Poprzednią notkę napisałem trochę w celu uzupełnienia tekstu, który jeszcze w miniony wtorek powstał, jako felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Jeśli ktoś jest zainteresowany, zapraszam do kupowania tygodnika Piotra Bachurskiego, ewentualnie zajrzenia na osiejuk.salon24.pl – tam on też jest dostępny. A zatem, napisałem ów tekst, opublikowałem go tak jak każdy wcześniejszy, i nagle się okazało, że zdaniem niektórych on jest znacznie bardziej ważny, niż można się było spodziewać. W pewnym momencie któryś z komentatorów zasugerował wręcz, że powinienem wysłać go do „Gościa Niedzielnego” i w ten sposób wziąć udział w tej debacie w przestrzeni bardziej popularnej.
Przeczytałem więc to co sam napisałem, podumałem chwilę, i przyznaję, że bardzo nieskromnie doszedłem do wniosku, że istotnie przydałoby się, by to, co ja tam powiedziałem, potraktować jako sprawę wykraczającą poza ten samotny blog. I to nawet nie dlatego, że to jest tak fantastyczna literatura, ale z tej prostej przyczyny, że obecna debata wydaje się kompletnie lekceważyć to, na co ja akurat postanowiłem zwrócić uwagę.
Znalazłem więc sobie w Internecie mailowy adres „Gościa Niedzielnego”, ładnie się przedstawiłem, opisałem krótko sprawę, i poprosiłem o opublikowanie tekstu, który przesłałem w formie załącznika. Mail wrócił natychmiast z adnotacją, że został odrzucony przez program antyspamowy na komputerze odbiorcy. Wysłałem go więc na inny adres: efekt taki sam. Znalazłem więc jeszcze inny adres: to samo.
Ponieważ jednak każdy z owych adresów należał do domeny gość.pl, pomyślałem, że nie ma się co wygłupiać, i zamiast tego spróbować się zastanowić, w czym leży problem, no i uznałem, że musi chodzić o ten załącznik – oni prawdopodobnie odrzucają maile zawierające załączniki, a więc maile od osób, które zawracają im głowę jakimiś durnymi tekstami. Wprawdzie mnie to trochę zdziwiło, no bo w końcu, działalność na rynku mediów wydaje się być wręcz naturalnie związana z czytaniem tekstów, jednak przeniosłem swój artykuł z załącznika do treści maila… niestety mail znów został odrzucony.
Przeprowadziłem kolejny proces myślowy, i uznałem, że zainstalowany przez redakcję „Gościa Niedzielnego” program antyspamowy traktuje jako spam również maile zbyt długie, no i je w sposób naturalny odrzuca. Usunąłem więc z mojej wiadomości swój tekst i dołączyłem tylko link do bloga. Ten mail też wrócił, jako spam.
W tej sytuacji – odrzucając oczywiście taką ewentualność, że redakcja „Gościa Niedzielnego” nie odbiera jakichkolwiek maili wysyłanych na oficjalnie podane adresy – doszedłem do wniosku, że poszło o ten link. Oni nie akceptują jakichkolwiek maili zawierających jakiekolwiek załączniki i jakiekolwiek linki, bo dla nich interesujące są tylko proste, jednoznacznie komunikaty. W tej sytuacji, swój mail zredagowałem w taki sposób, by nie było tam ani pełnego adresu bloga, ani tekstu dłuższego niż parozdaniowy, i tylko sucha informacja, o co mi chodzi, i jak mnie znaleźć… I to był jedyny mail wysłany przeze mnie na adres gość.pl, który został przez system przyjęty.
Oczywiście, nie muszę już pewnie pisać, że bez jakiejkolwiek reakcji.
Po co dziś ten tekst? Otóż, wbrew pozorom, wcale nie dlatego, że „Gość Niedzielny” zlekceważył moją ofertę. Ich biznes – ich sprawa. Rzecz w tym, że wszystko wskazuje na to, że redakcja „Gościa”, niejako z zasady, nie życzy sobie jakiegokolwiek kontaktu z czytelnikiem, wykraczającym poza prostą wymianę uprzejmości, a jak idzie o poszerzanie tak zwanej oferty, no i o coś, co górnolotnie nazywamy Sprawą, jest głęboko przekonana, że oni nad wszystkim panują, i nie potrzebują jakiegokolwiek sygnału z zewnątrz.
Od czasu gdy założyłem tego bloga, a więc tak naprawdę jeszcze od roku 2008, zdarzyło mi się wysłać trzy maile do różnych redakcji. Pierwszy był do "Rzeczpospolitej”, której zaproponowałem swój tekst o aferze hazardowej. Dostałem odpowiedź, że oni dziękują, ale korzystają wyłącznie ze źródeł redakcyjnych. Drugi raz skontaktowałem się z „Gazetą Polską”, ale oni najpierw kazali zadzwonić, potem kazali czekać, później powiedzieli, żeby zadzwonić raz jeszcze, a potem już się nie odbierali telefonu.
Dziś spróbowałem po raz trzeci i ostatni. I tym razem, mam wrażenie, było najgorzej. Okazuje się, że „Gość Niedzielny” nawet nie udaje, że ma ochotę na jakikolwiek kontakt. „Gość Niedzielny” robi wrażenie, jakby funkcjonował za drzwiami zamkniętymi na siedem spustów. Oczywiście mogę się mylić, bo tu akurat mam wiedzę bardzo małą, ale obawiam się, że „Gość Niedzielny” może w tej akurat kwestii być bardzo blisko tak zwanej „gazowni”.
Jeśli ktoś mi powie, że jestem niesprawiedliwy, bo Michnik i jego koledzy są naprawdę otwarci, nie będę się kłócił.
I to tyle na dziś. Pozostaje nam więc to miejsce, a jak idzie o resztę, proszę o mnie nie zapominać i wspierać nas pod podanym numerem konta. Przynajmniej do czasu aż wyjdzie książką o rock and rollu i uda mi się pokryć koszt druku. Dziękuję.
I to tyle na dziś. Pozostaje nam więc to miejsce, a jak idzie o resztę, proszę o mnie nie zapominać i wspierać nas pod podanym numerem konta. Przynajmniej do czasu aż wyjdzie książką o rock and rollu i uda mi się pokryć koszt druku. Dziękuję.