wtorek, 5 maja 2009

O niewoli jak powietrze

Okres PRL-u wspominam na dwa sposoby. Pierwszy, to pewnie podzielany przez wielu moich rodaków, którzy w tamtych czasach byli młodzi i znaczna część życia wciąż była przed nimi. A więc mam tu na myśli taki spokojny optymizm, który, w połączeniu z ogólną nędzą i jednoczesnym poczuciem bezpieczeństwa, wyrażającym się w powiedzeniu ukutym przez jednego z nieżyjących już niestety moich znajomych, że jemu do szczęścia potrzebny jest „rower i stówa do jutra”, sprawiał, że dobrze było żyć.
Czasem jednak pamiętam też komunę w sposób zupełnie inny od tego, co powyżej. Chodzi mi mianowicie o uczucie dojmującej rozpaczy, nieustannie związanej z najgłębszym poczuciem samotności. Rozpacz jest tu oczywista i nie sądzę, żebym musiał się dłużej nad tym elementem zatrzymywać. Bardziej wymagająca wyjaśnienia jest tu kwestia samotności. Otóż ja pamiętam ten okres, jako totalitarną, bezwzględną i bezlitosną władzę i kompletnie osaczone, odmóżdżone i zobojętniałe społeczeństwo. Oczywiście, towarzystwo w jakim się na ogół obracałem, podobnie jak moi bliscy znajomi i rodzina, wszyscy byliśmy okropnie świadomi tego co się wokół dzieje, i choć na ogół nie byliśmy bardzo bezpośrednio zaangażowani po stronie walczącej opozycji, to byliśmy z tymi wszystkimi bohaterami polskiej walki solidarni, i ci co walczyli, mogli być pewni, że gdy przyjdzie czas to w nas będą mieli odpowiednie wsparcie.
Zanim jednak ten czas ostatecznie nadszedł, byliśmy wszyscy zaledwie częścią tego społeczeństwa. Społeczeństwa zniszczonego, zmarnowanego, wystawionego na wieczną stratę. I właśnie to miejsce, któreśmy sobie wybrali, przy tej naszej tak bardzo wyostrzonej świadomości, zapewniało nam to nieustanne, tak bardzo przejmujące uczucie samotności. Kiedy dziś, niekiedy próbujemy bilansować faktyczne społeczne zaangażowanie w ostateczny upadek tamtego systemu, szczególnie gdy dawni działacze Solidarności, na czele z Lechem Wałęsą, próbują wciąż nam tłumaczyć, że to właściwie tylko oni – ta ich garstka, odważnych i bezkompromisowych wojowników – doprowadzili do tego polskiego zwycięstwa, widzimy właśnie tamto społeczeństwo – najczęściej zupełnie bierne, ale często też tkwiące – tak jak ja i wielu, wielu innych – w stałej gotowości. No i wtedy też, widzimy ten czerwiec 1989 roku, kiedy wielu z nas poszło do wyborów i ostatecznie zamknęło tamten okres. Bez szczególnego bohaterstwa, ale i bez strachu i bez tego wrzasku, który tak często charakteryzuje wielkie społeczne zmiany.
To byliśmy my. Ale co z tymi, którzy albo do wyborów nie poszli, albo poszli i głosowali na starą bolszewię, albo nawet i poszli i oddali głos na Solidarność, ale w tak charakterystycznym dla wielu przekonaniu, że to i tak nic nie znaczy, ale skoro inni głosują, to i ja też pewnie powinienem? Co z tymi, o których tak naprawdę myślę, kiedy wspominam tamtą samotność? Co się z nimi stało? Gdzie oni są dzisiaj? Co sobie myślą? Czy jeśli już odeszli, pozostawili po sobie takich samych jak oni, bezmyślnych, pozbawionych wszelkich innych emocji, poza zwykłą codzienną zawiścią i pełnym chytrości oblizywaniem się na widok talerza z zupą, synów i wnuków?
Ja ich pamiętam z tamtych lat. Tych kręcących się na każdym zakręcie obywateli, których jedyna refleksja związana ze światem, który zastali, albo który ich nagle zaskoczył, sprowadzała się do bluzgania, że „oni, panie, by tylko strajkowali i strajkowali”, albo że „człowiek, panie, haruje od rana do nocy, a tu jakieś, panie michniki, tylko by rozrabiały”, albo że „od tych rozrób, panie, chleba nie przybędzie”, albo że „ciekawe, kto te wszystkie demonstracje finansuje”…. Pamiętam moich rodaków z tamtych lat, którzy nie dość, że robili wszystko dokładnie tak, jak im władza kazała, to w dodatku wierzyli, że tak jak jest, jest bardzo dobrze i że gdyby tylko wszyscy pozostali byli tak jak oni posłuszni i zdyscyplinowani, z pewnością na wsi byłby zawsze do kupienia sznurek do snopowiązałek, a w miastach papier toaletowy. A przy szczególnie wytężonej pracy i przy odpowiedniej dyscyplinie, gdyby tylko milicja „przywaliła paru rozrabiakom po tyłku”, to może by nawet od czasu do czasu mógłby człowiek pozwolić sobie i na pomarańcze.
