sobota, 12 października 2013

Nasz "Gość Niedzielny", nasz dzień powszedni

Poprzednią notkę napisałem trochę w celu uzupełnienia tekstu, który jeszcze w miniony wtorek powstał, jako felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Jeśli ktoś jest zainteresowany, zapraszam do kupowania tygodnika Piotra Bachurskiego, ewentualnie zajrzenia na osiejuk.salon24.pl – tam on też jest dostępny. A zatem, napisałem ów tekst, opublikowałem go tak jak każdy wcześniejszy, i nagle się okazało, że zdaniem niektórych on jest znacznie bardziej ważny, niż można się było spodziewać. W pewnym momencie któryś z komentatorów zasugerował wręcz, że powinienem wysłać go do „Gościa Niedzielnego” i w ten sposób wziąć udział w tej debacie w przestrzeni bardziej popularnej.
Przeczytałem więc to co sam napisałem, podumałem chwilę, i przyznaję, że bardzo nieskromnie doszedłem do wniosku, że istotnie przydałoby się, by to, co ja tam powiedziałem, potraktować jako sprawę wykraczającą poza ten samotny blog. I to nawet nie dlatego, że to jest tak fantastyczna literatura, ale z tej prostej przyczyny, że obecna debata wydaje się kompletnie lekceważyć to, na co ja akurat postanowiłem zwrócić uwagę.
Znalazłem więc sobie w Internecie mailowy adres „Gościa Niedzielnego”, ładnie się przedstawiłem, opisałem krótko sprawę, i poprosiłem o opublikowanie tekstu, który przesłałem w formie załącznika. Mail wrócił natychmiast z adnotacją, że został odrzucony przez program antyspamowy na komputerze odbiorcy. Wysłałem go więc na inny adres: efekt taki sam. Znalazłem więc jeszcze inny adres: to samo.
Ponieważ jednak każdy z owych adresów należał do domeny gość.pl, pomyślałem, że nie ma się co wygłupiać, i zamiast tego spróbować się zastanowić, w czym leży problem, no i uznałem, że musi chodzić o ten załącznik – oni prawdopodobnie odrzucają maile zawierające załączniki, a więc maile od osób, które zawracają im głowę jakimiś durnymi tekstami. Wprawdzie mnie to trochę zdziwiło, no bo w końcu, działalność na rynku mediów wydaje się być wręcz naturalnie związana z czytaniem tekstów, jednak przeniosłem swój artykuł z załącznika do treści maila… niestety mail znów został odrzucony.
Przeprowadziłem kolejny proces myślowy, i uznałem, że zainstalowany przez redakcję „Gościa Niedzielnego” program antyspamowy traktuje jako spam również maile zbyt długie, no i je w sposób naturalny odrzuca. Usunąłem więc z mojej wiadomości swój tekst i dołączyłem tylko link do bloga. Ten mail też wrócił, jako spam.
W tej sytuacji – odrzucając oczywiście taką ewentualność, że redakcja „Gościa Niedzielnego” nie odbiera jakichkolwiek maili wysyłanych na oficjalnie podane adresy – doszedłem do wniosku, że poszło o ten link. Oni nie akceptują jakichkolwiek maili zawierających jakiekolwiek załączniki i jakiekolwiek linki, bo dla nich interesujące są tylko proste, jednoznacznie komunikaty. W tej sytuacji, swój mail zredagowałem w taki sposób, by nie było tam ani pełnego adresu bloga, ani tekstu dłuższego niż parozdaniowy, i tylko sucha informacja, o co mi chodzi, i jak mnie znaleźć… I to był jedyny mail wysłany przeze mnie na adres gość.pl, który został przez system przyjęty.
Oczywiście, nie muszę już pewnie pisać, że bez jakiejkolwiek reakcji.
Po co dziś ten tekst? Otóż, wbrew pozorom, wcale nie dlatego, że „Gość Niedzielny” zlekceważył moją ofertę. Ich biznes – ich sprawa. Rzecz w tym, że wszystko wskazuje na to, że redakcja „Gościa”, niejako z zasady, nie życzy sobie jakiegokolwiek kontaktu z czytelnikiem, wykraczającym poza prostą wymianę uprzejmości, a jak idzie o poszerzanie tak zwanej oferty, no i o coś, co górnolotnie nazywamy Sprawą, jest głęboko przekonana, że oni nad wszystkim panują, i nie potrzebują jakiegokolwiek sygnału z zewnątrz.
Od czasu gdy założyłem tego bloga, a więc tak naprawdę jeszcze od roku 2008, zdarzyło mi się wysłać trzy maile do różnych redakcji. Pierwszy był do "Rzeczpospolitej”, której zaproponowałem swój tekst o aferze hazardowej. Dostałem odpowiedź, że oni dziękują, ale korzystają wyłącznie ze źródeł redakcyjnych. Drugi raz skontaktowałem się z „Gazetą Polską”, ale oni najpierw kazali zadzwonić, potem kazali czekać, później powiedzieli, żeby zadzwonić raz jeszcze, a potem już się nie odbierali telefonu.
Dziś spróbowałem po raz trzeci i ostatni. I tym razem, mam wrażenie, było najgorzej. Okazuje się, że „Gość Niedzielny” nawet nie udaje, że ma ochotę na jakikolwiek kontakt. „Gość Niedzielny” robi wrażenie, jakby funkcjonował za drzwiami zamkniętymi na siedem spustów. Oczywiście mogę się mylić, bo tu akurat mam wiedzę bardzo małą, ale obawiam się, że „Gość Niedzielny” może w tej akurat kwestii być bardzo blisko tak zwanej „gazowni”.
Jeśli ktoś mi powie, że jestem niesprawiedliwy, bo Michnik i jego koledzy są naprawdę otwarci, nie będę się kłócił.

I to tyle na dziś. Pozostaje nam więc to miejsce, a jak idzie o resztę, proszę o mnie nie zapominać i wspierać nas pod podanym numerem konta. Przynajmniej do czasu aż wyjdzie książką o rock and rollu i uda mi się pokryć koszt druku. Dziękuję.

czwartek, 10 października 2013

Gdy pedofile biorą się za nasze rodziny

Jak idzie o medialny atak, jaki został przypuszczony na abp. Michalika, bardzo łatwo od samego początku można było zauważyć pewien szczególny fałsz. Otóż, z jednej strony, poszczególni komentatorzy nie mogli wyjść z oburzenia, że Arcybiskup rzekomo za wszelkie przypadki seksualnego molestowania obciążył winą jego ofiary, a z drugiej, wciąż wracała kwestia rozwodów. Doszło wręcz do tego, że kiedy – zgodnie z wypróbowaną tradycją – portal TVN24 poświęcił cały osobny news na omówienie „komentarzy światowej prasy”, okazało się, że tamte media o żadnym obrażaniu ofiar pedofilii nawet nie chcą słyszeć: ich wyłącznie interesuje owa kwestia rozwodów, o których abp Michalik miał czelność powiedzieć, że są aktem kryminogennym.
I powiem szczerze, że to akurat mnie nie dziwi. W swojej oryginalnej wypowiedzi, Arcybiskup parokrotnie i bardzo wyraźnie powiedział, że pedofilia jest strasznym złem i że dzieci padające jej ofiarą zasługują na troskę i współczucie, a sami pedofile powinni być napiętnowani. A zatem, nie sądzę, żeby to nieustanne odwoływanie się do jednego, możliwe, że mało dyplomatycznego, słowa, było czymkolwiek innym, jak tylko próbą zaciemnienia obrazu. Moim zdaniem, tu nie chodzi o nic jak tylko o te rozwody. To wyłącznie fakt, że abp Michalik tak jednoznacznie wskazał, w jaki sposób rozbite rodziny wystawiają bezbronne dzieci na wszelkie zło tego świata, doprowadziło ich do autentycznego szału.
No, ale zanim zajmiemy się owymi rozwodami na poważnie, rzućmy okiem na te dzieci. Otóż ja sobie absolutnie nie wyobrażam, by którekolwiek z moich dzieci, dziś, czy kiedykolwiek wcześniej w życiu, dało się seksualnie podejść jakiemuś księdzu. Powiem więcej: ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że żaden, choćby najsłabszy moralnie ksiądz, próbował namawiać którekolwiek z moich dzieci do czynów nierządnych. Dlaczego? Z tej oto prostej przyczyny, że nawet najbardziej zboczony ksiądz doskonale by wiedział, że on tu nic nie ugra. Dlaczego? Bo ma oczy, uszy i choćby podstawowy rozum. I potrafi ocenić sytuację.
Osobiście ani nie miałem okazji poznać kogokolwiek, ani też nie słyszałem o nikim z mojego choćby bardzo odległego otoczenia, kto byłby molestowany seksualnie przez księdza, czy przez kogokolwiek innego. A więc moje doświadczenie jest tu wręcz żadne. Natomiast kiedy słyszę, że jakiś ksiądz na szkolnej wycieczce zaciągnął do łóżka którąś z uczennic, to mam bardzo poważne podejrzenie, że to mogło – nie mówię, że wyglądało, ale wyglądać mogło – dokładnie odwrotnie, i to ona go do tego łóżka zaciągnęła. Dlaczego? Zwyczajnie. Bo się w nim zakochała, ujrzała nagle całą tą egzotykę sytuacji, no i stało się.
No ale niech będzie, że się mylę. Załóżmy, że nie ma takich dzieci, które nagle zaczynają prowokować swoich księży. Załóżmy, że to jest zwyczajnie niemożliwe. Powiedzmy, że wśród księży są autentyczni, agresywni zboczeńcy, którzy tylko się czają na te dzieci i przy każdej nadarzającej się okazji wciągają je w swoje pedofilskie sieci. No ale tu znowu mamy jednak owe dzieci. Nie chcę powtarzać argumentów abp. Michalika, bo one już znane są powszechnie. Zapytam tylko, jakim trzeba być dzieckiem, z jakimi duchowymi problemami, co trzeba mieć w głowie, żeby w momencie, gdy któryś z księży nam powie, że on chciał nas zbadać pod względem naszej męskości, czy kobiecości, a zrobi to w Imię Boże, no i my się przed nim chętnie obnażymy? Powtórzę: co trzeba mieć w głowie?
A zatem, nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że abp Michalik miał najświętszą rację, kiedy powiedział, że na samym początku tego zła stoi inne zło, zło pierwotne, i wcale nie na tyle pierwotne, by trzeba było mu nadawać imiona najważniejszych diabłów. Wystarczy zaledwie pomyśleć o owych rozwodach.
Nie znam polskich statystyk, natomiast gdzieś czytałem, że w takiej Wielkiej Brytanii ogromna większość związków, to albo związki partnerskie, lub małżeństwa, gdzie przynajmniej jedna ze stron jest już po rozwodzie. Nie trzeba też być szczególnie uważnym obserwatorem, by wiedzieć, że czasy są takie, że rozwód staje się powoli czymś wręcz codziennym. Co więcej, nie mamy tu już do czynienia z uwarunkowaniami religijnymi, kulturowymi, czy ideologicznymi. Rozwodzą się wszyscy: katolicy, ateiści, lewicowcy, prawicowcy, konserwatyści, liberałowie. Nawet tu na blogu, wśród naszych najbliższych przyjaciół są tacy, którym to nieszczęście się przytrafiło. Czy ja tych ludzi potępiam? Ani mi w głowie! Być może mało kto tak jak ja wie, jak nieraz potrafi być ciężko. Znam ludzi, którzy tkwią w małżeństwach, które są dla nich prawdziwym piekłem. I, powiem uczciwie, że gdyby którykolwiek z nich mnie spytał, czy ma się rozejść, czy to kontynuować, odpowiedziałbym, że niech robi, jak mu nakazuje sumienie i rozum. A zatem, nie ma mowy o jakimkolwiek popisywaniu się. Ja zaledwie stwierdzam fakt, że ludzie rozwodzą się nagminnie, że dzieci owe rozwody przeżywają w sposób wyjątkowo ciężki, no i, że świat na tę chorobę znalazł jedną odpowiedź: uznanie, że tak jest normalnie i że nie ma się czym przejmować.
I na to przyszedł abp Michalik i nie powiedział, tak jak to Kościół powtarza od zawsze, że małżeństwo jest świętością, i że cudzołóstwo jest grzechem. On poszedł krok dalej. Oznajmił mianowicie, że rozwody prowadzą do zbrodni. Czy to w takim razie jest czymś nowym? Moim zdaniem nie, natomiast przyznaję, że jakoś ostatnio o tym się słyszy niewiele. Rzecz natomiast w tym, że jeśli się zastanowić nad tym na poważnie, to co znamy pod pojęciem Dekalogu, stanowi gwarancję społecznego pokoju w wymiarze wręcz idealnym. Nie ulega wątpliwości, że gdyby wszyscy ludzie oddawali cześć Bogu, szanowali rodziców, nie kradli, nie kłamali, nie cudzołożyli, nie pożądali, świat byłby idealny. I ja oczywiście wiem, że dziś czasy są takie, że wielu z nas bardzo chętnie parę z tych przykazań by z owej dziesiątki usunęło, niemniej jednak fakt pozostaje faktem. Nawet to dotyczące cudzołóstwa nie jest niczyją fanaberią, ale prawdziwą gwarancją dobrego porządku. Nawet to.
A tu mamy rodzinę, a więc coś, co naprawdę bardzo poważni zawodnicy próbują, nawet jeśli nam nie odebrać, to w sposób oczywisty zdeprecjonować. Z jakiegoś powodu oni sobie wykalkulowali, że jeśli zabiorą nam rodzinę, to zostaniemy tak naprawdę z pustymi rękami. I Kościół powtarza nam to od lat. Bez dobrej rodziny nie ma nic. I to oni jakoś tolerowali. Jakoś potrafili z tym żyć. Uważali to oczywiście za ciężką bzdurę, ale jakoś dawali radę. I w tym momencie przyszedł abp Michalik i powiedział: Ta wasza pedofilia to wynik lekceważenia nauki Kościoła. No i to się już okazało zbyt wiele. Coś, co dla wielu z nich stanowiło podstawową wręcz oręż do walki z Dekalogiem właśnie, okazało się bronią, która ich pokonała. Stąd ten wrzask. Tu nie chodzi o tę pedofilię, która – pamiętajmy – dla wielu z nich jest akurat czymś wręcz sympatycznym. Tu poszło o te rozwody. A więc o rodzinę. Jak zawsze.

Dziś apel szczególny. Otóż właśnie padł nam gazowy piec, który nam przez 20 lat grzał wodę w kranie i kaloryferach. Ponieważ jednak jest to stara czeska "Mora", której dziś już nikt nie naprawia, a na nowy nas nie stać, byłbym wdzięczny, gdyby ktoś, kto mieszka w Katowicach lub w okolicach znał jakiegoś starego fachowca od tych pieców, i podał nam namiary. Najlepiej na maila: toyah@toyah.pl Oczywiście, wciąż bardzo proszę o finansowe wsparcie na podany obok numer konta. Zwłaszcza gdy ktoś uzna, że powyższy tekst jest tego wart. Dziękuję

wtorek, 8 października 2013

My, ludzie z ostatniego rzędu

Przeczytałem dziś na blogu mojego kolegi Coryllusa, że Andrzej Zybertowicz wyraził opinię, że jednym z głównych grzechów polskiej prawicy jest to, iż wielu z tych, którym patriotyczny kołczing wyznaczył miejsce w dalszych rzędach, nie może się z tym pogodzić, i wciąż, zamiast siedzieć cicho, coś ma do powiedzenia. W tej sytuacji, chciałbym przyznać bez zbędnych uników, że to ja jestem jednym z tych awanturników, którzy psują wizerunek, na który kołczowie zapracowali przez te wszystkie lata. No a co gorsza, zamiast zrobić to wyznanie i się zamknąć, wygląda na to, że chyba będę musiał znów czymś porzucać w stronę tych, co siedzą tam z przodu. No ale proszę tylko mi powiedzieć, kto by nie stracił cierpliwości?
W przedostatnim numerze tygodnika „W Sieci” ukazał się tekst człowieka, którego nazwiska ani nie pamiętam, ani pamiętać nie muszę, w którym możemy sobie poczytać o ludziach, którzy podpisali protest w obronie naukowców działających na rzecz wyjaśnienia smoleńskiej katastrofy. Już sam ów tekst jest skonstruowany dokładnie według starych, sprawdzonych przez lata PRL-u wzorów, gdzie, aby przedstawić tak zwany „głos społeczeństwa”, cytowało się jakieś listy, a każdy cytat rozpoczynało albo „Pisze do nas pani Anna Wójcicka z Rybnika…”, albo „Pan Zbigniew Gaworzyński z Opola informuje…”, czy ewentualnie „W swoim liście rodzina Bolesławskich z Otwocka pisze…”. No a dalej oczywiście, oni wszyscy piszą to, co pisać trzeba.
Jeśli jednak ktoś myśli, że ja mam tu ochotę kpić z tych technik, to się głęboko myli. Ja generalnie uważam, że ci wszyscy tak zwani „nasi” dziennikarze zwyczajnie nie są w stanie stworzyć nic choćby minimalnie odbiegającego od tego, czego się nauczyli, czytając mistrzów PRL-owskiego dziennikarstwa, i tu się już nigdy nic nie zmieni. Oni już tacy będą zawsze, a nam pozostaje to tylko przyjąć. Tam jednak, w owym artykule w „W Sieci”, było coś, co nawet zakładając wariant najgorszy, wciąż robiło wrażenie. Otóż w pewnym momencie dziennikarz cytuje wypowiedź rodziny właśnie, gdzie mamy ojca, mamę i troje studentów, z których wszyscy są bardzo poruszeni nagonką na naukowców, i komentując ów list, pisze coś takiego: „Powyższy list dowodzi w sposób jednoznaczny, że polska prawica patriotyczna to nie tylko stare babcie w moherach, ale również osoby młode i wykształcone”. Daję słowo: tak było.
I znów, nie chodzi mi nawet o to, że jeśli ten cytat czegokolwiek dowodzi, to tylko tego, że my potrafimy manipulować nie gorzej i mniej bezczelnie, niż oni, ale o te stare babcie w moherach. Otóż to, co tu naprawdę poraża, to fakt, że ów dziennikarz, bez śladu wstydu, bez choćby cienia niepokoju, że oto się właśnie tak fatalnie odsłonił, pokazuje, co on w istocie rzeczy myśli na temat wspomnianych „babć w moherach”. Bo zastanówmy się proszę, w jaki sposób nasza sytuacja byłaby, nawet nie mówię, że gorsza, ale w ogóle inna, gdyby się miało okazać, że te wszystkie listy w obronie naukowców piszą wyłącznie babcie w moherowych beretach? Skąd temu dziwnemu człowiekowi przyszło nagle do głowy, że tu w ogóle trzeba coś udowadniać? Zadaję tę pytania trochę na zasadzie przekory, bo prawdę powiedziawszy ja doskonale wiem, skąd się to wzięło. Otóż owa potrzeba udowodnienia – pewnie przede wszystkim sobie samemu – że to szyderstwo, z jakim się spotykamy na co dzień jest kompletnie niezasłużone, bo przecież „my nie same mohery”, musiała być pierwszym powodem, dla którego on, ów człowiek, wyciągnięty, jak się domyślam, z pierwszego rzędu prawicowej opinii, tak bardzo potrzebował wyartykułować to odkrycie.
I to akurat uważam za bardzo poważny problem. Nie – nie to, że on myśli, co gada, i że gada, co myśli, ale to, że najprawdopodobniej większość z nich ma dokładnie ten sam zgryz. Jestem prawie w 100% pewien, że niemal każdy z tych mądrali, których Andrzej Zybertowicz posadził w pierwszych ławkach swojego archipelagu – a on tam jest pierwszym szefem – aż przebiera nogami, by wreszcie móc się pozbyć tego obciachowego ogona, który nie dość, że nie wie, co to znaczy być prawdziwym hipsterem, to jeszcze zabiera niepytany głos. A jeśli to moje rozpoznanie jest słuszne, to musi oznaczać, że oni tak naprawdę są dokładnie tacy sami, jak ich kumple z „Polityki”, „Newsweeka”, czy „Gazety Wyborczej”, i dziś tylko czekają na okazję, gdy będą mogli się bezkarnie z nimi spotkać i pójść na wódkę. Tyle że najpierw muszą odwołać publiczność.
W tej sytuacji chciałbym zapewnić zarówno Zybertowicza, jak i każdego z nich, że niedoczekanie wasze. Z tylnych rzędów widać wszystko najlepiej, i nam jest tu wręcz fantastycznie.

Dziś apel szczególny. Otóż właśnie padł nam gazowy piec, który nam przez 20 lat grzał wodę w kranie i kaloryferach. Ponieważ jednak jest to stara czeska "Mora", której dziś już nikt nie naprawia, a na nowy nas nie stać, byłbym wdzięczny, gdyby ktoś, kto mieszka w Katowicach lub w okolicach znał jakiegoś starego fachowca od tych pieców, i podał nam namiary. Najlepiej na maila: toyah@toyah.pl
Dziękuję

poniedziałek, 7 października 2013

Pierdzące gluty, czyli o tryumfie idei liberalnej

Kiedy poznałem moją żonę i się w sobie zakochaliśmy, ja od niej właściwie nie oczekiwałem niczego, poza tym, by była taka jak już i tak jest, natomiast ona ode mnie chciała dwóch rzeczy: pierwsza to ta, bym przestał pić kawę z cukrem, a druga, bym jej obiecał, że będą ją regularnie woził w Tatry. Ponieważ uważałem, że gra jest warta świeczki, natychmiast przestałem słodzić kawę, a co do Tatr, to jej złożyłem uroczystą obietnicę, że owszem, Tatry ma jak w banku. Niestety, po paru pierwszych – a może już zaledwie po pierwszym – razie, jakoś nam te góry przestały wychodzić, no i, o ile sobie potrafię przypomnieć, do Zakopanego wybraliśmy się wspólnie chyba tylko raz, kiedy dzieci były jeszcze bardzo małe.
Jak idzie już tylko o mnie, ostatni raz w Zakopanem byłem jakieś dziesięć lat temu, przy okazji szkolnej wycieczki, no i to wszystko. Ponieważ jednak, jak wspomniałem pod poprzednią notką, żona moja obchodziła właśnie swoje mocno okrągłe urodziny, pomyślałem, że zrobię jej taki oto prezent, że gdzieś w Kościelisku wynajmę dla nas pokój na jedną dobę, i ona tam sobie będzie mogła popatrzeć na góry, no i trochę pochodzić po dolinach.
Pokój był fantastyczny, pogoda jeszcze lepsza, widok idealny prosto na Czerwone Wierchy, na chałupie, w której mieszkaliśmy, powiewała biało-czerwona flaga, a właściciel nas od razu przestrzegł, że jeśli ktoś przy nim o Polsce mówi „ten kraj”, to on go odsyła do miasta z powodu braku miejsc. A więc wszystko, jak to się kiedyś mówiło, było tip-top. Minęła sobota, wypiliśmy urodzinowe wino, poszliśmy spać, a w niedzielę rano spakowaliśmy się, i pojechaliśmy do Zakopanego, żeby stamtąd udać się do Kuźnic, a z Kuźnic pod górę najpierw do kościoła na mszę, no i jeszcze trochę wyżej, by przez chwilę chociaż, rzucić okiem na okolicę. No i w końcu zeszliśmy z powrotem do Zakopanego.
Jak już wspomniałem wcześniej, w Zakopanem ostatni raz byłem jakieś dziesięć lat temu, i już wtedy wiedziałem, że to jest miejsce, od którego trzeba się trzymać jak najdalej. Dziś jest znacznie, znacznie gorzej. A więc mamy dokładnie to samo, co wówczas, z tą różnicą, że dziesięć razy bardziej, natomiast to co nowe, to już tylko owo dojmujące wrażenie, że miasto zostało opanowane przez tak zwaną „prywatną inicjatywę”, tyle że już nawet nie w wydaniu peerelowskim, ale w stricte afrykańskim.
Co mam na myśli, mówiąc o „prywatnej inicjatywie”? Otóż tam wszystko, jak idzie o usługi, działa od początku do końca, a więc mamy sklepy, knajpy, transport, noclegi, turystyka, tyle że ma się przy tym nieustanne wrażenie, że zamiast państwa, które to wszystko organizuje od strony, że tak powiem, wizualnej, nad całością czuwa czy to jeden człowiek, czy grupa ludzi, którzy reprezentują wszystko, tylko nie miasto Zakopane. Tu się odnosi wrażenie, jakby miasto Zakopane, to był czyjś prywatny biznes, o który ten ktoś troszczy się tak jak o biznes, a więc z takim nastawieniem, by z niego wyciągnąć, ile się da, po jak najmniejszych kosztach.
Ja nie bardzo jestem w stanie znaleźć słowa dla opisania tego, co tworzy panoramę miasta. Oczywiście, mamy ten straszny, kompletnie zapuszczony dworzec PKP, mamy tłum tych kobiet z kartkami z wybazgranym słowem „pokoje”, mamy ten tłum busów z kierowcami, nawołującymi turystów do korzystania z transportu, czy to do Doliny Chochołowskiej, czy do Kuźnic, czy gdziekolwiek w okolicy, gdzie po wykupieniu biletu za 4 złote, możemy pójść w góry, mamy wreszcie te Krupówki, które już w tej chwili nie różnią się niczym od centrum Władysławowa, czy sopockiego Monciaka. Te jakieś budy z kinem „7D”, gdzie można nie tylko obejrzeć film, ale jeszcze poczuć prawdziwy smród, potrząść się na fotelu, a może i dostać czymś w łeb. Te stragany, gdzie możemy sobie kupić albo pluszaki-poduszki, albo zabawkę pod nazwą „Pierdzące gluty”. Jest tam też ów opuszczony, ledwo trzymający się kupy, z powybijanymi szybami, piękny góralski dom, a nieco dalej kwitnącą budę z tureckim kebabem. No i mamy też te wyprodukowane domowym sumptem plakaty rozwieszone gdzie tylko się da, oskarżające czy to jakiegoś lokalnego władcę, czy aż Unię Europejską o rozkradanie Podhala. Mieliśmy też okazję, jeszcze znacznie wcześniej, obejrzeć sobie dokładnie ów zgiełk jakichś najbardziej egzotycznych przydrożnych reklam, nawtykanych niemal jedna na drugiej, i wywalonych na całej trasie od Krakowa do Zakopanego, które nie mówią nic nikomu, ale za to sprawiają, że cały ten odcinek, wygląda jak handlowa oferta skierowana albo do producentów żwiru, albo do klientów burdeli.
To wszystko robi oczywiście wrażenie, ale osobiście nie znajduję sposobu, by to wszystko jakoś w miarę krótko i celnie opisać słowem. Jak sięgam pamięcią, Zakopane zawsze miało ambicję stać się poważnym europejskim ośrodkiem turystycznym, takim jak podobne, gdzieś we Włoszech, czy w Szwajcarii. Z tego, co zdążyłem zauważyć, jedynym śladem owej wymarzonej Europy, jest bardzo porządny kibel na dworcu, czysty i błyszczący, prowadzony przez nie wiem kogo, bo nie udało mi się zidentyfikować języka, którym ci ludzie się posługują.
Ktoś się spyta, po jasna cholerę myśmy się zapuścili na te Krupówki. Otóż powód był jeden. Żona moja, mając na uwadze nasze dzieci, które zostawiliśmy w domu, by zajmowały się psem, postanowiła przywieźć im jakieś pamiątki. Przeszliśmy więc całą tę ulicę od góry do dołu, i wszędzie widzieliśmy albo góralskie skarpetki, albo ciupagi, albo te pluszaki-poduszki, no i „pierdzące gluty”. Myślę wciąż o tych glutach i mam bardzo mocne przekonanie, że tu właśnie można znaleźć owe piętnaście mocnych słów, które opiszą problem. Niestety, poza tymi dwoma, nie jestem w stanie wymyślić nic.

Dziękuję za wszystkie dotychczasowe gesty i proszę nie odchodzić.

sobota, 5 października 2013

Zabić Gila

No i kiedy wydawało się, że kłamstwo ostatecznie i nieodwołanie tryumfuje, wszystko się popruło, i z tak starannie szytej intrygi nie została nawet jedna nitka. Portal TVN24, a jak się domyślam, również telewizja, opublikował wiadomość, że oto w komputerze księdza Gila znaleziono materiały pornograficzne o tak niewyobrażalnej drastyczności, i w tak niewyobrażalnych ilościach, że prawdopodobnie mamy do czynienia z rekordem świata. Czytamy te rewelacje, a tymczasem ksiądz Gil siedzi w swojej wiosce u rodziców i powtarza, że jest całkowicie niewinny, a wszystkie medialne doniesienia to wynik ciężkiej i okrutnej prowokacji.
Dlaczego uważam, że dzisiejszy tekst w TVN24 to gwóźdź do trumny tego niebywałego przekazu? Otóż po raz nie wiadomo który, wszystko się zaczyna i kończy na starej, sprawdzonej zasadzie: Co za dużo, to niezdrowo. Ja rozumiem, że przychodzi jakieś biedne dominikańskie dziecko i mówi, że ksiądz Gil je obmacywał za cukierki, a potem w komputerze księdza śledczy znajdują dziesięć, sto, niech będzie i pięćset zdjęć rozebranych małych chłopców. Ja bym to przyjął. Zdarza się. Nawet wśród księży. Nawet wśród nauczycieli. Co ja mówię nauczycieli? Nawet wśród ministrów rządu i sędziów. Natomiast, kiedy ja czytam o tych 86 tysiącach zdjęć, o tym nielegalnym pistolecie, o tych jakiś prochach, które znaleziono u niego na plebanii, to… przepraszam bardzo, ale ja mam już prawie 60 lat i mnie nie można robić w durnia ot tak sobie.
Jest sobie ten ksiądz na dalekiej Dominikanie, od wielu lat gwałci te dzieci, grozi im bronią, terroryzuje całą okolicę, w pewnym momencie wyjeżdża na wakacje do Polski, i nagle po miesiącu okazuje się, że któreś z tych umęczonych przez niego dzieci idzie na policję i wszystko ujawnia. A cóż takiego się stało, że po tylu latach ta zmowa milczenia została przerwana? To tylu lat trzeba było, żeby specjaliści od pornografii dziecięcej wpadli na te 86 tysięcy zdjęć w komputerze jednego księdza? 86 tysięcy??? Jak w ogóle można być tak bezczelnym?
Oglądam fragment rozmowy z księdzem Gilem dla TVP. Dziennikarz po raz dziesiąty patrzy księdzu prosto w oczy i po raz dziesiąty zadaje to samo pytanie: „Czy ksiądz molestował te dzieci?” Na to ksiądz – również po raz dziesiąty – odpowiada: „Nie”. I następuje znacząca cisza, podczas której dziennikarz przebija księdza swoim dziennikarskim okiem, a my już wiemy wszystko. Molestował, pieprzony klecha.
86 tysięcy wstrząsających, najbardziej brutalnych zdjęć z dziecięcą pornografią. Jestem pod wrażeniem. Ta Dominikana to musi być fantastyczne miejsce. Mam nadzieję, że ksiądz Gil tam już w życiu nie postawi swojej stopy. Natomiast tych wszystkich tak zwanych dziennikarzy, którzy wzięli w tym udział gorąco zachęcam. Tam są z całą pewnością też małe dziewczynki. Zróbcie sobie wakacje. Mogą się wam spodobać. Zasłużyliście sobie.

Żona moja ma dziś okrągłe urodziny, i z tej okazji postanowiłem ją wywieźć na weekend w góry, żeby sobie pooddychała. Z tego też względu, mogą nastąpić drobne zakłócenia w komentowaniu. Proszę się nie gniewać, no i o nas, jak zawsze pamiętać. Dziękuję.

piątek, 4 października 2013

Precz z Gronkiewicz, czyli o niekulturalnym kłamstwie

Zbliża się warszawskie referendum, i ja oczywiście mam szczerą nadzieję, że ta dziwna kobieta dostanie baty, które może wreszcie zetrą jej z twarzy ten idiotyczny uśmiech. Natomiast – co dla części z nas nie powinno stanowić jakiegoś zaskoczenia – bardzo mi się nie podoba sposób, w jaki wokół tego referendum chodzą i jedni i drudzy. Proszę zwrócić uwagę: mi nawet do głowy nie przyjdzie, żeby ekscytować się tym referendum, bo uważam, że demokracja to jest wspaniała rzecz, albo że moim zdaniem następny prezydent Warszawy będzie od Waltz dużo lepszy. Ja, jeśli tak czekam na to lanie, to wyłącznie z powodu, który znakomicie niedawno wyłuszczył Michał Kamiński. Chodzi mi mianowicie o to, by się móc w ów poniedziałkowy poranek cieszyć wraz z Macierewiczem i Rydzykiem. No i przynajmniej raz ujrzeć te znikające zęby prezydent Waltz, a przy okazji pot na czole Michała Kamińskiego.
I uważam, że to nie są tylko moje emocje. Z punktu widzenia czystej praktyki sprawa jest jasna: jednym chodzi o to, by usunąć Gronkiewicz-Waltz ze stanowiska prezydenta, albo przez to, że ona zachowuje się tak, że jej się zwyczajnie nie da lubić, albo ze względów czysto politycznych: chodzi o to, by Platforma dostała po nosie, a usunięcie Waltz będzie tu bardzo skutecznym argumentem. Drugim natomiast chodzi o coś odwrotnego. Gronkiewicz trzeba obronić, nie dlatego, że przecież każdy widzi, że Warszawa nam kwitnie – bo to że nie kwitnie wie każdy – ale przez to, że albo z niej, na ów mocno perwersyjny sposób, jest w porządku babka, albo – i tu przede wszystkim – chodzi o to, żeby utrzeć nosa PiS-owi.
A zatem, sprawa jest idealnie przejrzysta, i jedyne co można w tej sytuacji zrobić, jak idzie o udział w tym referendum, to postępować w zgodzie ze swoim własnym interesem. A więc zwolennicy status quo mają siedzieć w domu, natomiast ci, co już nie mogą na Gronkiewicz patrzeć, mają pójść i ją usunąć.
Parę dni temu grupa reżimowych celebrytów wydała wspólną deklarację, w której wzywają do zbojkotowania referendum. Nie piszą oni jednak, że Waltz jest fantastyczną panią prezydent, nie sugerują, że ona jest bardzo miłą i porządną kobietą, ani też nie przyznają, że chodzi przede wszystkim o to, by dokopać PiS-owi. Oni oświadczają, że ich aktywność jest wyłącznie skutkiem przekonania, że referendum jest bez sensu. Oni nawet przyznają, że wśród nich są tacy, co nawet nie do końca popierają politykę Waltz, ale skoro przecież w przyszłym roku i tak mamy wybory, to po jakie licho tej pięknej jesieni się tak angażować?
Ale druga strona działa wręcz identycznie, a więc niemal staje na głowie, by nie przyznać tego co oczywiste, lecz tylko kłamać, kłamać, kłamać. Zabrał więc głos prof. Gliński, oznajmiając, że tu wcale nie chodzi o najprostszy rodzaj politycznej zemsty, czy choćby kalkulacji, ale o demokrację i prawo obywateli do osobistej ekspresji. I że kto tego nie chce uszanować – ten powinien się wstydzić. On już w tej swojej obłudzie posunął się do tego, że nagle wyciągnął Tuskowi jakiś przepis z Kodeksu Karnego, gdzie jest napisane, że nie wolno wywierać okołowyborczych nacisków na ludzi nam podległych. Tak jak by Tusk w jakikolwiek sposób zastraszał idących na referendum warszawiaków.
Przepraszam bardzo, ale ja tego uszanować nie potrafię. Bo ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że akcja na rzecz usunięcia Gronkiewicz-Waltz z Ratusza, to akcja w sposób jednoznaczny polityczna. Oparta na wielu różnie definiowanych interesach, ale polityczna. Co więcej, ja jestem przekonany, że tak jest właśnie dobrze, i że na tym akurat polityka od zawsze polegała: by walić w łeb wroga, i patrzeć, czy jeszcze dyszy. Tymczasem tu, jedni przychodzą i mówią: „Jesteśmy ludźmi, którzy, owszem, widzą szereg niedociągnięć ze strony władz miasta Warszawy, ale to referendum jest bez sensu”, a drudzy stają z jasnymi czołami i mówią: „Chodzi o wielką Warszawę”.
Otóż możliwe, że na poziomie ściśle organizacyjnym, tam jakieś plany istnieją. Natomiast jak idzie o ludzi, którzy albo pójdą odwoływać Waltz, albo będą siedzieć w domu, modląc się, by zawiodła frekwencja, im nie chodzi ani o jakiś ukryty czy jawny sens naszych działań, ani też o wielką Warszawę, lecz, z jednej strony, o to, że jedni nie lubią Waltz, a drudzy nie lubią Kaczyńskiego. I ja bym wolał, żeby i jedni i drudzy się tu zwyczajnie zdeklarowali, i przestali kręcić. Tak już na marginesie, uważam, że szczere postawienie sprawy tylko pomoże zwolennikom zmian.
W takich sytuacjach, przepraszam bardzo, ale ja czuję, że ostatnim prawdziwym politykiem jest Stefan Niesiołowski. Ten się w ogóle nie certoli, tylko wali ostro i prosto w ryj. Niesiołowskiemu ani w głowie zacząć coś tłumaczyć, że ten jest zły, a ten dobry, a my chcemy tylko, żeby było lepiej. On staje na mównicy i ogłasza, że tego Kaczyńskiego trzeba otruć, bo to pasożyt i szkodnik. A ja, jeśli uważam, że Niesiołowskiemu przydałoby się jakieś ciężkie doświadczenie, które go przywróci do stanu psychicznej równowagi, to wcale nie dlatego, że on używa brzydkiego języka, jest chamem, nienawistnikiem i ogólnie rzecz biorąc człowiekiem niekulturalnym. Ja, jeśli spojrzeć na mnie pod pewnym kątem, również używam brzydkiego języka, jestem chamem, nienawistnikiem i człowiekiem niekulturalnym, tyle że nie uważam tego za problem. Niesiołowski to ktoś, kto życzy nam wszystkim gwałtownej i bolesnej śmierci, i choć ja doskonale wiem, że to jego życzenie wynika trochę z jego obłędu, a trochę ze strachu, mam do tego, jak on się w tym wszystkim porusza, szacunek. Może nie szacunek szczególnie duży, ale z pewnością większy niż do jakiegoś Kraśki czy Wołka, którzy są bardzo kulturalni i oddani wartościom demokratycznym, ale i tak, w momencie gdy tylko spuszczę z nich oko, wbiją mi nóż pod żebro. Dlaczego? Bo mnie nie lubią, a nie lubią mnie wcale nie dlatego, że ja nie lubię demokracji.
A po co w ogóle piszę ten tekst? Po to mianowicie, aby zaapelować do tych z nas, którzy wiedzą, że zło trzeba tępić, i to tępić bezlitośnie i w samym zarodku, ale z jakiegoś powodu nie chcą, by ktoś pomyślał, że są tacy nieeleganccy. Machnijmy na ten fałsz ręką, bo on – jak każdy fałsz – jest zły. A już z pewnością gorszy od braku kultury, czy brzydkich słów. Oczywiście, lepiej jest mówić ładnie i się grzecznie uśmiechać, jednak nic tak nie wkurwia, jak ordynarne kłamstwo.

Jeśli komuś spodobał się powyższy tekst, lub jakieś inny na tym blogu, bardzo proszę o wspieranie nas pod podanym obok numerem konta. Jak na dziś, to jest podstawowa gwarancja naszego przeżycia. Dziękuję.

