sobota, 14 maja 2011

Coryllus: Mistrz i jego uczniowie

Być może, części stałych czytelników tego bloga, wyda się to niepotrzebne, lub wręcz podejrzane, jednak dziś będziemy tu czytać kolejny tekst Coryllusa. Oryginalnie miał być tekst tylko jeden, dzisiejszy, tyle że przez jakieś – przynajmniej przypominające cenzurę – działania administracji Nowego Ekranu, musiałem się wykazać obywatelską czujnością i stąd tekst poprzedni. A więc, ten dziwny układ zamykający miniony tydzień jest w dużym stopniu kwestią przypadku i wyjątku. Zapewniam że już jutro wrócimy na utartą ścieżkę.
A poniższy tekst znaleźć się tu musi. Dlaczego? Otóż, kilka ostatnich, zamieszczonych na tym blogu notek, poświęconych było – bardzo ogólnie rzecz ujmując – sytuacji na naszej scenie politycznej, ze szczególnym uwzględnieniem czterech partii, które obecnie tworzą polski parlament, a więc PO, PiS, SLD i PSL. Ale także prognozom, jakie mogą chodzić po głowie, w związku z nadchodzącymi wyborami. W ostatnich dniach, przy okazji przejścia Bartosza Arłukowicza do Platformy Obywatelskiej, a także w związku z jednoznacznymi już deklaracjami polityków PO i samego Donalda Tuska, wskazującymi na to, że ci szczególnie państwo postanowili pod swoje skrzydła przygarnąć wszystkich, którzy się zgłoszą, niezależnie od politycznych barw i wyznawanych światopoglądów, wydaje się, że wreszcie i ostatecznie rozpoczęto oficjalne domykanie czegoś co się powszechnie nazywa Antykaczystowskim Blokiem Porozumienia Dla Polski. W rezultacie tego wydarzenia, jest już niemal pewne, że będziemy mieli scenę podzieloną na dwa ugrupowania, a mianowicie PiS i Blok.W tej sytuacji, ktoś może postawić pytanie, co z ewentualnym blokiem po naszej stronie? Co z tymi wszystkimi zainteresowanymi, którzy sami jakoś się nie potrafili w tej kotłowaninie odnaleźć, a może bardzo by chcieli też coś w tę walkę wnieść Też pokazać, że Polskę kochają, o Polskę dbają i Polsce chcą służyć. Czy – biorąc pod uwagę, że przed nami jeszcze parę miesięcy – oni mogą liczyć, że wzorem premiera Tuska i Jaroslaw Kaczyński otworzy swe, jak wiemy, wielkie serce na ich wołania? Powiem szczerze, że nie wiem, jak to z nimi będzie. Wiem tylko, że wielu z nich bardzo by chciało. Ale czy Prezes też zechce utworzyć nasz, prawicowy i patriotyczny blok, czy uzna, że to co obecnie funkcjonuje pod nazwą Prawo i Sprawiedliwość, nam wystarczy? Czy może w dniu wyborów zmierzą się dwa bloki – Blok dla Polski i Blok dla Rosji? Otóż, jak o to idzie, nie mam bladego pojęcia. Natomiast mam nadzieję, że nie. Że wszyscy ci, co dotychczas się tylko kręcili po okolicy i najwyżej od czasu do czasu coś tam sobie popyskowali, albo na Tuska, albo na Napieralskiego, albo oczywiście na Kaczyńskiego, zostaną tam gdzie byli. Ewentualnie przejdą do bloku ruskiego. Tam ich z całą pewnością chętnie przyjmą. A my zostaniemy też tu, gdzie jesteśmy.Dla szerszego naświetlenia teoretycznych podstaw wyżej przedstawionej refleksji, pozwolę sobie, jak już zaznaczyłem we wstępie, skorzystać z tekstu naszego kolegi Coryllusa. Zapewniam jednak, że każde słowo, które on tam przekazuje, mogłoby być słowem wyjętym z moich też ust. Gdybym tylko tak potrafił.
Mając w pamięci kilka niewesołych doświadczeń własnych nieufnie bardzo podchodzę do relacji mistrz – uczeń. Bywa ona przedstawiana jako najdoskonalszy sposób przekazywania wiedzy i doświadczenia, jako creme de la creme pedagogiki, dostępny zresztą nielicznym tylko. Tym mianowicie, którzy dzięki swym zdolnościom w otocznie mistrza zostali dopuszczeni. Mistrzowie mają zwykle kilku uczniów i im przekazują swą wiedzę w czasie spotkań tajemnych, odbywanych w ustronnych miejscach, tak by nie dosięgły ich oczy profanów.
Konstrukcja ta jest jednym z największych i najpoważniejszych zakłamań funkcjonujących w naszej świadomości, jest to wręcz paraliżująca trucizna, która wcale niczego nie ułatwia, nie poprawia i nie przekonuje do niczego. Relacja – mistrz uczeń lub mistrz uczniowie to kłamstwo. Człowiek bowiem jest wobec otaczających go problemów i spraw samotny i tylko przez tą samotność może się czegoś naprawdę dowiedzieć. Jakieś podejrzane relacje z mistrzami czy nie daj Panie Boże z uczniami, to tylko jedno z doświadczeń, które czasem coś przybliży, ale częściej zafałszuje i zniszczy. Być może napiszę kiedyś o tym osobny tekst, ale dziś nie, dziś będzie o czym innym.
Niniejszy tekst będzie poniekąd kontynuacją wpisu wczorajszego, w którym padło nazwisko Tomasza Wołka. Nicpotem w jednym z komentarzy przywołał nazwisko jednego z najważniejszych w powojennej Polsce mentorów, wychowujących młode pokolenie intelektualistów – Henryka Krzeczkowskiego. Jeśli ktoś będzie chciał sięgnąć do komentarzy Nicpotem pod wczorajszym wpisem zachęcam. Ja nie będę ich cytował, bo chciałbym żeby pomiędzy nimi a tym co tu napiszę powstał pewien szczególny rodzaj napięcia. Zobaczymy czy to się uda.
Miałem kiedyś w ręku książkę z tekstami Henryka Krzeczkowskiego pod tytułem „Proste prawdy”, niestety kiedy przycisnęła mnie bieda musiałem ją sprzedać. Książka ta była gruba i zawierała felietony oraz różne inne opera minora pana Krzeczkowskiego. Zapamiętałem z niej tylko tyle, że często jeździł do Krakowa, żeby spotykać się ze środowiskiem literacko artystycznym, miał też podobno w Krakowie jakąś przyjaciółkę. Według pomieszczonych w tej księdze słów Tomasza Wołka był Krzeczkowski kimś w rodzaju Platona doby PRL-u, który próbował ocalić dla potomności to co najważniejsze, przekazując to, owe proste prawdy, swoim uczniom. Wśród nich zaś znajdowali się ludzie o nazwiskach bardzo znanych w latach dziewięćdziesiątych, a i dziś łatwych do przypomnienia. Byli tam więc: Tomasz Wołek, Kazimierz Michał Ujazdowski, Aleksander Hall, Wiesław Walendziak, Jacek Bartyzel i ponoć także Marek Jurek.
Żeby dowiedzieć się czegoś bliższego o Krzeczkowskim wpisałem jego nazwisko w Wikipedię. Cóż się okazało; oto Henryk Krzeczkowski urodził się w Stanisławowie, po zajęciu Polski przez Niemców i Rosjan został wywieziony na wschód, potem wstąpił do armii Berlinga. Znalazł się od razu w wywiadzie, albowiem znał biegle kilka języków. Wrócił do Polski i służył wojskowo do roku 1950. W roku tym – dostrzegając – jak podaje Wikipedia – postępującą sowietyzację Polski – sprowokował własne usunięcie z wojska i zajął się jedynie pracą literacką i tłumaczeniami.
Tutaj chciałbym się zatrzymać na chwilę – jakiż odważny musiał być Henryk Krzeczkowski, że widząc tę sowietyzację zrobił coś – nie wiemy co – przez co wyrzucili go z wojska. Rozumiem, że bez prawa do emerytury i różnych uposażeń, rozumiem że mieszkanie wojskowe w Warszawie także musiał oddać... To akurat chyba nie bo w latach dziewięćdziesiątych nakręcono o nim film pod tytułem „Wróżbita z ulicy Czackiego”. Mieszkanie więc zachował i to w nie byle jakim miejscu, przy Łazienkach. No, ale wojskowa emerytura i przywileje. To musiało być trudne dla człowieka, który przywykł do pewnej swobody. A tutaj – po rzuceniu wojska – trzeba było się utrzymywać z tłumaczeń, z książek wydawanych w „Znaku” i artykułów w „Tygodniku Powszechnym”. No i jeszcze ci uczniowie, przychodzili do domu, zapewne nie mieli ze sobą termosów z herbatą, trzeba było ich częstować. Młodzi ludzie już tacy są, że nie pamiętają o ważnych drobiazgach.
W kilku miejscach nazwany jest Krzeczkowski „wychowawcą polskiej prawicy” człowiekiem, który myśl narodową wprowadził znów do debaty i uczynił z niej przedmiot sporów i poważnych refleksji. Napisał Henryk Krzeczkowski trzy książki – musiały mieć, kurcze, wielkie nakłady, jeśli się z tego pisania rzeczywiście utrzymywał – tylko trzy. Oto ich tytuły: „Po namyśle”, „O miejsce dla roztropności”, „Polskie zmartwienia”. Tę ostatnią wydał pod pseudonimem Mikołaj Sawulak, a przedostatnią pod pseudonimem XYZ. Wszystko to można znaleźć w Wikipedii, nic nie zmyślam. Tak tam jest napisane.
Ach! Byłbym zapomniał, siedem lat po odejściu z armii zajmował się wraz z innymi wybitnymi intelektualistami pracą nad miesięcznikiem „Europa”. Nagrodzono go nagrodą polskiego PEN Clubu za wybitne przekłady.
Reżyserem filmu o Henryku Krzeczkowskim jest Mateusz Dzieduszycki, a recenzję książki „Proste prawdy” do której dotarłem napisał Artur Wołek. Nie wiem czy prócz pana Artura jacyś inni synowie uczniów Henryka Krzeczkowskiego przywracają pamięć o tym niezwykłym człowieku, ale możliwe, że tak.
Henryk Krzeczkowski zmarł w 1985, pochowano go w Tyńcu. Właściwie to dziwne, że w Tyńcu, a nie na Skałce. No, ale może takie było życzenie zmarłego.
Kiedy przeczytałem powyższe informacje w Wikipedii, i w ogóle kiedy czytam o takich, jakże poważnych przecież sprawach. Przypomina mi się mój tata. Przeszedł on drogę dokładnie odwrotną niż pan Krzeczkowski, a i intelektem oraz wyrobieniem towarzyskim nie dorównywał panu Henrykowi. Zdarzyło się kiedyś, że stojąc na podwórku przed domem w roku pańskim 1946, kiedy Henryk Krzeczkowski służył w wywiadzie armii, zauważył tata mój biegnącego w jego stronę człowieka. Był to niejaki Kajtek, jego kolega z oddziału. Kajtek był ranny a za nim biegli żołnierze pokrzykując coś i strzelając, już to w Kajtka, już to w powietrze. Tata mój miał wtedy osiemnaście lat. Porwał tego Kajtka na plecy i biegnąc przez opłotki próbował dostać się do miejscowości Patok, położonej kilka kilometrów dalej. Żołnierze ci, których tata zawsze nazywał resortem, biegli za nimi i cały czas strzelali. Pisałem już o tym, ale to ważne by ten tekst był spointowany właśnie w ten sposób, wybaczcie, że się powtarzam. Dopiero gdzieś przy patockim lesie, kiedy ojciec był już cały mokry od potu i krwi omdlałego Kajtka odezwały się rkm-y. Resort przywarł do ziemi i już się z niej nie podniósł. Później, w czasie jakiejś wiejskiej biesiady, kiedy mężczyźni wymyślają przyśpiewki na znane melodie, żeby dodać sobie animuszu i przypomnieć różne ciekawe epizody z przeszłości, ktoś wstał od stołu i na melodię znanej kolędy „Pasterze mili” zaśpiewał: pasterze mili, coście widzieli? Widzieliśmy mundroloka, jak uciekoł do Patoka z Kajtkiem pod rękę.
Tym „mundrolokiem” był mój tata, tak go przezywali, lubił bowiem dominować i narzucać otoczeniu swoją wolę. Nie był łatwym człowiekiem. Nie znał języków. Z trudem skończył technikum dla pracujących. Nie bardzo mu to jednak pomogło, pracował jako robotnik kolejowy i zarabiał bardzo mało, żebypodnieśli mu uposażenie musiał się w końcu zapisać do partii. Było to w roku 1967, miał wówczas troje dzieci na utrzymaniu i był już wdowcem. Właśnie, przeszukując domowe papiery, znalazłem jego czerwoną legitymację. W tym samym roku Henryk Krzeczkowski przetłumaczył 14 tom dzieł Marksa i Engelsa, nie pracował już w wojsku od dawna, nie wydawał także miesięcznika Europa. Żył tylko z tych tłumaczeń. Informacje o tym możemy znaleźć w Wikipedii.

13 komentarzy:

  1. Toyahu!

    Coryllus jeszcze kiedyś napisał też tekst o tym jak to się co poniektórzy podniecają swoim niebywale inteligenckim pochodzeniem i co to tak naprawdę jest warte. Było to jeszcze na Salonie, raczej nie byłbym w stanie odszukać linka. Namieszał wtedy niekiepsko. Ten tekst współgra mi ładnie z tamtym.

    Bo tak już jest, że jeśli ktoś żyje w reżimie a chce się utrzymywać li tylko z działalności typu pisanie czy inny rząd dusz - musi dać dupy. I cały potem problem jak to ukryć, że nie jest się jednak tym cudownie kryształowym autorytetem. Ludzie kulturalni taktownie nie zadadzą pytań o źródła dochodu. Ino wieśniactwo pyta bo po poziomie życia widać, że dochód sympatyczny i prostak nie rozumie, skąd te luksusy. To jest właśnie ten wieśniacki punkt widzenia, który tak bardzo uwiera tych wszystkich skurwieli z gębami pełnymi frazesów i za który tak bardzo dziękuję Coryllusowi, bo któż by to tak umiał zwerbalizować.

    Teksty, które przytoczyłeś znam z oryginałów: Ty i Coryllus jesteście jedynymi blogerami, których czytam na bieżąco. Niestety albo i stety - u Coryllusa znacznie rzadziej komentuję. A czemu Gabriel nie komentuje u Ciebie?

    OdpowiedzUsuń
  2. @Kozik
    Coryllus jest wyjątkowy.
    Dziś mi obiecał, że będzie tu komentował. Ale cholera wie, jak będzie. To jest mój blog, a on musi się zajmować sobą. Też nie ma lekko.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Toyah

    No właśnie - nie ma lekko i dlatego pewnie nie piszemy tyle ile byśmy chcieli.

    A przecież bloggerzy jak Ty czy Coryllus piszą znakomicie: nienaganna polszczyzna, forma a przede wszystkim świeżość i oryginalność. Gdzie więc te tłumy wielbicieli, nagrody, przyjęcia, stypendia, honoraria, podróże? Nie ma? Nie ma. Coryllus nam to znakomicie wyjaśnia.
    Jakoś tak jeszcze przy tej okazji przypomniał mi się casus Kapuścińskiego.

    Ukłony!

    OdpowiedzUsuń
  4. @Kozik
    Wyjaśnia, bo sprawę świetnie zna. Warto go czytać.

    OdpowiedzUsuń
  5. Kierowany informacją Coryllusa zajrzałem do Wiki, a potem dalej w sieć.
    Pojawiło się bardzo dużo linków do tłumaczeń HK. Oprócz nich znalazłem m.in. to:
    Fundacja Res Publica im. Henryka Krzeczkowskiego (prezes M. Król)
    oraz w zasobach IPN (tzw. lista Wildsteina)
    IPN BU 0866/495 KRZECZKOWSKI HENRYK
    z dopiskiem: pojedyncze 0 - etatowy oficer

    Coryllus z pomocą suchego wpisu do Wiki przygotowanego przez "kogoś" (ucznia lub jego syna ???) stworzył wielki tekst.

    OdpowiedzUsuń
  6. To pożądanie relacji mistrz-uczeń jest echem gnozy: drogą do zbawienia (władzy, siły, majątku, szczęścia, powodzenia - nawet w seksie) ma być jakaś wiedza ukryta, dostępna tylko metodą wtajemniczenia, czy innej inicjacji. Człowiek śpi w odrętwieniu a taka wiedza oznacza przebudzenie.

    Gnostycy są przekonani, że ta wiedza jest prosta, tyle że głęboko ukryta. Ale Mistrz zna zarówno potrzebne „sezamie otwórz się”, jak i „stoliczku nakryj się” i chodzi o łaskę Mistrza, aby podzielił się treścią prostego hasła – klucza.
    Uczyć się w ogóle nie ma po co, a samodzielnie zdobywać wiedzę, doświadczenie i wyciągać wnioski to podstawowy błąd, bo oddala od Mistrzów na manowce.

    To dlatego istnieje społeczne zapotrzebowanie na proste wyjaśnienia; mniejsza o prawdę w nich zawartą, o jakości wyjaśnienia stanowi właśnie prostota poręczona przez Mistrza. Stąd te miliony w stadach, które poszły za Hitlerem, za bolszewią i za innymi propozycjami upraszczającymi wyjaśnienie świata poprzez wskazanie wroga (np. Kaczyński!).
    Imię wroga ma wyjaśnić i uprościć świat (oświecić) oraz dostarczyć podniety do przemocy, a w końcu do mordu. Zależnie od indywidualnego zapotrzebowania jedna z tych podniet działa bardziej, druga mniej a są nawet osobniki, które „idą na całość”; np. te idące z Biłgoraja, czy za nim.

    Do względnie niedawna Polska była całkiem odporna na takie propozycje. Sam fakt, że wskazywane podniety pojawiły się i uzyskały szerszy odzew powinien tu wywołać otrzeźwienie. Tym bardziej, że w stosunku Polaków do spraw świeckich zawsze obecny był element sceptycyzmu. Nie ma co jednak liczyć na trzeźwienie u zarażonych gnozą. Oni lekarstwo przyjmą tylko od ich Miszcza. Trzeba poczekać, aż ta szczególna gnoza sama ich opuści w formie wymiotów.

    Natomiast trzeba szczepić przeciw niej tych jeszcze niezarażonych.

    SZCZEPIONKĄ JEST PRAWDA

    W sferze polityki tak się akurat składa, że nie oferuje jej i nie żąda żadne środowisko poza gromadzącym się wokół imienia Jarosław. Czyli szerzej niż wokół PiS. On jest antytezą „Mistrza”, bo wzywa do prawdy i podjęcia drogi ku prawdzie, zatem do dzieła wspólnego. To jest trudniejsze i wymaga eliminacji Miszczów. Ale za to sprowadza z drogi przemocą do nicości, czyli szczepi na tę pełowsko biłgorajską gnozę.

    OdpowiedzUsuń
  7. To ja Coryllus, będę próbował logować się przez skrzynkę mojej żony. Orjan, bracie, nie miałem pojęcia, że istnieje coś takiego jak Fundacja Res Publica im. Henryka Krzeczkowskiego. Przy całym zachowaniu proporcji wygląda to tak jakby na Woli w Warszawie ktoś otworzył przedszkole im. Oskara Dirlewangera

    OdpowiedzUsuń
  8. @Coryllus (z pozdrowieniami dla Lucyny)

    Czyli:

    Service à la russe
    All inclusive
    Upodlenie także.


    Czym trzeba mieć oczy zarośnięte, żeby tego nie widzieć? Jak robaczywą duszę, żeby to olewać?

    OdpowiedzUsuń
  9. @Coryllus
    A więc udało się. Super! Skoro nie może być inaczej bądź więc nam Lucyną.

    OdpowiedzUsuń
  10. @toyah
    czytałem tę notkę w oryginale (najlepiej z poprzedzającą ją wraz komentarzami - to bywa bardzo inspirujące).
    Najciekawszy jest skład zespołu uczniów mistrza, w jaki sposób kształtowano przyszłych polityków prawicy, jak również jaką drogę przechodzili oni np. z polityki do biznesu i na odwrót. A wszystko (do czasu) z Bogiem na ustach. Wołek, Walendziak,...,Marek Jurek?.
    Cholera brakuje mi tam Czarnego Rycerza! A może on jest uczniem ucznia?

    Ciekawe ilu jeszcze takich ubeckich mistrzów o których nie jest głośno a którzy mieli/mają wpływ na elity prawicy?

    Czy niechęć J. Kaczyńskiego do budowy Bloku dla Polski w oparciu o polityków prawicy nie wynika z tego powodu?
    Czy wobec tego budowa takiego ruch w oparciu o inicjatywy oddolne nie jest jedynym wyjściem z tej sytuacji?
    Nie wiem.

    OdpowiedzUsuń
  11. @Lucyna
    No to jest nas dwóch (cholera raven59 i Lucyna - "dwóch" a nie "dwoje" - jak to brzmi, jak tu przyjdzie Molier wtedy będzie "troje" a nie "trzech")
    Pozdrawiam wielkiego autora!

    @toyah
    Powiedz mi jak to jest - przecież Ty jesteś naszym Mistrzem a my niegodnymi uczniami Twoimi!

    OdpowiedzUsuń
  12. @raven59
    I tak niech już zostanie. Żadnych więcej mistrzów.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.