Co się stało, ze akurat dziś ogarnęły mnie tego typu wspomnienia i refleksje? Wczoraj władze rozbiły wszystkie, odbywające się akurat w całej Polsce demonstracje związków zawodowych skierowane przeciwko rządom Platformy Obywatelskiej. Bardzo poruszony sytuacją, którą uznałem za w pewnym sensie przełomową, napisałem tu w Saloniekróciutki tekst, który miał wyrazić wszystkie moje emocje związane z tym wydarzeniem. Tekst, ku memu zdziwieniu, wywołał lawinę komentarzy, zarówno ze strony osób oceniających sytuację podobnie do mnie, jak i również tych którzy wyrażali satysfakcję z powodu skutecznej akcji władz przeciwko związkowcom. Co nawet mnie, człowieka naprawdę doświadczonego w kontaktach z ludzką agresją, zaskoczyło, to fakt, że wśród osób cieszących się z powodu działań władz przeciwko związkowcom, nie było ani jednego takiego, który by się po prostu tylko cieszył. Oni wszyscy zareagowali tak, jak tłum bandytów reaguje gdy widzą jak ich koledzy kopią kogoś, kto już się nie rusza. Oni się zwyczajnie podłączyli. Oto fragmenty, które mogą choć trochę zobrazować to, o czym mówię:
„…strajk, okupacja pomieszczeń i utrudnianie pracy współpracownikom powinno skutkować natychmiastowym zwolnieniem dyscyplinarnym.”
„…niestety policja nie pobiła tylko wyprowadza.”
„…związkowcy nie przyszli porozmawiać, tylko zrobić zadymę.”
„A to, że tacy stoczniowcy, którzy[…] doprowadzili stocznie do bankructwa śmią wyjść na ulicę i krzyczeć złodzieje to jest jawna kpina z prawdy.”
„Dla mnie blokowanie jezdni przez pielęgniarki, blokowanie publicznych dróg przez chłopów, zielonych czy mieszkańców powinno zawsze kończyć się interwencją policji.”
„Dla mnie wszyscy politycy to złodzieje, koryto jest jedno zmieniają się tylko świnie.”
„…sam bym im pałą przypier...”
„I jedni i drudzy to dla mnie darmozjady. Jak się komuś praca nie podoba to niech ją zmieni. Nie ma obowiązku pracy. Jak ktoś uważa że prowadzenie firmy w Polsce to taki zajebisty biznes to niech sam założy firmę.Strajkowanie powinno być zdelegalizowane.”
„Nie życzę sobie po prostu, żebym jadąc na umówione spotkanie natykał się na blokadę szosy bo komuś nie podobają się ceny skupu np. mleka.”
„…byle śmendak pod flagą związkową jest bezkarny.”
„Jest wiele problemów, które oczywiście przez politykierów nie są zauważane, ale to co wyprawiają związki to już lekka przesada. Wrażliwości mam dużo, ale mam pogardę do lenistwa, nieróbstwa, głupoty, chamstwa. mam za to szacunek do pracy.”
Poczytałem sobie te komentarze i nagle przypomniała mi się ta część PRL-u, o której tu już wspomniałem, a o której jakoś wszyscy tak często zdajemy się zapominać. Przypomnieli mi się ci wszyscy ludzie, których osobiście nie znalem, ale których w tamtych dniach nieustannie spotykałem na ulicy, w zatłoczonych autobusach, w kolejkach do sklepu, czy których opinie bardzo często ówczesna propaganda cytowała w swoich gazetach, w radio i w telewizji. Czytałem komentarze Mireksa, obiektywnego, tego jakiegoś jacka 3 i przed oczyma stanęła mi ta cała otumaniona, pozbawiona jakichkolwiek ludzkich odruchów post-sowiecka swołocz, która potrafiła wszystko wyłącznie robić na rozkaz i która przez tyle lat tak bardzo aktywnie współuczestniczyła w tym nieszczęsnym procederze, który nam tu towarzyszył z obcego nadania. Ktoś kto należy do mojego pokolenia, albo może jest tylko trochę młodszy wie, o czym mówię. Mówię o tych wszystkich obywatelach, którzy się snuli po tej Polsce, której część z pełną pokorą przyjęli od swoich nowych panów, i wypluwali z siebie ten właściwie już wówczas standardowy syk: „Ja bym ich, panie, wszystkich na Sybir!!!! Tam ich nauczą porządku!”
Więc kiedy dziś, zadaję to pytanie, gdzie oni się wszyscy podziali, co sobie dziś myślą, czym się zajmują, jakie nowe pokolenia wychowali, to już wiem. Ja ich czasem widzę tu w Salonie, niekiedy słucham ich głosów w Szkle Kontaktowym, a czasem – tak jak za dawnych lat – spotykam ich, idąc po prostu ulicą. Ludzi, którym tak naprawdę o nic innego nie chodzi, jak tylko o to, żeby im dać święty spokój. Ludzi bez śladu wrażliwości, bez cienia współczucia dla innych, bez jednej solidarnej myśli w głowie. Ludzi, którzy wszystko mają w nosie i nic ich dokładnie nie obchodzi, poza tym co im się każe, żeby uznali za swoje. Urodzonych niewolników.
Ale, obserwując reakcję części opinii publicznej na to, w jaki sposób rząd traktuje społeczeństwo, pomyślałem sobie jeszcze o czymś innym. Otóż właśnie w ostatnich tygodniach, czyli mniej więcej od czasu, kiedy zwróciłem uwagę na to, że tej władzy zaczyna powoli być już naprawdę wszystko jedno, co się stanie, byleby tylko mogli utrzymać kontrolę, pomyślałem sobie, że doradcy od wizerunku i od politycznej strategii, musieli podpowiedzieć przywódcom Platformy Obywatelskiej, żeby się skupili na jednej, bardzo określonej części społeczeństwa. Że trzeba walczyć przede wszystkim o tego wyborcę i o ten rodzaj wrażliwości, który przez całe dziesiątki lat tak skutecznie wspierał tamten, miniony już dawno system. Oni musieli wyczuć, że to jest elektorat kompletnie niewykorzystany, gotowy do współpracy z każdą władzą, która im z jednej strony przedstawi jakąś piękną, wzruszającą opowieść o miłości, gdzie są sami przystojni mężczyźni i piękne kobiety i parę tanich emocji, a z drugiej przedstawi wroga, który ten film im chce wyłączyć… no i która to władza jednocześnie złapie ich za twarz i przydusi do ziemi. Oni musieli wiedzieć, że to jest ta część narodu, która pozwoli im rządzić zawsze. To jednak jest dopiero początek. Myślę, że dalszy plan wygląda następująco. Tak ‘stargetowany’ wyborca ma wiedzieć, że jego pan jest silny, brutalny i zawsze zwycięski. Że to jest pan kochający, a jak trzeba – bezwzględnie karzący. Że to jest pan surowy, ale dobry. Więc teraz już tylko trzeba podtrzymywać to co jest i demonstrować tę siłę. Czy to się uda? Nie sądzę. Tusk to nie Putin. Nawet Palikot to nie Putin. No i sprawa podstawowa. Trzeba by było wprowadzić obowiązek głosowania. Formalny, lub w jakimś choćby symbolicznym wymiarze. Żeby oni czuli ten strach przed swoim panem i z tego strachu chodzili do wyborów. Nie wiem, jak mogą to zrobić. Ale do tego czasu, na pełny sukces liczyć nie mogą. Bez tego, pełnego zwycięstwa nie osiągną. Więc ostatecznie, zwycięstwa nie osiągną w ogóle. A co z nimi? Z tymi biednymi głupcami w rodzaju obiektywnego. Będą sobie żyli na peryferiach polskiej historii, harując od rana do nocy na te drobne, codzienne przyjemności. I pilnując, by tego co zdobyli żaden „śmierdzący robol” im nie odebrał. I nawet nie będą mogli o sobie powiedziec, że mają jakieś wspomnienia.
Wspominałem tu już kiedyś o Picassie w kontekście tego, jak blisko niekiedy jest od ludzkiej wielkości do ludzkiego upadku. Właśnie dziś czytam artykuł Paula Johnsona a w nim właśnie tym wielkim artyście. Opowiada Johnson o tym, jak to Pablo Picasso potrafił zniewalać ludzi. Jak to potrafił ludzi najpierw do samego końca wykorzystać, a następnie w sposób bezwzględny zniszczyć. Jak to umiał Picasso doprowadzić ślepo oddanych mu ludzi – zarówno kobiety, jak i mężczyzn – do takiego upadku, że pozostawała im już tylko nienawiść i rozpacz, którą on już mógł tylko z szatańską satysfakcją malować. A których później, kiedy już sam umarł, pociągnął za sobą. Więc oni przynajmniej przez ten krótki czas względnej wolności mieli swoje wspomnienia. Wspomnienia bycia z kimś wybitnym.
Naszym dzisiejszym niewolnikom nawet to nie będzie dane. I to już jest wiadomość naprawdę dobra.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz