niedziela, 11 września 2016

Czy Matka Kurka pojawia się w napisach końcowych filmu o Smoleńsku?

      Wczorajszy dzień minął nam w temacie filmu „Smoleńsk”, a szczególnie wywiadu, jakiego „Gazecie Prawnej” udzielił reżyser filmu Antoni Krauze. Problemem dla nas jest to, że w owym wywiadzie pan reżyser niemal bezpośrednio wyznał, że to co od paru dni mamy okazję oglądać w kinach, to jest coś, z czym on ma związek niemal wyłącznie formalny, natomiast faktyczną odpowiedzialność za tego czegoś ostateczny kształt ponosi producent Maciej Pawlicki i wyznaczeni przez niego scenarzyści i aktorzy. I wbrew temu, co wielu z nas chciałoby sądzić, wcale nie chodzi o to, że Krauze w swoim filmie chciał się skupić na brzozie, a oni postanowili zawalczyć i zrobili film o wybuchu. Nic podobnego. Z tego co mówi Krauze, on jak najbardziej chciał zrobić film o wybuchu, tyle że jego zamiarem było zrobienie filmu dobrego, natomiast Pawlicki z ludźmi, którzy za nim stali, a na których obecność też Krauze wskazuje jednoznacznie, postanowili… no właśnie nie bardzo wiadomo, co postanowili, w każdym razie efektem owych starań jest to, że Krauze już tylko czeka na premierę, a potem życzy sobie zwyczajnie umrzeć.
     I tu pragnę podkreślić coś, co wczoraj w zarówno moim jak i Coryllusa tekście się nie pojawiło, a co musi zostać powiedziane. Otóż to co mówi nam Krauze, a nie widzę powodu, by go podejrzewać o złe intencje, sprawia, że nie ma najmniejszego znaczenia, czy film „Smoleńsk” to dzieło wyjątkowe, czy może kolejny polski film na poziomie wyznaczonym przez takie tytuły jak „Dzień świra”, czy „Drogówka”. Powiem więcej. Jeśli jakimś cudem okaże się, że Pawlicki wraz z młodym Łysiakiem nakręcili zwyczajnie dobry film, to tym gorzej dla nas, bo nie ma nic gorszego, niż dobrze opakowane i podane kłamstwo. A ze słów Antoniego Krauzego wynika, że to co dostaliśmy to właśnie kłamstwo. I powtarzam, nie łudźmy się: tu wcale nie chodzi o tak zwaną „prawdę o Smoleńsku”. To co tu jest najgorsze i najbardziej ponure, to to, że dziś najprawdopodobniej Smoleńsk i prawda o nim nie mają najmniejszego znaczenia.
     Pod wczorajszymi notkami Coryllusa i moją odbyła się gorąca dyskusja i większość komentujących zajęła pozycję mnie osobiście znaną od lat, a sprowadzającą się do apelu: „Nie burzmy tego, co się nam udało wymodlić”. Doszło wręcz do tego, że w pewnym momencie jeden z komentatorów porównał produkcję Pawlickiego i Łysiaka do Krzyża, który, jak wiemy, mamy obowiązek bronić. Powtarzam więc raz jeszcze. Jesteśmy w punkcie, gdzie sam film i jego artystyczny, czy polityczny sukces nie ma już najmniejszego znaczenia. Chodzi o to, że od chwili, gdyśmy się dowiedzieli, że, jak to niezwykle celnie sformułował Coryllus, stoimy przed wyborem: „Kogo chcecie, bym wam wypuścił?”, nie możemy sobie pozwolić na jakikolwiek kompromis.
      Nie wiem, jak to się stało, ale jakimś niezbadanym przypadkiem, po raz pierwszy od może roku zajrzałem na blog znanego nam tu aż nazbyt dobrze Piotra Wielguckiego, czyli Matki Kurki. Kim jest Matka Kurka, nie będę wyjaśniał, bo mi się zwyczajnie nie chce, nawet jeśli to ma się sprowadzać do czegoś tak trywialnego, jak zwrócenie uwagi na owo szyderstwo z ojca Rydzyka. Natomiast przyznaję, że wszedłem na blog tego szarego pana, a tam – nie mogło być inaczej – recenzja z filmu „Smoleńsk”. Oddajmy zatem na koniec głos Wielguckiemu:
     „Wchodziłem do kina ze starymi lękami, ale od pierwszej do ostatniej sceny miałem pełne przekonanie, że się pomyliłem. Krauze zrobił film wybitny, nie dobry, nie bardzo dobry, ale wybitny. Siła tego obrazu polega na połączeniu faktów, emocji i przekazu, co udało się ująć w wyjątkowo subtelnej formie, pozbawionej kiczu i publicystycznego heroizmu. […] Film jako całość i przesłanie broni się doskonale. „Smoleńsk” pokazuje wszystko, co powinien pokazać, jest bezlitosny dla kłamców i zdrajców, czuły dla rodzin ofiar, pełen szacunku dla zmarłych i podziwu dla żyjących bohaterów, którzy mieli odwagę walczyć o prawdę. […] Sam do kina poszedłem trochę służbowo, ale już pierwsze sceny sprawiły, że osobiste łzy ciekły mi po osobistych policzkach i takich scen było więcej. Dla mnie to pierwszy taki film w życiu, którego nie potrafię skatalogować i właściwie nie myślę o „Smoleńsku”, jak o filmie. Widziałem kawałek własnego życia i jeszcze większy kawałek Polski, która jest fenomenem, bo w historycznych chwilach zawsze powstaje z kolan. ‘Smoleńsk’ broni się dziś i obroni się za 1000 lat, to do bólu polski film, a końcowa, symboliczna, scena, w której Polak znajduje Polaka, nie ma w sobie nic z banału, jest ponadczasowym przymierzem”.
     Ja wiem, że są tu tacy, co uważają, że cytując Wielguckiego strzeliłem sobie w stopę i unieważniłem wszystko, co wcześniej napisałem. Skoro bowiem Wielgucki mówi o „ponadczasowym przymierzu”, to musi znaczyć, że jesteśmy na, nomen omen, kursie i ścieżce. Przepraszam bardzo, ale na to, ja już sposobu znaleźć nie potrafię.


Jeszcze kilka dni i wydajemy moją kolejną, ósmą już, książkę. Podobnie jak wszystkie poprzednie, będzie do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Polecam każdego dnia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz