wtorek, 8 października 2013

My, ludzie z ostatniego rzędu

Przeczytałem dziś na blogu mojego kolegi Coryllusa, że Andrzej Zybertowicz wyraził opinię, że jednym z głównych grzechów polskiej prawicy jest to, iż wielu z tych, którym patriotyczny kołczing wyznaczył miejsce w dalszych rzędach, nie może się z tym pogodzić, i wciąż, zamiast siedzieć cicho, coś ma do powiedzenia. W tej sytuacji, chciałbym przyznać bez zbędnych uników, że to ja jestem jednym z tych awanturników, którzy psują wizerunek, na który kołczowie zapracowali przez te wszystkie lata. No a co gorsza, zamiast zrobić to wyznanie i się zamknąć, wygląda na to, że chyba będę musiał znów czymś porzucać w stronę tych, co siedzą tam z przodu. No ale proszę tylko mi powiedzieć, kto by nie stracił cierpliwości?
W przedostatnim numerze tygodnika „W Sieci” ukazał się tekst człowieka, którego nazwiska ani nie pamiętam, ani pamiętać nie muszę, w którym możemy sobie poczytać o ludziach, którzy podpisali protest w obronie naukowców działających na rzecz wyjaśnienia smoleńskiej katastrofy. Już sam ów tekst jest skonstruowany dokładnie według starych, sprawdzonych przez lata PRL-u wzorów, gdzie, aby przedstawić tak zwany „głos społeczeństwa”, cytowało się jakieś listy, a każdy cytat rozpoczynało albo „Pisze do nas pani Anna Wójcicka z Rybnika…”, albo „Pan Zbigniew Gaworzyński z Opola informuje…”, czy ewentualnie „W swoim liście rodzina Bolesławskich z Otwocka pisze…”. No a dalej oczywiście, oni wszyscy piszą to, co pisać trzeba.
Jeśli jednak ktoś myśli, że ja mam tu ochotę kpić z tych technik, to się głęboko myli. Ja generalnie uważam, że ci wszyscy tak zwani „nasi” dziennikarze zwyczajnie nie są w stanie stworzyć nic choćby minimalnie odbiegającego od tego, czego się nauczyli, czytając mistrzów PRL-owskiego dziennikarstwa, i tu się już nigdy nic nie zmieni. Oni już tacy będą zawsze, a nam pozostaje to tylko przyjąć. Tam jednak, w owym artykule w „W Sieci”, było coś, co nawet zakładając wariant najgorszy, wciąż robiło wrażenie. Otóż w pewnym momencie dziennikarz cytuje wypowiedź rodziny właśnie, gdzie mamy ojca, mamę i troje studentów, z których wszyscy są bardzo poruszeni nagonką na naukowców, i komentując ów list, pisze coś takiego: „Powyższy list dowodzi w sposób jednoznaczny, że polska prawica patriotyczna to nie tylko stare babcie w moherach, ale również osoby młode i wykształcone”. Daję słowo: tak było.
I znów, nie chodzi mi nawet o to, że jeśli ten cytat czegokolwiek dowodzi, to tylko tego, że my potrafimy manipulować nie gorzej i mniej bezczelnie, niż oni, ale o te stare babcie w moherach. Otóż to, co tu naprawdę poraża, to fakt, że ów dziennikarz, bez śladu wstydu, bez choćby cienia niepokoju, że oto się właśnie tak fatalnie odsłonił, pokazuje, co on w istocie rzeczy myśli na temat wspomnianych „babć w moherach”. Bo zastanówmy się proszę, w jaki sposób nasza sytuacja byłaby, nawet nie mówię, że gorsza, ale w ogóle inna, gdyby się miało okazać, że te wszystkie listy w obronie naukowców piszą wyłącznie babcie w moherowych beretach? Skąd temu dziwnemu człowiekowi przyszło nagle do głowy, że tu w ogóle trzeba coś udowadniać? Zadaję tę pytania trochę na zasadzie przekory, bo prawdę powiedziawszy ja doskonale wiem, skąd się to wzięło. Otóż owa potrzeba udowodnienia – pewnie przede wszystkim sobie samemu – że to szyderstwo, z jakim się spotykamy na co dzień jest kompletnie niezasłużone, bo przecież „my nie same mohery”, musiała być pierwszym powodem, dla którego on, ów człowiek, wyciągnięty, jak się domyślam, z pierwszego rzędu prawicowej opinii, tak bardzo potrzebował wyartykułować to odkrycie.
I to akurat uważam za bardzo poważny problem. Nie – nie to, że on myśli, co gada, i że gada, co myśli, ale to, że najprawdopodobniej większość z nich ma dokładnie ten sam zgryz. Jestem prawie w 100% pewien, że niemal każdy z tych mądrali, których Andrzej Zybertowicz posadził w pierwszych ławkach swojego archipelagu – a on tam jest pierwszym szefem – aż przebiera nogami, by wreszcie móc się pozbyć tego obciachowego ogona, który nie dość, że nie wie, co to znaczy być prawdziwym hipsterem, to jeszcze zabiera niepytany głos. A jeśli to moje rozpoznanie jest słuszne, to musi oznaczać, że oni tak naprawdę są dokładnie tacy sami, jak ich kumple z „Polityki”, „Newsweeka”, czy „Gazety Wyborczej”, i dziś tylko czekają na okazję, gdy będą mogli się bezkarnie z nimi spotkać i pójść na wódkę. Tyle że najpierw muszą odwołać publiczność.
W tej sytuacji chciałbym zapewnić zarówno Zybertowicza, jak i każdego z nich, że niedoczekanie wasze. Z tylnych rzędów widać wszystko najlepiej, i nam jest tu wręcz fantastycznie.

