środa, 7 lipca 2010

O prawicowych, złotych rączkach



Jak już napisałem w niedawnej notce, to co się wydarzyło 4 lipca traktuję nie jako gest polityczny, lecz jako znak, lub jeszcze więcej – Znak. Zdaję sobie sprawę, że są tacy, którzy będą się ze mnie śmiali, zwłaszcza, że, jak wszystko na to wskazuje, jestem ostatnim, który powinien o tych znakach gadać. Bo, jak wszystko na to wskazuje, jeśli mamy rzeczywiście do czynienia ze znakami, to ja je zinterpretowałem jak najbardziej fałszywie. Widać to dziś aż nazbyt wyraźnie, kiedy patrzymy, jak wokoło zdecydowanie się przerzedziło.
Mimo to – powtarzam – to co się wydarzyło 4 kwietnia traktuję nie jako wydarzenie polityczne, lecz duchowe. Uważam, że Bronisław Komorowski został nam dany jako kolejny prezydent naszego kraju, nie w ramach nagrody za dobre sprawowanie, lecz w ramach przestrogi i znaku na przyszłość. I jeśli ktoś mnie zapyta, czemu się aż tak zawziąłem, to mogę tylko odpowiedzieć, że nie mam wyjścia. Jeśli bowiem uznam, że Bronisław Komorowski jest dla nas nagrodą, równie dobrze mogę przekreślić całe moje dotychczasowe życie. A zatem dopóki jeszcze umiem mówić, będę mówił – zostaliśmy pokarani. I to pokarani zasłużenie. Dlaczego my, ktoś spyta. Czemu nie oni? Tego nie wiem. Ale ponieważ żyje nadzieją, to mogę przypuszczać, że Dobry Bóg uznał, że przynajmniej wciąż zasługujemy na karę. Przynajmniej na to. I cieszmy się, bo kiedy zestaw kar się wyczerpie, nie będziemy mieli już nic.
Dlaczego przegraliśmy te wybory? Dlaczego pozwoliliśmy, by Bronisław Komorowski został kolejnym prezydentem? Jak mogliśmy do tego dopuścić, żeby ta kobieta została Pierwszą Damą? W pożegnalnym wpisie w Salonie24 zarzuciłem środowisku Gazety Polskiej, że to oni, przez swój tępy fanatyzm z jednej strony, a obojętność z drugiej pozostawili Jarosława Kaczyńskiego bez należnego wsparcia. O co mi chodzi? Zawsze o to samo. Pisałem na swoim blogu w Salonie, wspominałem też o tym tutaj, że stara prawda iż najniebezpieczniejsi są przyjaciele, nie wrogowie, jest jak najbardziej do zapamiętania. Wrogowie są już dawno zidentyfikowani i opisani. To natomiast co najbardziej przeraża, to przyjaciele, którzy zawsze wiedzą lepiej. A to co wiedzą, jest nie do ruszenia. Właśnie z tego względu, że oni wiedzą lepiej, a ta wiedza to jest coś, bez czego oni zwyczajnie przestają zyć.
Uważam że słowa jakie Jarosław Kaczyński skierował do wszystkich tych ludzi, którzy zawsze trzymali stronę PRL-u – choćby i z okazjonalnymi skokami w bok – były jak najbardziej sensowne, logiczne i potrzebne. Ostatecznie, możliwe że doprowadziły do tej porażki, ale były jak najbardziej na miejscu. Z paru względów. Przede wszystkim, było rzeczą niezwykle istotną, by ci własnie ludzie usłyszeli, że od 10 kwietnia, oni przestali być przeciwnikami. Żeby oni to usłyszeli, a jednocześni, żeby usłyszała to Polska. Że to ani Leszek Miller, ani w ogóle jego ideowe środowisko, nie zabili naszego prezydenta, i że ta wiedza determinuje całą przyszłą politykę jego ocalałego brata. Ale chodziło też o to, że Jarosław Kaczyński musiał się jakoś usprawiedliwić przed swoimi wyborcami, dlaczego wszystko to co tworzyło jego projekt, dziś on musi uznać za melodię przeszłości. A więc ta informacja była informacją również do nas. Byśmy wiedzieli, że świat pokazał swoją nową twarz i w tej nowej sytuacji wszystko już jest inne. Jarosław Kaczyński, deklarując zawieszenie broni wobec post-komunistów, dał nam najlepiej jak tylko mógł do zrozumienia, że w obecnej chwili najważniejszą rzeczą jest wygrać te wybory, a na resztę przyjdzie czas później. I na rozmowy o przeszłości i na płacz i na gniew. To wszystko będzie później.
Na to wszystko, przychodzi Gazeta Polska – najbardziej wpływowy głos polskiej konserwatywnej prawicy – i zamiast wytłumaczyć Polsce, że wszystko jest na swoim miejscu i że Jarosław Kaczyński wie co robi, prowadzi swoją prywatną niby-wojnę, na której początku i końcu stoją najzwyklejsze fobie, przeplatane bieżącymi interesami, dodatkowo jeszcze unurzanymi w najbardziej gównianych socrealistycznych dekoracjach. Jarosław Kaczyński w sposób najbardziej przenikliwy i dalekosiężny walczy o poszerzenie wyborczego pola, apelując do wszystkich choćby minimalnie wrażliwych wyborców po wszystkich stronach konfliktu o poparcie. Staje wręcz na głowie, by przedstawić całej Polsce ofertę polityki, jakiej Polska dotychczas nie miała, a Gazeta Polska tym wszystkim ludziom, którzy być może zaczynali mieć wątpliwości, mówi by na nic nie liczyli. Bo my są wesołe, kurwa, chłopaki, które jak Jaro wygra, to tak wam dopierdolą, się nie pozbieracie. Kiedy decydowały się losy prezydentury, Gazeta Polska, zamiast wesprzeć kampanię Jarosława Kaczyńskiego, zadbała głównie o to, żeby po przegranych wyborach nie stracić broń Boże swojej najbardziej cywilizacyjnie i kulturowo zdegenerowanej publiczności. Bo w końcu, wybory wyborami, a rynek trzeba utrzymać. Zwłaszcza że idą niełatwe czasy.
Ten tekst pisałem jeszcze przedwczoraj i wisiałby już na blogu drugi dzień, gdyby nie prośba naszego kolegi Studenta SGH, by mu opowiedzieć o Jarosławie Kaczyńskim coś, czego on nie wie. Napisałem go więc już przedwczoraj, a wczoraj zabrał głos redaktor Sakiewicz i – być może reagując na mój zamykający przygodę w Salonie wpis jeszcze z niedzieli – ogłosił, że on nie przegrał. Że Gazeta Polska nie przegrała. Przegrał Kaczyński, natomiast oni wygrali. Kaczyński dał dupy, bo ich nie posłuchał. A oni? Pełny sukces! A najlepszym tego dowodem jest, że to gówno jakie rzucili Polsce na zakończenie kampanii sprzedało się w dwukrotnie większym nakładzie, co numer wcześniejszy. Skąd ja to wiedziałem? Skąd wiedziałem, że oni mają w ten sposób ustawione mózgi? Ciekawe, prawda?
I dziś Rafał Ziemkiewicz – flagowy publicysta tego nieszczęsnego tygodnika – człowiek, któremu nie przeszkadza to sowieckie główno panoszące się w ramach dobrego żartu na każdej ze stron Gazety Polskiej, ma czelność zarzucać Kaczyńskiemu, że on swoimi nieroztropnymi wypowiedziami w sprawie PRL-u pogrążył swoją kampanię. Oto człowiek, który chce nas uczyć czym jest polnische wirtschaft. To dopiero jest bezczelność!
Przegraliśmy te wybory. On je wygrał, ale myśmy je przegrali. Myśmy mieli bardzo łatwo. Dostaliśmy wszystko niemal jak na talerzu. On się męczył ze swoim życiem, ze swoim bólem, ze swoim zmęczeniem. Nam było łatwo. I to zwyczajnie spieprzyliśmy. Jemu związali ręce na samym już początku. Najpierw przeorali mu serce tą straszną zbrodnią, by już chwilę potem zranić duszę całą tą awanturą o Wawel. Na początku nie pozwolili nawet dojść do siebie po tym nieszczęściu, szydząc z niego i go wykpiwając, że siedzi schowany jak mysz pod miotłą i nic nie mówi, by już za chwilę, kiedy się odezwał, odmówić mu nawet prawa wsparcia ze strony jedynej rodziny, jaka mu została. Nie pozwolono mu wspominać zmarłego brata, i poprosić o wsparcie i obecność jego córki i zięcia, jedynej rodziny jaka mu została. Zrobiono wszystko, by nawet nie marzył o tym, by postawić obok siebie kogokolwiek, kto go tak naprawdę kocha i wspiera. Żeby w publicznej świadomości tylko Bronisław Komorowski mógł się chwalić rodziną, a on żeby już do końca został jakimś smutnym starym kawalerem. A my, kiedy do nas mówił, byliśmy wyłącznie pogrążeni w tej durnej satysfakcji, że jesteśmy tacy dzielni, tacy prawicowi i tacy sprytni. I oczywiście nie usłyszeliśmy z tego co mówił ani słowa.
Dziś Artur Zawisza - człowiek z komunią na jęzorze i zdradą w sercu -mówi w telewizji, że Kaczyński był w kampanii zbyt łagodny i przez to stracił dużo porządnych, mocnych prawicowych głosów. I on właśnie – Artur Zawisza – świetnie symbolizuje naszą sytuację. Całym swoim życiem, każdym swoim gestem, i każdym dźwiękiem z tej czarnej wypowiedzi, symbolizuje to całe nieszczęście, z którym jak się okazało musimy walczyć przede wszystkim. Zanim weźmiemy się za resztę. Właśnie tak. Człowiek – symbol. Człowiek – wróg.

