środa, 2 czerwca 2010

To nie jest piosenka o miłości



W salonie opublikowałem tekst, w którym oprócz zwykłych kwestii, którymi wszyscy nie umiemy już nie żyć, zadaję pytanie, dlaczego? Dlaczego są wśród nas ludzie, którzy tak strasznie emocji i tak strasznie dużo intelektualnego wysiłku poświęcają na to, by znaleźć odpowiednio dużo argumentów na to, że naszym jedynym, polskim obowiązkiem jest wierne służenie Rosjanom, Niemcom, Szwedom, Francuzom – obojętne. Byleby nie Polsce. Wydawałoby się, że oni – owszem – mogą mieć najróżniejsze interesy, które ich zmuszają do takich a nie innych ruchów i wyborów politycznych, ale przecież nie mają jakichkolwiek powodów, by aż w tak oczywisty sposób odwracać się plecami do Polski.
W paru poprzednich wpisach sugerowałem, że za tą postawą siedzi ich natura. Natura niewolnika, który doszedł do tego momentu, że każdy, najdrobniejszy gest ze strony pana, choćby i nawet gest pozorny, traktowany jest jak dotknięcie Boga. Że oni już nie chcą być wolni. Im wolność jest do niczego niepotrzebna i w gruncie rzeczy jest im niemiła. Oni kiedyś wpadli w to emocjonalne splątanie, następnie dali sobie wmówić, że tak naprawdę nie ma ani za czym tęsknić, ani też czego żałować, a teraz już tylko czekają na rozkazy i pochwały. Na rozkazy i pochwały.
Na swoim salonowym blogu piszę niekiedy o ludziach. Najczęściej o ludziach, o których pisać nie warto, a jednocześnie nie pisać się nie da. Choćby z tego względu, że intensywność ich przekazu jest tak potężna, że trzeba go przynajmniej pokazać palcem i go nazwać. Pisałem więc też o niejakim Chwinie. Pisarzu, intelektualiście i jeszcze może kimś, dla kogo nie umiem niestety znaleźć odpowiedniej nazwy. O człowieku, który Polskę znienawidził w sposób wręcz modelowy i który tej swojej do Polski niechęci daje nieustanny publiczny wyraz. Jestem pewien, że Chwin może stanowić świetną odpowiedź na wszystkie nasze dylematy. On własnie stanowi tu odpowiedź. Idealną. Jeśli wokół widzimy tak dużo ludzi, wręcz modlących się o to, by to my – nie oni, to wiem, że wśród nich z cała pewnością jest Chwin. I to on, jak nikt inny, potrafi nam z całą pewnością powiedzieć, dlaczego on jest aż tak w tej kwestii zaangażowany. Proszę przeczytać stary wpis o Chwinie.
„Ktoś mi może zarzucić, że wyłącznie dla zaspokajania swoich głupich obsesji, gotów jestem zatruwać ludziom życie, pisząc o rzeczach obiektywnie kompletnie nieważnych i ludziach, którzy nie dość że nie zasługują na jedno zdanie zwykłej publicystyki, to nawet nie mają wystarczająco dużo wdzięku, żeby przyciągać ludzki wzrok. Niestety, tak się jakoś ze mną często dzieje, że widząc nawet coś kompletnie niepozornego, od razu mam tyle skojarzeń i refleksji, że zaczynam kombinować, a jak już odpowiednio dużo pokombinuję, to potrzebuję się tym co wymyśliłem podzielić z innymi. Stąd dziś nagle wraca na te łamy niejaki Chwin – autor średniej literatury, jeszcze bardziej przeciętnej publicystyki, a - z doskoku – zupełnie byle jaki komentator czego popadnie.
Chwina zauważyłem już jakiś czas temu, kiedy, zapytany głupio przez Dziennik, czy – jego zdaniem – Polska jest „sexy”, odpowiedział pełnym szczególnego wdzięku pluciem na Polskę na każdym możliwym poziomie. Poinformował więc, że Polska nie jest absolutnie „sexy”, ponieważ polskie krajobrazy przypominają wysypisko śmieci w deszczu, pogoda w Polsce jest na ogół paskudna, ludzie chodzą brzydko ubrani, kobiety są paskudne i tandetne, a Polacy, jako społeczeństwo, to hołota o wyglądzie i umysłowości debili. Do tego jeszcze władzę w Polsce – to było jeszcze w czasach terroru – sprawują durnie i przestępcy, co oczywiście nie powinno dziwić, bo nieszczęściem mamy tu demokrację i w tej sytuacji ludzie o wysokich i szlachetnych czołach i odpowiednim pochodzeniu, mają niewielkie pole manewru.
Oczywiście, on – jako uznany pisarz – wraził te swoje szczególne myśli nieco inaczej, ale sens był mniej więcej taki. Jeśli ktoś, dla samego zorientowania się w materii, chce próbkę tej twórczości, to proszę uprzejmie:
„…chodniki i jezdnie, przechodnie i latarnie, drzwi i okna, gesty, fason mówienia, naród kurtkowców, szalikowców, bereciarek, kłębiący się w przejściach podziemnych dresowaty lud z lumpeksu, który siebie samego nie cierpi, bo wie, że jest pogardzany i sam sobą pogardza, przekonany przy tym głęboko, że winę za wszystko ponoszą podli inteligenci, agenci i aferzyści […] Wystarczy pojechać chociaż raz na Ibizę czy Wyspy Kanaryjskie, by poczuć do głębi prawdziwą ohydę klimatu środkowoeuropejskiego, na jaki zostaliśmy skazani fatalnym wyrokiem losu. Od listopada do maja krajobraz polski sączy prawdziwie depresyjne trucizny i nie zmienią tego nawet najbardziej olśniewające mazurki Chopina, seriale „M jak Miłość" oraz „Złotopolscy" czy polski Papież w każdym oknie.”
Właśnie tak.
Drugi raz zwróciłem uwagę na tego dziwnego człowieka stosunkowo niedawno, tym razem w jakimś omówieniu jego artykułu w Gazecie Wyborczej, w którym napisał, żeby odpieprzyć się od gen. Jaruzelskiego, bo on jest okay.
O Chwinie pisałem dwa razy. Raz, w liście do Dziennika, po tym, jak on się publicznie wysikał na mój kraj, a drugi raz już tu w Salonie http://toyah.salon24.pl/98494.html w związku z tym Jaruzelskim. Oczywiście wiem, że to co ja na temat Chwina powiem, nawet jeśli ubiorę to w odpowiednią porcję emocji, nie będzie miało żadnego znaczenia. On z jednej strony ma wystarczająco mocną pozycję w towarzystwie, nie tylko lokalnym, żeby się nie przejmować czymkolwiek poniżej kopniaka w tyłek, a z drugiej oczywiście tego co ja piszę nie czyta, a jakby nawet czytał, to i tak nic z tego nie zrozumie. Bo jest nadętym bufonem. Więc po co dziś biorę się za niego po raz trzeci? Otóż w ogóle o niego nie chodzi. Jego można najwyżej wykorzystać do tego, żeby opisać zjawiska bardziej uniwersalne i przy tym ciekawsze, a później już tylko wysłać w kosmos.
Okazja do dzisiejszych refleksji przydarzyła mi się w związku najświeższą publikacją Chwina. W dzisiejszej Rzeczpospolitej, odpowiadając Maciejowi Rybińskiemu na jego wcześniejsze uwagi, Chwin właściwie nie napisał nic takiego, co samo w sobie stanowiłoby jakikolwiek powód do polemiki. Właściwie, tekst Chwina nie jest nawet powodem, żeby go czytać. Zwykła, paplanina na nieistotne tematy http://www.rp.pl/artykul/277423.html Jednak w kontekście, jaki sam Chwin tworzy swoją obecnością w publicznej domenie, nawet z czegoś tak upiornie nijakiego można wykroić coś – moim skromnym zdaniem – bardzo interesującego.
Zacznijmy jednak od początku. Poszło o to, że jakaś artystka – jedna z tych idiotek, które uważają, ze wystarczy owinąć krzyż dolarem, albo okładkę Playboya zawiesić na krzyżu, czy, na przykład, postawić konfesjonał, a do środka wsadzić wielką lalkę Barbie (widzicie, jaki jestem twórczy? Wszystko to wymyśliłem osobiście, w ciągu zaledwie dwóch minut), żeby stworzyć sztukę – pokazała instalację, przedstawiającą serię kosmetyków wykonanych z ludzkiego tłuszczu. Rybiński skrytykował zarówno sam projekt i stojącą za nim myśl, jak i komentarz Chwina, który z jakiegoś powodu uznał za stosowne stwierdzić, że projekt tej pani, to „ekscentryczna przygoda sztuki współczesnej”. Rybińskiego zdenerwowało, że jakaś głupia siksa, tworzy projekt artystyczny z ludzkiego tłuszczu, a ktoś taki jak intelektualista Chwin, nie znajduje na tę okazję w sobie żadnej innej refleksji, poza tym, że oto mamy do czynienia z ekscentrycznością współczesnej sztuki.
Napisał więc Rybiński swój tekst, gdzie potraktował obu swoich bohaterów mocnym gestem, na co Chwin się oburzył i odezwał w te słowa: „Warunkiem naszej wolności jest to, że wyrozumiale pozwalamy, by inni ‘niewłaściwie’ korzystali z wolności. W państwie, w którym wszyscy korzystaliby z wolności wzorowo, rozumnie, prawdziwie artystycznie i bez żadnych zastrzeżeń, nie byłoby żadnej wolności. Jak ktoś tego nie rozumie, jego sprawa. […] Oczywiście rozumiem, że są wśród nas tacy, którzy uważają swój gust za obowiązujący całą ludzkość oraz wszelkie istoty zamieszkujące Drogę Mleczną, ale ja do takich ludzi nie należę. Mogę co najwyżej powiedzieć, że produkcje pań Żemojdzin i Kozyry nie zachwycają mnie. Ale do głowy by nie przyszło, żeby te panie z wysoka ośmieszać, skocznie wyszydzać, wesołkowato przydeptywać czy żądać, by im urzędowo zakazano pokazywania „instalacji” na jakichś wystawach, co się u nas, niestety, zdarza.”
Tak oto przemawia człowiek, którego połowa publicystyki polityczno-społecznej jest oparta wyłącznie na ośmieszaniu, skocznym wyszydzaniu, wesołkowatym przydeptywaniu i pozbawianiu prawa do własnego zdania całej wielkiej grupy społecznej, nie dlatego że popełnili jakieś przestępstwo. Nawet nie dlatego, że zrobili coś obiektywnie złego, czy głupiego. Ale wyłącznie z tej przyczyny, że przez samą swoją obecność, współtworzą krajobraz, który zdaniem Chwina: „od listopada do maja sączy prawdziwie depresyjne trucizny”, by w pozostałych miesiącach „stawać na palcach, by z napiętymi do krwi żyłami pokazać światu, że są lepsi, niż są.” I że Chwinowi na ten widok chce się rzygać.
I dziś, ten sam człowiek staje w publicznym świetle i gromi wszystkich, którym się nie podoba tworzenie sztuki w oparciu o ludzki tłuszcz. Jak już wspomniałem wcześniej, to co prezentuje Chwin jest tak fałszywe i tak jednocześnie bezmyślne, że można by było machnąć na niego i całe jego intelektualne wnętrze ręką, gdyby nie jednak rzecz. Otóż wszystko wskazuje na to, że Chwin stanowi tylko część bardzo powszechnego we współczesnej Polsce zjawiska, które polega na tym, że toleruje się każde głupstwo, każde zło, każdą aberrację, każde świństwo, pod warunkiem, że za ten eksces nie ma nic wspólnego z Polską, z polską religijnością i polskim patriotyzmem. Mamy bowiem bardzo mocno umocowaną społecznie grupę, która, jeśli tylko pojawi się projekt na rzecz walki z narkomanią, przemocą w szkole, agresją w Internecie, pornografią na ulicach, prostytucją, rozbijaniem rodzin, różnego rodzaju patologiami, podnosi nieprawdopodobną wrzawę, że oto chce się nam odebrać naszą wolność i nasze prawo do swobodnej ekspresji. Grupę, która przez swoje z wpływy, oraz kulturowe i cywilizacyjne i intelektualne zdziczenie, uniemożliwia przeprowadzenie w Polsce jakichkolwiek pozytywnych projektów. I to są ci sami ludzie – a Chwin jest tylko ich skromnym reprezentantem – którzy widząc starszą kobietę wchodzącą do kościoła, lub grupę młodzieży śpiewającą pieśni religijne, albo – nie daj Boże! – prezydenta Kaczyńskiego, sprawującego swój urząd z woli tych, którymi oni najbardziej szczerze gardzą, potrafią tylko rżeć i pluć. Rżeć i pluć.
Bo zasada sformułowana przez Chwina, że „niech się ludzie bawią, jak chcą, byle nie naruszali obowiązującego prawa”, tak naprawdę jest uzupełniona – tyle że już bardzo dyskretnie – osobistym akcentem, brzmiącym mniej więcej tak: „… i mnie nie wkurwiali.”

6 komentarzy:

  1. "Warunkiem naszej wolności jest to, że wyrozumiale pozwalamy, by inni ‘niewłaściwie’ korzystali z wolności." - Gdyby to zdanie wyjąć z kontekstu, odstrzelić tego bałwana, który je powiedział (z pewnością sam tego nie wymyślił), sam bym się pod tym podpisał. Moze nieco inaczej - Warunkiem naszej wolności jest to, że musimy zaakceptować - zgodnie z prawem statystyki - ze niektórzy niewłaściwie z wolności korzystają. I raczej myślę tu o zwykłych obywatelach.

    Kolejny piękny tekst toyahu (będę Cię teraz tutaj częściej odwiedzał i tu czasem zostawiał jakiś ślad).

    pozdr.serd.
    asso

    PS. I wkleję: http://www.youtube.com/watch?v=8yYOZ96EJM8

    OdpowiedzUsuń
  2. …toleruje się każde głupstwo, każde zło, każdą aberrację, każde świństwo, pod warunkiem, że (za) ten eksces nie ma nic wspólnego z Polską, z polską religijnością i polskim patriotyzmem.

    To cytat! Patrz przedostatni akapit.

    Okrutnie niejednoznacznie brzmiący cytat (ergo: czepiam się).

    toyahu, ten skrót myślowy bardzo lekko i zgrabnie wypacza u odbiorcy to, co de facto tymi słowy chciałeś przekazać. Szparko biegnący tropem Twych myśli czytelnik wywraca się na tym fragmencie jak długi.

    Mocnej kawy mi potrzeba, wiem. Na poprawę refleksów przy rozbiorze logicznym zdań z podwójnym zaprzeczeniem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nasz kolega c. pisze u siebie na blogu, iż tylko najlepsze teksty poprawiano mu w redakcjach, ba! - właśnie po tym można było niezawodnie poznać niewypowiedzianą ale wysoką ocenę (tak czy tak już świetnego) tekstu w oczach wydawcy, że ten rzucał się pośpiesznie do wymyślania "koniecznych poprawek".

    Powiem więc wprost: dziękuję Ci za znakomity, mocny i aktualny felieton, co więcej, jest on ponadczasowy; a ja jestem Ci wdzięczny za przypomnienie go właśnie teraz.



    Myślę, że odpowiedź na postawione tam pytanie, a to: Chwin - ki czort w nim siedzi? - jest prosta, ale musi być dwustopniowa, by była choć odrobinę zrozumiała.

    1.

    Był tu kiedyś, rzucający się, komentator o nicku psa-dynama. Rezonator podpatrzonych, podsłuchanych idei. (Dość wierny nawet) replikator całych akapitów i przypowieści z Pisma. Zresztą ściągał on skądkolwiek popadło - pudło to pudło, zwyczajnie rezonuje a nie realnie współczuje.

    Nazwę go rezonatorem jednostopniowym. Zassie sens, spręży się, porozumuje trochę, i paff - wyrzuci ten sens z drugiej strony; z dużym dodatkiem ciepłego powietrza i nawet niespecjalnie szkodliwych gazów spalinowych, ale wcale nie zmieniony. Ugarnirowany owszem, a to oliwką, a to sosem słodko-gorzkim, a to bitą pianą.

    Czasem tyle tej ubitej piany u płodnego rezonatora jednostopniowego może się zebrać, że wystarczy mu nawet na blog. How nice - można takiemu przyznać, że wykonuje pracę która przynajmniej w części jest pożyteczna. Naprawdę nie da się na osobliwca jego kalibru złościć się dłużej niż jeden dzień, a i to bez straty apetytu ni snu. Niech więc mu platforma jankesa lekką będzie. Tyle wprowadzenie.

    Obok jednostopniowych są jednak rezonatory dwustopniowe, płci obojga.

    2.

    Młodym zwierzem będąc czytałem opowiadanie (Konopnickiej?) o chłopczyku z Londynu, którego towarzyszka zabaw dopiero co przyjechała z polskiego miasta - mniejszego, tym samym gorszego, choć chyba też na L - Łowicz, Łomża? (może mi ktoś przypomni to opowiadanie; pomoże odnaleźć autora) Kolejna fala emigracji uderzyła o angielski klif; rodzice wzięli ze sobą w podróż małe dziecko, i teraz ta dziewczynka ogląda sobie komentowane przez chłopczyka miasto. Ten sypie jak z rękawa, przeciwstawiając "nasze" (kamienne i imperialne, TU sterczące w niebo, w centrum świata) "waszemu" (ubłoconemu i bezprzyszłościowemu, wrastającemu w ziemię, gdzieś w dziczy).

    Dzieje się tak do momentu, w którym dziewczynka ta pyta się go "a co z tego _ty_ zbudowałeś"?

    No właśnie Tu jest odpowiedź na pytanie postawione w notce, a mianowicie:

    Takie chwinopodobne indywidua chcą świecić światłem odbitym, a dokładnie mówiąc światłem sprytnie po rusku ukradzionym, do tego jeszcze przedstawiając ów nędzny poblask jako szczere złoto, bezczelnie sprzedając je, bezczelnie - bo z narzutem.

    Oszuści na ukradzionym towarze.

    .-

    OdpowiedzUsuń
  4. toyahu,

    Prawda, że ostatecznie możemy się zgodzić na ludzi-lustra? Niech odbijają, co w innych świeci. Trochę krzywo, za to w wielu wypadkach szczerze, „szukając tego, co w nas szczęścia, ale gdzieś gubiąc doń drogę” (Stendhal). Jarosław twierdzi, że tych szczerych jest między zdolnymi jeno do odbijania WIĘKSZOŚĆ, i że teraz nam przystoi (Macieju! Do Ciebie te słowa!) gotowy program wdrażać, niech żyje.

    Przyciągać ich nie zabierając im tego (odbitego) światełka, nie parząc żelazem. Oni się już dość sparzyli w życiu. Nie stworzą niczego nowego, przykładu też nie dadzą, ale na życie uczciwe ich stać.

    Inaczej mówiąc, zgoda niech będzie na nerwowy chichot, jakim każde ludzkie lusterko przykrywa swą niezaradność w rozniecaniu ognia, tam niżej. Zgoda niech będzie nawet na te red-bulle i inne dopalacze, jakim każde ludzkie lusterko przykrywa swą niezaradność w rozniecaniu ognia, tam niżej, i głębiej.



    NIE MOŻE nigdy być zgody na rechot sprzedawców fałszyzmu, i nie obchodzi mnie czy sprzedawca ma haczykowaty nos, tonę przypiętych blach i patelnię na łbie, czy garniak cwaniaka i lakierki z dyszącego rozpuszczalnikiem PCW. Chwin jest podobno rośliną rodzimą; cóż, nie wszystko można wygodnie przerzucić na desant czerwonych i najazd brunatnych, na pepików i żabojadów.

    Traube nie do końca ma słuszność powątpiewając w odrodzenie Polski innymi torami gdyby pomordowani w Rosji przeżyli: tory te musiałyby być inne, choć zjawiska jakie są dziś widoczne tu i tam, na Zachodzie i w Polsce, również i pod obecność oficerów, żołnierzy, wszystkich naszych zmarłych na zesłaniu i zabitych w ich obejściach wystąpiłyby również; nie mniej wówczas wystąpiłyby one inaczej. Jak dokładnie to „inaczej” by wyglądało nie wiem, i nie chcę tu fantazjować — może nie tak silnie, albo z innym zabarwieniem semantycznym. W każdym wypadku widzę różnicę w radzeniu sobie z własnymi problemami WŁASNYMI RĘKAMI, a rękami towarzyszy, czyli desantem „rozwiązywaczy problemów” z Moskwy. Od 20 lat spadają nam na kark cudotwórcy raczej z drugiej strony, co nie ma większego znaczenia, bo to ten sam typ rezonatora drugiego stopnia desantuje, i ten sam typ miejscowego pomagiera toruje desantowi drogę. Brak natomiast odporu z wewnątrz; a taki odpór ewentualnie mogliby dać przywódcy wojska, administracji państwowej, kościoła który nie twierdził (jak Miś Kolabor ostatnio w Newsweeku) że Chrystus pchał się do męczeństwa, paskuda jedna wstrętna niesłuchająca ałtorytetu samego Glempa; podstępny męczennik z którym on Glemp miał, i ma tylko problemy. A jak już będzie tym świętym, to kościół mu trzeba będzie poświęcić, i znowu będzie problem. Same problemy z tym (tu epitet) księdzem Jerzym. Za późno został przybity do krzyża, uduszony i utopiony. Zdążył napchać się do męczeństwa.

    Przypuszczam, że takich Uszatków, Gronkowców, i innych Chwinów nie byłoby wtedy wyżej ich własnej pozycji zdolnego administratora parafii, czy bufetu, czy gazetki z ogłoszeniami, rozdawanej przed drogerią. Niech sprzedają swą pracę, ale właśnie tam, gdzie parówki z musztardą i herbata z cytryną, gdzie wybrukowany równo dziedziniec dla parafian i załatany dach, gdzie „ludzie oglądają do woli właśnie to, co ich wścieka” czyli ogłoszenia szamponu dla psów, który sprawi że ich Azor zakasuje puszystym futrem Reksa od sąsiada. (Cytat autentyczny – cały Chwin, cały on; Azora i Reksa dopowiedziałem)

    Dwa miliony Kresowian zginęły, następny milion rodaków na wszystkich innych frontach, a wielu spośród tych, którzy przeżyli, wyjechało. Do dziś wyjeżdżamy, prawda?

    Tak, obecność chwinopodobnych na świeczniku to JEST następstwo najazdu, zaboru i eksterminacji, następstwo przez które do dziś utrudniony jest skuteczny opór przeciw chłystkom, i krystalizacja społeczeństwa wokół niezbywalnych wartości.

    Dla chłystka wszystko jest rzeczą, wszystko jest sprzedajne, nawet odblask czyjegoś ciepła, poświęcenia, męczeństwa.

    .-

    OdpowiedzUsuń
  5. Yagotta B. Kidding

    Napisałeś niesamowity komentarz. Kolejny impuls abym znów zaczął MYŚLEĆ - czytać literaturę, obcować z takim sposobem wyrażania się i tak znów, wyrażać się. Wybacz, pominę to, o czym piszesz, bo temat i sposób wynika jednak z formy przede wszystkim (być może niestety) - tak, uruchomiłeś pewną strunę. Kiedyś ona była ważna, niemal najważniejsza i.. rozmyła się. Ot, tak. Dziękuję Ci za to (nie wiem kim jesteś zupełnie). Dawno, naprawdę dawno (lat około 10) nie odczułem FORMY w tak intensywny sposób. Nie znalazłem jej na blogach Salonu, nawet u Toyaha, którego cenię niezmiernie, nawet u Rolexa, przed którego intelektem chylę czoła. Może to kwestia tematu - polityka nie jest "poetycka", a moze to wszystko kwestia indywidualna. Pewnie tak. I bardzo subiektywna. Dziękuję Ci zatem raz jeszcze za ten komentarz (choć do toyaha kierowany, nie do mnie przecież), niech ci schlebi, zes czasu nie zmarnował. Jeśli w ogóle to przeczytasz.

    pozdrawiam serdecznie
    asso

    OdpowiedzUsuń
  6. asso,

    CAŁY honor należy się toyahowi. Dziękuję Ci za tę miłą recenzję, bardzo serdecznie zapraszając do przeczytania wstępu notki Gospodarza Tego Bloga z 4 czerwca 2010 pt "Glamour w czasach kryzysu"; od słów …pewne rzeczy muszą być powiedziane…

    Dołożymy się obaj, dobrze?

    Tak, jak tylko będziemy to potrafili zrobić.

    Twój,
    YBK

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.