środa, 18 lutego 2015

Kamil Durczok, czyli być jak papierek po batoniku Mars

Trochę mi oczywiście wstyd, że się ostatecznie ugiąłem i zdecydowałem poświęcić tekst Kamilowi Durczokowi i przygodzie, która go ostatnio spotkała, jednak kiedy widzę, co się wokół tego człowieka wyprawia, a w dodatku mam świadomość, że część czytelników tego bloga pewnie by chciała wiedzieć, co ja sobie myślę na ten temat, uznałem, że nie bardzo mam wyjście. Jeśli jednak ktoś sądzi, że będziemy się tu dziś zastanawiać nad tym, czy Sylwester Latkowski miał prawo zniszczyć Durczoka, lub czy Durczok, osiągając znany nam już dziś aż zbyt dobrze poziom upadku, zasługuje na nasze współczucie, czy jedynie zimną satysfakcję, z pewnością się zawiedzie. Rzecz bowiem w tym, że ja od pierwszego dnia, kiedy Durczok pojawił się w mojej świadomości, jako realny byt, wiedziałem, że tak właśnie będzie wyglądał jego koniec i że to jest coś, na co tego typu ludzie zasługują. Skąd? A stąd mianowicie, że mam swoje lata, swoje doświadczenia, swoje refleksje i wiem, dokąd drogi, którymi tacy jak Durczok chadzają, prowadzą. Ale też, od pierwszego razu – zanim jeszcze zorientowałem się, jakie on ma poglądy – kiedy zobaczyłem twarz Latkowskiego i zwróciłem uwagę na sposób, w jaki on do mnie mówi, wiedziałem, że mam do czynienia z człowiekiem, który był skończony, zanim się urodził. A w tej sytuacji, przepraszam bardzo, ale co mnie mogą obchodzić tacy ludzie, jak Durczok, czy Latkowski, których całym sensem życia było od zawsze wyłącznie wsłuchiwanie się w polecenia tych, którzy pozwalają im się łajdaczyć? Właśnie tak – łajdaczyć. Powtórzę to jeszcze raz wielkimi literami: ŁAJDACZYĆ.
Jest jednak coś, co w całej tej aferze z Durczokiem mnie zainteresowało. Otóż, kiedy Latkowskiego spuścili ze smyczy, Durczok, zaklinając się, że on ani nie ćpał, ani się nie prostytuował, ani w ogóle się jakoś szczególnie nie upadlał, powiedział, co następuje: „Czym innym jest styl zarządzania w mediach, jestem cholerykiem, wybuchowym szefem, a czym innym praca ośmiogodzinna w sklepie. Czym innym jest wymagający szef, a czym innym jest molestujący szef. Nigdy nim nie byłem”.
Przepraszam bardzo, ale, gdyby moje życie się tak niefortunnie potoczyło, że ja któregoś dnia bym się poczuł zmuszony, by wyznać, że „jestem cholerykiem, wybuchowym szefem” i sugerować, że to mnie w jakiś sposób usprawiedliwia, poszedłbym na ruski targ, kupił rewolwer i strzelił sobie w ten swój głupi łeb, a to z tej prostej przyczyny, że bym wiedział, że i tak mnie już nic nie uratuje. Ja zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że zjawisko tak zwanego „wybuchowego szefa” tak wrosło w naszą kulturę i, konsekwentnie, świadomość, że wielu z nas nawet sobie nie potrafi wyobrazić, że szef może nie być „wybuchowy”, to jest coś, z czym nie ma już sposobu, by choćby próbować walczyć. A trzeba nam wiedzieć, że „wybuchowy szef” to nie jest takie hop-siup, czy fiku-miku. „Wybuchowy szef” – ja specjalnie umieszczam to określenie w cudzysłowie, bo wiem, że za tym kryją się autentyczne dramaty i tak naprawdę owa „wybuchowość”, to jest zwykły eufemizm – to jest niekiedy całe nasze życie. „Wybuchowy szef”, to niekiedy taki brak codziennego spokoju, że człowiekowi odechciewa się żyć. Ja miałem raz w życiu przez parę lat „wybuchowego szefa”, który raz do roku podczas uroczystego zakończenia roku szkolnego nas wszystkich za tę swoją „wybuchowość” przepraszał, bo on wie, jaki jest okropny, ale sami rozumiecie, kochani, a nam wszystkim chciało się już tylko rzygać ze zdenerwowania. A zatem, ja wiem, jak jest. I kiedy słyszę o „wybuchowych szefach”, to mam ochotę ich wszystkich walić w pysk tak długo aż zobaczę, jak sinieją i się przestają ruszać.
Dziś, jak wiele na to wskazuje, Kamil Durczok, człowiek który, co ciekawe, jest moim młodszym kolegą szkolnym – jeszcze jednym z tych chłopców, którzy swego czasu się tam po tych korytarzach kręcili, nie mając kompletnie pojęcia, co ich czeka – jest ostatecznie skończony. I to wcale nie dlatego, że przez tę władzę, której przez jakiś czas pozwolono mu czuć, jako coś realnego, on się aż tak stoczył. On jest skończony, bo tak się akurat ułożyły interesy, na które on ani nie miał wpływu, ale których też charakteru nawet nie miał szans poznać. Podobnie zresztą, jak Sylwester Latkowski, człowiek, który dostał zadanie, żeby Durczoka dobić i je wykonał najlepiej jak potrafił. I staje to nieszczęście przed nami i prosi, byśmy zrozumieli, że on musiał być takim skurwysynem, bo praca w takiej stacji jak TVN, i to jeszcze na poważnym stanowisku, to nie to, co bycie sklepową.
Skoro już zająłem się tym nieszczęsnym Durczokiem, myślę, że byłoby z mojej strony naprawdę czymś niskim, gdybym nie udzielił mu koleżeńskiej nauki. Kolego Durczok, to że bycie szefem „Faktów” TVN stawia człowieka w innej sytuacji niż sklepową na osiedlu, to bzdura, która oni Ci wbili w Twój pusty łeb dla swoich brudnych celów. Nawet ukończenie najlepszego liceum w mieście, tej relacji nie zmienia ani na jotę. Prawda jest bowiem taka, że, kiedy dojdzie co do czego, to się zawsze okaże, że każda władza człowieka psuje, a czym bardziej jest ona fikcyjna, tym bardziej bezlitośnie. Dziś już o tym wiesz, tylko co z tego, prawda?

Tak się składa, że jutro jadę do Poznania na zaproszenie naszego duszpasterza, księdza Krakowiaka, znanego tu, jako Don Paddington, a więc aż do niedzieli nie będę nic pisał. Mam nadzieje, że zostanie mi to wybaczone. Przypominam jednak, że na stronie www.coryllus.pl jest księgarnia, a w niej cała kupa naprawdę fantastycznych książek, w tym dwa tomy wybranych felietonów z tego bloga. Powiem szczerze, że gdybym ich nie znał na pamięć, sam bym je czytał dzień w dzień. Choćby po to, by nie mieć grzechu.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.