niedziela, 22 września 2013

Ludzie piszą, Dr Watkins odpowiada

Przed chwilą, od człowieka, który w imieniu firmy producenckiej Dr Watkins, prowadził sprawę mojego tłumaczenia dialogów do filmu o Roju, otrzymałem wiadomość, w której, po wstępnych złośliwościach, informuje mnie on, że w związku z moim wpisem na blogu dotyczącym Dr Watkinsa, oni sformułowali odpowiednią odpowiedź, którą zamierzają upublicznić. Żeby oszczędzić im niepotrzebnego wysiłlku, robię to sam. Proszę się skupić:

Do czego służy Internet? Do wielu różnych rzeczy, ale jedną z istotnych jego funkcji jest upublicznianie przez frustratów swoich krzywd i publiczne oczernianie domniemanych winowajców. Przypadek Krzysztofa Osiejuka, znanego jako bloger pod nickiem „Toyah”, jest tu wielce symptomatyczny.
P. Osiejuk zawarł z producentem wykonawczym filmu „Historia Roja czyli w ziemi lepiej słychać” umowę na przetłumaczenie ścieżki dialogowej, w której to umowie:
§4 ust 1. mówi: „Tytułem wynagrodzenia za wykonanie niniejszej umowy PRODUCENT zapłaci TŁUMACZOWI honorarium w wysokości brutto 60,00 zł (słownie: sześćdziesiąt) za stronę (1800 znaków ze spacjami) elektronicznego zapisu tłumaczenia”;
zaś §3 ust. 2: „W przypadku niezadowalającego poziomu tłumaczenia i konieczności dokonania jego poprawek przez osobę trzecią PRODUCENT zastrzega sobie prawo obniżenia wynagrodzenia TŁUMACZA o 30% lub 50% kwoty umownej, proporcjonalnie do zakresu koniecznych poprawek.”
Co do kalkulacji honorarium za tłumaczenie, to w moim dość bogatym doświadczeniu jako tłumacza nie zetknąłem się z innym sposobem jej przeprowadzenia niż podzielenie sumy znaków ze spacjami przez 1800 i pomnożenie wyniku przez stawkę za stronę. Wywód p. Osiejuka z użyciem pojęcia „strona w formacie 1800 znaków” uważam za całkowicie nieprzekonujący.
Jeśli chodzi o ustęp umowy mówiący o możliwości obniżenia wynagrodzenia, to w korespondencji z p. Osiejukiem nigdy nie użyłem sformułowania, że ma on „wartość czysto proceduralną”. Napisałem: „Dobra wola [w sprawie oceny tłumaczenia – J.S.] z naszej strony jest gwarantowana. Z umowy jednak nie może wynikać bezwarunkowe przyjęcie tłumaczenia, więc takie zastrzeżenie musiało się w niej znaleźć.”
To sprawy formalne, przejdźmy do meritum. Po otrzymaniu tekstu tłumaczenia, przed przekazaniem go do weryfikacji, sam, w miarę swojej kompetencji, dokonałem w nim kilku poprawek, z których trzy dotyczyły zmiany sensu wypowiedzi: 1) „Chodź już” przetłumaczone jako „Come over here”; 2) „musicie jak najszybciej wyjechać z Makowa” przetłumaczone jako „You must move on to Maków. Now.”; 3) “Młot żyje.” przetłumaczone jako „Hammer’s dead.” Mam poczucie, że te poprawki były działaniem na korzyść tłumacza i przejawem deklarowanej wobec niego dobrej woli.
Zgodnie z przyjętą w branży filmowej praktyką, tłumaczenie zostało przekazane do weryfikacji panu Romanowi Pichecie, poleconemu nam jako fachowiec w tej dziedzinie przez renomowanego producenta filmowego, Roberta Kaczmarka. Pan Picheta dokonał także koniecznych jego zdaniem poprawek, których rzeczywiście było bardzo dużo – natury leksykalnej i gramatycznej (gł. zamiany czasów, zwłaszcza z Simple Past na Present Perfect i odwrotnie; oraz zmiany szyku części zdania). Tłumaczenie p. Osiejuka, że nieprawidłowości gramatyczne były zamierzone, jako właściwe dla języka „chłopów i żołnierzy” wydaje mi się dorobione ex post i niewiarygodne. Zresztą bohaterowie „Historii Roja” zasadniczo posługują się całkowicie poprawną polszczyzną (wyjąwszy wulgaryzmy stosowane notorycznie przez ubeków). Pan Picheta wychwycił także poważne przeinaczenie sensu wypowiedzi w dialogu partyzantów w knajpie na początku filmu– planują oni wstępowanie na zasadzie „V kolumny” do wojska, policji i UB, tymczasem p. Osiejuk użył czasownika „go for”, który sugeruje napadanie na te instytucje. Niektóre poprawki mogły sprawiać wrażenie „kosmetycznych”, ale zaufałem w tym względzie autorytetowi Romana Pichety. I tyle. Nie widzę w swoim działaniu żadnej nieprawidłowości ani uchybienia zawartej umowie. Jeśli naruszone zostało dobre samopoczucie p. Osiejuku, to mogę tylko przekazać wyrazy współczucia.
Pozostaje sprawa najbardziej przykra – paranoiczna insynuacja (zawarta już w tytule tekstu p. Osiejuka), jakoby cały przebieg przyjmowania tłumaczenia był „ustawiony” przez producenta filmu w celu obłupienia tłumacza z części należnego mu honorarium. Już prosta arytmetyka ukazuje absurdalność takiego „pomysłu biznesowego”. 30% obcięte z wynagrodzenia tłumacza to ok. 490 zł brutto. Tymczasem honorarium Romana Pichety (zresztą obniżone po negocjacjach) wynosi ok. 660 zł brutto (wystawiony przez niego rachunek możemy przedstawić na życzenie). Zatem nasza perfidna machinacja przyniosła czysty zysk – minus 170 zł.
Oczerniając publicznie producenta „Historii Roja” p. Osiejuk dołącza do niechlubnego grona osób i instytucji działających na szkodę pierwszego filmu fabularnego o Żołnierzach Wyklętych, którego ukończenie skutecznie blokują od stycznia 2011 r. pospołu Telewizja Polska i Polski Instytut Sztuki Filmowej. Ta publikacja naraziła producenta nie tylko na straty moralne, ale i materialne, jako że jeden z uczestników akcji Ratujemy Roja zadeklarował, po przeczytaniu enuncjacji p. Osiejuka, wycofanie się z udziału w niej.
Jeśli zaś ktoś dopatrzy się w sprawie przyjmowania tłumaczenia listy dialogowej „Historii Roja” jakichkolwiek nieprawidłowości, to odpowiedzialność za nie ponosi wyłącznie niżej podpisany, który prowadził tę sprawę od początku do końca.
Jacek Suchecki
scenarzysta i tłumacz z angielskiego na polski.


Ponieważ, pisząc swój tekst, nie chciałem zaczepiać osobiście pana Sucheckiego, którego traktowałem wyłącznie jako posłańca przynoszącego złe wieści, nie ujawniałem treści kierowanych przez niego do mnie maili. Jednak ponieważ on postanowił się ujawnić, nie pozostaje mi nic innego, jak dołożyć do tego odpowiedź, jaką od niego otrzymałem w reakcji na moje wyjaśnienia dotyczące oceny mojej pracy. Posłuchajmy:

„Szanowny Panie Krzysztofie
Jestem w głupiej sytuacji, bo nie mogę wykluczyć, że większość racji jest po Pańskiej stronie (choć ta zmiana sensu w pierwszej scenie dialogowej to jednak wpadka). Jednak z powodów praktycznych, technicznych i finansowych nie jesteśmy w stanie odwołać się do następnego arbitrażu. Muszę się czegoś ostatecznie trzymać, a przypomnę, że konsultant został nam polecony przez zaprzyjaźnionych filmowców jako osoba kompetentna i profesjonalna w sprawie tekstów filmowych. Podtrzymuję zatem decyzję o obniżce honorarium o 30%.[…]
Jeżeli popełniłem błąd, który spowodował niedocenienie Pańskiej pracy, to jest mi naprawdę przykro i przepraszam”.

No i jeszcze fragment maila wcześniejszego:

„W sprawie przyjęcia tłumaczenia wiadomość nienajlepsza.
Daliśmy je do weryfikacji native speakerowi z dużym doświadczeniem w pracy z tekstami do filmów. […]W tej sytuacji jestem z wielką przykrością zmuszony zastosować §3 pkt. 2 umowy i obniżyć Pańskie honorarium o 30%.”.

Tyle przynajmniej z tego korzyści, że znamy nazwisko owego „native speakera”. His name is Picheta. Roman Picheta.

10 komentarzy:

  1. No słów brakuje...Wszędzie te znajomości. I do tego wszystko w białych rękawiczkach.

    OdpowiedzUsuń
  2. @Toyah
    Dobrze, że to zamieściłeś. Oni się fantastycznie odsłonili!
    Swoją drogą nie doceniałem Cię. Nie sądziłem, że masz aż taką siłę przebicia, że jesteś aż tak opiniotwórczy, by rozłożyć nasz flagowy projekt. Jesteś koksu, jak mówi młodzież.
    A nejtiv jest dla mnie ostatni lamus. Ja chodzę na rugby.

    OdpowiedzUsuń
  3. No właśnie, ktoś tam się wycofał.
    I znowu będzie ze rozbija Pan prawicę...

    OdpowiedzUsuń
  4. Roman Picheta is indeed a native speaker, born and raised in Ealing, West London; he's also well-versed in military history.

    OdpowiedzUsuń
  5. @Remo
    Nie pierwszy raz i nie ostatni.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Michael Dembinski
    To bardzo ciekawe. Jako native speaker, przede wszystkim powinien mieć więcej szacunku dla czegoś, co nazywamy "acceptability", a nie zachowywać się, jak belfer z linijką.
    Po drugie, gdybym ja chciał być równie czujny jak on, to w jego wersji znalazłby równie dużo "błędów", niekiedy poważniejszych nawet, niż moje.

    OdpowiedzUsuń
  7. Toyahu,

    Po tym co tu zamiesciles i po tekscie Coryllusa na s24 jedno jest pewne-to jest juz kompletne dno.Co za popaprane srodowisko.

    Ide zajarac bo sie wnerwilem.
    Pzdr.
    Romek

    OdpowiedzUsuń
  8. @tobiasz11
    No tak. Są nieźli. A zarajać można zawsze. Pamiętaj, że jak by było trzeba, to możemy Wam posłać tanie fajki.

    OdpowiedzUsuń
  9. Przeżyłem, w innej branży podobne doświadczenie, z tą różnicą, że wtopiłem nie dwa tygodnie a ponad pół roku i dobrych kilka tysięcy złotych. Dwa wnioski płyną z Pana historii

    Pierwszy jest taki, żeby czytać uważnie umowy i negocjować jej formę. W końcu napisali, że zastrzegają sobie uzależnienie wypłaty honorarium od jakości Pana pracy. Ja zrobiłem ten sam błąd co Pan. Podpisałem bez zastrzeżeń. I potem jak przyszło do płacenia, to okazało się, że moja praca to błąd na błędzie…

    Drugi jest taki, że pokazuje skalę potwornego braku etyki we wszystkich (WSZYSTKICH) zawodach w Polsce. Ta chęć ogrania każdego za każdą cenę przy każdej okoliczności. Jest to ohydne, i nie zawaham się powiedzieć - typowo polskie, albo szerzej - wschodnie. Potem ludzie się dziwią, czemu nie ma w Polsce kapitału zaufania, szacunku, ludzkiej życzliwości. Nie mówię od razu o jakiejś durnej fraternizacji i rzucaniu się sobie na szyję tylko właśnie o wzajemne zaufanie na podstawowym poziomie. Właśnie przez takie jak Pana historia. Niby nic, wszystko zgodnie z umową, a został Pan upokorzony i bez pieniędzy
    A to, czy są to "nasi" czy nie naszi to jest zupełnie bez znaczenia. Podobną historię z poprawkami miał znajomy ilustrator w katolickim wydawnictwie. Z tym, że tam - excuse le mot - wydymano go ze świętoszkowatym wyrazem twarzy, a la grupy modlitewne. Podobna historia, o której czytałem kiedyś w Reczpospolitej zdarzyła się na planie filmu o Popiełuszce, który miał glejt Kościoła. Eh, szkoda gadać…

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  10. @Kamień Prorok
    No więc właśnie to jest takie przykre, że tego typu zachowania dzieją się tam, gdzie można by się ich akurat nie spodziewać. W którymś z wcześniejszych komentarzy napisałem, że moje doświadczenia są akurat nienajgorsze, z wyjątkiem właśnie pewnego spięcia wiele już lat temu na poziomie Kurii.

    OdpowiedzUsuń