Jak już napisałem w niedawnej notce, to co się wydarzyło 4 lipca traktuję nie jako gest polityczny, lecz jako znak, lub jeszcze więcej – Znak. Zdaję sobie sprawę, że są tacy, którzy będą się ze mnie śmiali, zwłaszcza, że, jak wszystko na to wskazuje, jestem ostatnim, który powinien o tych znakach gadać. Bo, jak wszystko na to wskazuje, jeśli mamy rzeczywiście do czynienia ze znakami, to ja je zinterpretowałem jak najbardziej fałszywie. Widać to dziś aż nazbyt wyraźnie, kiedy patrzymy, jak wokoło zdecydowanie się przerzedziło.
Mimo to – powtarzam – to co się wydarzyło 4 kwietnia traktuję nie jako wydarzenie polityczne, lecz duchowe. Uważam, że Bronisław Komorowski został nam dany jako kolejny prezydent naszego kraju, nie w ramach nagrody za dobre sprawowanie, lecz w ramach przestrogi i znaku na przyszłość. I jeśli ktoś mnie zapyta, czemu się aż tak zawziąłem, to mogę tylko odpowiedzieć, że nie mam wyjścia. Jeśli bowiem uznam, że Bronisław Komorowski jest dla nas nagrodą, równie dobrze mogę przekreślić całe moje dotychczasowe życie. A zatem dopóki jeszcze umiem mówić, będę mówił – zostaliśmy pokarani. I to pokarani zasłużenie. Dlaczego my, ktoś spyta. Czemu nie oni? Tego nie wiem. Ale ponieważ żyje nadzieją, to mogę przypuszczać, że Dobry Bóg uznał, że przynajmniej wciąż zasługujemy na karę. Przynajmniej na to. I cieszmy się, bo kiedy zestaw kar się wyczerpie, nie będziemy mieli już nic.
Dlaczego przegraliśmy te wybory? Dlaczego pozwoliliśmy, by Bronisław Komorowski został kolejnym prezydentem? Jak mogliśmy do tego dopuścić, żeby ta kobieta została Pierwszą Damą? W pożegnalnym wpisie w Salonie24 zarzuciłem środowisku Gazety Polskiej, że to oni, przez swój tępy fanatyzm z jednej strony, a obojętność z drugiej pozostawili Jarosława Kaczyńskiego bez należnego wsparcia. O co mi chodzi? Zawsze o to samo. Pisałem na swoim blogu w Salonie, wspominałem też o tym tutaj, że stara prawda iż najniebezpieczniejsi są przyjaciele, nie wrogowie, jest jak najbardziej do zapamiętania. Wrogowie są już dawno zidentyfikowani i opisani. To natomiast co najbardziej przeraża, to przyjaciele, którzy zawsze wiedzą lepiej. A to co wiedzą, jest nie do ruszenia. Właśnie z tego względu, że oni wiedzą lepiej, a ta wiedza to jest coś, bez czego oni zwyczajnie przestają zyć.
Uważam że słowa jakie Jarosław Kaczyński skierował do wszystkich tych ludzi, którzy zawsze trzymali stronę PRL-u – choćby i z okazjonalnymi skokami w bok – były jak najbardziej sensowne, logiczne i potrzebne. Ostatecznie, możliwe że doprowadziły do tej porażki, ale były jak najbardziej na miejscu. Z paru względów. Przede wszystkim, było rzeczą niezwykle istotną, by ci własnie ludzie usłyszeli, że od 10 kwietnia, oni przestali być przeciwnikami. Żeby oni to usłyszeli, a jednocześni, żeby usłyszała to Polska. Że to ani Leszek Miller, ani w ogóle jego ideowe środowisko, nie zabili naszego prezydenta, i że ta wiedza determinuje całą przyszłą politykę jego ocalałego brata. Ale chodziło też o to, że Jarosław Kaczyński musiał się jakoś usprawiedliwić przed swoimi wyborcami, dlaczego wszystko to co tworzyło jego projekt, dziś on musi uznać za melodię przeszłości. A więc ta informacja była informacją również do nas. Byśmy wiedzieli, że świat pokazał swoją nową twarz i w tej nowej sytuacji wszystko już jest inne. Jarosław Kaczyński, deklarując zawieszenie broni wobec post-komunistów, dał nam najlepiej jak tylko mógł do zrozumienia, że w obecnej chwili najważniejszą rzeczą jest wygrać te wybory, a na resztę przyjdzie czas później. I na rozmowy o przeszłości i na płacz i na gniew. To wszystko będzie później.
Na to wszystko, przychodzi Gazeta Polska – najbardziej wpływowy głos polskiej konserwatywnej prawicy – i zamiast wytłumaczyć Polsce, że wszystko jest na swoim miejscu i że Jarosław Kaczyński wie co robi, prowadzi swoją prywatną niby-wojnę, na której początku i końcu stoją najzwyklejsze fobie, przeplatane bieżącymi interesami, dodatkowo jeszcze unurzanymi w najbardziej gównianych socrealistycznych dekoracjach. Jarosław Kaczyński w sposób najbardziej przenikliwy i dalekosiężny walczy o poszerzenie wyborczego pola, apelując do wszystkich choćby minimalnie wrażliwych wyborców po wszystkich stronach konfliktu o poparcie. Staje wręcz na głowie, by przedstawić całej Polsce ofertę polityki, jakiej Polska dotychczas nie miała, a Gazeta Polska tym wszystkim ludziom, którzy być może zaczynali mieć wątpliwości, mówi by na nic nie liczyli. Bo my są wesołe, kurwa, chłopaki, które jak Jaro wygra, to tak wam dopierdolą, się nie pozbieracie. Kiedy decydowały się losy prezydentury, Gazeta Polska, zamiast wesprzeć kampanię Jarosława Kaczyńskiego, zadbała głównie o to, żeby po przegranych wyborach nie stracić broń Boże swojej najbardziej cywilizacyjnie i kulturowo zdegenerowanej publiczności. Bo w końcu, wybory wyborami, a rynek trzeba utrzymać. Zwłaszcza że idą niełatwe czasy.
Ten tekst pisałem jeszcze przedwczoraj i wisiałby już na blogu drugi dzień, gdyby nie prośba naszego kolegi Studenta SGH, by mu opowiedzieć o Jarosławie Kaczyńskim coś, czego on nie wie. Napisałem go więc już przedwczoraj, a wczoraj zabrał głos redaktor Sakiewicz i – być może reagując na mój zamykający przygodę w Salonie wpis jeszcze z niedzieli – ogłosił, że on nie przegrał. Że Gazeta Polska nie przegrała. Przegrał Kaczyński, natomiast oni wygrali. Kaczyński dał dupy, bo ich nie posłuchał. A oni? Pełny sukces! A najlepszym tego dowodem jest, że to gówno jakie rzucili Polsce na zakończenie kampanii sprzedało się w dwukrotnie większym nakładzie, co numer wcześniejszy. Skąd ja to wiedziałem? Skąd wiedziałem, że oni mają w ten sposób ustawione mózgi? Ciekawe, prawda?
I dziś Rafał Ziemkiewicz – flagowy publicysta tego nieszczęsnego tygodnika – człowiek, któremu nie przeszkadza to sowieckie główno panoszące się w ramach dobrego żartu na każdej ze stron Gazety Polskiej, ma czelność zarzucać Kaczyńskiemu, że on swoimi nieroztropnymi wypowiedziami w sprawie PRL-u pogrążył swoją kampanię. Oto człowiek, który chce nas uczyć czym jest polnische wirtschaft. To dopiero jest bezczelność!
Przegraliśmy te wybory. On je wygrał, ale myśmy je przegrali. Myśmy mieli bardzo łatwo. Dostaliśmy wszystko niemal jak na talerzu. On się męczył ze swoim życiem, ze swoim bólem, ze swoim zmęczeniem. Nam było łatwo. I to zwyczajnie spieprzyliśmy. Jemu związali ręce na samym już początku. Najpierw przeorali mu serce tą straszną zbrodnią, by już chwilę potem zranić duszę całą tą awanturą o Wawel. Na początku nie pozwolili nawet dojść do siebie po tym nieszczęściu, szydząc z niego i go wykpiwając, że siedzi schowany jak mysz pod miotłą i nic nie mówi, by już za chwilę, kiedy się odezwał, odmówić mu nawet prawa wsparcia ze strony jedynej rodziny, jaka mu została. Nie pozwolono mu wspominać zmarłego brata, i poprosić o wsparcie i obecność jego córki i zięcia, jedynej rodziny jaka mu została. Zrobiono wszystko, by nawet nie marzył o tym, by postawić obok siebie kogokolwiek, kto go tak naprawdę kocha i wspiera. Żeby w publicznej świadomości tylko Bronisław Komorowski mógł się chwalić rodziną, a on żeby już do końca został jakimś smutnym starym kawalerem. A my, kiedy do nas mówił, byliśmy wyłącznie pogrążeni w tej durnej satysfakcji, że jesteśmy tacy dzielni, tacy prawicowi i tacy sprytni. I oczywiście nie usłyszeliśmy z tego co mówił ani słowa.
Dziś Artur Zawisza - człowiek z komunią na jęzorze i zdradą w sercu -mówi w telewizji, że Kaczyński był w kampanii zbyt łagodny i przez to stracił dużo porządnych, mocnych prawicowych głosów. I on właśnie – Artur Zawisza – świetnie symbolizuje naszą sytuację. Całym swoim życiem, każdym swoim gestem, i każdym dźwiękiem z tej czarnej wypowiedzi, symbolizuje to całe nieszczęście, z którym jak się okazało musimy walczyć przede wszystkim. Zanim weźmiemy się za resztę. Właśnie tak. Człowiek – symbol. Człowiek – wróg.