sobota, 7 maja 2011

Zielony Zawisza, czyli biznes, jak Pan Bóg przykazał

Historia którą chciałbym dziś opisać, na tle tego, czym się ostatnio musimy zajmować, nie jest ani szczególnie interesująca, ani też – co przyznaję z bólem – ja sam nie mam dość kompetencji, żeby cokolwiek stwierdzać tu autorytatywnie. Mimo to czuję się zmotywowany do tego, by się sprawą zająć z dwóch powodów. Pierwszy nazywa się Artur Zawisza, a jak wiemy, wszystko co z tą akurat postacią się wiąże, bardzo nas interesuje. Drugi natomiast z nich to niejaki Michał Maciejewski, człowiek, którego w ogóle nie znam, ale który za to opowiedział mi ową historię i prosił, by nią siebie i innych w miarę możności zainteresować. Artura Zawiszę zostawię na sam koniec, natomiast teraz o Maciejewskim.
Otóż w Lublinie działała sobie swego czasu firma o nazwie Tempo, założona przez Michała Maciejewskiego i kilku jeszcze innych Maciejewskich, jako rodzinny interes. Jakie to były rodzinne powiązania, nie wiem i nie wydaje mi się, żeby to dla nas w ogóle było istotne, natomiast należy stwierdzić, że Maciejewscy mieli ambicję, dla swego dobra i dobra wspólnego, otworzyć lokalnie parę metanowych bioelektrowni. Zarejestrowali więc to Tempo, uzyskali właściwe zezwolenia, dobrą opinię środowiskową, przedstawili odpowiednie wnioski do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej o dofinansowanie, uzyskali z owego Funduszu bardzo wysoką ocenę dla swojego projektu, i wreszcie – co najważniejsze – obietnicę gwarancji finansowych. Kiedy jednak dla tak zwanego ‘domknięcia’ pozostało już tylko znalezienie inwestora, otwarte już linie kredytowe nagle się zamknęły. Mimo zagwarantowanych środków z NFOŚ nikt nie chciał już udzielić Maciejewskim ani kredytu, ani pożyczki, ani w jakikolwiek inny sposób wesprzeć ich projektu.
I wtedy u Maciejewskiego zjawił się przedstawiciel warszawskiej grupy Green Energy Europe Sp. z o.o. i, informując o swoim bardzo poważnym politycznym umocowaniu, zaoferował spółce pozyskanie inwestora dla domknięcia finansowania planowanych budów dwóch bioelektrowni. Jednocześnie jednak przedstawił warunek. Finansowanie będzie możliwe tylko w przypadku sprzedaży spółki, wraz oczywiście z gwarancjami NFOŚiGW w wysokości 20 mln zł. owemu inwestorowi i samej spółce Green Energy Europe. Ponieważ jedynym warunkiem, żeby dotacja z NFOŚiGW nie przepadła, było przedstawienie domknięcia finansowania, i ponieważ w wyznaczonym przez NFOŚiGW terminie, z niewiadomych przyczyn Maciejewskiemu nie udało się dla swojego projektu pozyskać innego inwestora poza Green Energy, zmuszony on został do skorzystania z warszawskiej propozycji, i podjął decyzję o potencjalnej sprzedaży spółki, z taką perspektywą, że uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczy na realizację innych ekologicznych projektów.
Z informacji, jakie przekazał mi Michał Maciejewski, wynika, że dalej wszystko poszło już bardzo szybko. Najpierw więc sprawy zaczęły się nagle posuwać do przodu, do tego stopnia szybko, że rozpisano już nawet przetargi na budowę owych bioelektrowni. Jednak już po kilku biznesowych spotkaniach między właścicielami Tempa, a przedstawicielami Green Energy Europe, okazało się, że tajemniczy inwestor na razie się z interesu wycofał, natomiast przedstawił taki oto plan, że najpierw całość kupią warszawiacy, a później warszawiaków spłaci ów dziwny podmiot. Kiedy po chwili wyszło dodatkowo na jaw, że Green Energy nie ma ani ochoty płacić, ani też nie ma za bardzo czym, a co gorsza, nie jest w stanie przedstawić nawet jakichkolwiek gwarancji, Maciejewski nabrał przekonania, że tak naprawdę, nie ma z kim handlować.
