czwartek, 31 października 2013

Będą strzelać?

Nie umiem sobie dziś przypomnieć, kim kiedyś był Kazimierz Wóycicki, a sprawdzać mi się ani nie chce, ani też za bardzo nie widzę potrzeby, natomiast, kiedy od czasu do czasu widzę, że on coś publikuje w Salonie24, w dodatku, jako tak zwany bloger „czerwony”, wiem, że to nie jest przeciętny ćwierćinteligentny internauta, ale ktoś, kto wydawałoby się musi reprezentować pewien podstawowy poziom ambicji. Niedawno, jak pewnie większość z nas zauważyła, pojawił się w mediach zamówiony przez TVP sondaż, z którego wynikało, że oto Platformie bardzo skoczyło poparcie i w tej chwili ona wyprzedza PiS o dwie długości, uzyskując wynik ponad czterdziestoprocentowy. Kiedy owa informacja została przekazana, Kazimierz Wóycicki zamieścił na swoim blogu tekst, w którym zakomunikował, że to badanie pokazuje, że jest już wreszcie po PiS-ie, i że to jest jak najbardziej zrozumiałe, bo wnioskując z tego, co się ostatnio w Polsce dzieje, każdy już widzi, że ten PiS to czyste zło. Oczywiście większość normalnie myślących komentatorów Wóycickiego wyśmiała, on jednak w dalszym ciągu powtarzał tę swoją oryginalną myśl, i to aż do następnego dnia, kiedy najpierw ogłoszono, że wspomniany sondaż został zmanipulowany, by potem ogłosić kolejny, już na tyle standardowy, by nie trzeba było się nawet nad nim zatrzymywać.
A ja się zastanawiam, dlaczego ktoś taki jak Wóycicki nie dość, że w ogóle uznał za stosowne poświęcać swoją uwagę czemuś tak pozbawionemu znaczenia, jak kolejny sondaż, to jeszcze w tak idiotyczny sposób. I od razu na to pytanie sobie odpowiadam. Otóż, moim zdaniem, są tu trzy możliwości. Pierwsza jest taka, ze Wóycicki jest dokładnie tak samo głupi, jak pierwszy lepszy internauta, i on autentycznie sobie wydumał, że Platformie skoczyło o te 20 procent, no i że to, konsekwentnie, zapowiada koniec PiS-u. Druga możliwość to ta, że on wiedział bardzo dobrze, że ów sondaż to lipa, ale też i to, że nawet gdyby on nie był lipą, to nie ma się czym emocjonować, tyle że on pisze takie teksty na zlecenie ze strony Systemu, bo w ten sposób realizuje jakiś przebiegły bardzo plan. Jest i wreszcie trzecia ewentualność, że Wóycicki ani nie jest głupi, ani też nie pracuje na cudzy rachunek, lecz jest do tego stopnia zainfekowany przez towarzyszące nam od lat napięcie, że kiedy pojawia się polityka, on zwyczajnie traci głowę.
Pierwszą możliwość odrzucam z tej prostej przyczyny, że ja sobie zwyczajnie nie jestem w stanie wyobrazić, by ktoś znajdujący się jednak na pewnym intelektualnym poziomie, był aż tak głupi, by tak kompletnie szczerze zrobić z siebie osła. Jak mówię, ja nie pamiętam skąd znam tego Wóycickiego, ale jakoś tam go rozpoznaję, i jestem pewien, że on aż tak tępy być nie może. Nie on i nie aż tak. Ten poziom jest zarezerwowany dla innych. Drugą również odrzucam, a to z tego względu, że ja nie umiem sobie wyobrazić, jaką, czy to doraźną, czy długodystansową korzyść, mógłby System odnieść każąc swoim pracownikom pisać takie kawałki, jak to miało miejsce w wypadku Wóycickiego. Ja wiem, czemu TVP zorganizowała ten sondaż i czemu zamówiła taki a nie inny wynik. Zapewne tu zadziałał ów stary – i nieważne, że nieskuteczny – mechanizm nakręcania sondażowej propagandy. Ktoś zadzwonił do tego TNS Polska, powiedział słuchajcie no, dajcie nam tu badanie, w którym Platforma będzie miał ponad 40%, no i oni oczywiście szybko zareagowali. Po co? Bez powodu. Ot tak. Jak wiele razy wcześniej. Ja nawet mam bezpośredni dowód na to, że ten pomysł był spalony jeszcze zanim się pojawił. Proszę zwrócić uwagę, że ów wynik nawet nie stał się głównym newsem dnia. W pierwszej chwili ktoś tam o nim poinformował, a tak poza tym, poza paroma wpisami na mniej poważnych blogach, panowała idealna cisza. Jestem pewien w stu procentach, że gdyby za tym badaniem stał jakiś plan, oni by to wałkowali cały dzień, i coś tam z tego z pewnością by zostało. Tu jednak wszyscy wiedzieli, że nie warto nawet się napinać. Prawie wszyscy. Z wyjątkiem Wóycickiego i tych kilku blogerów. A więc to też nie było to.
No i tu dochodzimy do trzeciej możliwości, co do której osobiście jestem najbardziej przekonany, a z drugiej strony, wiele naprawdę bym dał, by nie mieć racji. Otóż wiele wskazuje na to, że poziom napięcia spowodowanego polityką jest dziś tak wielki, i przyjmuje już wymiar autentycznej katastrofy, że nawet najbardziej na co dzień przytomni ludzie, w momencie, gdy pojawia się problem polityki, dostają prawdziwego obłędu. Zresztą dni, które nam obecnie mijają, są tu szczególnie, że tak powiem, kryminogenne. Platforma gnije, i tego gnicia już niczym nie da się ani przesłonić, ani tym bardziej powstrzymać. I oni to widzą i drżą. Prawo i Sprawiedliwość, w dodatku z niemal kompletnie milczącym Jarosławem Kaczyńskim, stoi na owej herbertowskiej jednej nodze, gotowe do skoku, i tego oni też nie są w stanie przestać dostrzegać. Ale jest jeszcze coś. Pojawił się ów Chris Cieszewski, który – jak wszystko na to wskazuje – jak idzie o sprawę smoleńską, dokonał autentycznej rewolucji. W dodatku, jest to człowiek na wręcz unikalnym poziomie zarówno naukowej, jak i czysto, że tak powiem, pijarowskiej kompetencji. Cieszewski to ktoś, kogo nie da się tknąć choćby małym palcem lewej nogi. Cieszewski to, z punktu widzenia zadań, jakie stoją przed Zespołem Macierewicza, prawdziwy dar niebios. Ja miałem okazję oglądać w Internecie jego wystąpienie, gdzie on w pewnym momencie, załamującym się ze wzruszenia głosem, zaczął recytować dawno jeszcze zapamiętane wiersze polskich poetów. I powiem, że nie pamiętam, bym kiedykolwiek wcześniej był pod takim wrażeniem.
A więc mamy te sondaże, mamy tę wojnę w Platofrmie, mamy tego przyczajonego Kaczyńskiego, i wreszcie tę brzozę, której, jak się okazuje, nigdy nie było, no i Cieszewskiego, który nam to wszystko relacjonuje w taki sposób, w jaki widzimy. I oni też to, co się tu dzieje, świetnie rozumieją. A ja sobie tylko mogę wyobrazić, jaka tam panuje rozpacz. A jest mi tym łatwiej, że w moim najbliższym otoczeniu są osoby, które tu się wręcz wyjątkowo nadają, jako przedmiot obserwacji. Jest mi bardzo przykro, że muszę to powiedzieć, ale faktem jest, że oni są w nastroju, który prowadzi prostu w rejony, w jakich ostatecznie stracił zmysły człowiek nazwiskiem Cyba. Ja ich obserwuję na co dzień i widzę bardzo wyraźnie, co się tam w tych ich biednych głowach dzieje.
A tu jeszcze dochodzi owa, wciąż podsycana przez media, a w konsekwencji przez nich samych, niepewność, która sprawia, że oni stale trwają niemal jakby zawieszeni na krawędzi. TVN informuje, że wprawdzie wszystkie sondaże wskazują na to, że PiS wygrywa, jednak, najbardziej wiarygodny CBOS wciąż trzyma poziom, a więc można spokojnie iść spać. Człowiek jednak budzi się rano i okazuje się, że ten sam CBOS już podaje, że PiS ma 5 punktów przewagi. Cieszewski wygłasza referat, z którego wynika, że smoleńska brzoza to od początku do końca fikcja. I oto nagle okazuje się, że jednak Cieszewski przyznał się do pomyłki, a więc jest dobrze. Za chwilę jednak pokazuje się informacja, że o żadnej pomyłce mowy być nie może, i oto skądś dochodzi wiadomość, że Kaczyński od Cieszewskiego się odciął, natychmiast jednak wyparta przez kolejną, że jednak się nie odciął. A przy tym wszystkim, świat ani drgnie. Oni wpatrują się w to, co przed nimi, i widzą wciąż ten sam obraz: Jarosław Kaczyński stoi na jednej nodze, gotowy to tego, by przejąć władzę. I na to już nie widać sposobu. I za chwilę znów wiadomość dobra… Wipler się upił. No i dobrze. To już po Kaczyńskim.
I to jest świat, w jakim oni dziś żyją. Przepraszam bardzo, ale to nie jest śmieszne, bo dalej są już tylko ludzie z pistoletami.
I w tym wszystkim, jak najbardziej, znajdują się tacy nieszczęśnicy jak ów Kazimierz Wóycicki, o którym nadal nie mam pojęcia, kto zacz. I wiedzieć nie chcę. Jedno jednak wiem, i tę wiedzę będą póki co kultywował. Na niego, tak jak na całą resztę tego szczególnego towarzystwa, muszę mieć oko. Bo ja naprawdę nie mogę mieć pewności, czy on nie czyta tego tu tekstu. A jeśli czyta, to dalej jest już wszystko możliwe. Tu nawet niebo nie stanowi granicy.

Proszę o wspieranie tego bloga. To jest dla nas wciąż jedyna droga. Dziękuję.

wtorek, 29 października 2013

Niech żyje intuicja, czyli jak się nie dać zbałamucić


Umarł piosenkarz Lou Reed, a ja, widząc, jak wokół tego odejścia robi się atmosfera wręcz nie do zniesienia fałszu, pomyślałem sobie, że właściwie szkoda, że ani jemu, ani zespołowi Velvet Underground w mojej książce o rock and rollu nie poświęciłem ani jednego słowa, bo tu by się naprawdę przydało parę słów prawdy, no i w Salonie24 zamieściłem specjalny na tę okoliczność tekst. Jednocześnie jednak, uznając za stosowne wyjaśnić, jak to się stało, że owa, co by nie powiedzieć, ikona rock and rolla nie trafiła do książki, jak by nie było, o rock and rollu, napisałem, że ja zwyczajnie o Reedzie i całej reszcie tej warholowskiej zbieraniny zapomniałem. Na to przyszedł nieznany mi komentator i napisał, że skoro ja traktuję zespół Velvet Underground z pogardą, nie zasługuję nawet na splunięcie i oddalił się z godnością.
A ja uważam, że to jest fantastyczny wręcz argument za tym, żeby moja książka w ogóle powstała. Dlaczego? Z tej mianowicie prostej przyczyny, że ona w – mam wielką nadzieję – bardzo bezpośredni i stanowczy sposób pokazuje, jak bardzo szkodliwe jest uleganie propagandzie. Propagandzie każdej i jakiejkolwiek. Cały plan, jaki stał na początku powstania wspomnianej książki opierał się właśnie na tym, by zwrócić uwagę tym z nas, którzy mają wciąż jeszcze szczere intencje i są wciąż jeszcze otwarci na argumenty, że nic nie jest tak ważne, jak nasza wrażliwość i intuicja, i że powinniśmy zarówno jedno jak i drugie szanować i chronić. Przynajmniej wtedy, gdy utrzymujemy, że muzyka jest dla nas czymś bardzo ważnym. Przynajmniej wtedy.
Zespół Velvet Underground od samego początku stanowił zaledwie artystyczny projekt Andy’ego Warhola, i, choć wiem, że wśród nas są tacy, co uważają, że sztuka tego akurat artysty to syf i oszustwo, osobiście twierdzę, że to co on robił jako malarz i grafik, bez porównania przewyższało wszystko, co kiedykolwiek za jego inspiracją zrobił Lou Reed, John Cale i cała ta reszta narkomanów. Velvet Underground to cztery płyty, dwie piosenki i Nico, która akurat była tak od nich inna i tak bardziej od każdego z nich samodzielna i utalentowana, że możemy ją traktować, jako wartość osobną. Gdyby nie Nico, tam nawet nie byłoby o czym gadać.
A mimo to, zespół Velvet Underground to w pewnych środowiskach przedmiot kultu, a Lou Reed to ktoś niemal pretendujący do roli głównego czarodzieja. Cztery płyty, wydane jeszcze w latach 60-tych, dwie piosenki, cała kupa bardziej lub mniej prawdziwych historii o tym, jak to oni wszyscy po kolei umierali od czy to narkotyków, czy jakichś paskudnych chorób związanych w ogóle z uprawianym przez nich stylem życia na pograniczu perwersji i zbrodni, i oto dziś umiera Lou Reed – człowiek, który jedyne co osiągnął na poziomie artystycznym, to ów mit kogoś szczególnego i wyjątkowego, z którym każdy się bardzo liczy, jednak zapytany o konkrety, nie jest w stanie wydusić z siebie jednego sensownego zdania. A kiedy ja piszę, że tam naprawdę nie było nic poza tą warholowska propagandą, zaczynają w moją stronę lecieć pomidory. No bo przecież każdy wie, że Velvet Underground to historia.
W tej tak zwanej „książce o zespołach” wprawdzie Lou Reeda nie ma, ale jest wystarczająco dużo przykładów tego samego typu legend, które przez lata powstały, i jakimś, nie wiadomo jakim, cudem zdołały przekonać wielu do tego, że za nimi stoi jakaś prawda. Jest tam więc rozdział o zespole Metallica, o Guns’N’Roses, o Amy Winehouse, Franku Zappie, i o wielu innych fastfoodowych artystach, w tym nawet o zupełnie najświeższym oszustwie o skali wręcz nieopisanej, a mianowicie niejakim Rodriguezie. Ale też chciałem tam opowiedzieć o tych artystach, którzy odnieśli autentyczny, niewyobrażalny wręcz, a przy tym jak najbardziej zasłużony sukces, a których, właśnie w wyniku głupiej propagandy, owa podobno bardziej inteligentna część opinii publicznej uważa za swój święty obowiązek wyszydzać. Jest więc tu i Justin Bieber, i Kylie Minogue, Miley Cyrus, a nawet Lady Gaga – artyści którym zarówno Lou Reed, jak i jakiś Zappa mogą zwyczajnie, jak to się pięknie mówi, „nagwizdać”.
Nie ma tego w książce, bo sprawa jest bardzo świeża, ale niedawno mieliśmy do czynienia z fantastyczną wręcz demonstracją tego, jak tak naprawdę wyglądają te relacje. Miley Cyrus nagrała nową płytę i postanowiła, że będzie ja promować mocno erotycznie zorientowanymi klipami. Na to odezwała się Sinead O’Connor, skądinąd kiedyś świetna, a dziś skutecznie upadła, piosenkarka i wysłała do Cyrus list, w którym ją upomniała, że to co ona robi jest złe i nieprzyzwoite. Na to Cyrus ją naturalnie zwyczajnie spuściła i tym samym, z wyżyn swojego artystycznego autorytetu, sprawę zamknęła. I tak to właśnie wygląda. Możemy sobie myśleć, co nam przyjdzie do głowy, prawdziwych proporcji jednak nie ukryjemy. A proporcje są takie, że to Miley Cyrus jest gwiazdą i to gwiazdą autentycznie niekwestionowaną – podobnie zresztą jak Justin Bieber, czy ostatnio nawet zespół o nazwie One Direction – i choć nikt nie każe nam ani ich lubić, ani choćby tylko słuchać, pamiętajmy, że nie ma nic gorszego, jak się zagubić we własnych, przez nas samych zresztą zaakceptowanych, mitach.
Tak sobie myślałem o tym wszystkim, kiedy nagle na blogu mojego kolegi Coryllusa pojawił się najpierw temat człowieka nazwiskiem Piesiewicz, a potem od razu za nim przyszedł reżyser Zanussi. Kim jest Zanussi, wiemy wszyscy. To jest człowiek, który nakręcił całą kupę filmów, z których zaledwie dwa, czyli „Życie rodzinne” i „Barwy ochronne” są filmami dobrymi – i to jakimś cudem, bardzo dobrymi – w dodatku człowiek, którego publiczne zachowanie przez ostatnie lata dyskwalifikuje go jako partnera nawet nie do rozmowy, ale do przebywania z nim we wspólnym pomieszczeniu. I oto okazuje się, że ta czarna legenda – inna sprawa, że ciągnąca się za nim jak najbardziej słusznie – skaziła nas do tego stopnia, że nie jesteśmy w stanie ocenić czegoś, co tak naprawdę jest dziecinnie proste i oczywiste. Dlaczego? To jasne. Bo my wiemy to, to i tamto, a skoro już wiemy to, to i tamto, to wiemy też jeszcze coś innego, i nie ma takiej ani ludzkiej, ani boskiej siły, która by nas nagle postawiła na nogi i nam wytłumaczyła, że daliśmy się zagadać własnemu lenistwu.
Daję słowo, że ciekawa bardzo jest ta moja książka o rock and rollu – rock and rollu rozumianym nawet nie jako muzyczny gatunek, ale jako coś, co stanowi szczególny rodzaj prawdy o nas i o naszym życiu. Bardzo bym chciał, żeby każdy z nas, którzy będziemy mieli okazję ją przeczytać, a już zwłaszcza ci z nas, którzy uważają, że potrafią zrozumieć jej cel i sens, potrafili się też przyjrzeć samym sobie, i zastanowić, czy przypadkiem to co tam stoi jak byk, nie jest te skierowane też do nich.

Dziękuję wszystkim, którzy w ostatnich dniach przyszli tu ze szczodrą pomocą, i proszę o nas pamiętać. To wszystko są naczynia połączone. Gdyby ktoś był zainteresowany, odsyłam na stronę naszej księgarni coryllus.pl


