wtorek, 15 czerwca 2010

O księżniczkach w post-bolszewickim świecie



Jak może większość odwiedzających ten blog wie, Toyahowa ani się tym naszym pisaniem nie interesuje, ani sama pisać nie ma ochoty. Uważam, że i jedno i drugie, to strata. Dla niej i dla nas. Szkoda zwłaszcza tego, że ona nie pisze. Nawet bowiem, gdyby przyjąć, że tak ładnie jak ja ona by składać tych literek nie umiała, to jestem pewien, że miałaby ode mnie znacznie więcej do powiedzenia. I znacznie mądrzej. Taka jest. Przy wszystkich jej wadach, trzeba to przyznać. Ona po prostu taka jest.
Wczoraj gadaliśmy trochę o Marcie Kaczyńskiej i żona moja powiedziała mi parę rzeczy, które mi nawet nie przyszły wcześniej do głowy. Zwróciła mi uwagę na parę tak interesujących kwestii, że właściwie od wczoraj sobie o tym wszystkim myślę i im dłużej o tym myślę, tym bardziej żałuję, że ona jednak nie bloguje. To by stanowczo było cenne. Trzeba sobie jednak radzić i wierzyć, że uda się nam powiedzieć to, co powiedzieć należy. Wspominałem tu już kiedyś, że ja w głównej mierze świecę światłem odbitym. Odbitym od moich wybitnych kolegów, od moich wybitnych dzieci, no i oczywiście od mojej wybitnej żony. Ja odbijam świetnie. A więc uda się. Proszę bardzo.
Kiedyś napisałem tu jeden czy dwa teksty o Richardzie Nixonie, nie jako o nieudaczniku i kłamcy, lecz o jednym z największych amerykańskich prezydentów, zniszczonym przez zbieg okoliczności i czasy, w których przyszło mu działać. W wywiadzie, który miałem okazję czytać, Nixon dumając nad swoją polityczną karierą i o tym wszystkim, jak to się wszystko zaczęło i dlaczego został tym kim został, mówi tak:
„Nie wszyscy możemy być prezydentami Stanów Zjednoczonych. Nie każdy z nas może być prezesem General Motors. Jak to się dzieje? Częściowo to kwestia szczęścia. Choć bardziej byłbym skłonny przypuszczać, że większe znaczenie ma korzystanie z możliwości. Przede wszystkim, w polityce trzeba być gotowym do podejmowania wielkiego ryzyka. Trzeba bardzo ryzykować. Kiedy patrzę w przeszłość, przypominam sobie wielu bardzo zdolnych, bardzo inteligentnych, bardzo charyzmatycznych ludzi, którzy zatrzymali się w Kongresie. Którzy nigdy nie doszli do Senatu. Nigdy nie zostali gubernatorami. Którzy zatrzymali się na tym poziomie. Ponieważ nie chcieli zaryzykować bezpiecznej posady. A kiedy człowiek zaczyna myśleć zbyt wiele o swoim bezpieczeństwie, nigdy nie odniesie pełnego sukcesu. Trzeba bardzo ryzykować i nawet przegrać, kiedy jest taka konieczność. A można przegrać i dwa razy, i trzy, ale należy wciąż wracać. W tym cała tajemnica”.
Uważam że jednym z największych nieszczęść komunizmu było to, że zabił on w ludziach naturalną dążność do osiągania sukcesu. Ale nie tylko. Komunizm sprawił, że jeśli ktoś osiągał sukces, zostawał dyrektorem, prezesem, czy premierem, to z jednej strony za tym bardzo często nie stała ani praca, ani ambicja, ani zdolności, ale wręcz przeciwnie – ich brak i ich kompletna zbędność, z drugiej natomiast strony ludzie, którzy osiągnęli sukces, społecznie funkcjonowali nie jako ktoś godny szacunku i naśladowania, lecz jako najgorszy typ ludzkiego upadku. Wydaje mi się, że to stąd właśnie jeszcze dziś tak wielu z nas gardzi nie tylko urzędnikami, nauczycielami, lekarzami, sędziami, politykami, nie tylko posłami, premierami, prezydentami, ale wręcz Polskim Państwem. I to niezależnie od tego, czy wielu z nich na tę pogardę zasługuje, czy nie, i niezależnie od tego, czy Polska nam dała więcej powodów, by ją kochać, czy by z niej szydzić.
A więc nie mamy szacunku do Polskiego Państwa, bo uważamy je za zjawisko kompletnie przypadkowe. Uważamy, że są ludzie zdolni i są ludzie mało zdolni, i że niektórzy z nich mają kompetencje, a inni nie mają, a co z tego wyniknie, jest już wyłącznie kwestią przypadku. I to jest oczywiście sytuacja bardzo niedobra. Raz dlatego, że prowadzi ona bezpośrednio do przekonania, że tak naprawdę nie ma nic poza z jednej strony kompetencjami, a więc techniką, i z drugiej strony przypadkiem. Z tego punktu widzenia, to że taki wspomniany wyżej Richard Nixon, jeśli został prezydentem Stanów Zjednoczonych, jest wynikiem wyłącznie wynikiem tego, że albo był kompetentny, albo został tam awansowany przez swoich kumpli, lub rodzinę. Z tego punktu widzenia, wszystko to co opowiada Nixon, a więc ta gotowość do podejmowania ryzyka, upór, i to coś jeszcze, co już naprawdę nie sposób nazwać, jest kompletnie bez znaczenia. Z tego punktu widzenia, Nixon został prezydentem Stanów Zjednoczonych, bo się dobrze uczył na studiach, albo był wyjątkowym sukinsynem, a takim zawsze łatwiej. Z tego punktu widzenia, jest wręcz niemożliwe, żeby on awansował tak wysoko, bo był na przykład jakoś tam dotknięty palcem Boga. I ten typ myślenia uważam za bardzo przykre dziedzictwo bolszewickiej Polski.
Wczoraj napisałem tekst o Marcie Kaczyńskiej i o tym, jak to System uniemożliwia jej całkowicie naturalną działalność publiczną. Jeśli ktoś nie wie, o co chodzi, przypomnę. Marta Kaczyńska, po tragicznej śmierci jej ojca i po ogłoszeniu przez Jarosława Kaczyńskiego chęci kontynuowania dzieła brata, miała jak się zdaje plan, by zaangażować się w kampanię wyborczą. Na tę deklarację, cały polityczno-medialny mainstream w sposób absolutnie bezprecedensowy zaatakował ją, zarówno na poziomie prawnym, obyczajowym jak i osobistym, i doprowadził do tego, że ona zwyczajnie została pozbawiona swojego najbardziej podstawowego i oczywistego prawa. Jak to się stało, że ten atak skończył się takim powodzeniem? Otóż uważam, że nie bez znaczenia było to, że duża część opinii publicznej bardzo chętnie przyjęła optykę podpowiedzianą przez mainstream i uznała, że taka Marta Kaczyńska nie może być osobą o jakiś szczególnych predyspozycjach, talentach, czy charyzmie, ale jest kimś kompletnie byle jakim – w najlepszym wypadku kimś takim jak my – kto tylko chce wyskoczyć w górę na śmierci swojego ojca. Który sam przecież, też nie był w niczym lepszy od nas. Właśnie dlatego, tak łatwo udało się wyeliminować Martę Kaczyńską z kampanii.
Pod wspomnianym tekstem rozpoczęła się dyskusja, w której oprócz wielu różnych opinii, pojawiła się i taka, że nie ma żadnego powodu, żeby Marta Kaczyńska zgłaszała ambicje polityczne, bo ona nie ma żadnych absolutnie w tej mierze kompetencji poza tym, że jej ojciec zginął w katastrofie. Proszę zwrócić uwagę. Do jej kompetencji, jeśli w ogóle, nawet nie należałoby to, że jej ojciec był prezydentem, ale to że zginął w katastrofie. Z punktu widzenia odmóżdżonego społeczeństwa post-sowieckiego, jeśli już w ogóle mówić o kompetencjach, to z pewnością większe daje katastrofa, a więc przypadek, niż osobisty sukces.
I tu dochodzimy do sprawy podstawowej. Do kompetencji właśnie. W najnowszej historii Polski mieliśmy czterech prezydentów. Każdy z nich miał dzieci. Lech Wałęsa nawet ich wiele. Zacznijmy od nich. Co robią dzieci Wałęsy? Nie bardzo wiem. Jeden z jego synów został politykiem niskiego szczebla, a reszta jakoś się rozbiegła. Jego córkę widziałem kiedyś w telewizji, ale jedyne co z tego zapamiętałem to to, że ona nie chce się mieszać w sprawy polityki i ojca, i nawet nie bardzo spędza z rodzicami czas. Córka Jaruzelskiego jest jak się zdaje jakąś gwiazdą kolorowych pism. Podobnie Ola Kwaśniewska. Żadne z tych dzieci, pomijając ewentualnie wspomnianego syna Wałęsy, nie wybrało kariery publicznej w sensie dosłownym. Niemal wszyscy z nich postanowili zostać celebrytami, często najgorszego gatunku. Niemal każdy z nich pokazał, że nie ma żadnych talentów i ambicji poza – w najlepszym wypadku – prowadzeniem zwykłego życia na uboczu.
Czy ta sytuacja w jakikolwiek sposób dziwi opinię publiczną? Ani trochę. Dla przeciętnego obywatela zarówno Ola Kwaśniewska, jak i Monika Jaruzelska robią to co w sposób oczywisty powinny robić, a mianowicie wydają pieniądze rodziców na to, by dobrze wyglądać i się lansować na jakichś żenujących balach. Czy one mają nie mają żadnych zdolności i kompetencji? Ależ oczywiście – mają jak najbardziej. Są ładne, eleganckie i umieją gadać. A dlaczego nie poszły w politykę, lub choćby na służbę Państwu? To proste. Po pierwsze polityka śmierdzi, po drugie państwo to obciach, a poza tym, skąd one mają się na tym znać?
Teraz staje się oczywiste, że na tym tle, Marta Kaczyńska zachowuje się po prostu bezczelnie. Z perspektywy post-sowieckiego umysłu, to że jej ojcem był człowiek, który w powszechnych wyborach został wybrany prezydentem państwa, nie ma żadnego znaczenia. To że ona ma ambicje polityczne i potrzebę działalności publicznej dla dobra ogółu, z tej perspektywy, jest co najmniej szwindlem. Prawdziwy obywatel nie może dopuścić do tego rodzaju skandalu. Marta Kaczyńska, jeśli chce być sławna, a oczywiście do tego ma prawo, niech występuje w Tańcu z Gwiazdami, lub prowadzi program w TVN Style. A jeśli chce chodzić do pracy, niech aplikuje i może Małgorzata Domagalik przyjmie ją na swojego zastępcę do magazynu Pani.
24 maja 1837 roku Alexandrina Victoria – znana powszechnie jako Królowa Wiktoria – ukończyła 18 lat. Niecały miesiąc później 20 czerwca, dziewczyna została obudzona przez matkę, która poinformowała ją, że o 2.12 nad ranem, zmarł w wieku 72 lat król Wilhelm IV i że tym samym Victoria została królową Wielkiej Brytanii. Proszę to sobie uświadomić. Ona miała zaledwie 18. Bywało różnie, ale domyślam się, że pewnie nie była dzieckiem szczególnie głupim. Możliwe bardzo, że wręcz przeciwnie – była osobą bardzo wybitną. Zapewne też była starannie wykształcona i bardzo dobrze ułożona. Ale fakt jest faktem – miała zaledwie 18 lat i została królową, ponieważ… no właśnie, dlaczego? Nie wiadomo. Ale z całą pewnością nie dlatego, że miała do bycia królową formalne do tego kompetencje. Można też być pewnym, że tą królową być chciała. No i nią została. Na długo i bardzo, jak wiemy, skutecznie.
Ktoś mi powie, że to moje porównanie jest równie bezczelne, jak chęć Marty Kaczyńskiej kontynuowania dzieła ojca. Może tak. Nie będę się upierał. Może i jestem bezczelny. Mam jednak przy tym całkowitą pewność, że gdyby XIX-wieczna Anglia była w tym intelektualnym stanie, co dzisiejsza Polska, Victoria nie zostałaby ani królową Wielkiej Brytanii, ani nawet Cesarzową Indii, ale w najlepszym wypadku siedziałaby w domu i pisała wiersze. Natomiast na tron skierowano by jakiś autorytet. Najlepiej staruszka po siedemdziesiątce, z lewą profesurą i postępującym szaleństwem.

1 komentarz:

  1. Jak się osięga sukces w życiu?

    http://jeziorki.blogspot.com/2010/05/my-understanding-of-ingredients-of.html

    Komuna ten biologicznie naturalny schemat wypaczyła; inteligencja już się raczej nie przydawała. Chyba że siedziło się na samym czubku piramidy i tym wszystkim sterowałeś.

    OdpowiedzUsuń