wtorek, 6 lipca 2010

Awaria



Wpis techniczny. Z jakiegoś powodu pole komentarzy pod poprzednim wpisem oszalało. Komentarze nikną, za chwilę wracają. Znowu nikną. Nie wiem co się dzieje. Może ten tekst się uchowa i przynajmniej w ten sposób pokażę, że wiem.
Widzę jednak, że co jakiś czas stare wracają. To będziemy mieli niespodziankę, jak się nagle pojawią te wszystkie dotychczas zgubione. Ho-ho!

Teraz Jarosław!



Plan na faktyczną premierę tego bloga był nieco inny. Po pierwszej refleksji na temat niedzielnego starcia, miałem zamiar najpierw wytłumaczyć moją rezygnację z pisania w Salonie24, a później wziąć się za Gazetę Polską i tych bezideowych gówniarzy ze Sztabu Wyborczego. Jednak do zmiany sekwencji skłoniła mnie prośba naszego wiernego czytelnika, Studenta SGH, który wprawdzie myśli sobie o nas nienajlepiej, ale przynajmniej nie marzy od razu o anihilacji. A tym samym zasługuje na nasz szacunek. Jakież to życzenie skierował do mnie ów student? Sprawa jest krótka. Otóż on uważa, że Jarosław Kaczyński jest do niczego. Wprawdzie jego zdaniem Komorowski to też nie perła, ale przy Kaczyńskim to on świeci. A ponieważ ja uważam, że Kaczyński świeci samodzielnie, Student chce wiedzieć, dlaczego ja tak myślę. Będę więc tłumaczył.
Od razu muszę zaznaczyć, że część mojego zadania zrealizował już LEMMING, który odpowiedział Studentowi bardzo merytorycznie i, moim zdaniem, znacznie lepiej niż ja bym to zrobił, przynajmniej pod względem ściśle, że tak powiem, naukowym. Zachęcam Pana, Studencie SGH, do zapoznania się z komentarzem LEMMINGA. Możliwe że on się Panu nie spodoba, ale nie zaprzeczy Pan, że jest to odpowiedź na Pańskie pytanie. I to bardzo konkretna. Co do mnie, ja chciałem opowiedzieć coś Panu trochę z innego kąta. Bardziej, powiedzmy, po nauczycielsku. No i tak, żeby z tej naszej gadaniny pożytek też mieli ci, co akurat sobie z sytuacją świetnie radzą.
Otóż jestem przekonany, i mam nadzieję, że to może Pan przyznać, pretensje do Jarosława Kaczyńskiego, na poziomie na którym one są popularnie formułowane, nie dotyczą jego wizji polityki w takim rozumieniu, w jakim rozumie się politykę powszechnie i tradycyjnie. Jeśli Jarosław Kaczyński stał się politykiem, który musi zostać z życia publicznego usunięty, to nie dlatego, że jeśli on dojdzie do władzy, to Polska będzie miała zły rząd. Jeśli Pan głosuje na Bronisława Komorowskiego, a z Panem całe tłumy ludzi nawet nie interesujących się za bardzo polityką, ale za to ciekawych zjawiska o nazwie ‘Kaczor’, tylko po to, żeby prezydentem nie został Kaczyński, to nie dlatego, że jak Kaczyński zostanie prezydentem, Polska będzie w niewłaściwych rękach. Zarówno Pan, jak i wielu innych wie, że Polska już była w niewłaściwych rękach. I była w rękach Jaruzelskiego, w rękach Wałęsy, w rękach Kwaśniewskiego… ale to wszystko nie było powodem do ogłaszania klęski narodowej. Z Kaczyńskim jest inaczej. Kaczyńskiego Pan nie lubi nie dlatego, że Pan jest zwolennikiem jednej opcji, a Kaczyński drugiej. Ale też nawet nie dlatego, że on jest zwyczajnie paskudny. Pan go nie lubi z zupełnie innych powodów. Pan go nie lubi, bo Pańskim zdaniem on jest uzurpatorem. Że on jest kimś, kto nie powinien mieć jakichkolwiek praw, a on o te prawa się upomina i co gorsza jest w stanie o nie skutecznie walczyć.
Dlaczego myślę, że problemem Jarosława Kaczyńskiego jest to, że wielu ludzi w Polsce uważa go za uzurpatora? Jest wiele powodów, ale nam wystarczyć może sama Pańska prośba, którą Pan do mnie skierował. Sposób w jaki ona została sformułowana wskazuje moim zdaniem na to, że Pan go właśnie tak traktuje. Proszę sobie wyobrazić, że ja jestem zwolennikiem Grzegorza Napieralskiego jako premiera a Grzegorza Kołodki jako ministra finansów. Czy Pana by ten mój wybór jakoś uwierał? Czy Pan by mnie z takim zaangażowaniem wypytywał, dlaczego ja się uparłem by wierzyć w klasę tych dwóch ludzi? Nie. Jestem pewien, że Pan by uznał, że ja mam takie poglądy, Pan ma inne, lub ewentualnie uznałby Pan, że ja się nie znam na polityce, a w życiu kieruję się wyłącznie względami pozamerytorycznymi. I po tym stwierdzeniu pomyślałby Pan sobie, że dobrze by było, żeby jednak tych dwóch nie objęło w Polsce władzy, bo będzie źle. I tyle. I to byłby koniec tego wszystkiego. Pańskie emocje by się tu skończyły.
