środa, 10 października 2012

Gorzej już nie będzie - felieton optymistyczny

Pamiętam jak któregoś dnia jeszcze w czasach najgłębszego PRL-u w księgarniach pokazała się skromna, napisana przez Jacka Fedorowicza książeczka zatytułowana „W zasadzie tak”. Do dziś nie wiem, jak to się stało, że cenzura zgodziła się na to, by ją wydać, i jedyne wytłumaczenie jakie mi przychodzi do głowy jest takie, że sam Fedorowicz musiał być kimś od nich i sobie tę publikację zwyczajnie załatwił. Przyszło mu to zapewne o tyle łatwiej, że w książce nie było nic takiego, co można by było traktować jako bezpośredni zamach na sojusze, czy wewnętrzny porządek, a samo jej przesłanie było przedstawione w sposób tak bardzo ironiczny, że nie wydaje mi się, by ono mogło w pełni dotrzeć do wystarczająco dużej liczby czytelników.
Książka w swojej warstwie podstawowej stanowiła poradnik odnośnie tego, jak żyć w PRL-u w taki sposób, by mieć jak najmniej powodów do narzekania, a jeden z jej rozdziałów poświęcony był temu, jak rozmawiać z milicjantem. Fedorowicz swoje stanowisko wyłożył na przykładzie kierowcy, który został zatrzymany za jakieś wykroczenie, a ograniczało się ono do tego, by pod żadnym pozorem nie próbować z milicjantem wchodzić w jakikolwiek spór. Należy każdą uwagę przyjmować z pokorą, kiwać ze zrozumieniem głową i – co bardzo ważne – wciąż podkreślać, jaki to z nas bałwan i głupek. Na końcu, zgodnie z sugestią Fedorowicza, nieodmiennie należało zadać milicjantowi to jedno, kluczowe pytanie: „I co teraz ze mną będzie?” Żeby mu w ten sposób najbardziej jasno zadeklarować naszą nieskończoną podległość. Po co? Oczywiście wyłącznie w jednym celu. Żeby nie zapłacić mandatu i za zaoszczędzone w ten sposób pieniądze kupić sobie coś ładnego.
Przyznaję, że nie miałem w swoim życiu zbyt wiele okazji, by z tej porady w ogóle korzystać. Ale miałem ją w pamięci, i biorąc pod uwagę fakt, że natura systemu totalitarnego – a PRL jak najbardziej taki system stanowił – jest taka, że każdy bezpośredni kontakt z władzą może być tym pierwszym i ostatnim, wiedziałem, że lepiej uważać.
Spójrzmy na tę jedną z naprawdę nielicznych przygód, jakie mi się na tym poziomie przytrafiły. Był 1 października, piękny, ciepły, jesienny dzień, a ja właśnie, po raz kolejny dostałem się na studia i jechałem do Sosnowca, aby odebrać legitymację, indeks i takie tam. Jechałem taksówką. I tu muszę odwołać się do pewnej dygresji. Był to mianowicie czas – nie wiem, jak to się stało i jak długo trwało, ale tak akurat było – kiedy jazda taksówką z Katowic do Sosnowca była niezwykle tania. Zwłaszcza gdy pod dziś Empikiem, a wówczas Supersamem na Piotra Skargi stało pełno taksówek z sosnowiecką rejestracją, czekając aż będą mogły za jakiś marny grosz wrócić do siebie. Ponieważ czterdziestka była zwykle straszliwie przepełniona i istniało ryzyku uduszenia, wielu z nas, od czasu do czasu wsiadało do tej taksówki i wołało: „Na Bando proszę”.
Jechałem więc do Sosnowca, ubrany lekko i swobodnie, oraz – co tu akurat istotne – z bardzo króciutko przystrzyżonymi włosami. Na pierwszym skrzyżowaniu już w Sosnowcu, okazało się, że chwilę wcześniej wydarzył się jakiś wypadek. Taksówkarz zatrzymał się na światłach i w tym momencie zauważył go milicjant z drogówki, który się tam kręcił, i rozpoznał w nim swojego kumpla. Podszedł do nas, otworzył sobie drzwi i, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi, zaczął z taksówkarzem sobie gawędzić. Zwyczajnie, w stylu co tam kurwa słychać. Po pewnym czasie, kiedy mu się już znudziło stać, wlazł do środka, usiadł obok kierowcy i rozmowa – zupełnie jakby mnie tam nie było, i oczywiście przy cały czas stukającym liczniku – trwała w najlepsze. A ja siedziałem i nie odzywałem się jednym słowem. Nie wiem ile czasu minęło, może dziesięć minut, kiedy nagle milicjant odwrócił się, spojrzał mi prosto w oczy i zapytał: „Co się, kurwa, patrzysz?”
Odpowiedziałem grzecznie, że nie mam żadnych szczególnych myśli, siedzę i patrzę przez okno. I wtedy milicjant zadał mi następne pytanie: „Coś się tak, kurwa, ostrzygł?” Odpowiedziałem, cały czas grzecznie, że mam dziś początek roku akademickiego i jadę do Sosnowca odebrać legitymację i indeks. No i tak sobie rozmawialiśmy, w końcu mnie spisał, powiedział: „W ogóle mi się, kurwa, nie podobasz” i sobie poszedł. Drogo mnie ta jazda kosztowała, jak jasna cholera.
Jednak nie tak drogo, jak chłopaka pewnej koleżanki mojej żony. Miała na imię Ela, studiowała w Sosnowcu, natomiast mieszkała w Radomiu, no i w każdy piątek wieczorem wracała do tego swojego Radomia. Pociąg przyjeżdżał późno w nocy, więc z tego dworca za każdym razem odbierał ją jej ukochany. Któregoś wieczoru przyjazd się opóźniał, więc chłopak owej Eli podszedł do informacji, ale pani z okienka stała gdzieś w głębi, plotkowała z jakąś swoją koleżanką i ani w głowie jej było reagować na wołania chłopaka. W końcu, kiedy ten zaczął pukać w szybę i wołać panią informatorkę, ona podeszła do okienka, wystawiła przez na zewnątrz głowę i zawołała do przechodzących milicjantów: „Zróbcie coś, bo tu się jakiś pijany awanturuje”. No więc oni przyszli i go zabrali. Wprawdzie go nie pobili, bo się nie stawiał i się z nimi nie kłócił, ale za pijackie awantury na dworcu w Radomiu, dostał zwyczajowe kolegium. Nie pamiętam, ile to wtedy było, ale dużo. Kolegium to było nie byle co.
Opowiadam obie te historię z jednego powodu, i to wcale nie po to, by się skarżyć, jak to za komuny było strasznie. Wcale nie. Chodzi mi o coś zupełnie innego. Chcę w ten sposób pokazać, na czym polega coś co, czasem bez szczególnej troski, nazywamy totalitaryzmem. Totalitaryzm to nie jest bowiem system gdzie ludzie są wywlekani z domu pod osłoną nocy, bez świadków, z lufą przy skroni. Totalitaryzm bowiem to układ, gdzie obywatel, stając wobec takiej urzędniczki w okienku na dworcu, czy na poczcie, ma przeciwko sobie nią tylko ją, ale całe państwo, z taksówkarzem, policjantem, kelnerem, i listonoszem na dokładkę. Nawet jeśli w życiu zawodowym jest akurat którymś z nich.
I to jest właśnie powód, dla którego tak bardzo się cieszę, kiedy widzę jak wszystko wskazuje na to, że to już koniec. Że może jeszcze parę miesięcy, a może kto wie, czy nie tygodni, jak to wszystko ostatecznie walnie. I nie chodzi o to, że przede mną spokojne wieczory i poranki i noce. Ale że pojawia się bardzo dobra szansa na to, że uda się nam uniknąć powrotu do tego niezwykłego stanu, kiedy to najbardziej groźny potrafił być słoneczny jesienny dzień.

Przy okazji, proszę o wspieranie tego bloga. W każdy dostępny sposób. Dziękuję. Gdyby ktoś potrzebował numer konta, jest tuż obok

4 komentarze:

  1. Co do tanich taksówek - studiując w Kielcach przez niemal dwa lata nie wiedziałem, że w tym mieście istnieje komunikacja miejska, jeździłem wyłącznie taxi. Z tym, że często trzeba było trochę poczekać w kolejce.

    OdpowiedzUsuń
  2. @karakuli
    No i jeszcze dwie rzeczy. Zawsze trzeba było taksówkarza zapytać, czy można, i broń Boże nie trzasnąć drzwiami. Bo za jedno i drugie można było wylecieć.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Toyah
    No tak, ale w temacie zleceń nietypowych dalej rządzą. Tyle tylko, że zleceniodawcą nie zawsze był/jest klient.

    OdpowiedzUsuń
  4. @zawiślak
    Myślę że dziś jest jednak spokojniej, natomiast kiedyś klient był akurat na ostatnim miejscu.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.