czwartek, 3 października 2013

To żyje

Pamiętam, jak jeszcze za starej komuny, pojechałem z moim wujkiem na polowanie. Wujek był lekarzem – wybitnym bardzo zresztą – a przede wszystkim niezwykle dobrym, uczciwym i porządnym człowiekiem. Wspominałem tu zresztą o nim przy okazji apelu o to, by z terenów dawnej Rzeszy wysiedlić całą ludność wraz ze zwierzętami, a na tym, co po nich zostanie, posadzić kartofle.
Otóż mój wujek, poza tym że pomagał ludziom, a przede wszystkim kobietom, był też zapalonym myśliwym, no i stąd pomysł, by któregos dnia zabrać mnie na polowanie. Jechaliśmy na to polowanie, a ja mu opowiedziałem dowcip o tym, jak to umarł Breżniew i towarzysze mu w trumnie wywiercili otworki, żeby robaki miały się jak wyrzygać. Tu od razu uwaga dla wszystkich tych, którzy najbardziej na świecie nienawidzą nienawiści – szczególnie nienawiści skierowanej przeciwko bolszewii – że tamto był PRL, i wśród normalnych ludzi nienawiść do bolszewii była jeszcze w modzie.
Otóż ja opowiedziałem wujkowi ten kawał, a on mi powiedział coś takiego: „Kawał dobry, ale pamiętaj, że jak my tam już do tego lasu przyjedziemy, możemy spotkać mojego kolegę myśliwego, Jasia Szczęsnego, który bardzo źle znosi takie żarty, więc mu go nie opowiadaj”. Zapytałem się oczywiście, kto to taki ten Szczęsny, że go nie śmieszą dowcipy o robakach rzygających Breżniewem, a on mi powiedział, że Szczęsny to dziś już starszy pan, który we wczesnych latach 50-tych został wyrzucony z UB za „nadużycie władzy”. Ja wtedy wprawdzie byłem bardzo młody, ale już się potrafiłem domyśleć, że ktoś, kogo na początku lat 50-tych wyrzucono z UB za „nadużycie władzy”, to musi być niezłe ziółko. Zresztą ów fakt mój wujek mi natychmiast potwierdził, opowiadając historię o tym, jak to myśliwi kiedyś sobie popili, a on, korzystając z okazji zapytał Szczęsnego: „Jasiu, a jak wyście mordowali tych żołnierzy, to jak to się odbywało? Tam był jakiś sąd, pluton egzekucyjny, jakaś ceremonia?” Na to Szczęsny odpowiedział: „Normalnie Heniu. Normalnie. Brałem giwerę i waliłem w łeb”.No więc, to był ów Jasiu Szczęsny, któremu, niech Bóg broni, miałem nie opowiadać dowcipu o Breżniewie.
Oczywiście potraktowałem słowa mojego wujka bardzo poważnie, ale zacząłem się przy tym zastanawiać nad tym Szczęsnym i jego towarzyszami z lat młodości. Gdzie oni są? Co oni robią? Jak żyją? Czy wszyscy polują, czy może część z nich kocha zwierzęta, i nawet muchy by nie skrzywdziła? Mijały lata, PRL przeszedł do historii, przyszedł kapitalizm, a ja w pewnym momencie usłyszałem, że koledzy Szczęsnego – a kto wie, czy nie i on sam – okupują głównie dwie korporacje: spółdzielnię „Społem” i ogródki działkowe. Dowiedziałem się, że owe dwa podmioty stanowią ostatni realny bastion komuny – tej komuny prawdziwej i nieskażonej upływem czasu – i wedle jakiejś niepisanej umowy, nie podlegają jakimkolwiek negocjacjom i są nie do ruszenia. O polowaniach mowy akurat tam nie było. Inna sprawa, że cóż mnie to może obchodzić?
Dziś przeczytałem w internetowym wydaniu TVN24 wiadomość, że wczoraj późnym popołudniem w Warszawie na ulicy Żwirki i Wigury jakiś pan postrzelił z rewolweru innego pana, no a ponieważ uczynił to jak najbardziej publicznie, został zatrzymany przez policję. Jak się jednak dowiadujemy, obaj panowie byli byłymi wojskowymi, obaj działali w branży działkowej, a człowiek z rewolwerem to wręcz prezes stowarzyszenia owych działkowców. TVN24 podaje za policją, że to nie była wojna gangów, ale zwykłe nieporozumienia na tle osobistym. Dowiadujemy się również, że prezes tych ogródków miał na broń pozwolenie, więc w pewnym sensie jest czysty.
TVN podaje jednak coś jeszcze. Otóż, jak się dowiadujemy, obaj panowie byli „właścicielami ogródków działkowych”. I sprawa się w ten sposób domyka. Otóż dwóch staruszków pokłóciło się prawdopodobnie o swoje ogródki, a że jeden był byłym wojskowym, i w dodatku miał broń, to wziął i kolegę ustrzelił. Bardzo zabawne. Z komentarzy, jakie czytam pod tą informacją wnioskuję, że faktycznie zabawne.
A ja się zastanawiam nad czymś już innym. Otóż do zdarzenia, jak już napisałem doszło w biały dzień. Człowiek z rewolwerem, ów rewolwer prawdopodobnie ze sobą nosił zwyczajowo, w dodatku jeszcze – skoro on ani nie próbował uciekać, ani się jakoś szczególnie tłumaczyć – ów emerytowany wojskowy prawdopodobnie też uznał, że skoro go nagle wzięła jasna cholera, to strzelił „do skurwysyna”. No bo co miał robić? Dyskutować o racjach? A skoro tak, to ja też sobie myślę, że jest bardzo prawdopodobnie, że ci staruszkowie, których ja od czasu do czasu spotykam w moim parku, jak spacerują małymi grupkami w tych swoich kurtkach do pasa i czapkach z daszkiem, też są uzbrojeni. I mają naprawdę dużo do opowiedzenia na temat naszej jakże skomplikowanej historii.
Niedawno spotkałem swojego szkolnego kolegę, który – jak się okazało nałogowy czytelnik mojego bloga – zanim zdążyłem go zapytać o zdrowie, wyskoczył do mnie z jasnym i krótkim pytaniem: „Czy ty uważasz, że ten kretyn Macierewicz mówi prawdę, kiedy gada o tych wybuchach?” Na to ja, zanim jeszcze zdążyłem się go zapytać o zdrowie, odpowiedziałem, że tak, jak najbardziej, wybuchy były. I w tym momencie on dostał takiej cholery, jakiej ja w życiu nie widziałem. I teraz, kiedy wspominam to spotkanie, myślę sobie, że to całe szczęście, że on jest za młody, by polować. A przynajmniej by polować w pewnym bardzo szczególnym towarzystwie. Natomiast bardzo bym był ciekawy wiedzieć, ilu ich jeszcze pozostało. Bo zbliżają się wybory, i PiS wygra. A wtedy – niech nas wszystkich Bóg broni.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. To jest w tej chwili coś, bez czego nas nie ma. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...