Z Jarosławem Kaczyńskim, jak mówię, jest inaczej. On nie jest zwykłym politykiem, a jego polityczna oferta nie jest zwykłą ofertą, która zwyczajnie, jak to się dzieje na świecie, zmienia państwa raz na cztery, czy ileś tam lat. Jarosław Kaczyński jest obcym ciałem na organizmie jakim jest Polska. On ma zostać z tego organizmu usunięty raz na zawsze, i dopóki się to nie stanie, ani Pan, ani wielu innych myślących tak jak Pan nie spoczną. Jakie są więc sposoby usunięcia Kaczyńskiego, skoro nie da się go zredukować do pozycji Giertycha, czy Leppera? Jeden już mieliśmy okazję poznać. Można go zwyczajnie zabić. A co robić jeśli tego się zrobić z jakiś powodów nie da? Wtedy już tylko pozostaje pokazać społeczeństwu, że Jarosław Kaczyński nie jest zwykłym demokratycznie działającym politykiem, ale wspomnianym już uzurpatorem. Że to jest ktoś, kto przylazł nie wiadomo kiedy i skąd i nie wiadomo w jaki cudowny sposób stał się graczem na boisku, na którym nikt go nie chce. Uważam, że to jest to co zrobiono z Kaczyńskim i to jest też to, co determinuje w gruncie rzeczy Pańskie pytania.
W tej sytuacji, nie będę tłumaczył Panu, dlaczego uważam że Jeśli PiS będzie rządził, to Polska będzie się miała lepiej i dlaczego gdyby Jarosław Kaczyński został prezydentem, Polska by miała dobrego – wręcz wielkiego – prezydenta. Nie będę tego Panu tłumaczył, bo przede wszystkim Pan mi nie uwierzy, a poza tym, jestem o tym przekonany – to akurat nie jest w ogóle Pańskim problemem. Pan chce wiedzieć, dlaczego ja popieram coś tak nierzeczywistego. Jestem przekonany, że to jest sytuacja zbliżona do tej, z jaką mieliśmy do czynienia w roku 1990, kiedy prezydentem miał zostać niejaki Stan Tymiński. Mam wrażenie, że dla Pana Jarosław Kaczyński to właśnie ktoś taki. A w tej sytuacji mam wrażenie, że muszę Panu wytłumaczyć tylko jedno – kim jest Jarosław Kaczyński.
Tak to się dzieje, że systemowa propaganda z jaką mamy do czynienia w ostatnich latach próbuje pokazać Jarosława Kaczyńskiego jako kogoś kto 20 lat temu mieszkał kątem u swojej mamy i jej kota, a następnie przez jakiś dziwny zbieg okoliczności i kaprysu Lecha Wałęsy, na parę miesięcy został szefem jego kancelarii. Podobnie ma się rzecz z nieżyjącym już dziś jego bratem. On akurat był jakimś drobnym, niedokończonym pracownikiem naukowym o marksistowskich upodobaniach i on też – jakimś cudem – trafił do znanego ekscentryka Lecha Wałęsy, który go wypromował. Te dwie informacje wracają od wielu już lat jak bumerang. Powtarzane przez media, a przede wszystkim przez opinię publiczną, tworzą wokół obu braci aurę właśnie czystego uzurpatorstwa. Bohaterami byli Wałęsa, Mazowiecki, Tusk, Komorowski, Geremek, Kuroń, Jan Lityński, nawet Andrzej Celiński. Ważnymi postaciami polskiej sceny politycznej byli gen. Jaruzelski i red. Jerzy Urban. Natomiast Kaczyńscy? A, już wiemy – to ci dwaj. Jasna sprawa.
Tymczasem – i to jest fakt, a nie moje przekonanie – Jarosław Kaczyński jest ostatnim realnym politykiem z polskich polityków lat 80 i czasów przełomu. Wszyscy pozostali są dziś nikim. Mazowiecki, Michnik, Wałęsa, Lityński, Wujec, Bujak – może Pan wymieniać. Oni wszyscy są na politycznym dnie. I już na dnie wiecznym. Powie Pan: Tusk i Komorowski. Otóż zarówno jeden jak i drugi, to inne pokolenie. Tusk, jak i Komorowski to już nowy rzut. To już lata 90. Jarosław Kaczyński jest ostatnim, ważnym, wciąż zwyciężającym politykiem, który został nam z tamtych lat. On był niszczony, on przegrywał, był czas gdy był już niemal poza polityką. I wciąż się podnosi. Wciąż jest ważny, i jak się okazuje wciąż groźny.
Pamiętam stary wywiad ze wspomnianym już Andrzejem Celińskim, który, jak wiemy, jest politycznym wrogiem Kaczyńskiego. W wywiadzie tym Celiński przyznał, że cokolwiek nie będzie myślał o Kaczyńskim, to jeśli naprzeciwko niego ma postawić kogokolwiek z nowej generacji choćby Platformy, to nie ma żadnego porównania. Tylko Kaczyński jest prawdziwym politykiem. Mówił Celiński, że jeśli on dziś ma okazję rozmawiać ze Sławomirem Nowakiem, czy kimkolwiek innym z tzw. ekipy Tuska, ma poczucie, że to jest zbiór kompletnie przypadkowych, nicnieznaczących osób. Spotyka Kaczyńskiego – którego uważa za szkodnika – i wie, że oto ma przed sobą historię.
Ale szlag trafił Celińskiego. On nie jest dla mnie autorytetem. Mówmy o Kaczyńskim. Pan jest młodym człowiekiem, więc Pan nie wie, ale - i to też nie jest moja opinia, ale fakt - to nie Wałęsa uczynił z Kaczyńskiego polityka. To Kaczyński uczynił z Wałęsy prezydenta. Wałęsa nie dlatego wziął Kaczyńskiego na szefa swojej kancelarii, bo był taki ważny i miał taką fanaberię, ale dlatego, że to Kaczyńscy byli ważni, a Wałęsa wiedział, że całe polityczne zaplecze jego prezydentury było w Porozumieniu Centrum i w Solidarności. A już wtedy Solidarność była z Kaczyńskimi. On świetnie wiedział, że bez Kaczyńskich i ich struktur, a więc też i bez Solidarności on nawet nie będzie miał jak zacząć. Wziął więc do siebie obu Kaczyńskich, którzy mieli projekt, struktury i siłę. Bo sam był tylko legendą. Do tego znienawidzoną przez mainstream. Tylko.
Mam nadzieję że Pan wie, że kiedy Wałęsa miał być prezydentem, to Lech Kaczyński został szefem Związku. To właśnie Lech Kaczyński kierował Solidarnością. I to nie dlatego, że Lech Wałęsa tak chciał. Tam się to nie odbywało w ten sposób. A Jarosław Kaczyński był jednym z najwybitniejszych polskich polityków już pod koniec lat 80-tych. Mam nadzieję, żupan wie, że to on właśnie organizował przyszły rząd Tadeusza Mazowieckiego i to on był wtedy trzecią osobą obok Wałęsy i Mazowieckiego w polskiej polityce. Mam nadzieję że Pan wie, że po upadku rządu Bieleckiego, to właśnie Porozumienie Centrum było główną siłą tworzącą rząd Olszewskiego. To właśnie Porozumienie Centrum i Jarosław Kaczyński w tak straszliwie rozdrobnionym wtedy Sejmie tworzyli siłę tamtego rządu. To wreszcie – i musi Pan to wiedzieć – dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu premierem został Jan Olszewski. A później już, przez wszystkie kolejne lata, pozostawał Kaczyński wielkim, wybitnym politykiem, zwyciężając regularnie z tymi, którzy próbowali z niego najpierw zrobić wroga publicznego nr 1, a później go zwyczajnie zlikwidować. I jest jednym z najwybitniejszych polskich polityków i dziś. Po prostu. To jest fakt. A Pan mnie pyta, czemu on. A czemu nie?
Pamiętam jeszcze coś. Był taki czas, kiedy PC zostało rozbite, a Jarosław Kaczyński był posłem w małym klubie Jana Olszewskiego. Lech Kaczyński został decyzją Sejmu usunięty ze stanowiska szefa NIK-u i na pięć lat zawiesił działalność polityczną. Popularność obu braci w sondażach spadła niemal do zera. I tak oni niknęli w zakamarkach historii do czasu gdy Lech Kaczyński został Ministrem Sprawiedliwości, i w jednej chwili Lech Kaczyński stał się drugim pod względem popularności politykiem po Kwaśniewskim. Daję Panu słowo, że ja to pamiętam, jakby to było wczoraj. Ponieważ – jak to zresztą najlepiej na świecie przewidział nasz wspólny kolega Michał Dembiński w pewnym słynnym już esemesie – ostateczny koniec post-komunistycznej potęgi był tuż za rogiem, a decyzję o tym końcu podjął ktoś znacznie ważniejszy i znacznie bardziej wpływowy, niż my tutaj możemy sobie wyobrażać, również medialna atmosfera wokół Braci zelżała do tego stopnia, że choć nie byli wciąż ulubieńcami mainstreamu, to również społeczna popularność Jarosława poleciała w gorę. I znów, Panie Studencie, Ja to pamiętam, a Pan wiedzieć nie może. Prawo i Sprawiedliwość z dnia na dzień stało się niemal najważniejszą w Polsce siłą polityczną, Jarosław Kaczyński jednym z najbardziej popularnych społecznie polityków, a w jaki sposób Lech Kaczyński zdobył fotel prezydenta Warszawy, to akurat pewnie już nawet Pan wie. I to był właśnie czas, kiedy to, że Lech Kaczyński i Jarosław Kaczyński są największymi polskimi politykami był uznawany powszechnie. Wielu się to nie podobało. Ale to był fakt. Mam bardzo silne poczucie, że wtedy akurat nawet Michał to wiedział. Muszę go kiedyś o to zapytać. Wybory w 2005 roku ocenę tę potwierdziły.
I dziś Pan do mnie przychodzi i chce, bym ja się zgodził z opinią, że to wszystko był humbug? Otóż nic z tego. Ja się mogę nawet zgodzić na ten humbug, ale gdzie indziej, kiedy indziej i w zupełnie innym kierunku. Natomiast to że się akurat Pan daje tak fatalnie ustawiać jest dla mnie niepojęte. I nie chodzi mi o to, że ja bym chciał, żeby Pan i inni poparli projekt Prawa i Sprawiedliwości. Ja biorę pod uwagę, że Wam się on nie podoba i wolicie co innego. Proszę bardzo. Natomiast jest dla mnie zagadką, jak Pan może mnie pytać, dlaczego ja popieram Jarosława Kaczynskiego, tak jakby spodziewał się Pan, że ja Panu powiem, że on umie na przykład to samo co Houdini, tyle że lepiej i dłużej. Panie Student! Mnie się Kaczyński podoba, bo podobają mi się jego poglądy, jego talenty i to co on proponuje dla Polski. Ja na niego głosuję tak jak Anglicy głosowali na Camerona lub na Browna. Tak jak Francuzi na Sarkozego, a Węgrzy na Orbana. Zwyczajnie. Natomiast przyznaję – ja na niego nie głosuję tak jak Polacy głosowali na Komorowskiego. Czyli nie po to by ratować Polskę przed ruską, czy faszystowską nawałnicą. Ja na niego głosuję nie dlatego, ze znam Komorowskiego, lecz dlatego że znam Kaczyńskiego. I dlatego że znałem świetnie jego brata. I bardzo mi się podobało, kiedy był prezydentem.
No i to już prawie koniec. Jeszcze tylko być może zostaje pytanie jedno. Skoro Kaczyński jest taki świetny, to czemu ludzie go tak nienawidzą? No ale to już chyba Pan mi powinien powiedzieć. Bo ja nie mam pojęcia. W końcu nie muszę się znać na wszystkim, prawda?

poniedziałek, 5 lipca 2010

O zimie w samym środku lata



Oczywiście jest smutno. I to smutno w taki sposób, jakiego dotychczas chyba nie mieliśmy okazji doświadczać. Z mojego punktu widzenia, nawet nie chodzi o to, że mamy fatalny rząd, a teraz jeszcze będziemy mieli fatalnego prezydenta. I że dzięki tej koalicji, Polska się stoczy jeszcze bardziej. To wszystko jakoś przeżyjemy, a jak już miną kolejne miesiące, może i z tego upadku jakoś się zaczniemy wydobywać. Może się nawet okazać, że staniemy na równe nogi i poczujemy grunt pod stopami jeszcze pewniejszy, niż kiedykolwiek dotychczas. Bo nie jest tak, że te 8 milionów ludzi, to kapitał nic nie warty. Nie jest tak, że te 8 milionów ludzi zagłosowało jak zagłosowało albo z nudów, albo z braku lepszego wyboru, albo z czystej żywej nienawiści. Te 8 milionów ludzi, to ruch o nazwie Solidarni 2010. A Solidarni 2010, to nie są ludzie, którym jest wszystko jedno. To ludzie, którzy dziś nie mogą sobie znaleźć miejsca i którzy płaczą.
Dlaczego płaczą? Czy dlatego, że będziemy mieli złego prezydenta? Czy może dlatego, że nasza gospodarka zmarnieje, a my wraz z nią? Czy może dlatego, że to społeczeństwo jeszcze bardziej zostanie pozostawione sobie i tylko sobie? Czy może wreszcie dlatego, że ktoś tak wspaniały jak Jarosław Kaczyński przegrał wybory i nie będzie prezydentem? Wszystko to pewnie ma znaczenie, każda z tych rzeczy troszeczkę. Ale płaczą, a my wraz z nimi, przede wszystkim dlatego, że doszło do tak strasznej niesprawiedliwości. Że doszło do niej w sposób tak okropnie niezrozumiały, wbrew tylu znakom i tylu wręcz cudom. Że okrucieństwo tej niesprawiedliwości jest całkowicie niepojęte. Że wydawało się, że już tyle odebraliśmy, że tak pokornie przyjęliśmy tę karę, to napomnienie i właśnie ten znak na przyszłość, że tak bardzo się modliliśmy – i to wszystko okazało się za mało.
10 kwietnia straciliśmy prezydenta, a wraz z nim wielu najznakomitszych przedstawicieli naszego państwa. Z całą pokorą uznaliśmy to za należną nam ofiarę, stanęliśmy czyści, wyspowiadani, rozmodleni, pełni wiary i dobrej nadziei… i dziś okazuje się, że jeśli ta katastrofa miała sens, to zdecydowanie bardziej taki, jak sobie to zaplanował Zły i jego tu na ziemi słudzy. Dziś to widać bardzo dokładnie. Zamordowano króla i znikąd sprawiedliwości. Nawet niebo się nie otworzyło.
Co możemy zrobić w tej sytuacji my? Co możemy zrobić, gdy wydaje się, że wszystkie drzwi zostały przed nami zamknięte i z nikąd sojusznika? Jedna odpowiedź na szczęście jest wieczna i zawsze najlepsza. Mianowicie trzeba wierzyć, mieć nadzieję, pokutować i się modlić. Bo są tylko dwie możliwości: albo uznamy, że nas Pan Bóg opuścił, albo musimy przyznać, że to myśmy Go opuścili, a On jak zawsze cierpliwie na nas czeka. To jest jedyne sensowne rozwiązanie. Przyznać, że to myśmy sami te wybory przerżnęli. To myśmy osobiście zażyczyli sobie, by na następne 5 lat prezydentem był taki człowiek! A obok niego takie towarzystwo! Dopuściliśmy do tego wbrew takim znakom!
Jak nam mówią, ponad 8 milionów ludzi w Polsce odczytało te znaki. Odczytało je, posypało głowy popiołem i uczyniło gest sprawiedliwości. Jeszcze więcej ludzi, ani drgnęło. Ani przez moment ich serca nie zabiły mocniej, ani jednak nowa kropelka potu nie pokazała się na ich czołach. A już najwięcej osob pokazało, że oni już nie mają żadnych wzruszeń. Że oni ani nic nie widzą, ani widzieć nie chcą. Czyja to wina? Jak by nie liczyć, odpowiedź jest tylko jednak – nasza. To myśmy przerżnęli te wybory. Zginął Prezydent, ale za to pozostawił nam po sobie taką szansę! Autentyczny cud sprawił, że ocalał taki człowiek i że ten właśnie człowiek wziął na siebie ten ciężar, żeby nas – te 8 milionów ludzi solidarnych i wiernych – tak dzielnie reprezentować. Będziemy mu wierni, będziemy go wspierać, i będziemy żyć nadzieją, że choć tak fatalnie oceniliśmy naszą kondycję, ona wciąż czeka na swój czas.
Ale przy okazji będziemy pamiętać o tych, co wtedy gdy nastał czas gorących serc, oni okazali się tak okropnie zimni. Jeszcze o nich będzie.

niedziela, 4 lipca 2010

Ciche dni?



Cisza z którą mamy w tych dwóch dniach do czynienia budzi oczywiście refleksje jak najbardziej poważne – czemu akurat dałem świadectwo dwukrotnie – ale, jakkolwiek by do sprawy nie podejść, budzi też wyłącznie śmiech. Wczoraj jakiś człowiek z PKW zakomunikował w telewizji, że jeśli ja się na mieście pokażę w koszulce z napisem „Polska jest najważniejsza”, polskie państwo wprawdzie nie naśle na mnie komornika, ale ten pan sobie o mnie pomyśli nie najlepiej. Więcej. Okazuje się, że jeśli na spacerze, na którym byłem dziś z Toyahową spoglądałem na rozwieszone wszędzie billboardy i plakaty z Jarosławem Kaczyńskim, to też to robiłem całkowicie bezkarnie. I to oczywiście jest śmieszne. To tak. Tamto już nie.
Przed chwilą w telewizji pokazali jak Jarosław Kaczyński ze swoją bratanicą i jej córeczką weszli do lokalu wyborczego i oddali swoje głosy. Najpierw widać było bardzo wyraźnie, jak oni szli sobie w trojkę, z jednej strony on, z drugiej ona, a w środku to dziecko. Później zobaczyliśmy – domyślam się, że przynajmniej w założeniu chodziło o zachowanie równowagi – jak Bronisław Komorowski z panią Komorowską głosują na pana Komorowskiego. Przepraszam bardzo, ale jeśli to nie jest naruszenie ciszy wyborczej, to ja już nie wiem, co nią jest. Czy mam rozumieć, że jeśli ja stanę na środku katowickiego tzw. rynku i zacznę wrzeszczeć, że Komorowski to ruski buc, naruszę ciszę wyborczą? Clinton wczoraj ciszy nie naruszyła, dziś Owsiak nie narusza, TVN24, zestawiając głosującego Jarosława z głosującym Bronisławem, nie naruszyła – a ja naruszam? To chyba są jakieś żarty!
Wszyscy ci, którzy czytają ten blog znają moje polityczne poglądy. Ich własnie – starając się oczywiście nie naruszać ciszy wyborczej – nie muszę nawet informować, że uważam, że te dwa ujęcia – głosującego Jarosława Kaczyńskiego z Martą i z tym dzieckiem, i głosujących państwa Komorowskich – wszystkie telewizje powinny pokazywać do samego końca wyborów. Czy ja w ten sposób namawiam do naruszania ciszy wyborczej? Myślę, że tak. Ale w końcu nie muszę być najmądrzejszy, prawda?
A ponieważ nie jestem najmądrzejszy, mogę też tu – mając nadzieję, że w dalszym ciągu nie naruszam jednak ciszy wyborczej – wyrazić takie oto zainteresowanie. Co z dziećmi Komorowskiego? On podobno ma ich pięcioro. Gada o tym nieustannie od dwóch miesięcy. To są chłopcy, czy dziewczęta. Panowie, czy panie? W jakim oni są wieku? Czy oni mają jakieś swoje rodziny, a zatem, czy państwo Komorowscy są dziadkami lub zięciami? No i najważniejsze pytanie. Oni się lubią, czy coś tam może nie gra? Oni kochają swojego tatę, czy może mają do niego o coś żal. Jestem pewien, że nie. Ale, cholera, jakoś tak sobie zacząłem o nich myśleć. Może coś przegapiłem, ale do niech nawet nie dotarł Fakt. Co tam się dzieje? Bardzo jestem ciekawy. Myślę że nawet bardziej niż tego, jak to czy Nadal zatrzyma Berdycha?

sobota, 3 lipca 2010

Cisza



Biedna Hillary Clinton. W Stanach głęboka jeszcze noc, a ona już na nogach. Mam nadzieję, że zdążyła się choćby trochę przespać w samolocie. Nie wiem dlaczego, ale mimo że oczywiście czuję powagę chwili, jakoś nie mam serca, by śledzić tę wyprawę. Powiem szczerze, że nie udało mi się nauczyć nawet nazwy tej okazji, dla której ona zarwała noc. Widziałem tylko fragment. Oto Hillary Clinton składa kwiaty pod katyńską tablicą. Czy przyszła pod Wawel tylko dla tej tablicy? Logika i zwykła przyzwoitość kazałaby sądzić, że nie. Ale fakty są nieubłagane. Ona tam się kręci, jakby zgubiła drogę. A może wcale nie zbłądziła? Może po tej męczącej przecież nocy byłoby jej ciężko wchodzić tak wysoko? A może tu chodzi jeszcze o coś? Ten wielki zamek jakoś nas wszystkich przytłacza swoją dostojnością, więc i ona automatycznie staje się taka malutka, taka bezradna. Grają werble, żołnierze się prężą, ona idzie sobie pomału z tym wieńcem… a nad nią wznoszą się te mury.
Całą noc, kiedyśmy wszyscy jeszcze spali, leciała Hillary Clinton tu do Krakowa. Dobrze że chmura znad Islandii już opadła, bo i tym razem zostalibyśmy sami. Bez gestów, które wprawdzie są tylko gestami, ale przecież się liczą.
Cisza. Przed chwilą w telewizji Jerzy Owsiak powiedział, że to dobrze że jest cisza, bo w ciszy lepiej słychać przekaz naprawdę ważny. Nie jestem pewien, czy myślimy o tym samym, ale gotów jestem się z nim zgodzić. Cisza jest dobra. W ciszy rzeczywiście lepiej wszystko słychać. Czy to dźwięki werbli, czy całej orkiestry. Słuchamy. Co za czasy! Mój Boże!

piątek, 2 lipca 2010

Gierek? Państwo raczą żartować.



Atak jaki jest od 5 już lat prowadzony przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, opiera się na dwóch hasłach. Jedno to takie, że PiS reprezentuje najgorszy rodzaj ciemnej, niewykształconej, bezmyślnej prawicy, by nie powiedzieć faszyzmu. A hitlerowski wąsik dorysowywany z takim upodobaniem na wyborczych billboardach Jarosława Kaczyńskiego nie jest tego najbardziej wyraźnym gestem. Drugie natomiast z tych haseł określa tych ludzi i ten projekt jako najbardziej klasyczny socjalizm, by nie powiedzieć – komunizm. A nazwa ‘pisobolszewia’ zresztą też nie jest tu czymś najgorszym.
Metoda ta – jakkolwiek by nie wydawała się być pozbawiona sensu i logiki – robi wrażenie niezwykle skutecznej, choćby przez to, że przez swoją siłę symboliczną zdołała opanować podstawowy zestaw emocji, jaki w dzisiejszej Polsce można opanować. Jakie są dwa inne sposoby, by obrzydzić osobę, czy ideę, popularnej opinii, jak nie opisując je przy pomocy owych dwóch najbardziej mocno wartościujących znaków, jakimi jest Hitler i Stalin? Cóż może być skuteczniejszego ponad stworzenie takiego społecznego odruchu, kiedy to na widok człowieka, którego pragniemy wystawić na publiczne ośmieszenie, ludzie będą reagować albo okrzykiem „On jest dokładnie jak Gomułka!”, albo „A to mały Hitlerek!”
Metoda ta jest wyjątkowo skuteczna jeszcze przez swoją uniwersalność. Ona może być stosowana zarówno razem jak i osobno, a jeśli osobno, to i tak – i tak, zależnie od okoliczności. Jeśli Solidarność wychodzi na ulice, a Prawo i Sprawiedliwość apeluje o szacunek i zrozumienie bólu pracowników, natychmiast podnosi się krzyk, że to z czym mamy do czynienia, to najbardziej prostacki socjalizm i najbardziej prostacka jego obrona. Jeśli pojawia się spór o in vitro, czy aborcję, czy o zaostrzenie prawa wobec przestępców – w jednej chwili gotowy jest atak na wręcz faszystowski zamordyzm prezentowany przez ludzi, którzy ograniczają zwykłą ludzką wolność. Kiedy natomiast Prawo i Sprawiedliwość apeluje o wzrost narodowej świadomości i o godnościową politykę Polski w Unii Europejskiej, to można walić obustronnie – z jednej strony zarzucać tej polityce faszystowską mocarstwowość, a z drugiej antyeuropejskie, a zatem sowieckie – w końcu innych nie ma – sentymenty geopolityczne.
Kiedy dziś, pod koniec już swojej kampanii wyborczej, Jarosław Kaczyński wykonuje szereg gestów pod adresem ludzi, dla których współczesna Polska jest niemal wyłącznie zawodem, a których serca i emocje w znacznym stopniu tkwią w czasach ich młodości – młodości byle jakiej, ale przynajmniej pozbawionej tego strasznego dziś braku czasu, nieustannego braku pieniędzy, nieprzerwanej troski i to czy uda się tym razem uniknąć gróźb ze strony najróżniejszych biur windykacyjnych, młodości prostej i jasnej – wszyscy ci rycerze Nowego Świata otwierają zszokowane buzie i krzyczą: „No proszę! Oto nasz prawicowiec!” Kiedy dziś, w ostatnich dniach tej kampanii, niemal już trzy miesiące po smoleńskim nieszczęściu, Jarosław Kaczyński po raz kolejny deklaruje swój brak zainteresowania dla dalszego rozpamiętywania postaw ludzkich na poziomie post-komunizmu, komunizmu i zwykłej lewicowości, wokoło rozlegają się tryumfalne okrzyki: „No proszę! On dla władzy jest nawet gotów pokochać PRL! A niby był takim prawicowcem!”
Każdy kto czyta ten blog w miarę dokładnie, wie że z jednej strony wielokrotnie deklarowałem swój bardzo ścisły związek z projektem reprezentowanym przez Lecha i Jarosława Kaczyńskich, a dziś już tylko przez Jarosława, a z drugiej – równie wielokrotnie – demonstrowałem swój bardzo ambiwalentny stosunek do wartości, jakie kiedyś oferował PRL, a dziś oferuje Nowa Europa. Każdy kto czyta ten blog wie też, że jeśli coś mnie różni od przeciętnego wyborcy Prawa i Sprawiedliwości, to być może większa refleksyjność w chwilach bardziej spokojnych i większe emocje w chwilach walki. Generalnie jednak, nikt nie powinien mieć wątpliwości, że ten blog, to blog prowadzony przez klasycznego pisobolszewika’, lub ‘kaczystę’ – do wyboru. A zatem, jeśli ktoś umie myśleć choćby w stopniu podstawowym, powinien też wiedzieć, że wszystko to co dziś Jarosław Kaczyński robi i głosi na poziomie ideologiczno-historycznym jest dla mnie, jak i dla absolutnej większości jego wyborców, w pełni zrozumiałe i akceptowalne. A jest to zrozumiałe i akceptowalne – całkowicie paradoksalnie z dwóch względów. Pierwszy to taki, że nasza wrażliwość – jeśli tylko mamy odpowiedni nastrój – pozwala nam patrzeć na czasy PRL-u w sposób w najmniejszym stopniu nie determinowany poprzez losy Andrzeja Czumy, Stefana Niesiołowskiego i Jana Lityńskiego, ale przez losy nasze i naszych bliskich. Z drugiej strony, jesteśmy w stanie świetnie zrozumieć i zaakceptować słowa Jarosława Kaczyńskiego, bo w pełni przyjmujemy jego sytuację w jakiej się znalazł po – dla wielu z nas – morderstwie z 10 kwietnia. Bo czujemy to każdym swoim nerwem, każdym swoim odruchem serca, że jego ból to nasz ból, a ten kto mu wyrządził ten ból – to nasz wróg. I w tym momencie, jeśli ktoś nas nazwie prawicową, ciemnogrodzką, dziką masą – przyjmiemy to na pierś.
Kiedy pojawił się problem stosunku Jarosława do post-komunizmu i z nim pierwsze ataki na zdradę Kaczyńskiego – prowadzone zresztą również przez część jego obozu – napisałem tu w Salonie dwa teksty, oba próbujące wykazać absolutną racjonalność z jednej strony, a moralną słuszność z drugiej, tego co Jarosław Kaczyński ogłosił. Z powodów, o których nie chcę jeszcze dziś mówić, oba te teksty otrzymały bardzo małe wsparcie już na samym swoim starcie. A przez to, jestem o tym, przekonany dotarły do znacznie mniejszej grupy odbiorców, niż można było na to liczyć. Jak idzie o sam Salon, ten blog jest szczęśliwie wystarczająco popularny, żeby jakoś sobie radzić. Natomiast to, że publikacji któregokolwiek z tych tekstów odmówiła na przykład Gazeta Polska, zasługuje na osobną refleksję i się jej doczeka. Na razie jednak nie to jest istotne. To co jest ważne, to to, że moment w którym Jarosław Kaczyński oświadczył, że od 10 kwietnia post-komunizm go nie interesuje, jest momentem wręcz rewolucyjnym. A dlatego, że jest to moment rewolucyjny, chciałbym na zakończenie przypomnieć list – list fikcyjny, list przeze mnie tylko wyobrażony – który Jarosław Kaczyński mógłby skierować do wszystkich tych, którzy albo nie rozumieją, albo zrozumieć nie chcą. Mógłby, gdyby mu pozwolono. Ale którego, właśnie dlatego, że i sytuacja i nastroje i terror Systemu, wysłać mu nie pozwoliły. Proszę jeszcze raz posłuchać:
„Sobota 10 kwietnia zmieniła wszystko. Od 10 kwietnia nic nie jest już takie same. Skutkiem tego co się stało w tamten poranek, wszystko zostało przewrócone. Nie byłbym sobą i nie zasługiwałbym na jedno dobre słowo, gdybym po tym nieszczęściu i po tym, co nam to nieszczęście powiedziało, w dalszym ciągu trzymał się swych dawnych myśli, idei i przekonań. Oczywiście, historia jest historią, winy są winami, krzywdy pozostają krzywdami. Poroszę jednak mnie zrozumieć. Ja już żyję tylko w jednym celu. Żeby uzyskać sprawiedliwość. Sprawiedliwość dla mnie i dla mojego brata ukochanego brata. A do tej sprawiedliwości ja nie potrzebuję ani Czarzastego, ani Millera, ani Oleksego, ani Wałęsy, ani pani posłanki Senyszyn. I to wcale nie dlatego, że już od dawna nie widzę wielkiej różnicy między nimi a Palikotem, pani Muchą, panem Nowakiem, Stefanem Niesiołowskim, czy wreszcie moim szanownym konkurentem Bronisławem Komorowskim, ale wyłącznie dlatego, że nie oni akurat nie dadzą mi odpowiedzi na to jedno pytanie, które mnie nurtuje – kto to zrobił? Bo ja wiem, że to nie oni. To nie Leszek Miller strącił ten samolot. Ja wiem, że są tacy, którzy bardzo chcą, bym myślał dziś – tak jak dawniej – właśnie o nim. Ale nic z tego. To nie on. Ja wiem, że to akurat tym razem nie on. Więc on mnie dziś nie interesuje.”
Proszę o tym pomyśleć. Proszę uczciwie o tym pomyśleć. A tym, którzy uznali że pojawiła się szansa i bardzo liczą, że uda się ją wykorzystać, chciałbym przekazać wiadomość przykrą. Nawet nie próbujcie. To się na nic nie zda. Już przegraliście.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...