Niestety, było już za późno. Opierając się wyłącznie na obietnicy sprzedaży, Green Energy Europe po pierwsze bezprawnie zwołało NWZ Tempo, na którym dokonali zmian w składzie Zarządu, zawiesili Maciejewskiego z funkcji prezesa, następnie dokonali zmian w KRS, dane adresowe przenieśli do Warszawy, zabezpieczyli konta, na których znajdowało się około 4 mln zł., a nawet przejęli internetową stronę firmy. i zaczęli prowadzić już dalsze interesy, jako nowi właściciele. Jak idzie o stronę prawną całego przedsięwzięcia, wszystko również odbyło się błyskawicznie. Wedle relacji Michała Maciejewskiego, wniosek o wykreślenie dotychczasowych udziałowców, wpisanie nowych, zawieszenie prezesa, wykreślenie prokury i przeniesienie siedziby z Lublina do Warszawy otrzymał sędzia w dniu 18.11.2010r., czyli w czwartek, natomiast już 24.11.2010r., a więc w środę, referendarz wydał odpowiednie zarządzenie. W dodatku jeszcze ktoś włamał się do lubelskiej siedziby Tempa, skradł całą dokumentację, a na koniec wymienił zamki w drzwiach. Po jakimś czasie w KRS pojawił się nowy wpis, z nową nazwą – Green Energy Europe, została zastąpiona przez czyściutkie Green Energy. Tym sposobem, Michał Maciejewski w ciągu zaledwie paru tygodni stracił dosłownie wszystko.
Dziś sytuacja jest taka, że z jednej strony Green Energy podpisuje umowy, zaciąga kredyty i szykuje się do realizacji projektów zaplanowanych i rozpoczętych przez interes Maciejewskich, natomiast sam Maciejewski stara się dochodzić swoich praw przed sądem, skarżąc warszawskich biznesmenów o wrogie przejęcie. Jak to się skończy? Nie mam pojęcia. Z dotychczasowych doświadczeń wynika, że walka może być długa i bez gwarancji sukcesu. Co gorsza jednak, nie umiem nawet powiedzieć, czy informacje, jakie posiadam, i którymi się tu dzielę, są prawdziwe w całości, czy tylko częściowo, czy może w większości bzdurne i fałszywe. W końcu, jak mówię, Maciejewskiego nie znam, a i na sprawach związanych z biznesami i ich – wrogimi, czy przyjaznymi – przejęciami się nie znam. Wiem natomiast z całą pewnością, że Michał Maciejewski jest człowiekiem bardzo zdeterminowanym i zdesperowanym, żeby wygrać tę walkę. Nie tylko odnalazł moje teksty w Warszawskiej Gazecie i zgłosił się do mnie z prośbą o pomoc, nie tylko – jak mnie informuje – zwrócił się o pomoc pod wszystkimi możliwymi adresami, ale, jak wynika z otrzymanych przeze mnie dokumentów, prowadzi nieustanny bój o swoją sprawę w lubelskich sądach i w prokuraturze.
I wiem coś jeszcze. Bez względu na to, czy przygoda, która spotkała Michała Maciejewskiego jest skutkiem jego nieroztropności, naiwności, czy głupoty, czy też może tego, że postanowił wejść w interesy z ludźmi bezwzględnymi i podłymi, dla których ktoś taki jak on, to tylko byle jaka stacja na drodze do jeszcze większych pieniędzy, fakt jest oczywisty. On i jego rodzina mieli interes, a dziś go nie mają. Ktoś im ten interes zabrał i wszystko wskazuje na to, że nie zapłacił za niego ani grosza. On i jego rodzina zostali zrujnowani w taki sposób, że ktoś – jak dotychczas, najwidoczniej całkowicie zgodnie z prawem – przejął ich firmę i nie dał im za to nic. Mało tego. Przejmując majątek Maciejewskiego, przejął również nieruchomości, jakie Maciejewscy zdążyli zakupić pod budowę bioelektrowni, płacąc za nie zarówno z własnych oszczędności, jak i z zaciągniętych kredytów. A więc, doszło do czegoś, co dotychczas znaliśmy tylko z mrocznej bardzo literatury i filmu. Człowiek któregoś dnia się budzi, stwierdza, ze nie ma nic, a kiedy się pyta, co się stało, System mu odpowiada, że nie rozumie pytania, bo z jego punktu widzenia nic szczególnego się nie dzieje.
Ja oczywiście jestem pewien, że ci, którzy postanowili robić interesy na biznesie Maciejewskich mają bardzo dużo na swoje usprawiedliwienie. Nie wykluczam nawet, że jakimś niezrozumiałym dla mnie i budzącym moje oburzenie, lecz całkowicie legalnym ruchem, doszło do przejęcia, jakich w dzisiejszych czasach są setki, jeśli nie tysiące. Jednak to co mnie tu interesuje to nie obyczaj, ale fakt. Maciejewscy mieli biznes i mieli majątek, a dziś go nie mają, bo dali go sobie odebrać. I im ten majątek i ten biznes odebrała nie powódź, nie wiatr, nie ogień, ale ktoś bardzo konkretny.
I ja się z tym czuję fatalnie, kiedy nagle dochodzi do tego, że ten film staje się tak realny, że ów człowiek zgłasza się do mnie – zwykłego, biednego blogera, bez wpływów, bez pieniędzy i z bardzo niepewną przyszłością – i prosi o pomoc, a prosząc o nią wpada w taki ton: „Oczywiście dysponuję pełną dokumentacją i chętnie ją udostępnię, bo należy zrzucić maskę pana Zawiszy, który posługując się patetycznymi sloganami, chowając za parawanem patriotyzmu i katolicyzmu, w rzeczywistości bez żadnych skrupułów, posługując się antydatowanymi, sfałszowanymi dokumentami odebrał mi i mojej rodzinie majątek”.
I w ten sposób oto doszliśmy do najważniejszej tu kwestii, czyli do samego Zawiszy. Bo tak, to właśnie on – jak twierdzi Maciejewski – sam Artur Zawisza przyszedł do niego na samym początku i zaproponował ten deal. Jako ówczesny dyrektor Green Energy Europe, a dziś udziałowiec Green Europe. Bo niewykluczone, że to właśnie przez to, że miał do czynienia z Arturem Zawiszą – a więc człowiekiem, z którego postawą polityczną się utożsamiał, polskim patriotą i konserwatystą – postanowił Maciejewski w ten deal wejść. Bo uznał, że kto jak kto, ale Artur Zawisza i jego koledzy go nie oszukają. Bo wreszcie, opisana sytuacja dawałaby nam odpowiedź na niekiedy nurtujące nas pytanie, o jakiej to „wielopłaszczyznowej działalności biznesowej” mówił Zawisza, po tym, jak postanowił się pożegnać z polityką, ale jeszcze zanim z ta polityką zaczął się na nowo witać. Owa sytuacja daje nam też być może odpowiedź na pytanie, co to się takiego stało, że Artur Zawisza, ni stąd ni z owąd, postanowił zostać blogerem, i do czego to blogowanie ma go prowadzić.
No i jeszcze coś. Możemy się spróbować zastanawiać, o co Zawiszy chodziło, kiedy w swoim wpisie na Nowym Ekranie, pisał tak: „Mamy dżunglę prawną, w której giną nawet najsilniejsi i najwytrwalsi. Co robić, będąc przedsiębiorcą, który ryzykuje własny majątek, dobrą reputację i los rodziny? Innymi słowy: obywatel chce zbudować garaż obok domu? Otwiera zakładkę: Jak doprowadzić do budowy garażu?, gdzie znajduje wyciąg z przepisów administracyjnych, budowlanych, środowiskowych i Bóg wie jakich pokazujących właściwą drogę krok po krok, kazus po kazusie, pułapka po pułapce. Przedsiębiorca chce zbudować biogazownię? To samo. Rodzic chce zmienić dziecku szkołę? To samo. Firma chce przyjąć do pracy niepełnosprawnego? To samo. Obywatel chce ubezpieczyć samochód kupiony w kredycie? To samo. Tenże sam obywatel chce sprzedać ów już ubezpieczony, a kupiony w kredycie samochód? To samo. Świadek wzywany jest na policję w celu przesłuchania? To samo”.
Maciejewski w liście do mnie twierdzi, że ta „bioelektrownia” i „przesłuchanie przez policję” sugerować może, że Zawisza szykuje się na jakąś pyskówkę, kiedy to niezawisły sąd jednak uzna oczywistość tego przekrętu i Zawiszę odpowiednio pogoni. A to by świadczyło o Zawiszy nie najgorzej. Że on akurat świetnie wie, że blogi to siła i przyszłość. Zobaczymy.

Powyższy artykuł – podobnie jak stanowisko samego Zawiszy – jest obecnie również do czytania w najnowszym numerze Warszawskiej Gazety.

SUPLEMENT

Stało się tak, że dla uniknięcia zarzutów o brak staranności, redakcja Warszawskiej Gazety przed publikacją powyższego tekstu, jeszcze parę tygodni temu, najpierw sprawę zbadała, następnie zwróciła się do Artura Zawiszy o przedstawienie swojego stanowiska, i dopiero wtedy zdecydowała się tekst opublikować. Artur Zawisza wyjaśnień udzielił w formie wywiadu, który z kolei – jak można wnioskować z tego co zostało opublikowane w Warszawskiej Gazecie – został przeprowadzony w suchej formie pytań i odpowiedzi. A z nich wynika, co następuje:
1. Artur Zawisza jest człowiekiem uczciwym, i wszelkie prowadzone przez niego działania biznesowe są również uczciwe;
2. Pan Maciejewski jest osobą niepoważną, i wszelkie jego problemy są wyłącznie jego problemami;
3. Pan Maciejewski to znany w lubelskich sądach „pieniacz”. Patrz punkt drugi.

Wprawdzie w samym wywiadzie tego już akurat nie ma, natomiast we wpisie na swoim blogu – który bardzo serdecznie polecam – Artur Zawisza powyższe wyjaśnienia uzupełnia następującą deklaracją:
Tymczasem papista każe zarabiać ("Bóg, pieniądze i ojczyzna - trafne hasło, każdy przyzna") i rozdawać od serca, gdy wyżywimy rodzinę."
I tym optymistycznym akcentem, kończę powyższe rozważania, a wszystkich, którzy moją pracę uznają za tego wartą, i już rodzinę wyżywili, proszę o łaskawe wpłaty na podany obok numer konta. Artura Zawiszę z tego towarzystwa pozwolę sobie wyłączyć, przynajmniej do czasu, jak zainteresuje się losami rodziny swojego biznesowego partnera. Albo nie. Wyłączę go w ogóle.

32 komentarze:

  1. Toyah,
    po prostu jak obuchem w głowę! Czy już naprawdę nie ma nic świętego?
    Jeżeli tacy ludzi z Bogiem, Honorem i Ojczyzną na ustach tak działają, to na każdego trzeba patrzeć, jak na łobuza.
    Ja jednak Toyahu, ulegam etykietom. Jesli z prawicy, to honorny. Jeśli chodzi do koscioła, to przyzwoity.
    Jeśli ten jegomość Boga się nie boi, to chociaż dbałby o opinię. Świat jest mały i przekręciarze szybko wypływają na wierzch. Ale w dzisiejszych czasach, to nie jest przekręt, tylko "wrogie przejęcie".
    Czyli nie ma żadnych wartości. Wszystko wolno!
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  2. @Molier
    No to wychodziłoby, ze za najprzyzwoitszych masz Wałęsę i Komorowskiego?

    OdpowiedzUsuń
  3. @molier
    Właśnie dlatego tak łatwo nami kręcą.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Marylka
    No i przede wszystkim Stefana Niesiołowskiego. Czyż nie?

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzięki za info.

    Ps. Nie zdziwiłabym się, gdyby jeszcze dzisiaj grzecznie poprosił swoich chłopców-pracowników od trudniejszych zadań, żeby wysłali Ci parę ostrzegawczych sygnałów. Myślę, że wszyscy umocowani złodzieje tak robią. Oczywiście w imię Boga i Pieniędzy (na jedno chyba wychodzi).

    Trzymaj się. Znakomita robota.

    OdpowiedzUsuń
  6. @latinitas
    A co ja mam do tego? Maciejewski mnie prosił, żebym o tym napisał, to napisałem. A czy ja wiem, kto ma rację? Przecież nie.
    No dobra. Zgadzam się. Zawiszy nie lubię. To jest fakt. Ale daję słowo, że zupełnie za inne rzeczy, niż jego biznesy.

    OdpowiedzUsuń
  7. @toyah
    No muszę powiedzieć (napisać) że jestem pod wrażeniem. W sumie to dobra wiadomość (pomijam "nieprzyjemności" jakie spotkały pana Maciejewskiego) - to znaczy, że pan Zawisza przestał rzeczywiście myśleć o powrocie do polityki. Zła to taka, że działania takie określić można jedynie jednym słowem - mafia.
    W tym kontekście dosyć ciekawie można odczytać wczorajszy wpis pana Zawiszy "Gminny socjalizm w śmieciach"...

    OdpowiedzUsuń
  8. @Toyah
    O, to to. On pewnie od Stołu Pańskiego odchodzi tylko gdy trzeba rzucić się na szkło.

    OdpowiedzUsuń
  9. @Marylka
    wypadałoby mi jednak trochę wydorośleć! Musze jednak zdecydowanie odejść od tych kredytów zaufania zupełnie za bezdurno!

    Jednak ludzie potrafią się nieźle maskować. Niewykluczone, ze i ja tak mam.
    Każdy chciałby być jednak lepszy niż jest. Chociaż z drugiej strony, czy to tak trudno nabierać naiwnych na kasę? I mieć przy tym dobre mniemanie o sobie?
    Przecież to tylko "wrogie przejęcie".

    OdpowiedzUsuń
  10. Artykuł toyaha z WG jest jak skecz Monty Pythona. Obszerny, nawet rozwlekły a jednocześnie niezwykle skondensowany. To bardzo ważny wpis i w pewnym sensie porażający, ale nie wiem co mam pod nim napisać. No, nie wiem. Ani jako prawnik, ani jako obywatel, ani nie wiem co.

    Wczoraj na spotkaniu z p. Janem Pospieszalskim padły słowa, nawet nie zarzut, lecz pewien żal, że Jarosław Kaczyński jest człowiekiem nieufnym w sprawach personalnych. A jaki ma , u kurwy nędzy być, chciało by się na rogach ulic i na dachach kamienic krzyczeć. No a jaki ma być, otoczony przez Arturów Zawiszów, Marianów Piłków, Marków Jurków, nie wspominając o Kaczmarkach wszelkiego sortu, no jaki? Jeden nasz żyd, czyli Ludwik Dorn, wiosny przecież nie uczyni.

    W sumie zatem uznaję, że toyah robi to za mnie na tych rogach ulic i dachach kamienic.

    Pozostaje znana skądinąd kwestia smaku. Dodam zatem od siebie takie coś: słowo p. Artura Zawiszy na NowymEkranie na Wielką Sobotę. http://zavissiusniger.nowyekran.pl/post/11799,wielka-sobota

    Incipit jego tekstu to jedno zdanie i jeden tego zdania tzw. równoważnik. Razem dziesięć słów, w tym sześć z wielkiej litery.
    Rozumiecie, tylko dwie z tych sześciu uzasadnia początek zdania. Reszta to Wielkie Sprawy.

    Tylko ten Maciejewski to taki malutki "pieniacz".

    OdpowiedzUsuń
  11. @don esteban
    Ja do tych jego tekstów nie mam siły. One brzmią w całości, jak parodia. Jakaś czarna kpina. Nie mam słów.

    OdpowiedzUsuń
  12. @Molier
    Tak całkiem i od zaraz to może nie doroślej, dobrze? Ale jak już chcesz dawać komuś kredyt zaufania, to nie za Boga, honor i Ojczyznę przyklejone do ust. To raczej sygnał ostrzegawczy.

    OdpowiedzUsuń
  13. @Toyah
    Jak to dobrze, że o tym napisałeś.

    OdpowiedzUsuń
  14. @Marylka
    Też myślę że to dobrze. Dobrze też Cię tu mieć.

    OdpowiedzUsuń
  15. Będzie już chyba dwadzieścia lat temu, gdy pomyślałem sobie, wykazując się przy tym głupotą i skrajną naiwnością, że zajmę się tzw. biznesem.
    I było dokładnie tak, jak tutaj właśnie dokładnie nam Toyah opisał.
    Więc śmiem sądzić, że takie gangsterskie metody, to reguła w Polsce uprawiania tzw. biznesu.
    I pan Zawisza może nawet nie zdawać sobie sprawy, że czyni źle. Że w bandycki sposób kradnie dorobek człowieka i jego rodziny.
    On tylko postępuje według zasad działania całego polskiego tzw. biznesu.
    A może nawet nie tylko polskiego, bo o moim obecnym, norweskim właścicielu floty mówi się dokladnie to samo co Toyah opisał.

    I bardzo szybko, też prawie dwadzieścia lat temu uznałem, że od tzw. biznesu będę się trzymał jak najdalej.
    Pan Maciejewski niestety, nie zdołał się tego nauczyć.

    OdpowiedzUsuń
  16. @Toyah
    A gdzie się podziała Yo?

    OdpowiedzUsuń
  17. Dobrze byłoby, aby ten tekst przeczytał ŁŁ.Nowa inicjatywa ,chociaż potrzebna,właśnie teraz jest narażona na "takie numery".

    OdpowiedzUsuń
  18. @Marylka
    Nie mam pojęcia. Ale mam nadzieję, że sobie wszystko czyta. W przerwie między użeraniem się z dziećmi.

    OdpowiedzUsuń
  19. @kryska
    Przeczytał. I go usunął.

    OdpowiedzUsuń
  20. @toyah
    troszkę mnie poniosło - zrobiłem reprint Twojego wpisu wraz z komentarzami

    OdpowiedzUsuń
  21. @Toyah
    Widzę, że wielkie poruszenie jest na NE z powodu zniknięcia tekstu z SG.
    A czytałeś linki od Antonia Vivaldi?

    OdpowiedzUsuń
  22. @Marylka
    Nie czytałem. Ja tę sprawę znam na pamięć. W końcu historia powyższego tekstu zaczęła się już niemal miesiąc temu.

    OdpowiedzUsuń
  23. @all

    Zawisza napisał wyjaśnienie na nE
    http://zavissiusniger.nowyekran.pl/post/13698,na-spokojnie-gdy-wokol-niepokoj

    OdpowiedzUsuń
  24. molier
    "firma pozyskująca sprawnie dotacje" to BCG w Al. Ujazdowskich w Warszawie. Zawisza czuje się tam jak u siebie w domu, albo i lepiej - jest w doskonałych stosunkach z szefową firmy. Zacytowane zdanie jest prawdziwe tylko wtedy, kiedy firma ubiegająca się o dotacje, jest z układu.

    OdpowiedzUsuń
  25. @Molier
    Raczej zaciemnienie. I słusznie mu się dostało od komentatorów.

    OdpowiedzUsuń
  26. Dla mnie opis całej sytuacji jest zbyt pobieżny. To mogę zrozumieć u toyaha, bo wyraźnie zastrzega, że przekazuje cudzą opowieść.

    Natomiast ta niby-odpowiedż Zawiszy na Nowym Ekranie (linki wyżej) jest już relacją z pierwszej ręki, tj. od uczestnika zdarzeń. Co więcej, w odróżnieniu od toyaha, Zawisza stara się wywołać wrażenie także fachowości relacji. Dlatego jego odpowiedź jest nie pobieżna, lecz po prostu mętna.

    To upoważnia z kolei i mnie samego do rozpusczenia wyobraźni, jak to-to mogło rzeczywiście wyglądać.

    Kluczem do oceny opisanych zdarzeń "z życia korporacji" jest ustalenie o jaki podmiot chodzi. Wydaje się, że owa firma Tempo była spółką z o.o. Tak wynika z podawanego mimochodem nazewnictwa jej organów, czynności korporacyjnych, itd.

    Wydaje się też, że przedmiotem owej "kontrowersyjnej" sprzedaży były udziały w tej spółce, zatem transakcja odbywająca się na zewnątrz spółki.

    Dalej wydaje się, że to, co Zawisza nazywa "ofertą", akurat z ofertowym trybem zawierania umów mogło nic wspólnego nie mieć.

    Przypuszczalnie "zawiszacy" w ramach jakiegoś zabezpieczenia ich interesu dostali jednostronnie podpisaną umowę sprzedaży tych udziałów; coś na podobieństwo i w funkcji zastawu, że pod określonym warunkiem, w razie czego, sami też podpiszą dopełniając drugostronne zawarcie umowy sprzedaży.

    Możliwe jednak, że dla ominięcia prawa, zwłaszcza przepisów o warunku, ubrano to-to w formalną szatę kodeksowej "oferty". Przy merytorycznym poziomie obecnych sędziów, taki manewr może wystarczać.

    No więc, jak zapodaje Zawisza, w końcu wzięli i zrealizowali tę sprzedaż. Może nawet i słusznie "ukarali oszusta". Rzecz w tym, że potem też się nic nie zgadza.

    Otóż samo nabycie udziałów jeszcze nie czyni wspólnikiem z o.o. w sensie potrzebnym dla spowodowania ujawnienia posiadania udziałów w KRS. Przejście udziałów (tj. rozpoznanie wspólnika) jest skuteczne wobec spółki od zawiadomienia jej o przejściu z dołączeniem "dowodu przejścia".
    W danej sytuacji należało to dokonać jeszcze wobec starego zarządu spółki.

    Rozumie się, że "dowód przejścia" podlega kontroli jego zgodności prawnej (niezgodny nie jest dowodem przejścia). Inaczej zarząd musiałby wpisywać zmiany w księdze wspólników na podstawie byle czego. Nic jednak nie wiemy, czy zarząd (stary) zakwestionował przejście udziałów.

    Czy ktoś jest wspólnikiem, czy tylko mu się wydaje, że jest, to zwoływanie zgromadzeń wspólników należy do zarządu, a nie do wspólników. Tutaj wygląda na to, że zgromadzenie odbyło się wbrew woli starego zarządu, a nic nie wiadomo, aby nabywającego wspólnika do takiego zwołania upoważnił sąd.

    Z opisu wynika, że wspólnika nabywcę do KRS wpisał już nowy zarząd (i siebie też wpisał). Z tego zaś wszystkiego wynika zasadnicza, a dotąd nie wyjaśniona tu kwestia, na jakiej podstawie sąd (tj. KRS) przyjął ustalenie legalności owego zgromadzenia wspólników, że mianowicie, zebrali się wspólnicy, a nie kto inny?

    Chodzi o to, że KRS nie jest władny rozstrzygać, kto wspólnikiem jest, a kto nie jest. Wpisy w KRS stanu posiadania udziałów mają tylko znaczenie deklaratoryjne i sam KRS jest nimi związany. W tym przypadku był związany wpisem wspólników pochodzącym od zgłoszenia jeszcze przez stary zarząd.

    Jeśli więc stary zarząd nie wpisał przejścia udziałów do księgi wspólników i nie zgłosił zmiany do KRS, to właściwie na jakiej podstawie sąd ustalił, że wspólnikiem jest osoba odbywająca zgromadzenie, lecz inna, niż dotąd wpisana do KRS?
    Konsekwentnie, czy doszło do zmiany zarządu przez uprawnione osoby, itd.

    Czy to oznacza, że także ja mogę się podać za wspólnika jakiejś spółki, wybrać nowy zarząd i - z pomocą referendarza sądowego - wylądujemy w KRS na podstawie jakichś kwitów na węgiel?
    Chodzi mi o to, że albo nawalił tu stary zarząd spółki, albo sąd. Tę wiedzę Zawisza pięknie zamaskował. Tym samym uniemożliwił czytelnikowi zajęcie stanowiska. Fachowiec!

    OdpowiedzUsuń
  27. @orjan
    Szkoda, że się na tym nie znam, bo pewnie byśmy sobie pogadali. Natomiast jedną rzecz wiemy na pewno. Zawisza jest wyjątkowy. Wyjątkowy w stopniu niespotykanym.

    OdpowiedzUsuń
  28. @toyah

    Na "tym" ja też się nie znam. Wiem, jak powinno być i czasem (jak tutaj) dowiaduję się jak naprawdę jest.

    Ja sam w podobnych zdarzeniach nie uczestniczę. Odnoszę jednak wrażenie, że w ramach wolnego rynku ukształtowała się pewna szczególna grupa wyzyskiwaczy.

    Ci żerują na zaufaniu kontraktowym. Trzeba zaś wiedzieć, że wolny rynek bez podstawowego zaufania transakcyjnego istnieć nie może. Bandycki i owszem, bo on zaufanie inaczej zapewnia, choć tylko "uprawnionym".

    Źródłem sukcesu wyzyskiwaczy nie jest szczególna przemyślność, lecz tępy spryt bazujący na wadach systemu prawnego.

    Od strony materialnej, filozof prawa mógłby wskazać palcem, że w zasadzie ustawy nie zawierają ochrony przeciętnych ludzi przed wyzyskiem, podobnie jak przed nieuczciwością dowolnego rodzaju. To daje poczucie bezkarności i zachętę kombinacyjną a nawet bezczelność wyzyskiwaczy w żądaniu ochrony prawnej dla nich samych i ich wyzysku (Kupiec Wenecki się kłania).

    BTW, między innymi, z całkiem podobnego powodu, najwyższy tu czas na solenne zapewnienie, że ja tutaj wcale nie o żadnym Zawiszy, a tylko tak sobie ogólne bzdury plotę.

    Wracając do bzdur, w obecnym systemie prawnym zbiega się coraz większy prymitywizm i degeneracja osobowa z odstąpieniem od celu wymiaru sprawiedliwości na rzecz uprawiania "prawa". Z tym, że co jest prawem, a co lewem, swobodnie decydują ci "osobowi".

    Ostatnio nawet nie można mieć zaufania do ich kwalifikacji. Dla przykładu, tak istotne dla pewności majątkowej sprawy jak rejestry handlowe, czy księgi hipoteczne prowadzą nie sędziowie, lecz referendarze.
    Jak by nie patrzeć, coś gorszego, bo musi być różnica, że ktoś jest sędzią, a inny zaledwie referendarzem, czyli sądzącym "jesiotrem drugiej świeżości" (Bułhakow).

    To, plus postępujące reformy postępacko postępiające sprawiedliwość, a spychające prawo z podstaw cywilizacji łacińskiej na podstawy, powiedzmy, bliskowschodnie, otwiera zaprawdę wiele nowych możliwości.
    Tworzy ze świata uczciwych ludzi formalną i praktyczną wartość potencjalnej padliny. To co się dziwić obecności sępów?

    OdpowiedzUsuń
  29. @orjan
    Już Cie prosiłem pod nową notką o kontakt mailowy. A więc tu tylko robię to raz jeszcze.

    OdpowiedzUsuń
  30. @orjan
    Mnie w tej sprawie od początku uderzyło to zniknięcie wszystkich zainteresowanych i odmowy kredytów przez banki. Bo od takiego przygotowania gruntu zaczynały się wszystkie wielkie przekręty, jakie znamy z relacji prasowych.

    OdpowiedzUsuń
  31. @Marylka

    No właśnie, już był w ogródku, już witał się z gąską ...

    W środowiskach nadwodnych to się nazywa "zanęcanie". Wędkarze twierdzą, że najgłupsza ryba to okoń, bo podniecony tłokiem we własnej ławicy rzuca się na byle co i zdziwiony nawet niespecjalnie walczy.

    Od iluś tam lat banki swobodnie korzystają z danych o kliencie zgromadzonym w dowolnym innym banku. Kiedyś dawno było to zakazane tajemnicą bankową, lecz teraz jest postęp.

    W bankach pracuje byle kto, a treścią ich pracy jest sprzedawanie pieniądza jako towaru, niczym się nie różniącego od kartofli, czy (pardonnez moi) od gaci.

    Prawdopodobnie, pierwsze co robi taki "bankier" zanim da kredyt, to sprawdza w innych bankach, czy ktoś odmówił. Wychodzi z tego odmowa stadna. Można ją eo modo wypromować.

    Tak to sobie teoretycznie wyobrażam, bo w oficjalu? A skądże, jak bum, cyk, cyk, nigdy w życiu ... my, matrosy, nikagda nie praklinajem, kak u nas najdiotsia takoj, tak my jewo za chuj i za burtu

    Identycznie jak w mediach.

    (Oficjal - rodzaj kreacji realu)

    OdpowiedzUsuń
  32. Swego czasu Artur Zawisza, ambitny wówczas działacz ZChN zażądał wykluczenia z szeregów ZChN w Lublinie koleżanki partyjnej gdyż nie poddała krytyce działalności swego męża.
    Pawka Morozow całą gębą.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.