niedziela, 27 października 2013

O gnuśności i zakopanych talentach, czyli refleksje po Targach

O targach w Krakowie trochę już pisałem wczoraj w Salonie24, głównie pod kątem wrażenia, jakie na mnie zrobił Wojciech Cejrowski, spotykający się ze swoimi czytelnikami na stoisku wydawnictwa Bernardinum, umieszczonego dokładnie naprzeciwko naszego. Nie będę powtarzał wszystkiego, co na ten temat napisałem, przypomnę może tylko krótko, że na mnie autentyczne wrażenie zrobiło to, jak wielu fanów ma Cejrowski wśród młodzieży wczesnoszkolnej, i z jaką cierpliwością i szacunkiem on ich wszystkich traktował przez te długie godziny, kiedy zmuszony był głównie pozować do zdjęć i podpisywać się na podsuwanych mu pod nos kartkach papieru. Gabriel twierdzi wprawdzie, że nie ma się czym emocjonować, bo szacunek dla czytelnika – choćby i czytelnika zaledwie potencjalnego – jest kwestią zupełnie podstawową, ja jednak widzę naprawdę bardzo wiele powodów, dla których akurat ktoś taki jak Cejrowski mógł na większość tego wysiłku zwyczajnie machnąć ręką. A nie machnął. On to przetrwał z szerokim uśmiechem na twarzy.
Cejrowski stał tam przy tym swoim fikuśnym stoliku przez bite 6 godzin, boso, w tej swojej wzorzystej koszuli, i popijając tę swoją dziwną herbatkę, gadał z tymi dziećmi, uśmiechał się do nich radośnie, i przyciągał nieustanne tłumy, które normalnie można zobaczyć może tylko w telewizji, kiedy oglądamy jakieś największe światowe gwiazdy popu. Samych książek może za wiele nie sprzedał – a już na pewno nie tyle, ile planował – bo tak naprawdę on tam nie był przede wszystkim pisarzem, ale bohaterem popularnej świadomości, no ale ani przez moment nie można było pomyśleć, że to wszystko jest niezasłużone i niesprawiedliwe.
I oto dziś już wprawdzie Cejrowskiego nie było, natomiast – też tuż obok nas – pojawił się pisarz Stasiuk. I ja uważam, że to, czego byliśmy świadkami właśnie jak idzie o Stasiuka, stanowi doskonałe wręcz uzupełnienie tego, czego wczoraj dokonał Cejrowski. I doskonale przy okazji tłumaczy skalę zjawiska. Proszę sobie wyobrazić, że kiedy przyszedł Stasiuk, natychmiast ustawiła się bardzo długa kolejka czytelników, którzy jednak po tym, jak już kupili, co tam chcieli kupić, i po tym, jak już uzyskali autograf artysty, sobie poszli… i Stasiuk już do końca dnia został niemal zupełnie sam. Widząc, że kolejka zniknęła, poszedłem tam zobaczyć, co on porabia, i zobaczyłem Stasiuka, jak siedzi nadęty i podpisuje jakiemuś samotnemu desperatowi książkę. Ani nie stoi, ani z nim nie rozmawia, ani nawet na niego nie patrzy, tylko siedzi rozwalony w tym głupim krześle i coś tam bazgrze.
I myślę sobie, że to, w tej relacji właśnie między wczorajszym Cejrowskim, a dzisiejszym Stasiukiem, leży cała odpowiedź na pytanie o to, czym jest sukces prawdziwy, a czym sukces zafałszowany. Zaglądam do Wikipedii i czytam o Stasiuku:
Jest laureatem Nagrody Fundacji Kultury (1994), Fundacji im. Kościelskich (1995), im. S.B. Lindego (2002), Nagrody im. Beaty Pawlak (2004) za Jadąc do Babadag, Nagrody Bursztynowego Motyla im. Arkadego Fiedlera za Fado (2007). Kilkakrotnie nominowany był do Nagrody Literackiej Nike, którą otrzymał raz – w 2005 r. za Jadąc do Babadag. Dnia 5 października 2005, podczas uroczystości w krakowskim magistracie, został uhonorowany przez ministra kultury Waldemara Dąbrowskiego Srebrnym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis.
Autor licznych felietonów prasowych, publikowanych na łamach ‘Tygodnika Powszechnego’, ‘Gazety Wyborczej’, ‘Tytułu’, ‘OZON-u’, ‘Frankfurter Allgemeine Zeitung’ i innych pism. Jego książki zostały przetłumaczone na wiele języków, m.in. na angielski, fiński, francuski, niderlandzki, niemiecki, rosyjski, norweski, ukraiński, węgierski, włoski, czeski i rumuński”.
Notki dotyczącej Cejrowskiego przytaczać nie muszę, bo raz, że wszyscy mniej więcej wiemy, co tam możemy znaleźć, a poza tym wiemy też, że tam naprawdę nie ma nic ponad to, że on wszystko, co zawdzięcza, zawdzięcza wyłącznie sobie, i – niech będzie, jeśli ktoś sobie życzy – swojemu cwaniactwu i przebiegłości. Ale swojemu, a nie jakichś szarych promotorów.
I właśnie na targach książki w Nowej Hucie można było zobaczyć efekty tego podejścia. Cejrowski był oblężony od początku do końca przez tłum rozentuzjazmowanych fanów i czytelników, natomiast Stasiuk zrobił, co miał do zrobienia, następnie wrzucił na ramiona jakiemuś brudnemu hipisowi pudło z niesprzedanymi książkami i odszedł „z godnością”.
Kiedy już go pożegnaliśmy rozbawionymi spojrzeniami, zajrzałem na to stoisko raz jeszcze i rzuciłem okiem na jego najnowsze książki. I teraz, proszę uważać, bo powiem coś, co jest faktem nie podlegającym dyskusji. Nie wiem, jak to było z nim wtedy, gdy odbierał te fundowane przez swoich kumpli z „Wyborczej” nagrody, ale dziś, to co on pisze, stanowi literaturę na takim poziomie, że ja osobiście mógłbym tego typu książki wydawać po 12 na rok. Zwyczajnie, co miesiąc. Tyle że o wiele, wiele lepsze. To, co dziś produkuje Stasiuk, to przykład tak niesłychanej bezczelności, że ja nie umiem znaleźć na to słów. Tam, na tym nieszczęsnym, opustoszałym stoisku leżały cztery jego książki: „Dojczland”, „Taksim”, „Dziennik pisany później” i „Grochów”. Ja zdążyłem rzucić okiem na dwie z nich: „Dziennik” i „Grochów”. To są książeczki o treści zajmującej mniej więcej jedną czwartą tego, co ja umieściłem w mojej książce o biustonoszu i Świadkach Jehowy, a jak idzie o poziom literacki, to jest tak, jak już wspomniałem wcześniej. Coś takiego, to ja mogę pisać codziennie, tyle że wcześniej musiałbym się ciężko upić, by zabić sumienie.
I to jest druga rzecz, jakiej się podczas tych targów nauczyłem. Brak talentu i zgnuśnienie zawsze idą w parze. Zastanawiam się nawet, czy tak naprawdę jedno i drugie to nie ta sama cholera. Ewangelia to jednak potęga.

Przy okazji chciałbym podziękować wszystkim tym, którzy przyszli na Targi, żeby się z nami zobaczyć, a niekiedy i kupić nasze książki. Pozdrawiam szczególnie Jolę z Sieprawa z Rodziną i Leszka z Krakowa, którzy są ze mną od samego początku. Dzień w dzień. Dziękuję.

sobota, 26 października 2013

O Kubie Wojewódzkim z włosami na rudym żelu

Tradycyjnie - tyle że tym razem może nieco wcześniej - przedstawiam najnowszy felieton dla "Warszawskiej Gazety", tym razem o Wojewódzkim. A jak ktoś zacznie uderzać w ów irytujący ton typu "Że też potrzebujesz się zajmować kimś takim jak Wojewódzki", to daję słowo, że się obrażę.

Na pytanie, za co nie lubię Kuby Wojewódzkiego, wbrew pozorom, byłoby mi niełatwo odpowiedzieć. Mam wrażenie, że każda próba zracjonalizowania owej niechęci skończyłaby się porażką, bo ja naprawdę nie uważam, że Wojewódzki jest większym idiotą, czy chamem od swoich sławnych kumpli. Niedawno na przykład miałem okazję obejrzeć w Internecie występ kilku dziennikarzy radia RMF, jak odstawiają jakiś kabaret, i uważam, że oni akurat od Wojewódzkiego są i głupsi i bardziej podli. A mimo to, nie ma osoby publicznej, której życzyłbym gorzej, niż Kubie Wojewódzkiemu.
Zatem więc, u podstaw moich emocji związanych z Wojewódzkim stoi niechęć całkowicie bezinteresowna. Ja go widzę, i marzę już tylko o tym, żeby go dopaść na tak zwanym „mieście” i kopnąć w tyłek. A skoro w mojej głowie pojawiają się takie marzenia, to zaczynam natychmiast fantazjować, co by było, gdyby do tego faktycznie doszło. Spotykam Wojewódzkiego na ulicy, zachodzę go od tyłu, daję mu kopa w tyłek… no i co teraz? Czy Wojewódzki rzuca się na mnie, obezwładnia mnie jednym ruchem i dostarcza policji? A może wali mnie pięścią w twarz, ja się przewracam nieprzytomny na chodnik, a on z godnością odchodzi? Otóż nie. Moim zdaniem, gdybym dopadł Wojewódzkiego na mieście i go kopnął w zad, on by się sfajdał ze strachu. I to nie dlatego, że ja jestem taki groźny, ale dlatego, że to jest właśnie ktoś taki. Dla mnie Wojewódzki to człowiek, który kiedy występuje w telewizji, potrafi zadawać szyku, pokazywać, jaki z niego bohater, obrażać ludzi, obmacywać zaproszone do studia panny, natomiast zwykły kopniak w zadek doprowadza przyprawia go o palpitacje. Dlaczego? Bo to jest taki typ, który poczuje tego buta w dziurze, i musi uznać, że oto nadeszła śmierć.
Oczywiście, ani te moje marzenia nigdy się nie zrealizowały, ani z oczywistych względów zrealizować nie mają szans, natomiast z prawdziwą satysfakcją przyjąłem wiadomość, że ktoś podszedł do Wojewódzkiego na odległość bezpośredniego kontaktu i wylał mu na łeb słoik z tak zwaną sraką. Czemu mnie to tak ubawiło? Dokładnie z przyczyn, które opisałem wyżej. A więc nawet nie ze względu na bezpośrednią reakcję zainteresowanego, która musiała być warta paru lat życia, ale na to, co nastąpiło potem. Otóż w pierwszej chwili Wojewódzki pobiegł się obmyć, następnie przez siedem godzin odzyskiwał przytomność, a wtedy poczuł pieczenie, i popędził na policję z zawiadomieniem, że ktoś go oblał kwasem. Policja, oczywiście, widząc, że ma do czynienia z wariatem, odesłała go na pogotowie, tam stwierdzono, że nic się nie stało, i dziś mamy już tylko, z jednej strony, prawdopodobnie obłąkanego Wojewódzkiego, powtarzającego, że został męczennikiem, z drugiej media opowiadające o tym, że faszyści oblali Wojewódzkiego kwasem, no a z boku normalną, ryczącą z śmiechu publiczność. Naprawdę, są chwile, dla których warto żyć.

Plan był taki, by do Krakowa na targi jechać tylko dziś, jednak z paru bardzo istotnych względów, w tym chęci spotkania z pewną bardzo ważną dla mnie osobą, która jest tu z nami od samego początku, która dziś zjawić się nie mogła, a jutro - owszem, będę tam z wszystkimi książkami raz jeszcze, jutro. Serdecznie zapraszam.Choćby po to, by się spotkać i pogawędzić.

piątek, 25 października 2013

Czy oni wiedzą że kłamią?

Nie wiem, czy tak to było od samego początku, czy może dopiero to straszne napięcie ostatnich lat sprawiło, że staliśmy się tak dramatycznie nieufni, ale faktem jest, że dziś owa nieufność osiągnęła już pułap, gdzie ludzi wciąż, wbrew najbardziej oczywistym faktom, wbrew najbardziej prostej logice, czy zwyczajnie zdrowemu rozsądkowi, broniących tezy o tym, że 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku doszło do zwykłej lotniczej katastrofy, zaczynamy podejrzewać o to, że oni nie mogą być szczerzy; że oni najzwyczajniej w świecie działają na zlecenie. To zwykłe, niemal wręcz dziecięce zdziwienie szaleństwem, z jakim mamy do czynienia, sprawia, że coraz więcej z nas zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem tych, którzy wciąż jeszcze szczerze wierzą w wypadek, wśród normalnie myślących ludzi już nie ma.
Przyznaję, że pewnie przez wzgląd na swoją wrodzoną dobroduszność i wiarę w człowieka, bardzo długo opierałem się temu przekonaniu. Wciąż słyszałem opinie karykaturalnie wręcz absurdalne, głupie, obrażające najbardziej podstawową ludzką inteligencję, i wciąż powtarzałem sobie, że widocznie tak to z nami już jest, że przy pewnym poziomie emocji, nawet najlepsza wola nie jest w stanie pokonać owej tępej zawziętości. I oto ostatnio, na fali najświeższych doniesień o tym, co się tak naprawdę stało w Smoleńsku, doniesień jednoznacznych, pełnych, w najbardziej oczywisty sposób nie do zakwestionowania, pomyślałem sobie, że owa nieprzytomna wręcz agresja, jaką one wywołały, ten wysyp drwin, kompletnie niemerytorycznych złośliwości, a przy tym najbardziej ordynarnych kłamstw, nie mogą w żaden sposób być wynikiem szczerych intencji. To w żadnym wypadku nie może być kłamstwo wbrew woli. Za tym musi stać czyjś bardzo brudny palec. Bardzo brudny.
Skąd mi to przyszło do głowy? Otóż dziś przeglądałem wpisy na różnych, najczęściej obcych, blogach i nie mogłem nie zauważyć, że tam już praktycznie nie ma błędnych opinii, czy jakichś, choćby nie wiadomo jak rażących omyłek, mogących być wynikiem czy to niewiedzy, czy zwykłego gapiostwa. Tam nie ma też tego tak dobrze nam znanego zapętlenia, które pojawia się w momencie, gdy emocje przekraczają zwykłe poziomy. Tam nie ma nic, co można by było usprawiedliwić nawet jakimś chwilowym szaleństwem. Jak idzie o tę serię komentarzy, stoimy już tylko przed ordynarnym kłamstwem, bezczelnym tak, że możliwym tylko na wyraźne zamówienie.
Tak to właśnie sobie wyobrażam. Praca przeprowadzona przez Chrisa Cieszewskiego i jego zespół, wskazująca w sposób najbardziej niepodważalny, jak można tylko sobie wyobrazić, że brzoza, dotychczas funkcjonująca, jako pierwszy dowód na to, że smoleńska katastrofa była wynikiem wypadku, od początku do końca stanowiła tylko brudne alibi ludzi dla złych i występnych, zmieniła całkowicie stan powszechnej świadomości, jak idzie o Smoleńsk. Informacja przekazana przez Zespół – podkreślmy to raz jeszcze, bardzo jasna i całkowicie nie do podważenia – zdemolowała praktycznie wszystko to, co dotychczas zostało przedstawione opinii publicznej przez media głównego nurtu, jako prawda. A ja sobie tylko mogę wyobrazić, co się zaczęło w tym momencie dziać w głowach tych wszystkich, którzy poczuli, że ziemia osuwa się im spod stóp. I ja tylko mogę sobie wyobrazić, jak w pierwszym możliwym momencie padło polecenie: „Wyszydzić i sprowadzić do absurdu. Chwytać się każdej okazji, i żadnych dyskusji”.
Ale jeszcze coś. Sprawa podstawowa. Mówiąc o Cieszewskim nie używamy nazwiska. Funkcjonuje wyłącznie imię „Chris”. No i proszę zwrócić uwagę: ja przeczytałem może pięć, może dziesięć tekstów wyszydzających badania Cieszewskiego. Oni o nim nie piszą inaczej jak „Chris”. Przepraszam bardzo, ale ja mam tylko dwie możliwości: albo uznajemy, że oni wszyscy są tak niesamodzielnie intelektualnie, że jeden mówi „Chris”, a inni powtarzają to za nim, jak stado baranów, albo to jest dyrektywa. Dokładnie taka sama, jak „parówki”, „piijiii, bziuuu”, „puszki z redbulla”, czy diabli wiedzą, co jeszcze.
Napisałem ten tekst i nagle moje dziecko mi powiedziało, że w Telewizji Republika dwóch „naszych” śmiało się z Wojewódzkiego, że on się ostatecznie przyznał, że to nie gównem, ani kwasem on został oblany, ale zwykłą coca-colą. I oto nagle okazuje się, że Wojewódzki wcale tak nie powiedział, ale to jest robota jakiegoś twitterowego śmieszka, który przy pomocy owej coca-coli sparodiował Wojewódzkiego. Nasi ludzie z TV Republika jednak uznali, że to był sam Wojewódzki, i zrobili na ten temat program. Czy oni to zrobili w dobrej wierze? Przepraszam bardzo, ale wszystko wskazuje na to, że to jest od początku do końca bez znaczenia. W ostatecznym rozrachunku, i tak zostajemy kompletnie sami.

Dziękowałem już za pomoc pod poprzednim tekstem, więc dziś tylko powtórzę. Bez Was byśmy byli w tak zwanej dupie. Tymczasem chciałbym poinformować, że jutro jadę do Krakowa – czy bardziej dokładnie, do Nowej Huty – gdzie Gabriel handluje naszymi książkami. Jeśli ktoś mieszka w zasięgu wzroku, serdecznie zapraszam. Choćby po to, by się spotkać i pogadać.

czwartek, 24 października 2013

Na mały smuteczek - piosenka

Bardzo przepraszam, ale dziś wyłącznie w sprawie dramatycznie osobistej. Otóż wygląda na to, że przez to, że wydaliśmy tę książkę o zespołach, to tak bardzo wyproszone wsparcie dla bloga ustało. Od trzech dni, owszem, książka się systematycznie sprzedaje, natomiast, jak idzie o codzienne wpływy jesteśmy na czystym zerze. Od trzech dni nie wpłynęła marna złotówka. Biorąc pod uwagę fakt, że pierwszych realnych pieniędzy ze sprzedaży książki spodziewamy się dopiero na początku grudnia, czyli po pokryciu kosztów druku, no i zamknięciu rozliczeń za listopad, jak na dziś, jesteśmy całkowicie unieruchomieni.
I to jest akurat paradoks, z którym mamy do czynienia przy wydawaniu każdej kolejnej książki. Podczas gdy można by sądzić, że skoro jest książka, to są też zyski, sytuacja jest taka, że nagle pieniędzy nie ma w ogóle – ani z książki, ani z codziennej pomocy. I niewykluczone, że tak już będzie do końca listopada. A to – i daję słowo, że nie kokietuję – nas zwyczajnie zniszczy.
Na koniec może pytanie podstawowe: Po co ja to w ogóle pisze? Trochę oczywiście z nadzieją, że uda mi się od Was nagle coś wyżebrać, ale przede wszystkim dla wyjaśnienia bardzo ważnej dla mnie kwestii. Otóż ile razy pod kolejnym z tekstów zamieszczam swoje zwyczajowe prośby o wsparcie, ja nie robię tego ani z przyzwyczajenia, ani z wrodzonego, czy nabytego cwaniactwa. Ja tu jestem jak najbardziej szczery i uczciwy. Gdybym tego robić nie musiał, to bym nie robił. I Bóg mi tu świadkiem.
Ponieważ nastrój w domu jest bardzo grobowy, nie mam siły pisać nic nowego. Może w tej sytuacji jeszcze jeden rozdział, tym razem jednak z wcześniej książki, o biustonoszu i Świadkach Jehowy. Trochę za to jednak w temacie muzyki. Jak ktoś jeszcze nie ma, serdecznie zachęcam.

Czy kiedy mieszkaliśmy we wspólnym mieszkaniu z Niemcami, w pokoju z oknem wychodzącym na pokryte pierwszym śniegiem drzewo, w domu była jakakolwiek muzyka – nie wiem. Mieliśmy radio o nazwie „Szarotka” i ono chyba wiecznie było włączone, ale czy tam głównie była muzyka – nie wiem. Faktem jest, że od czasu jak sięgam pamięcią, moje życie bez muzyki nie istniało. Poza dwoma latami nauki na akordeonie, nigdy nie nauczyłem się grać na żadnym instrumencie i choć podobno, jako dziecko, lubiłem śpiewać i śpiewałem ładnie, moja miłość do muzyki realizowała się wyłącznie na poziomie słuchania, ewentualnie podśpiewywania.
Mam dość dużo wspomnień związanych z muzyką. Przede wszystkim mój straszy brat był klasycznym bitnikiem, nosił buty na wysokim obcasie i ciemne okulary, miał kolegów, którzy grali na różnego rodzaju instrumentach w lokalnych zespołach, no i niewiadomo skąd mieli prawdziwe płyty z najważniejszymi wówczas brytyjskimi i amerykańskimi zespołami. Siłą rzeczy, te płyty od czasu do czasu pojawiały się u nas w domu, a że mieliśmy jakiś podstawowy gramofon, można było sobie oprócz tego, że je potrzymać w ręku i powąchać, to jeszcze ich posłuchać.
Pamiętam bardzo dobrze, jak pojawiła się w domu płyta Niemena „Dziwny jest ten świat”. Wróciłem ze szkoły do domu, wszedłem do pokoju, a na samym środku stołu, częściowo jeszcze opakowany w szary papier, leżał ten Niemen. Pamiętam, że okładka była czarno-biała z niebieskim napisem i błyszczała. To że błyszczała, zrobiło na mnie wrażenie.
I od razu przychodzi mi na myśl kolejne związane z Niemenem wspomnienie. Byłem na wakacjach w Sławatyczach, i od pewnego już czasu pojawiały się wiadomości, że Niemen nagrał „Bema pamięci rapsod żałobny” Norwida. Ja z jakiegoś powodu nie miałem pojęcia kto to taki ten Norwid, natomiast biorąc pod uwagę tego mojego Niemena, ten dziwny tytuł i te dwa egzotyczne imiona – „Cyprian Kamil”, trwałem w atmosferze wyczekiwania. W Sławatyczach, w każdym domu na ścianie przyczepiony był tak zwany „kukuruźnik”, czyli głośnik, który nadawał wspólny dla wszystkich program radiowy. Oczywiście, można go było ściszyć, lub calkiem wyłączyć, niemniej gdy tylko ktoś sobie tego życzył, radio w każdym domu jak najbardziej było. Byłem akurat w domu mojej cioci i nagle posłyszałem, że puszczają tego Niemena. Właśnie tego Niemena. Dramat polegał na tym, że głośnik był bardzo ściszony, a odpowiednia gałka gdzieś się zapodziała i ze środka sterczał tylko taki metalowy sztyft. Ja byłem tak zdeterminowany, żeby tę głośność zwiększyć, że wlazłem na krzesło i spróbowałem tego dokonać zwyczajnie – zębami. Dziś ta dwójka wygląda normalnie, ale tylko dlatego, że przez lata się wszystko wytarło i wyrównało.
Bardzo też wyraźnie przypominam sobie, jak pewnego dnia pojawił się u nas w domu pożyczony przez brata na parę dni magnetofon firmy „Tonette” wraz taśmą „Agfa”. Do dziś mam przed oczyma ten magnetofon i tę taśmę z niebieskim kółkiem w środku i z dwiema nagranymi na niej płytami. Na jednej stronie była druga płyta Jethro Tull „Stand Up”, a na drugiej – pierwszy Led Zeppelin. Nie wiem, jak mój brat, bo przez to że był ode mnie aż siedem lat starszy, miał już swoje życie, jednak jest faktem, że ja słuchałem tych dwóch płyt na okrągło, tak długo, aż znałem je niemal na pamięć.
To musiało być jeszcze wcześniej, kiedy chodziłem może do piątej klasy i cierpiałem na do dziś niezdiagnozowane, jednak, co im trzeba uczciwie oddać, pozwalające mi wiele lat później uniknąć wojska, strasznie silne zawroty głowy. Trwało to nieszczęście może rok, a może dwa lata – dziś już tego nie pamiętam – i bardzo często uniemożliwiało mi wręcz wstanie rano z łóżka. Leżałem więc kompletnie płasko, starałem się nie ruszać, a kiedy tylko udawało mi się wstać, brałem kolejną pocztówkę dźwiękową – których w naszym domu były wręcz nieludzkie ilości – i sobie słuchałem piosenek. Moją ulubioną w pewnym momencie, był utwór zespołu Herman’s Hermits „Dandy”. No i bywało tak, że ja albo słuchałem tego „Dandy”, albo umierałem od tych zawrotów głowy. Pamiętam, że jeszcze wiele lat później na dźwięk Herman’s Hermits czułem, jakbym miał zwymiotować.
Mnóstwo jeszcze chodzi mi po głowie różnych historii, już z lat nieco późniejszych, i dużo, dużo późniejszych, gdzie bez muzyki świat zwyczajnie nie istniał. I to muzyki najróżniejszej – zwykłego popu, rocka, jazzu, klasyki – a w tym wszystkim oczywiście Pere Ubu.




środa, 23 października 2013

O głupich Angolach i o nas - z wąsami i bez

Ja znam stosunek mojego kolegi Coryllusa do Anglii i Anglików, wiem też doskonale, co on ma przeciwko temu akurat miejscu na Ziemi, natomiast nie bardzo rozumiem, dlaczego akurat po naszej stronie politycznej sceny istnieją tak silne antyangielskie kompleksy. Wystarczy wejść na pierwszy lepszy blog prawicowy, otworzyć pierwszy lepszy prawicowy tygodnik, posłuchać pierwszych lepszych komentarzy dotyczących czy to narodzin przyszłego brytyjskiego króla, czy ślubu przyszłej pary królewskiej, czy w ogóle jakieś większego wydarzenia, które dla wspomnianej Anglii i Anglików ma znaczenie historyczne, by już tylko wysłuchiwać kpin odnośnie tego, jacy ci Anglicy są głupi i niepoważni.
W najnowszym numerze tygodnika „W Sieci” mamy kolejny felieton byłego artysty kabaretowego, obecnie gwiazdy prawicowego dziennikarstwa, Ryszarda Makowskiego, gdzie owa anty-angielska fobia doprowadzona została do tego stanu, że Makowski nawet jest gotów własną piersią bronić przed tymi wstrętnymi „Angolami” samego Lecha Wałęsę. Mam nadzieję, że wszyscy wiemy, o co chodzi, ale, dla przypomnienia, krótko bardzo. Otóż Wałęsa pojechał do Londynu na premierę filmu o sobie, i wracając do Polski został przez urzędników celnych na lotnisku gruntownie przetrzepany. Oczywiście, przez to, że on do takiego traktowania, gdzie ktoś nie ma nawet pojęcia, kim jest Wałęsa, nie jest przyzwyczajony, owa kontrola trwała znacznie dłużej, niż to się zwykle dzieje, a przez to Wałęsa owo upokorzenie musiał też znosić dłużej, niż to byłoby normalnie konieczne.
Makowski, czy to przez to, że sam ma złe doświadczenia z odprawą w Londynie, czy też dlatego, że chciał bardzo dowieść, jak to my, prawica, potrafimy być obiektywni i propaństwowi, uznał za stosowne napisać, że fakt iż „Angole wyciągali Wałęsie publicznie z walizki bieliznę, typu majtki i skarpetki, bo podobno wymaga tego bezpieczeństwo Wielkiej Brytanii, to autentyczny skandal”. Dalej zresztą tych „Angoli” mamy jeszcze parę razy, natomiast jak idzie o same argumenty, jest nawet lepiej. Zdaniem Makowskiego, to do czego doszło na lotnisku Heathrow jest tak oburzające, że głos powinien zabrać sam Prezydent i wytłumaczyć tym głupim „Angolom”, z kim mają do czynienia, no ale on tego, bałwan, nie zrobi, bo się boi – i tu z Makowskiego wychodzi pierwszej klasy żartowniś – że ponieważ w paszporcie jest z wąsem, a w naturze już nie, to, gdy przyjdzie co do czego, sam będzie miał na tych bramkach kłopoty.
Nie wiem, ilu z nas miało okazję wjeżdżać na teren Wielkiej Brytanii, ale ten, komu się to zdarzyło, wie, że tam z każdej strony walą w oczy wielkie czerwone tablice z, różnie wprawdzie formułowanym, ale jednobrzmiącym komunikatem: Tu niekwestionowaną władzę stanowi ta czarna dziewczyna w mundurze urzędnika celnego, która reprezentuje Koronę, i jakakolwiek próba zastraszania, wymuszania, czy choćby kwestionowania jej władzy, będzie karana z najwyższą surowością. Próbujemy przejść przez tę bramkę, przed sobą mamy tę dziewczynę, czy któregoś z jej kolegów, i wiemy, że oni w tym miejscu i w tym czasie znajdują się pod bardzo ścisłą ochroną, wyznaczaną przez majestat Korony, i choćbyśmy nie wiadomo jak bardzo mieli rację, mamy być grzeczni i potulni.
Kim jest ten urzędnik, czy urzędniczka? Nie mam pojęcia, ale przyznam, że, niezależnie już od tego, że oni mają ten komfort, że im wolno wszystko, żaden z nich nigdy nie zrobił na mnie wrażenia kogoś, kto może na przykład wiedzieć, kim jest Lech Wałęsa. I oto na przejściu pojawia się sam On, z całym tym swoim kulturowym i cywilizacyjnym bagażem, w walizce wiezie butelki szampana, które woli mieć pod ręką, żeby się gdzieś, cholera, nie potłukły… i nagle trafia na wspomnianą już Hinduskę, czy Nigeryjkę, czy zwyczajną dziewczynę z Battersea, i zaczyna się stawiać. I co on sobie wyobraża? Że on jej powie: „Wy nie wiecie, kim ja jestem. Ja jestem osobistym przyjacielem Dalaj Lamy”, i ona od tego momentu ze strachu przed Fundacją Lecha Wałęsy zacznie łamać procedury?
No dobra. My wiemy przecież, kto to taki Wałęsa i nic nas zdziwić nie może. To jednak, że Ryszard Makowski nie jest w stanie zrozumieć najbardziej prostych zależności, robi pewne wrażenie. Czy on naprawdę nie jest w stanie pojąć, że dla przeciętnego Brytyjczyka – a urzędnik celny jest takim przeciętnym Brytyjczykiem – informacja, że ktoś się nazywa Lech Wałęsa, jest informacją pozbawioną znaczenia? Czy to naprawdę jest takie trudne do zrozumienia, że przeciętny Brytyjczyk na dźwięk słowa „Nagroda Nobla” może najwyżej wzruszyć ramionami? Czy to doprawdy stanowi aż taką zagadkę, że przeciętny Brytyjczyk na informację, że czyjeś „zasługi dla zmian w Europie są nie do podważenia” może najwyżej unieść w zdziwieniu brwi? I nie łudźmy się – tu wcale nie chodzi o to, ze przeciętny Brytyjczyk o Wałęsie, o Noblu i o Europie nie słyszał. Spokojna nasza głowa. Przeciętny Brytyjczyk jest na tym polu wystarczająco wykształcony, tyle że on to, właśnie będąc Brytyjczykiem, uważa za szczegół. A już na pewno w obliczu swoich zawodowych i państwowych obowiązków. A już na pewno w obliczu choćby zbliżającego się dnia chrztu małego księcia Jerzego.
I jeśli w tej sytuacji jakiś Makowski uznaje, że kiedy on użyje epitetu „Angole” i w tym momencie cokolwiek się zmieni, to akurat świadczyć będzie tylko o nim.
No ale tacy właśnie jesteśmy: głupi, zawistni, pełni kompleksów, a jednocześnie kompletnie bezradni na każdym możliwym poziomie. I mówię o nas wszystkich, w tym tych najlepszych, reprezentowanych przez tygodnik „W Sieci”. Oto wygląda na to, że projekt, którego, jak się mogło wydawać, pierwszym celem było rozbudzenie świadomości patriotycznej i wychowanie tych z nas, którzy tego wsparcia potrzebowali na silnych, rozumiejących swoje prawa i obowiązki obywateli, zajmuje się z jednej strony uprawianiem jakiegoś idiotycznego kabaretu, a z drugiej reklamą wydawanych przez System książek, w których ów spragniony prawdy człowiek sobie poczyta, jak to Katarzyna Dowbor upychała pijanego Janusza Atlasa w bagażniku samochodu jakiegoś innego esbeka. A wszystko po to, byśmy potem z prawdziwą z dumą mogli zawołać, że ci „Angole” to jednak banda kretynów.

Książka się powoli sprzedaje, jednak jeszcze przez parę tygodni będziemy żyć z dnia na dzień. W tej sytuacji wciąż bardzo proszę o łaskawe wspieranie tego bloga, bez czego nie mamy jednej szansy na przeżycie. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...