niedziela, 18 września 2016

Przybyli, zagrali, zwycziężyli, czyli epitafium, jakiego świat nie słyszał

Od samego początku wszystko właściwie świadczyło przeciwko nim. Najpierw pojawił się ów Jakko Jakszyk, a ja sobie pomyślałem, że to już nie chodzi ani o to dziwaczne nazwisko, ani nawet o to, że ów Jakszyk zajął miejsce Adriana Belew, a więc muzyka, bez którego zespół King Crimson nie istnieje, ale o to, że razem z owym Jakszykiem pojawiła się informacja, że oni od dziś będą grali takie numery, jak „Epitaph”, czy „Starless”, a więc że Robert Fripp postanowił na starość pójść śladem takich zespołów jak The Who, czy The Rolling Stones i zostać tak zwanym „dinozaurem”. To było wrażenie pierwsze. Drugie zaskoczenie – i mimo wszystko rozczarowanie – to wiadomość, że King Crimson przyjeżdża do Polski na trzy koncerty, z czego dwa pierwsze będą miały miejsce w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu. Nie wiem, ilu z nas wie, jak wygląda Dom Muzyki i Tańca w Zabrzu i jaką on ze sobą niesie symboliczną moc, zapewniam jednak, że dla kogoś, kto przez całe życie – a więc, tak jak to ma miejsce w moim wypadku, przez minione niemal pół wieku – traktował Roberta Frippa i wszystkie jego muzyczne projekty z należytym nabożeństwem, to że gitarzystą King Crimson jest od dziś jakiś Jakszyk, a zespół King Crimson od dziś będzie nam odgrywał na zmianę „Epitaph” i „21st Century Schizoid Man”, informacja, że oni przyjeżdżają na dwa koncerty do Zabrza, jest wiadomością równie złą, jak ta, że w Parku im. Jerzego Ziętka w Katowicach wystąpi zespół Slade z nowym wokalistą.
Są jednak sytuacje wyjątkowe. Otóż przede wszystkim dla mnie zespół King Crimson to całe życie, po drugie ja nigdy nie miałem okazji ich oglądać na żywo, po trzecie wreszcie Zabrze to rzut kamieniem stąd, a więc wszystko skończyło się tak, że z pewną znaczącą pomocą przyjaciół pojechałem wczoraj do tego Zabrza i wziąłem udział w owym wydarzeniu. Zanim jednak opowiem, jak to się wszystko skończyło, dla osób, które lubią zaglądać na ten blog, ale nie wiedzą, co to znaczy King Crimson, przypomnę, że jest to absolutnie kultowa grupa muzyczna, działająca nieprzerwanie od roku 1969, a różniąca się od innych tego typu, że przez wszystkie te lata ani przez chwilę nie pozwoliła sobie na to, by odcinać kupony od dotychczasowej sławy. Twórca owego projektu, jego lider i gitarzysta, Robert Fripp przez cały okres swojej działalności dbał przede wszystkim o to, by każda kolejna jego odsłona, a każdą pod nazwą King Crimson, tworzyła całkowicie nową jakość i to jakość najwyższą. A więc coś, o czym nie mają pojęcia ani The Who ze swoim „My Generation”, ani Rolling Stonesi z „Satisfaction”. Zespół King Crimson tworzy historię muzyki popularnej od niemal 50 lat i ani przez moment nie pokazał swoim fanom, że z ich strony to już wszystko.
I w tym momencie, ja się dowiaduję, że Robert Fripp uznał, że dość już tego szpanu i on dokończy żywota, grając na koncertach stare przeboje King Crimson, w dodatku w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu, a śpiewać je będzie niejaki Jakszyk. I co ja miałem sobie pomyśleć? No co? Poszedłem jednak na ten koncert i muszę publicznie oświadczyć, że wprawdzie Jakszyk nie śpiewa ani w jednej dziesiątej tak jak Greg Lake i ani w połowie jak Gordon Haskell, Boz Burrell, czy oczywiście John Wetton, a na gitarze gra wprawdzie jak mało kto, jednak tam nie ma Adriana Belew, ale King Crimson to wciąż jeden z najwybitniejszych muzycznych projektów, jakie znam, a Robert Fripp to artysta już chyba na zawsze wielki. On ma już dziś skończone 70 lat i niewykluczone, że już dużo dłużej nie pociągnie, ale to co pokazał wczoraj to coś w istocie niewyobrażalnego. Siedmioosobowy skład z trzema perkusistami z przodu, dawnym saksofonistą i flecistą Melem Collinsem, starym kumplem Tony Levinem na basie, owym nieszczęsnym Jakszykiem na gitarze i wokalu, no i z sobą we własnej osobie, sprawił, że wczoraj Zabrze stało się stolicą świata. Grali przed wypełnioną do ostatniego miejsca salą „Epitaph” i „Cirkus” i „Letters” i „Easy Money” i „Starless” i „Larks Tongues in Aspic” i „Red” i „Fracture” i „Pictures of a City” i wreszcie „21st Century’s Schizoid Man” na bis, tyle że każde z nich w taki sposób, że, jak to mówią, klękajcie narody. No i jeszcze coś. Przed rozpoczęciem koncertu zespół ogłosił: „Żadnych zdjęć. Muzykę się odbiera oczami i uszami, a nie przy pomocy jakichś gadżetów”, i przez te trzy godziny – tak, to trwało bite trzy godziny – nikt ani nie spróbował. Nikt nawet nie zaryzykował sprawdzić, która godzina.
No i ci trzej perkusiści z przodu. Co za dziwny pomysł? I jak to w ogóle można nagłośnić? Otóż nagłośnili. Nagłośnili idealnie. A ja już sobie tylko przypominam, jak to w latach 50-tych, kiedy zaczynali Elvis Presley i Johnny Cash, zasada była taka, że na bębnach grają wyłącznie czarni, natomiast porządni biali chłopcy stukają tylko takimi patyczkami. Dlaczego? Bo dźwięk bębnów to zło.
A więc tak. Jest całkiem możliwe, że właśnie przez tę bębny, dzisiejsze King Crimson to wcielone zło. Możliwe. Jestem jednak pewien, że dam radę. I już tylko czekam aż oni wydadzą DVD z jednym z tych koncertów. Może uda mi się spojrzeć im w oczy tak zupełnie z bliska.



Zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki.

1 komentarz:

  1. Zaczyna się tak, jakbyś miał nie pójść. A kończy tak jak powinno.

    Byłem w Kongresowej, więc mnie trzyma do dziś od niech policzę..... 13 lat.

    OdpowiedzUsuń