sobota, 26 października 2013

O Kubie Wojewódzkim z włosami na rudym żelu

Tradycyjnie - tyle że tym razem może nieco wcześniej - przedstawiam najnowszy felieton dla "Warszawskiej Gazety", tym razem o Wojewódzkim. A jak ktoś zacznie uderzać w ów irytujący ton typu "Że też potrzebujesz się zajmować kimś takim jak Wojewódzki", to daję słowo, że się obrażę.

Na pytanie, za co nie lubię Kuby Wojewódzkiego, wbrew pozorom, byłoby mi niełatwo odpowiedzieć. Mam wrażenie, że każda próba zracjonalizowania owej niechęci skończyłaby się porażką, bo ja naprawdę nie uważam, że Wojewódzki jest większym idiotą, czy chamem od swoich sławnych kumpli. Niedawno na przykład miałem okazję obejrzeć w Internecie występ kilku dziennikarzy radia RMF, jak odstawiają jakiś kabaret, i uważam, że oni akurat od Wojewódzkiego są i głupsi i bardziej podli. A mimo to, nie ma osoby publicznej, której życzyłbym gorzej, niż Kubie Wojewódzkiemu.
Zatem więc, u podstaw moich emocji związanych z Wojewódzkim stoi niechęć całkowicie bezinteresowna. Ja go widzę, i marzę już tylko o tym, żeby go dopaść na tak zwanym „mieście” i kopnąć w tyłek. A skoro w mojej głowie pojawiają się takie marzenia, to zaczynam natychmiast fantazjować, co by było, gdyby do tego faktycznie doszło. Spotykam Wojewódzkiego na ulicy, zachodzę go od tyłu, daję mu kopa w tyłek… no i co teraz? Czy Wojewódzki rzuca się na mnie, obezwładnia mnie jednym ruchem i dostarcza policji? A może wali mnie pięścią w twarz, ja się przewracam nieprzytomny na chodnik, a on z godnością odchodzi? Otóż nie. Moim zdaniem, gdybym dopadł Wojewódzkiego na mieście i go kopnął w zad, on by się sfajdał ze strachu. I to nie dlatego, że ja jestem taki groźny, ale dlatego, że to jest właśnie ktoś taki. Dla mnie Wojewódzki to człowiek, który kiedy występuje w telewizji, potrafi zadawać szyku, pokazywać, jaki z niego bohater, obrażać ludzi, obmacywać zaproszone do studia panny, natomiast zwykły kopniak w zadek doprowadza przyprawia go o palpitacje. Dlaczego? Bo to jest taki typ, który poczuje tego buta w dziurze, i musi uznać, że oto nadeszła śmierć.
Oczywiście, ani te moje marzenia nigdy się nie zrealizowały, ani z oczywistych względów zrealizować nie mają szans, natomiast z prawdziwą satysfakcją przyjąłem wiadomość, że ktoś podszedł do Wojewódzkiego na odległość bezpośredniego kontaktu i wylał mu na łeb słoik z tak zwaną sraką. Czemu mnie to tak ubawiło? Dokładnie z przyczyn, które opisałem wyżej. A więc nawet nie ze względu na bezpośrednią reakcję zainteresowanego, która musiała być warta paru lat życia, ale na to, co nastąpiło potem. Otóż w pierwszej chwili Wojewódzki pobiegł się obmyć, następnie przez siedem godzin odzyskiwał przytomność, a wtedy poczuł pieczenie, i popędził na policję z zawiadomieniem, że ktoś go oblał kwasem. Policja, oczywiście, widząc, że ma do czynienia z wariatem, odesłała go na pogotowie, tam stwierdzono, że nic się nie stało, i dziś mamy już tylko, z jednej strony, prawdopodobnie obłąkanego Wojewódzkiego, powtarzającego, że został męczennikiem, z drugiej media opowiadające o tym, że faszyści oblali Wojewódzkiego kwasem, no a z boku normalną, ryczącą z śmiechu publiczność. Naprawdę, są chwile, dla których warto żyć.

Plan był taki, by do Krakowa na targi jechać tylko dziś, jednak z paru bardzo istotnych względów, w tym chęci spotkania z pewną bardzo ważną dla mnie osobą, która jest tu z nami od samego początku, która dziś zjawić się nie mogła, a jutro - owszem, będę tam z wszystkimi książkami raz jeszcze, jutro. Serdecznie zapraszam.Choćby po to, by się spotkać i pogawędzić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz