środa, 28 czerwca 2017

Charles Whitman - refleksja na temat refleksji

      Niedawno pewne wrażenie na miłośnikach kina zrobił amerykański film pod tytułem „Tower”, a moim zdaniem owo wrażenie, jakkolwiek by ono było wielkie, jest i tak zbyt małe. Zachęcam więc wszystkich do odpowiedniej aktywności i do zainteresowania się owym dziełem, a z myślą o tych, którzy mają już tu pewne plany, pragnę zaprezentować swój tekst, jaki ukazał się w najnowszym numerze magazynu „Bez Cezury”. Swoją drogą, bardzo polecam.

     


     Przy okazji wcześniej tu opowiadanej historii, wspomnieliśmy o tym, że lato roku1966 w Stanach Zjednoczonych było o tyle szczególne, że to wtedy właśnie, w ciągu zaledwie paru miesięcy, doszło tam do serii zabójstw, których autorzy do dziś są wspominani we wszystkich poważnych analizach traktujących czy to o ludzkim opętaniu, czy zaledwie o tym, jaką zagadką potrafi się okazać ludzki mózg i jego pokrętne ścieżki. W naszych refleksjach zajęliśmy się więc człowiekiem nazwiskiem Robert Benjamin Smith, który kto wie, czy nie przez to, że nie mogąc znieść owego nędznego publicznego statusu, na jaki skazało go owo tak przeraźliwie nieciekawe nazwisko, postanowił osiągnąć szczyty popularności zabijając pięć kobiet równie niewinnych jak owa  3-letnia dziewczynka, której się tam, podobnie jak wszystkim pozostałym, nieszczęśliwie zdarzyło znaleźć.
     Wydaje się jednak, że skoro już postanowiliśmy się przyjrzeć sposobowi, w jaki owo Boże stworzenie, o którym sam Pan powiedział, że było bardzo dobre, jakimś niezbadanym cudem osiągnęło aż tak niski poziom upadku, wypada rzucić okiem na to, czego dokonał niejaki Charles Whitman. A trzeba nam wiedzieć, że nie mamy tu akurat do czynienia z jakimś pierwszym z brzegu durniem, którego rodzice chlali, dziewczyny nie kochały, a koledzy podstawiali mu nogę, ale z autentycznym bohaterem i wojownikiem, któremu, jak się po czasie okazało, pewnego dnia wyrosło coś na mózgu i nie chciało ustąpić.   
     Ów Charles Whitman, typowy „All American Kid”, urodził się 24 czerwca1941 roku w Lake Worth na Florydzie, jako najstarszy syn niejakich Margaret i Charlesa Adolphusa Whitmana Jr. Czy to przez tego Adolfa, czy z jakichś innych powodów, stary Whitman, choć skutecznie dbał o rodzinę, wymagał od żony i dzieci bezwzględnego posłuszeństwa, które oczywiście wymuszał siłą. Sam Charles jednak wspominany był jako spokojne i grzeczne dziecko, w dodatku o niezwykłej wręcz inteligencji, w wieku zaledwie sześciu lat szacowanej na poziomie 139 IQ. Jak się przedstawiało religijne życie starego Whitmana, źródła nie podają, natomiast matka była bardzo pobożną rzymską katoliczką, a dzieci chowane były w tej samej co matka wierze i przez pewien czas nawet służyły jako ministranci w miejscowym kościele pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusa.
     Jak wyglądała kwestia praktyk religijnych Whitmana seniora, jak już wspomnieliśmy, nie wiadomo, natomiast wiadomo, że był on zapalonym kolekcjonerem broni i od najmłodszych lat trenował swoich synów w strzelectwie. Jego pierworodny okazał się mistrzem nad mistrze. Jak stary Whitman zeznał po latach, „Charles jako szesnastoletni chłopak był w stanie trafić wiewiórkę prosto w oko”. W wieku 11 lat Charles, jako najmłodsze dziecko w historii skautingu, wstąpił do harcerstwa, a gdyby ktoś myślał, że jemu w głowie było tylko strzelanie wiewiórkom w oko, powinien się dowiedzieć, że już w wieku 12 lat owo niezwykłe dziecko grało na fortepianie jak nikt z jego rówieśników, jednocześnie próbując osiągać sukcesy jako dziennikarz lokalnej prasy. Ponieważ teksty, jakie wciąż publikował, przynosiły wymierne dochody, w pewnym momencie jego finansowa pozycja osiągnęła poziom, gdzie mógł sobie kupić motocykl marki Harley Davidson i przy jego pomocy zadawać szyku w najbliższym towarzystwie.
      Po ukończeniu liceum z jednym z najlepszych wyników, wbrew woli ojca, zgłosił się Charles  na ochotnika do United States Marine Corps, gdzie w trakcie 18-miesięcznej służby osiągnął wszystkie możliwe wojskowe zaszczyty, w tym ten jeden za mistrzostwo w szybkim strzelaniu z dużej odległości do ruchomego celu.
      Po zakończeniu służby w Marines, uzyskawszy znakomite wyniki z egzaminów z matematyki i fizyki, Charles został przyjęty na studia politechniczne na Uniwersytecie Stanu Teksas. I to właśnie wtedy, jak raportują wspomnienia osób, które miały z nim kontakt, Charles zaczął wykazywać ślady pewnego rodzaju obłąkania. To też właśnie mniej więcej w tym czasie, jak wspomina jeden z jego ówczesnych kolegów, któregoś dnia pozwolił sobie na refleksję, że jeśli człowiekowi uda się przyjąć odpowiednią strzelecką pozycję, to  jest w stanie pokonać całą armię.
     Czasy mijały, w międzyczasie rodzice Whitmana się rozwiedli, on sam poznał ładną dziewczynę, którą poślubił, no i wreszcie nadszedł dzień 31 lipca 1966 roku, kiedy to Charles Whitman w lokalnym sklepiku kupił lornetkę i nóż, a następnie wrócił do domu i zaczął pisać swój pożegnalny list:
      „Nie do końca rozumiem, co mnie zmusza do pisania tego listu. Prawdopodobnie chodzi o to, by jakoś usprawiedliwić to co właśnie zrobiłem. Daję słowo, że ostatnio autentycznie sam siebie nie rozumiem. Wydawałoby się, że jestem przeciętnym, w miarę inteligentnym człowiekiem, jednak w tych dniach, i nawet nie mam pojęcia, kiedy to się zaczęło, najwyraźniej padłem ofiarą bardzo dziwnych, kompletnie irracjonalnych myśli”.
      We wspomnianym liście poinformował również, że planuje zamordować swoją matkę i żonę, prosząc jednocześnie, by kiedy już sam umrze, zostały na jego mózgu przeprowadzone badania, które stwierdzą, czy jedną z przyczyn takiego a nie innego zachowania, nie były intensywne bóle głowy, które ostatnio przeżywał.
      Tuż po północy Charles Whitman udał się do domu swojej mamy, a następnie zakupionym świeżo nożem pozbawił ją życia. Obok zwłok pozostawił notatkę o następującej treści:
      „Właśnie odebrałem życie mojej mamie. Bardzo jest mi z tego powodu smutno. Jeśli istnieje niebo, jestem pewien, że ona akurat już tam jest. Zapewniam wszystkich, że bardzo ją kochałem”.
       Następnie wrócił do domu, gdzie tym samym nożem zamordował swoją żonę. I tu również zostawił list:
       „Zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś może pomyśleć, że brutalnie zamordowałem dwie kobiety, które prawdziwie kochałem. W rzeczywistości jednak nie chodziło mi o nic innego, jak zrobić skutecznie to co zrobić należało. Jeśli moja polisa ubezpieczeniowa jest wciąż ważna, moim życzeniem jest to, by zostały z niej spłacone moje długi. Cokolwiek z tego zostanie, niech zostanie anonimowo przekazane na dowolną fundację na rzecz zdrowia psychicznego. Może uda się znaleźć sposób, by tego typu tragedii można było w przyszłości uniknąć. Psa proszę przekazać teściom. Kathy bardzo go kochała”.
      1 sierpnia 1966 roku o godzinie 11.35 Whitman pojawił się w kampusie Uniwersytetu Stanu Teksas. Przedstawiwszy się, jako człowiek, przysłany tam w celu dostarczenia sprzętu na wieżę obserwacyjną, najpierw zabił, lub ranił kilka przypadkowych osób, a następnie wspiął się na 28 piętro owej wieży i stamtąd, przy pomocy myśliwskiej strzelby, otworzył ogień do przechodzących w pobliżu przypadkowych osób. Pierwszą osobą, jaką pozbawił życia był nienarodzony jeszcze syn 18-letniej studentki nazwiskiem Claire Wilson. Wilson, będąca w ósmym miesiącu ciąży, przechodziła akurat obok wraz z niejakim Eckmanem, kiedy Whitman oddał swój pierwszy strzał i trafiając Wilson w brzuch zabił jej dziecko. Eckman rzucił się koleżance na pomoc i wtedy Whitman strzelił po raz drugi, zabijając Eckmana na miejscu. No i od tego momentu zaczęło się coś, co popularna literatura określa mianem piekła. Whitman, przyjąwszy upragnioną pozycję idealnego snajpera, po kolei zabijał każdą osobę, która mu się pojawiła w zasięgu wzroku.  W rezultacie jego ofiarą padło czternaście, głównie bardzo młodych kobiet i mężczyzn, a trzydzieści jeden zostało mniej lub bardziej poważnie rannych. Ostatecznie owa egzekucja została przerwana, kiedy dwóm oficerom policji udało się dostać na okupowaną przez Whitmana platformę, by tam go najzwyczajniej na świecie zabić. Może zgodnie z wyrażonym wcześniej przez samego Whitmana życzeniem, a może po prostu zgodnie z obowiązującymi powszechnie procedurami, zostały przeprowadzone odpowiednie badania i w rzeczy samej w mózgu owego dziwnego człowieka odkryto pojedynczy guz, który to, jak ocenili specjaliści, mógł spowodować ów niesłychany wybuch agresji. Co więcej, drogą bezpośrednich wywiadów, stwierdzono, że jeszcze zanim doszło do ostatecznego rozstrzygnięcia, Whitman zwracał się o pomoc do szeregu psychiatrów, skarżąc się na swoje mordercze obsesje, jednak żaden z nich mu nie pomógł.
      Mnie jednak zastanawia coś kompletnie innego, związanego już bezpośrednio z tym co miało miejsce w okolicach owej wieży 1 sierpnia 1966 roku między godziną 11.30, a 12.30 w ów straszliwie upalny dzień. Właśnie tak. Chodzi o godzinę 12.30. Otóż, jak już wspomnieliśmy, pierwszą ofiarą Whitmana padło nienarodzone dziecko Claire Wilson.  Sama Wilson leżała na rozpalonym betonie wrzeszcząc z bólu i rozpaczy, a Whitman, mimo że miał ku temu wszelkie zdolności, do niej nie strzelił. On musiał w sposób oczywisty ją widzieć, wiedzieć, w jakim jest stanie, a mimo to pozwolił jej tam spokojnie cierpieć, oddając się zabijaniu wszystkiego, co się pojawiło w okolicy, obok tej biednej dziewczyny. Mało tego. Jak się dowiadujemy, w pewnym niejaka Rita Starr Pattern nie wytrzymała i rzuciła się w stronę Wilson wyłącznie po to, by ją w jej agonii pocieszyć. I do niej Whitman – mimo że jak najbardziej mógł – również nie strzelił. Leżała więc Pattern przy Wilson przez całą godzinę wspierając ją swoją solidarnością, a Whitman wciąż czekał aż pojawi się kolejny śmiałek, natomiast te dwie dziewczyny konsekwentnie oszczędzał. Mało i tego. Oto, nie mogąc znieść tego co się dzieje, po godzinie, dwóch mężczyzn, James Love i John Fox, postanowiło zaryzykować i rzuciło się na pomoc obu dziewczynom, wynosząc je z tego strasznego miejsca i uwalniając je z tego co teraz dla nich musiało stanowić piekło wręcz realne. No i kiedy oni je stamtąd ewakuowali, Whitman strzelał w stronę każdej najdrobniejszej ruchomej plamki, która pojawiła się w zasięgu jego wyszkolonego do perfekcji wzroku, tę czwórkę jednak oszczędził. Jakby ich nie widział. A może widział i strzelał, tyle że z jakiegoś powodu trafić nie potrafił, co też by było bardzo ciekawe?
      Tego się już nie dowiemy. Natomiast ja wciąż próbuje go sobie wyobrazić, jak tkwi na tej wieży i zabija wszystko co się rusza i z jakiegoś niezrozumiałego powodu decyduje się darować życie matce, której właśnie zabił nienarodzone dziecko, a poza nią wszystkim tym, którzy, nie zważając na swoje osobiste bezpieczeństwo, ruszyli jej na ratunek? Czy to możliwe, że w tym właśnie momencie po raz pierwszy w swoim nędznym życiu Charles Whitman ujrzał światło? Pewnie nie, ale cóż nam szkodzi nad tym podumać?

Jak zawsze zachęcam do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzi można kupować moje książki.




14 komentarzy:

  1. Muszę przyznać, że cała ta opowieść poza oczywistym dramatem i horrorem ma w sobie jakiś niesamowity klimat i na tym pozwolę się sobie skupić. Te lata 60-te w USA, stan Texas, upalne lato. I to było jeszcze przed rokiem '68 kiedy zaczęła się na dobre rewolucja seksualna i hippisowska, a młodzi ludzie zaczęli tracić moralność i zaczęli się cofać w rozwoju. Fajne to musiały być czasy przynajmniej w pewny sensie, te lata 50-te i 60-te w konserwatywnych stanach. Kiedy jeszcze większość spraw nazywało się po imieniu i czarne było czarne a białe białe. Chciałbym tam spróbować pożyć i sprawdzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @marcin p.
      Ja bym nie chciał. To był straszny czas.

      Usuń
    2. Ja wiem, czasem idealizuję. A może Pan wie coś więcej.

      Usuń
    3. Niemniej nie wiem, czy teraz tu jest wcale lepiej. No ale porównać tego i sprawdzić już nie sposób.

      Usuń
    4. @marcin d.
      Mówi się, że obecna rewolucja antycywilizacyjna to robota tych, którzy w latach 60. byli na uniwersytetach.

      Usuń
  2. A co do tego człowieka, to faktycznie niezwyczajny przypadek. I jego potencjał i losy i choroba, która teraz przecież jest tak niestety powszechna. I tragiczny finał dla niego i tylu osób dookoła. No i te kilka osób, które przeżyły z jakiegoś powodu. Ot jedna z tych sytuacji, o których na pewno ktoś powiedział "jak Bóg mógł na to pozwolić??" a na to można już tylko odpowiedzieć "lepiej już teraz naucz się jak bez odpowiedzi żyć".

    OdpowiedzUsuń
  3. Tu dosyć ewidentnie mamy do czynienia z człowiekiem psychicznie chorym. Z organiczną chorobą mózgu. Dodatkowo z licznymi obciążeniami rodzinymi. Mówiąc inaczej, jego małpka była zepsuta. To nad czym zastanawia sie Toyah, swiadczy IMO o tym, że nieśmiertelna dusza próbowała do końca ratować sytuację.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ot, historia świra, jakich na świecie pełno.
    Poniższy fragment wszystko wyjaśnia:
    "a z myślą o tych, którzy mają już tu pewne plany, pragnę zaprezentować swój tekst, jaki ukazał się w najnowszym numerze magazynu „Bez Cezury”. Swoją drogą, bardzo polecam."

    Kupujcie ludziska :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @mamona
      I to jest merytoryczny komentarz, tak? I jak ja Ci go wyrzucę, uznając, że on mi brudzi blog, to mi zarzucisz, że jestem cenzorem i wyrzucam wszystko, co mi się nie podoba, tak?

      Usuń
  5. @mamona
    Co jest nie w porządku? Zachęcanie do kupowania gazety, dla której piszę? Czy Ty masz coś z mózgiem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to krewny Whitmana?Genów nie oszukasz.

      Usuń
    2. @Dariusz
      Nie każdy Bielecki jest krewnym Bieleckiego.

      Usuń
  6. A może to zaczęło się w dzieciństwie fascynacją ojca możliwością trafienia wiewiórki w oko przez jakże zdolnego dzieciaka?
    Nawet jeżeli przyjmiemy, że odkrycie tego guza było prawdą, bo przecież mogło to być podane przez lekarzy jako usprawiedliwienie szaleństwa, to dlaczego to szaleństwo rozwinęło się w tym kierunku? Dlaczego w tym kierunku?
    A ilu ludzi bez guza, całkiem "normalnych", jak czytamy losy różnych wojen, potrafiło zabijać/ skazywać na śmierć tysiące istot nie odczuwając niczego.
    -szara_komórka-

    OdpowiedzUsuń