Dziś apel szczególny. Otóż właśnie padł nam gazowy piec, który nam przez 20 lat grzał wodę w kranie i kaloryferach. Ponieważ jednak jest to stara czeska "Mora", której dziś już nikt nie naprawia, a na nowy nas nie stać, byłbym wdzięczny, gdyby ktoś, kto mieszka w Katowicach lub w okolicach znał jakiegoś starego fachowca od tych pieców, i podał nam namiary. Najlepiej na maila: toyah@toyah.pl
Dziękuję

5 komentarzy:

  1. Z tymi listami to słabizna że ręce opadają, faktycznie GW robi takie coś często.
    Ostatnio ponoć jeden do Watykanu napisał oczywiście o tym jak go kiedyś jakis ksiądz zmolestował.
    O tym mówiło tokfm bo ten facet chyba kopię listu do tego radia wysłał albo jakiegoś Turowskiego tam w Watykanie mają.

    A z tym moherem to są dwie opcje.
    Albo gosciu faktycznie tak myśli o tych babciach jak T. Lis albo Żakowski albo propaganda tak mu zryła beret że mu to jakoś się wdrukowało samo i on nawet nie co mówi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem, czy ma Pan możliwość słuchania radia WNET w godzinach porannych?
    Styl prowadzenia audycji, jaki prezentuje tam pierwszoszeregowy i znany dziennikarz Krzysztof Skowroński idealnie pasuje do Pańskiego opisu.
    Nawet jeśli tematyka i przedstawienie problemów jest "słuszna", to sposób prowadzenia i stosowane socjotechniki powodują, że po prostu muszę przełączyć na inny kanał ...

    Al Batros

    OdpowiedzUsuń
  3. @Al Batros
    No własnie nie mam radia. pewnie gdybyśmy mieli samochód, to słuchalibyśmy w samochodzie, ale, jak mówię, nic z tego. Oczywiście jestem pewien, ze to co Pan pisze, to czysta prawda.

    OdpowiedzUsuń
  4. Masz rację - ten dziennikarz, o którym piszesz, dał świadectwo swojej najkrócej mówiąc zwyczajnej głupoty.

    A jednak chciałbym trochę pobronić tych ludzi i z "W Sieci" i "Do Rzeczy".
    Uważam, że przekaz, jaki oni proponują nie jest skierowany do takich czytelników ja Ty czy większości osób odwiedzających Twój blog. To są pisma dla "inż. Kowalskiego", ćwierćinteligenta, który skończył jakieś studia, coś tam już może osiągnął, albo chciałby osiągnąć i aspiruje by stać się częścią elity i bardzo chciałby być uznany za inteligenta pełną gębą. Kiedyś o takich mówiło się "inteligencja pracująca" albo "inteligencja z awansu", teraz nazywa się ich "lemingami". To jest ten sam czytelnik, do którego kierują swoje przesłanie takie tygodniki jak "Polityka". Doskonały portret tego czytelnika opisał przed laty Leopold Tyrmand w tekście "Fryzury Mieczysława Rakowskiego". Mimo upływu lat i zmiany pokoleniowej stan umysłowy tych czytelników niewiele się zmienił.
    Stanowią oni dość dużą i wbrew pozorom bardzo wpływową część polskiego społeczeństwa. Ci ludzie najczęściej nie mają swoich poglądów, zwracają natomiast bardzo baczną uwagę na formę przekazu,jego łatwość przyswajania, są podatni na chwytliwe hasła. To są ludzie, którzy dopiero kiedyś - być może - zaczną myśleć samodzielnie, ale by tak się stało musi upłynąć jeszcze sporo czasu.
    Z nimi trzeba rozmawiać innym językiem i w innej formie niż z Tobą i Twoimi czytelnikami.

    "W Sieci" i w "Do Rzeczy" są - tak mi się wydaje - skierowane do takiego właśnie czytelnika. Pisma posługują się bliskim temu czytelnikowi kodem pojęciowym starając się go pozyskać i przekonać dla dobrej sprawy.
    Można się na niektóre zabiegi tych tygodników zżymać, niektóre teksty są denerwujące, wiele myśli zwyczajnie głupich, ale - mimo tych potknięć - robią moim zdaniem sporo dobrego.
    Na pewno "zagospodarowują" sporą część czytelników w dobrej sprawie, którzy - gdyby tych tygodników nie było - zagospodarowałyby "Polityka", "Newsweek", "Gazeta Wyborcza" i im podobne.

    OdpowiedzUsuń
  5. @Jan
    Chcesz powiedzieć, ze on tak naprawdę wie, że bycie moherem to nic złego, i że młody, wykształcony człowiek z miasta nie musi być bardziej wartościowy od starego niewykształconego wieśniaka? To czemu on tego nie napisze?

    OdpowiedzUsuń