poniedziałek, 12 września 2016

Za jakie grzechy musimy czytać „Süddeutsche Zeitung”?

      Choć oczywiście nie jest to w żaden sposób mój problem, od czasu do czasu dręczy mnie myśl, że nie jestem absolutnie w stanie zrozumieć logiki, jaka stoi za całością propagandowych przedsięwzięć podejmowanych przez naszą opozycję. I kiedy mówię „całością”, to faktycznie mam na myśli owych przedsięwzięć całość, a więc wszystko co się rozciąga pomiędzy najbardziej tępą medialną propagandą wymierzoną w program 500+, a tak naprawdę we wrażliwość zwykłego człowieka, a ściśle politycznymi strategiami głównych partii opozycyjnych, a więc Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej, ograniczonymi do owej zimnej agresji, która poniosła tak ciężką przecież porażkę w zeszłym roku. Ja wiem, przy dzisiejszym stanie rzeczy, kiedy Prawo i Sprawiedliwość jest niesione choćby wspomnianym projektem 500+, a opozycja jest pogrążona w ciężkim kryzysie, trudno się zachowywać sensownie, tego jednak co oni pokazują niemal każdego dnia, moja myśl zwyczajnie nie ogarnia.
      Od pewnego już czasu zjednoczona antypisowska propaganda próbuje grać rzekomym polskim szowinizmem, który, jak słyszymy, kiełkował w nas całe lata, a dziś, czując moralne wsparcie faszystowskiej władzy, triumfalnie rozkwita. Kilka tygodni temu pisałem o kompromitującej wpadce „Agory”, która, może i nawet kierując się szczerymi intencjami, przedstawiła kompletnie fikcyjną historię brutalnego ataku „polskiej hołoty” na czarną, ciężarną kobietę z dzieckiem i w swojej naiwności pomyślałem, że oni w przyszłości jednak będą już bardziej ostrożni. Okazuje się, że nic z tego. Nagle się okazuje, że nie ma dnia, by jakiś zwolennik obecnej władzy nie zaatakował Bogu ducha winnego Azjaty, Afrykanina, czy Niemca. Nagle, jak się okazuje, nie ma dnia, by gdzieś – swoją drogą, ciekawe, że głównie w Warszawie – nie doszło do rasistowsko motywowanej agresji, która przez antyrządowe media jest natychmiast rozdmuchiwana do takich rozmiarów, że chyba nawet najgłupszy „obrońca demokracji” poczuje niepokój. Proszę bowiem spojrzeć na kontekst, w jakim się to wszystko dzieje. W lipcu mieliśmy w Polsce Światowe Dni Młodzieży i pozostawiając przez chwilę na boku to, co stanowiło ich podstawowy sens, a więc ową eksplozję żywej religijności, większość z nas przez cały czas miało w głowie świadomość, że dzisiejsza Polska to autentyczna oaza w świecie zepsutym, złym i przede wszystkim skrajnie niebezpiecznym. Jednocześnie, każdy niemal dzień przynosi nam kolejną wiadomość, że w Wielkiej Brytanii ciężko i uczciwie pracujący Polacy znów zostali brutalnie zaatakowani przez lokalną żulownię, a brytyjskie władze nie są w stanie nic na to poradzić. I na tym tle, wspierani przez antyrządowe media politycy opozycji zwracają się do społeczeństwa z apelem o refleksję, „Gazeta Wyborcza” organizuje ogólnopolską akcję czytania niemieckich gazet w tramwajach, a internet zalewają memy z wytłuszczonym na czarno napisem „Nur für Deutsche”. Przepraszam bardzo, ale co oni jedzą?
     Syn mój jechał dziś pociągiem z Przemyśla do Krakowa i cała podróż upłynęła mu w towarzystwie bandy Niemców w różnym wieku, która zachowywała się tak jakby uważała, że są tam sami, a w dodatku u siebie. Z relacji mojego syna wynika, że w pewnym momencie tam się zrobiła taka atmosfera, że gdyby nagle ci Niemcy wysiedli, a zamiast nich do pociągu wtoczyła się banda pijanych kibiców Wisły Kraków, pozostali pasażerowie odetchnęliby z ulgą. Czy może któryś z tych Januszów z Przemyśla, Rzeszowa czy Tarnowa może któremuś z tych Niemców dał w pysk, albo przynajmniej mu zwrócił uwagę na niestosowność ich zachowania, albo może ich ostrzegł przed polskim dzikim szowinizmem? Absolutnie nie. Zero. Oni w całkowitym przeświadczeniu o tym, że nic im nie grozi, dojechali do samego Krakowa i, jak się domyślam, ruszyli na tak zwane miasto. I tam też, jak się domyślam, włos z głowy im nie spadł.
     I co? Jutro do wszystkich tych ludzi, którzy byli świadkami owego niemieckiego zbydlęcenia, zwróci się Ryszard Petru i im zacznie tłumaczyć, żeby się nie kompromitowali przed cywilizowanym światem? Na co licząc? Że oni jak jeden mąż założą koszulki z napisem „KOD” i wyjdą na ulicę? No bo zakładam, że im w tej ich desperacji nie przyszło do głowy, że słysząc o tych wszystkich okropnościach, Komisja Wenecka unieważni wynik ostatnich wyborów. Mimo to, powtórzę swoje pytanie raz jeszcze: czym ich tam w tej Warszawie karmią?
     Miniony weekend upłynął nam na załamywaniu rąk nad tym, co szeroko pojęty obóz władzy pod bacznym okiem Jarosława Kaczyńskiego wyprawia wokół Katastrofy Smoleńskiej, a dominujący wniosek, jaki z naszych rozważań płynął był taki, że Prawo i Sprawiedliwość nieubłagalnie zmierza do ostatecznego upadku. Oczywiście, jeśli weźmiemy pod uwagę ich kolejne popisy, nie możemy nie przestać myśleć o nadciagającej katastrofie. Z drugiej strony, kiedy oczami wyobraźni widzę tych z kolei durniów, jak jeżdżą tam i z powrotem między Młocinami a Kabatami i czytają „Süddeutsche Zeitung”, natychmiast się uspokajam i otwieram kolejną flaszkę. Za nasze zdrowie.
     
Z przyjemnością informuję, że już bardzo niedługo w księgarni pod adresem www.coryllus.pl pojawi się moja nowa, ósma już, książka pod intrygującym, mam nadzieję, tytułem „O samotnej wyspie, zapomnianej łodzi i oceanie bez kresu”. Oczywiście cały czas zachęcam do kupowania książek wcześniejszych.

      

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz