i w niedzielę, do dyspozycji wszystkich, którzy mają ochotę się spotkać, porozmawiać i ewentualnie coś sobie kupić. Zapraszam. Jeśli jednak ktoś ma do Warszawy daleko, a nie uważa, że nie zasługuje na nic więcej, niech zajdzie na stronę www.coryllus.pl i zobaczy, jak wygląda prawdziwa oferta.
I to jest news!


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

O jajnikach Angeliny Jolie i dziewczynce imieniem John

Tyle ostatnio mieliśmy spraw na głowie, że cotygodniowy felieton do „Warszawskiej Gazety” musiał poczekać aż do dziś. Ale, jak widać, dajemy radę.

Mam czasem wrażenie, że gdyby nie było aktorki Angeliny Jolie, aby utrzymywać swoich polskich poddanych na odpowiednim poziomie emocji, System musiałby ją wymyślić. I wcale nie chodzi o to, że jej aktorstwo jest tak porażające, filmy, w których występuje, tak poruszające, a jej uroda tak zachwycająca, że każdy Polak na jej wspomnienie na nowo odnajduje sens życia. Nic podobnego. Angelina Jolie nie jest ani szczególnie wybitną aktorką, ani filmy, w których występuje nie należą do najwybitniejszych dzieł światowej kinematografii, a jej uroda jest szczególna w tym tylko sensie, że owszem, niektórzy twierdzą, że jest ładna.
Powie ktoś, że film i zewnętrzne piękno to nic w porównaniu z tym, kim jesteśmy w sercu i w duszy, a Angelina Jolie to ktoś absolutnie niezwykły przez swoje poświęcenie dla afrykańskich, czy chińskich sierot, które albo wspiera finansowo, albo wręcz adoptuje i że to dzięki temu, przekaz jej dotyczący jest aż tak pozytywny. Może i tak jest, jednak moim zdaniem, to nie wyjaśnia do końca, dlaczego w światowej rozrywce nie ma drugiej osoby tak w Polsce rozpoznawanej. Wydaje się wręcz niekiedy, że nawet księżna Diana nie była aż tak mocno rozchwytywana.
Moja teoria na ten temat jest taka, że to wszystko bierze się stąd, że Angelina Jolie w obawie przed rakiem wciąż sobie coś wycina i w ten sposób bardzo skutecznie dostarcza nam kolejnych tematów, które mają nas utrzymywać w stanie intelektualnego napięcia, tak naprawdę będącym niczym innym jak narkotykiem, który pozwala nam zapomnieć o tym, co ważne. Oto Angelina Jolie w obawie przez rakiem usuwa sobie obie piersi, a Polska przez następne parę tygodni debatuje, czy za tym gestem stał Anioł, czy Szatan. Angelina Jolie usuwa sobie jajniki, bo wiadomo, że rak jajnika zabija, na co w Polsce wybucha dyskusja, podczas której jedni mówią, że to bardzo mądre z jej strony, bo życie to cenna rzecz, a drudzy – szalenie dowcipnie – że następnym razem niech ona sobie wytnie mózg.
A zatem, skoro wygląda na to, że o Angelinie Jolie gadać nie przestaniemy, proponuję coś, co faktycznie ma swoją wagę i co faktycznie może dotyczyć nas wszystkich, choćby przy okazji uchwalenia tak zwanej „ustawy antyprzemocowej”. Jak się dowiadujemy, ośmioletnia córka Jolie o fikuśnym imieniu Shiloh została ostatnio przerobiona na chłopczyka i otrzymała nowe imię John. Ja wiem, że to są nudy, bo nikt nikomu ani nic nie obciął, ani w tle nie ma raka, niemniej, skoro już zainteresowaliśmy się światowym kinem, proponuję to biedne dziecko. Od nas zależy, co z tym zrobimy.

Przypominam, że w tym tygodniu w czwartek zaczynają się w Warszawie Targi Wydawców Katolickich. Gabriel będzie od początku, natomiast ja tym razem aż dwa dni, w sobotę i w niedzielę. Zapraszam wszystkich, którzy mieszkają w zasięgu wzroku i maja ochotę się spotkać i porozmawiać. Kto nie może, niech zajrzy na stronę http://coryllus.pl/?page_id=69 i zamawia, co mu przyjdzie do głowy. Dalej szukać nie ma co.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Piwko, paliwko i świece, które nie zgasną

Pytają mnie znajomi, czemu, mimo iż właśnie mija 5 lat od Smoleńskiej Katastrofy, a więc wydarzenia determinującego polską historię w sposób ostateczny, ja się zajmuję wszystkim tylko nie tym. Oczywiście najprościej byłoby odpowiedzieć, że ponieważ Katastrofą zajmowałem się przez pięć lat, i to zajmowałem się niekiedy z intensywnością na granicy obsesji, dziś mam ten komfort, że mogę ten temat zostawić choćby stacji TVN24, która choćby wczoraj pod wieczór uczciła pamięć pomordowanych na takim poziomie wzruszenia, że ja tu nie mam co do gadania. Te łzy, te świeczki, te trumny, ci biskupi, ta muzyka… naprawdę, brakowało już tylko warszawskiej straży miejskiej. Jednak odpowiem inaczej. Nie zdecydowałem się pisać w tych dniach o Smoleńsku z jednego tylko powodu, tego mianowicie, że uważam ten temat za ostatecznie spalony. Moim zdaniem – i przykro mi bardzo, że tak się stało – temat Smoleńska dziś powinien zostać schowany najgłębiej jak się tylko da, bo każde kolejne słowo na ten temat Sprawie wyłącznie szkodzi. Dlaczego? Dlatego, że dziś każde nasze słowo automatycznie zostaje wprzęgnięte w tak zwany „przemysł pogardy”, a my w tej sprawie nie mamy nic do gadania. Jak odzyskamy głos, te łby pościnamy, jednak do tego czasu powinniśmy zamilknąć. Paradoksalnie, my dziś jesteśmy w sytuacji, którą tak znakomicie w roku 2010 opisała Halina Bortnowska, wzywając do tego, by na razie skupić się wyłącznie na wyborach, które trzeba wygrać, a potem z prezydentem Komorowskim wydłubie się tę trumnę z Wawelu choćby widłami.
A zatem o Smoleńsku i o tym, co z niego dziś pozostało, pisać nie będę, natomiast chcę zwrócić uwagę na jedno bardzo drobne, i jak sądzę kompletnie przeoczone, zdarzenie, które idealnie wspiera moją tezę i, mam nadzieję, pozwoli mi zasłużyć sobie na przynajmniej zrozumienie. Otóż kiedy niesławny ekspert Artymowicz dostarczył radiu RMF wyprodukowane przez siebie stenogramy i podniosła się na chwilę odpowiednia wrzawa, głos zabrał inny ekspert i oświadczył, że jest bardzo prawdopodobne, że tam jednak nie pada słowo „piwko”, ale „paliwko”, co oczywiście radykalnie zmienia naszą wiedzę na temat przyczyn, okoliczności i osób odpowiedzialnych za Katastrofę.
Usłyszałem o tym „paliwku”, nastawiłem ucha, czy gdzieś dochodzą nas jakieś komentarze, usłyszałem ciszę i nagle sobie uświadomiłem, że mija właśnie 5 lat od tego nieszczęścia, a tak naprawdę nikogo z nas nie interesuje nas nic poza tym, by powiedzieć, to co i tak przez owe 5 lat mówimy każdego dnia. W tym wypadku to, że tam jednak jest mowa o „paliwku”, a nie „piwku”. Pięć lat i to jest to co nam zostało: „piwko”, czy „paliwko”? Jedni stoją z zaciśniętym zębami i mówią „piwko”, a drudzy zaciskają pięści i powtarzają „paliwko”. I tyle wszystkiego.
Mam kolegę, wybitnego muzyka i inżyniera dźwięku, człowieka, który nieskromnie twierdzi, że jest jednym z dwóch ludzi w Polsce o uchu, które jest w stanie w jednej chwili rozpoznać każdą, nawet najbardziej zręczną, manipulację cyfrowym zapisem dźwięku. Spytałem go o kwestię tak zwanych „nowych, lepszych odczytów”, na co on mi odpowiedział, że przede wszystkim i tak nie ma lepszego sprzętu na świecie, niż to co posiada policja, więc całe to gadanie o tym, że właśnie trafiono sprzęt jeszcze lepszy, niż ten dotychczasowy, to ciężka bzdura, a poza tym nie ma absolutnie żadnej możliwości prowadzenia tego typu badań, jeśli nie ma się do czynienia z oryginałami. Powiedział mi mój kumpel, że jeśli któregoś dnia TVN24 opublikuje wreszcie idealnie czysty dźwięk z czarnych skrzynek, na których wreszcie usłyszymy, jak generał Błasik wyraźnie mówi pilotom, że „mają kurwa lądować”, bo jeśli nie, to on ich pozabija jak psy, dopóki ów zapis nie będzie zapisem oryginalnym, nie ma w ogóle o czym rozmawiać. Dopóki nie mamy dostępu do oryginalnych zapisów, to, co nam puszczają, nie znaczy nic. Twierdzi mój kolega, że w sytuacji, gdy pracujemy na kopiach, dyskutowanie na temat tego, co tam słychać, ma tyle samo sensu, co dyskutowanie na temat wyższości Świąt Wielkanocnych nad Świętami Bożego Narodzenia w lipcu.
A oni, z okazji 5 rocznicy tego zamachu nas informują, że jeszcze tylko trzeba sprawdzić, czy tam jest mowa o „piwku”, czy „paliwku”, i wszystko będzie jasne. Trzeba tylko poczekać aż uda się znaleźć odpowiedniego uniwersyteckiego profesora od fonetyki, który wśród tych szumów usłyszy Prawdę.
Przepraszam bardzo, ale gdy chodzi o Smoleńsk, ja już nie mam nic więcej do powiedzenia, jak tylko to:
„Niech Pan wygubi wszystkie wargi podstępne i język pochopny do zuchwałej mowy. Tych, którzy mówią: ‘Naszą siłą język, usta nasze nam służą, któż jest naszym panem?’”
Niech wygubi, i o to się dziś modlę.

Przypominam, że w sobotę i w niedzielę już za tydzień, będę na Targach Wydawców Katolickich w Arkadach Kubickiego w Warszawie z książkami. Zapraszam. Jak będzie trzeba, to nawet nie usiądę. Póki co jednak, zachęcam do odwiedzania księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?page_id=69, gdzie są do nabycia wszystkie moje książki. Polecam serdecznie.



sobota, 11 kwietnia 2015

Kim byłeś, Azraelu?

Słowo honoru, że plan był zupełnie inny, tak się jednak porobiło, że trzeba było gwałtownie zmienić temat i to mimo tego, że o zmarłych – z wyjątkiem oczywiście Wojciecha Jaruzelskiego, Adolfa Hitlera, Włodzimierza Lenina, Myry Hindley, Floriana Siwickiego, Heleny Wolińskiej, Edmunda Kolanowskiego, Jerzego Vaulina, doktora Menegle, Józefa Stalina, Kaliguli i tych kilku jeszcze, co wciąż jakoś ciągną – mówi się wyłącznie albo dobrze, albo w ogóle, tylko co robić w sytuacji, kiedy nie mówić nie wypada, a mówić dobrze tym bardziej? Albo jeszcze inaczej: co robić w sytuacji, gdy mówić źle nie wolno, nie mówić stanowi uderzającą małostkowość, a gdzie się człowiek nie obejrzy, wszyscy gadają i to wyłącznie dobrze? Jakby się czegoś najedli.
Zmarł bloger Azrael, tym, którzy wolą jednak wiedzieć, z kim mają przyjemność, znany jako Azrael Kubacki, a tak naprawdę, jak się dziś okazuje, zwykły Jacek Gotlib, i najpierw o jego odejściu informuje znana nam aż nazbyt dobrze posłanka Platformy Obywatelskiej Ligia Krajewska, za Krajewską Onet, za Onetem „Wyborcza”, za „Wyborczą” poseł Andrzej Rozenek, za Rozenkiem TVN24, za TVN-em ambasador Stanów Zjednoczonych, za ambasadorem Igor Janke, no a dalej to już wszelka możliwa internetowa drobnica. Kolejność zresztą mogła być nieco inna, ale jakież to ma znaczenie w obliczu majestatu śmierci, zwłaszcza gdy nikt z płaczących nawet nie wydusi z siebie imienia Latającego Potwora Spaghetti, wszyscy natomiast wciąż nudzą na temat jakiegoś „Boga”.
Po raz pierwszy dowiedziałem się, że Azrael jest chory, kiedy Donald Tusk, aby pokazać, jaki jest otwarty na głos niezależnej opinii, zaprosił do siebie wybranych blogerów i tam, obok między innymi naszego kumpla Rybitzky’ego pojawił się z obandażowaną głową Azrael właśnie, a informacja była taka, że jego pojawienie się na gwizdek premiera Tuska było szczególnym wyrzeczeniem, bo ledwo co miał on ową głowę operowaną i właściwie, zamiast się lansować, powinien leżeć. Drugi raz usłyszałem o Azraelu – nie o jego chorobie, ale w ogóle o Azraelu – parę tygodni temu, kiedy blogerka Jankowska poinformowała w Salonie24, że właśnie ów Azrael do niej dzwonił i poprosił, by wszystkich pozdrowić, bo on być może będzie za chwilę umierał. Ponieważ zdziwiło mnie to, że ktoś taki jak Azrael ma numer do Jankowskiej, postanowiłem sprawdzić, co u niego, gdy chodzi o blogowanie, trafiłem na blog, który, jak się okazuje, on w najlepsze w tajemnicy przed światem prowadził i zwróciłem uwagę na trzy rzeczy: pierwsza to taka, że on faktycznie od czasów, kiedy się znaliśmy, nie przestał pisać, druga taka, że jego już praktycznie nikt nie czytał, no i że jest członkiem tak zwanego Kościoła Latającego Potwora Spaghetti i chodzi w durszlaku na łbie.
Dziś wiem już, że się myliłem, lub raczej miałem informacje bardzo niepełne. Otóż on faktycznie gadać nie przestał, faktycznie nosił ten durszlak, rzeczywiście nikt go nie słuchał, natomiast radził sobie do tego stopnia fantastycznie, że nie tylko Jadwiga Jankowska była jego koleżanką, nie tylko regularnie bywał w rezydencji ambasadora Stanów Zjednoczonych, to jeszcze kiedy umarł, głos musiały zabrać wszystkie główne polskie media z przyszłym prezydentem Andrzejem Dudą na dokładkę.
Umarł Azrael, a ja dziś z jednej strony słyszę, że większość zwykłych komentatorów w ogóle nie ma pojęcia, że ktoś taki kiedykolwiek istniał, a z drugiej cały mainstream krzyczy, że zmarł jeden z najsłynniejszych i najznakomitszych blogerów, i czuję, że nie mogę milczeć. Pozwolę więc sobie może najpierw przypomnieć notkę, jaką na jego cześć zamieściłem w swoim „Elementarzu”:
„Azrael – O tym blogerze, podobnie jak o Katarynie czy Matce Kurce, usłyszałem jeszcze zanim zacząłem sam blogować. Może nawet jeszcze zanim się na dobre zorientowałem, co to takiego są te blogi. A więc kiedy przyszedłem do Salonu24, teksty Azraela były jednymi z pierwszych, które czytałem. I przyznam uczciwie, że intensywność tego głupstwa zrobiła na mnie takie wrażenie, że postanowiłem pod każdą kolejną jego notką zostawiać komentarz zaczynający się od słów ‘Azraelu, o Azraelu!’, a stanowiący wezwanie do opamiętania. Azrael nie opamiętał się nigdy, tyle tylko, że podczas przyjęcia z okazji trzecich urodzin Salonu, kiedy spokojnie gawędziłem sobie z Redpillem przy piwie i golonce, podszedł do nas z blogerem Ziggim i bardzo mnie prosił, żebym przyznał, że to co ja piszę, to taki żart i prowokacja. Obaj byli tak natarczywi, że zmuszony byłem ich poprosić, by się ode mnie i mojej golonki odpieprzyli. O dziwo, niższy niż można przypuszczać”.
A teraz, byśmy do końca wiedzieli, w czym rzecz, notka na temat owego Ziggiego, który do czasu gdy zmarł Azrael był mniej więcej tak samo sławny i wybitny jak on, no a dziś, wiadomo, tu ambasador, tam TVN, tam Gazownia, tu Duda, a więc żartów nie ma:
„Ziggi – Kiedy zacząłem prowadzić bloga, on już tam był. Wyjątkowo niesympatyczna postać. Pisał chyba dość dużo, raczej kiepsko, za to poziom zimnej nienawiści budził zawsze pewne zainteresowanie. Ktoś go kiedyś wytropił na blogu byłych pracowników SB, a więc możliwe, że to ktoś od nich. Spotkałem go na trzecich urodzinach Salonu. Akurat stałem sobie w ubikacji i siusiałem do pisuaru, gdy on mnie zaszedł od tyłu i zaczął mnie wypytywać o moje poglądy i ich szczerość. Przepędziłem go, a on jeszcze parę razy wracał. Ostatni raz z Azraelem. Więcej już go nie spotkałem”.
A więc tak to było. Dziś, skoro jest po temu okazja, podzielę się jeszcze jedną refleksją, której w „Elementarzu”, nie wiedzieć właściwie czemu, nie ujawniłem. Otóż, kiedy Azrael przyszedł do mnie wówczas z owym Ziggim i zaczęli mi jeden przez drugiego tłumaczyć, że ja jestem za dobry, żeby się tak marnować, autentycznie się wystraszyłem. Wystraszyłem dokładnie tak samo, jak wiele, wiele lat wcześniej, kiedy zostałem wezwany na Komendę Milicji Obywatelskiej w Sosnowcu z propozycją współpracy. Wystraszyłem się, ponieważ to co mówili, jak wyglądali i jak się zachowywali wskazywało na to, że to są zwykli milicjanci.
Dziś Azrael nie żyje, a ja czytam na Twitterze wspomnienie ambasadora Stanów Zjednoczonych o tym, jak ów Azrael jeszcze w grudniu minionego roku był u niego w rezydencji z wizytą. A potem widzę, jak oni dotarli aż do Andrzeja Dudy i myślę sobie, że muszę dać świadectwo, a ono jest takie, że Azrael to członek Kościoła Latającego Potwora Spaghetti, którego blog rejestrował jakieś 100 do 200 odsłon dziennie, a którego dziś żegnają wszyscy, i ja, cholera ciężka, nie jestem w stanie pojąć, kim on był. I nie ma mowy, bym zakończył ten tekst czymś w rodzaju „Niech Dobry Bóg przyjmie go do Swojego Królestwa”, bo wiem na pewno, że jedno tego typu słowo, a dzisiejszej nocy obudzę się z wrzaskiem. I to będzie jego robota. Ponieważ jednak głupio jakoś tak kończyć na sucho, pragnę skierować apel do opłakujących Azraela współwyznawców: zdejmijcie z łbów te durszlaki. One ewidentnie szkodzą na głowę.



Jeśli ktoś się zainteresował, „Elementarz” jest do nabycia w księgarni pod adresem: http://coryllus.pl/?page_id=69 za jedyne 15 zł. plus przesyłka. Do niego można domówić choćby książkę o języku angielskim, lub rock and rollu i wyjdzie taniej.




piątek, 10 kwietnia 2015

Wybieramy zdrowie, bezpieczeństwo i OlivoCap na nadmiar woskowiny

We wczorajszym tekście przypomniałem opowieść przedstawioną przez Łukasza Ewangelistę o tym, jak to po zesłaniu na nich Ducha Świętego, uczniowie Jezusa niemal w jednej chwili nie dość że zaczęli wokół siebie gromadzić autentyczne tłumy, to jeszcze tłumy gotowe naprawdę na wszystko. Opowiada Łukasz, jak to od pierwszego dnia, gdy Apostołowie zaczęli nauczać o Zbawieniu, Żydzi tysiącami wyprzedawali majątki, porzucali swoje domy i, nie pytając już o nic, szli za nimi. I oto pewnego dnia pojawił się człowiek imieniem Annaniasz, położył u stóp Uczniów, jak mówił, wszystko co miał i zadeklarował chęć przyłączenia się do Kościoła. Ponieważ jednak okazało się, że Annaniasz pewną część wspomnianego majątku ukrył, a tym samym jego intencje zostały skompromitowane, musiał umrzeć.
Przedstawiłem ów tekst, proponując, byśmy się wspólnie zastanowili, dlaczego Annaniasz, skoro tak naprawdę jego przekonanie co do świętości nowej wiary było mocno ograniczone, postanowił się tam zaangażować i to wręcz ryzykując własnym majątkiem. Czy może dlatego, że uznał, że całe to chrześcijaństwo jest atrakcyjne towarzysko, czy może, że każdy zainwestowany grosz, przyniesie mu dwa, lub trzy kolejne, czy może czuł, że to tam właśnie jest przyszła władza, a może kierowało nim jeszcze coś innego. Tak naprawdę nie wiemy nic, natomiast pewne jest to, że on tam przyszedł z nie do końca czystymi intencjami i za to spotkała go śmierć.
Muszę się tu teraz przyznać do pewnej manipulacji. Otóż kiedy pisałem wczorajszą notkę, miałem już gotową pewną teorię, tyle że pomyślałem sobie, że zrobię tak iż najpierw przedstawię problem, dam sobie i innym czas na zastanowienie, a potem opowiem o tym, co sam wymyśliłem, gdy chodzi o motywy, jakimi mógł się kierować ów biedny Annaniasz. A zaczęło się od tego, że córka moja przyniosła do domu świąteczny numer „Gościa Niedzielnego”, w którym oczywiście znaleźliśmy całe mnóstwo fascynujących wręcz artykułów, zaczynając od wywiadu z Grzegorzem Górnym o tym, „co czuje dziennikarz stojący przed legendarnym Graalem i tuniką w której chodził pocący się krwią”, przez rozmowę z Romualdem Szeremietiewem o tym oczywiście, „co by się stało gdyby Polska granicę przekroczyły obce wojska”, po stały felieton Wojciecha Wencla, w którym prosi on Boga o wstawiennictwo przed hejterami. Mnie jednak uderzyło coś zupełnie innego, mianowicie reklamy. Proszę popatrzeć. To jest zaledwie jeden numer:
„Przesilenie wiosenne? Jak skutecznie wzmocnić organizm i przywrócić energię ‘Bodymax 50+’”;
„Na lepsze krążenie ‘Venoforton’”;
„Wczasy zdrowotne w Przytkowicach z dietą dr med. Ewy Dąbrowskiej”;
„Pienińska Uzdrowiskowa Klinika Rehabilitacji i Leczenia Bólu im. Św. Ojca Pio - terapia - zespoły bólowe kręgosłupa - pakiet 7 dni”;
„Liść Oliwnego Gaju ‘Biblijne zioło’”;
„Usiądziesz z wrażenia bez bólu i pieczenia ‘Hemorol’”;
„’Traumon’ - usuwa ból z miejsca;
„’KineTex’ - siła natury w walce z bólem;
„Klinika 2000 - operacje zeza u osób dorosłych - Wesołego Alleluja!”
„Rekolekcje z Postem Daniela wg. dr Ewy Dąbrowskiej”;
„Pomoc dla stawów ‘Rheumafort’”;
„Produkty bonifaterskie: Hepatofratin Forte - zakonna mieszanka ziół zawierająca miętę, mniszek i kmin, które wspomagają trawienie i łagodzą uczucie pełności - karczoch wspiera pracę wątroby i przyczynia się do prawidłowego funkcjonowania dróg żółciowych”;
„’Antinervinum’ - przywraca spokój”;
„Nowość: ‘Colahial’ - kolagen z kwasem hialuronowym - materiał budulcowy stawów, więzadeł, ścięgien, mazi stawowej;
No i na koniec dwie oferty już bardzo poważne:
„Centrum Ziołolecznictwa Ojca Grzegorza Sroki - wspomaga ukrwienie mózgu, pamięć, koncentrację oraz prawidłowy słuch i równowagę - ochrona siatkówki oka w jaskrze, cukrzycy, nadciśnieniu, zaćmie i AMD - nerwica, bezsenność - katar alergiczny - kuracja przeciwzmarszczkowa - astma oskrzelowa - niedokrwienie serca, nadciśnienie tętnicze, cholesterol - reflux, zgaga - na żołądek i dwunastnicę - na zdrową prostatę, poprawa witalności – klimakterium - pomocniczo w cukrzycy – nadwaga - wspomagająco przy nowotworach - infekcje dróg moczowych, kamica - niestrawność, wzdęcia, wspomaganie wątroby, zaparcia - łuszczyca; na stawy i kręgosłup, osteoporoza”;
„Akademia kulinarno-duchowa – zapraszamy do wspólnego gotowania (15 godzin nauki pod okiem szefa kuchni), do wspólnej modlitwy (Msza Święta, adoracja towarzyszenie duchowe), do odpoczynku (basen, sauny, siłownia, grota solna, kijki, rower) - Najbliższe kursy przygototwania wybranych kuchni: ‘Nowe trendy w kuchni polskiej’, ‘Potrawy z nowalijek’, ‘Kuchnia wegetariańska’, ‘Dieta pełnowartościowa’”.
To wszystko firmowane przez Ojców Pallotynów, a ja, choć wciąż chciałbym wiedzieć, co to za cuda się dzieją w tej skalnej grocie, już się tylko zastanawiam, czemu tam nie ma kursu jogi, lub choćby zwykłej medytacji.
Jeśli jednak ktoś myśli, że zamierzam tu szydzić z ludzi, którzy z jednej strony handlują cudownymi środkami na wszelkie dolegliwości, począwszy od prostego refluxu, a kończąc na prostacie, czy że kieruję pretensje do „Gościa Niedzielnego” o to, że zamiast, tak jak tygodnik „W Sieci”, brać pieniądze od Kulczyka, robi interesy z jakąś dr med. Ewą Dąbrowską, czy producentem „biblijnego zioła”, myli się bardzo. To bowiem, co mnie tu ciekawi najbardziej, to zjawisko, które przebija się w niemal wszystkich z tych ogłoszeń, choć chyba najdobitniej zamanifestowało się w tym o treści: „’Klinika 2000’ - operacje zeza u osób dorosłych - Wesołego Alleluja!”
To jest bowiem ten rynek, ta polityka i ten target. I to jest też sposób, w jaki oni nas widzą. Przychodzą tu do nas rozglądają się ciekawie, wyciągają pudełko z czymś w środku i wołają: „A może coś na zeza, ewentualnie zgagę?”, a już chwilę potem dodają „Wesołego Alleluja”. Oni wszyscy. Obawiam się, że wszyscy. I ci tu z tymi swoimi lekarstwami na nasze zwykłe ludzkie dolegliwości, ale też tamci ze swoją ofertą na nasz głód pokoju i bezpieczeństwa, na nasze różnego rodzaju leki, przed biedą, utratą pracy, chaosem, wojną, na nasze pragnienie by wreszcie było normalnie. Przychodzą tu i wciskają nam swój towar. Pobożni domokrążcy. I już ani słowa, bo naprawdę boję się, że kogoś niesprawiedliwie skrzywdzę. A jak wiemy, nie ma nic gorszego, niż niezasłużona krzywda.

Przypominam, że w przyszły weekend przez dwa dni będę w Warszawie ze swoimi książkami na Targach Wydawców Katolickich. Jeśli ktoś mieszka niedaleko, proszę przyjść i mnie sprawdzić, czy przypadkiem zamiast tych książek, nie próbuję sprzedawać „Olivo Cap” na nadmiar woskowiny. Jeśli natomiast wszystkich, którzy są daleko od Warszawy, zwłaszcza tam, gdzie targów nie ma, a więc w Przemyślu, Poznaniu, Częstochowie, Szczecinie, Kaliszu, czy Bydgoszczy, zapraszam do księgarni na stronie http://coryllus.pl/?page_id=69.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Ile można dostać za żarty z Ducha Świętego?

Jak pewnie wszyscy wiemy, po śmierci Jezusa, a następnie po Jego odejściu, Uczniowie zostali sami w sensie zarówno dosłownym, jak i symbolicznym. Zaufali Mu do końca, oddali Mu całe swoje życie i nagle, kiedy Go zabito – a nawet już wcześniej, kiedy Go pojmano i poddano niewyobrażalnym mękom – poczuli, że zostali wyłącznie z własnym strachem. Widzieli Go, rozmawiali z Nim, byli świadkami cudów, które czynił, wreszcie – już po śmierci i zmartwychwstaniu – dostali okazję, by stanąć wobec całej prawdy, a mimo to, nie uwierzyli. Dopiero gdy Pan zesłał na nich Ducha Świętego, poczuli moc. Tę moc.
Ja wiem, że tu, wśród czytelników naszego bloga, jest wystarczająco dużo osób prawdziwie pobożnych, dla których rozmowa o naszej wierze jest równie fascynująca, jak dla mnie o przedimkach, ponieważ jednak w czasie minionych Świąt dokonałem pewnej obserwacji, chciałem się nią podzielić. Tak się złożyło, że parę dni temu siadłem i poczytałem sobie Dzieje Apostolskie, a w nich następujący fragment, dotyczący właśnie tego pierwszego momentu, kiedy Apostołowie poczuli Ten Wiatr:
„Po tej modlitwie zadrżało miejsce, na którym byli zebrani, wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym i głosili odważnie słowo Boże. 32 Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne. 33 Apostołowie z wielką mocą świadczyli o zmartwychwstaniu Pana Jezusa, a wszyscy oni mieli wielką łaskę. 34 Nikt z nich nie cierpiał niedostatku, bo właściciele pól albo domów sprzedawali je 35 i przynosili pieniądze /uzyskane/ ze sprzedaży, i składali je u stóp Apostołów. Każdemu też rozdzielano według potrzeby. 36 Tak Józef, nazwany przez Apostołów Barnabas, to znaczy Syn Pocieszenia, lewita rodem z Cypru, 37 sprzedał ziemię, którą posiadał, a pieniądze przyniósł i złożył u stóp Apostołów.
5 1 Ale pewien człowiek, imieniem Ananiasz, z żoną swoją Safirą, sprzedał posiadłość 2 i za wiedzą żony odłożył sobie część zapłaty, a pewną część przyniósł i złożył u stóp Apostołów. 3 Ananiaszu - powiedział Piotr - dlaczego szatan zawładnął twym sercem, że skłamałeś Duchowi Świętemu i odłożyłeś sobie część zapłaty za ziemię? 4 Czy przed sprzedażą nie była twoją własnością, a po sprzedaniu czyż nie mogłeś rozporządzić tym, coś za nią otrzymał? Jakże mogłeś dopuścić myśl o takim uczynku? Nie ludziom skłamałeś, lecz Bogu. 5 Słysząc te słowa Ananiasz padł martwy. A wszystkich, którzy tego słuchali, ogarnął wielki strach. 6 Młodsi mężczyźni wstali, owinęli go, wynieśli i pogrzebali. 7 Około trzech godzin później weszła także jego żona, nie wiedząc, co się stało. 8 Powiedz mi - zapytał ją Piotr - czy za tyle sprzedaliście ziemię? Tak, za tyle - odpowiedziała. 9 A Piotr do niej: Dlaczego umówiliście się, aby wystawiać na próbę Ducha Pańskiego? Oto stoją w progu ci, którzy pochowali twego męża. Wyniosą też ciebie. 10 A ona upadła natychmiast u jego stóp i skonała. Gdy młodzieńcy weszli, znaleźli ją martwą. Wynieśli ją więc i pochowali obok męża. 11 Strach wielki ogarnął cały Kościół i wszystkich, którzy o tym słyszeli 12”.
Kiedy to przeczytałem, przyznaję, że poczułem niepokój, jaki zwykle czuję, kiedy słyszę, że ktoś został potraktowany w moim odczuciu wyjątkowo surowo – zbyt surowo – a ja nie wiem, czy on w ogóle wiedział, za co oberwał. Żyje sobie bowiem ów Ananiasz z żoną, mają jakiś tak majątek, powodzi im się zapewne nie najgorzej, i oto któregoś dnia dowiadują się, że w mieście pojawili się ludzie głoszący Słowo Boże, a robią przy tym tak wielkie wrażenie, że wszyscy dookoła sprzedają wszystko to co mają i wszystko co mają przekazują na rzecz wspólnoty. Postanawia więc, że pójdzie, posłucha, co się tam mówi, uznaje, że propozycja jest interesująca, sprzedaje majątek i to co otrzymał, owszem, oddaje wspólnocie… tyle że, powiedzmy z wyjątkiem drobnego kawałka, na czarną godzinę. No i za tę swoją zapobiegliwość dostaje w łeb. Wspólnie z żoną.
Powtórzę: kiedy to po raz pierwszy przeczytałem, zdębiałem. Podzieliłem się swoimi wrażeniami z rodziną i oni, podobnie jak ja, poczuli pewien dyskomfort. No bo my oczywiście wiemy, że z kimś takim jak Apostołowie lepiej nie cwaniakować, jednak bez przesady. Śmierć to, jak by nie było, rozwiązanie ostateczne.
I w tym momencie zacząłem myśleć. No bo zastanówmy się: czy ktoś temu Ananiaszowi kazał sprzedawać majątek i przyłazić do Apostołów z tymi pieniędzmi? Nie sądzę. On zrobił to co zrobił z własnej, niewymuszonej inicjatywy. Powstaje więc pytanie, dlaczego się tak zachował? Dlaczego uznał, że dobrze będzie przyłączyć się do nowego ruchu? Oczywiście mogło być tak, że on wysłuchał jednego, czy dwóch super kazań i go wciągnęła atmosfera. No ale trochę trudno sobie wyobrazić, by dla paru krótkich dreszczy człowiek, jak by nie było jakoś tam poukładany, gotów był ryzykować częścią, i to jak się zdaje dość znaczną, swojego majątku. A więc może nie chodziło o nastrój chwili, lecz o prawdziwe objawienie? Może on wsłuchał się w głos Jezusa Zmartwychwstałego i odzyskał wzrok? No, może, tyle że skoro tak, to po jakie licho wciąż kalkulował?
Otóż jedyne wytłumaczenie tego postępowania znajduję w tym, że on najprawdopodobniej potraktował to co zobaczył, jako dobrą okazję do inwestycji. Ja tylko potrafię zgadywać, co się tam działo, kiedy napełnieni Duchem Świętym uczniowie zadawali tam szyku, a wrażliwy lud faktycznie rzucał wszystko i szedł oddawać cześć Jezusowi Zmartwychwstałemu. To musiało być coś nieporównywalnego z niczym, czego mieliśmy okazję sami doświadczać, ale też z tym, co sobie potrafimy jedynie wyobrazić. I na to przychodzi pewne małżeństwo i oświadcza, że są pod wrażeniem i też, jak inni, chcą oddać wszystko co mają na dobro tego… jak mu tam? Chrześcijaństwa. No i skoro już o tym mowa, to chcieliśmy się od razu ochrzcić.
I za to spotkała ich śmierć. Bez żadnej dyskusji, bez jakichkolwiek zbędnych słów. Bez dodatkowego czasu na zakończenie tego, co rozpoczęte.
Mam już swoje lata i znam ludzi spod najróżniejszych gwiazd. Niektórych z nich spotkałem osobiście, część z nich znam tak, jak znamy ich wszyscy. Otóż wśród nich jest z całą pewnością wielu takich, którzy, gdyby zdarzyło im się stanąć oko w oko z sytuacją, gdzie należałoby oddać Jezusowi wszystko – oddaliby Mu wszystko. I ja mam do nich szacunek najwyższy, bo sam nie wiem, jak ja bym się zachował w momencie próby. Znam też takich, którzy wprawdzie są z Jezusem za pan brat, jednak po przeczytaniu wyżej zacytowanego fragmentu z Pisma, powiedzieliby, że tak to właśnie jest z Kościołem – on biednemu nie daruje złamanego grosza. Ale też dziś myślę o tych, i to wśród ludzi mi absolutnie najbliższych, którzy Jezusowi, a już na pewno tym, którzy w Jego imieniu przemawiają, nie daliby złamanego grosza, bo uważają Go za oszusta i naciągacza.
Znam jednak też i takich, którzy, tak jak ów nieszczęsny Ananiasz i jego żona, próbują cwaniaczyć. Sami są na tyle mądrzy, by wiedzieć, że człowiek rozsądny stara się zawsze mieć kilka osobnych furtek, z których, nawet gdy większość okaże się zamknięta, wciąż będzie można skutecznie skorzystać i tę swoją mądrość realizują na co dzień. W przestrzeni, która nas tu dziś interesuje, mam na myśli ludzi, którzy z różnych powodów uznali, że warto postawić na Jezusa, i im więcej im ta gra przynosi korzyści, tym bardziej są przekonani, że warto było. Jako człowiekowi z natury łagodnemu i pełnemu naturalnego współczucia niezręcznie jest to mówić, ale, jak naucza Pismo Święte, litości nie będzie i, jak sądzę, prędzej zostanie zbawiony mój brat, który uważa, że Katechizm to bełkot, niż którykolwiek z nich.
Ktoś pomyśli, że ja tu czynię aluzję to człowieka nazwiskiem Cezary Michalski, który od czasu, gdy to wszystko się zaczęło, przeszedł bardzo długą drogę, a dziś przez swoje świadectwo sprawia, że stajemy struchlali. Otóż nie. Ja, w momencie gdy zaczynałem pisać ten tekst o Michalskim nawet nie myślałem. Dla mnie on jest już od dawna po drugiej stronie. Myślę natomiast o tych, którzy kręcą się dziś wśród nas i twierdzą, że w sumie oddali więcej, niż ktokolwiek z nas. Co ja mówię, więcej? Wszystko! Miejmy na nich oko, zwłaszcza w obliczu nadchodzących wyborów, i to bez względu na to, czy stoją tam, czy tu. Przyjrzyjmy się i tym dwojgu, jak będą sobie znów smacznie przysypiali podczas rocznicowego nabożeństwa, ale też i tym, którzy w swoim ulubionym kościele będą pokazywać, jak siedzą zasłuchani i pełni wiary. Bo kiedy już przyjdzie czas zapłaty, może pójść na ostro.

Jeśli ktoś mieszka w Warszawie lub w okolicy, z przyjemnością zapowiadam, że w następny już weekend 18 i 19 kwietnia będę na Tragach Wydawców Katolickich pod Zamkiem. Będzie więc możliwość pogadania i kupienia książek z dedykacją. Jeśli komuś jednak do Warszawy jest za daleko, zapraszam na stronę http://coryllus.pl/?page_id=69, gdzie można zamawiać każdą z moich książek. Wciąż mamy końcówkę nakładu obu „Toyahów”. Polecam serdecznie.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...