poniedziałek, 7 grudnia 2015

O zawodowcach w boeingach i na traktorach

Zakończyły się kolejne targi i choć przyznać trzeba, że każde słowo, jakie na ich temat dziś napisał Coryllus, jest i słuszne i głębokie, ja osobiście nie widzę żadnego powodu do narzekania. Targi – dla mnie każde targi – są wydarzeniem tak uroczystym, że osobiście mógłbym spędzać czas wśród tych książek i ludzi co tydzień, w każdych warunkach. Byle by tylko znaleźli się czytelnicy. A we Wrocławiu czytelników było co niemiara. Tak więc ta końcówka roku, a więc Katowice, Warszawa i Wrocław stanowi podsumowanie tych naszych wysiłków najlepsze, jakie mogę sobie wyobrazić. Mieliśmy przez te dwa miesiące wszystko, czego można było zapragnąć, a symbolicznym wymiarem tego mógłby być choćby obrazek, który zamieściłem na Twitterze i zatytułowałem: „Tomasz Łysiak podpisuje swoją książkę”.



Jak już wspomniał Coryllus, w jego księgarni pojawił się kolejny, francuski tym razem, numer „Szkoły Nawigatorów”. Jak zwykle, tam cała kupa fantastycznych tekstów, w tym dwa moje. Na zachętę, przedstawiam tu jeden z nich, o filmie „Leon Zawodowiec”.

Nie wiem, czy to jest tylko taka moja prywatna fanaberia, czy może owa idea pojawiła się gdzieś jeszcze w konkretnych analizach, osobiście jednak jestem bardzo przywiązany do używania pojęcia „film francuski”, jako kategorii estetycznej. I oczywiście wcale nie chodzi mi o to, że większość filmów produkowanych we Francji ma moim zdaniem pewną wspólną cechę, którą można określić przy pomocy owej nazwy. One oczywiście są do siebie bardzo podobne, natomiast to co jest moim zdaniem bardzo ciekawe, to fakt, że zarówno w Polsce, we Włoszech, w Szwecji, Danii, na Węgrzech, a nawet w Stanach Zjednoczonych, od czasu do czasu powstają filmy, po obejrzeniu których można co najwyżej wzruszyć ramionami i rzucić z pogardą: „jeszcze jeden francuski film”.
Jak mówię, nie mam pojęcia, czy ktokolwiek poza mną i osobami, z którymi jestem blisko, rozumie ten problem, w każdym razie jest tak, że w środowisku, w którym sam się obracam, każdy świetnie wie, w czym rzecz. Zarówno moja żona, jak i moje dzieci, ale też moi znajomi, kiedy im mówię, że ten czy inny film to „film francuski”, wiedzą dokładnie, co mam na myśli. Oni świetnie wiedzą, o co mi chodzi, gdy kiedy mnie proszą o opinię na temat takich filmów, jak „Dzień Apokalipsy” Coppoli, czy „Pat Garrett i Billy the Kid” Peckinpaha, czy oczywiście „Leon Zawodowiec” Bessona, a ja im mówię: „normalny francuski syf”.
Aby dokładnie przedstawić to, co mam na myśli, proponuję przyjrzeć się ostatniej z wyżej wymienionych produkcji, czyli słynnemu „Leonowi Zawodowcowi”, przez wielu uważanego za dzieło kultowe. Mówię o filmie, który przez wielu miłośników kina jest traktowany, jako wydarzenie niemal najważniejsze we współczesnej historii kina, przy którym blednie nawet sam Quentin Tarantino ze swoim „Pulp Fiction”, a który dla mnie akurat stanowi idealny symbol tego, co postanowiłem opisywać przy pomocy epitetu „kino francuskie”.
Popatrzmy najpierw na fabułę. Oto mamy owego Leona, granego przez słynnego francuskiego aktora Jeana Reno, który w okrągłych ciemnych drucianych okularach, w za dużym płaszczu, za krótkich spodniach, w wydzierganej na drutach czapce, wygląda jak psychicznie chory menel, chodzi po Nowym Jorku i w stylu zbliżonym do tego, cośmy mogli oglądać w pierwszej części tarantinowskiego „Kill Billa”, dokonuje egzekucji na zamówienie. Od początku widzimy, że choć dla Leona zabicie człowieka nie stanowi najmniejszego moralnego, czy technicznego problemu, on nie jest zwykłym zimnym mordercą, lecz człowiekiem wręcz niezwykle wrażliwym, w dodatku najwidoczniej bardzo religijnym, o czym świadczą znajdujące się w jego mieszkaniu figurka Matki Boskiej i obrazek z Jezusem.
Tak się składa, że Leon mieszka bardzo skromnie w zrujnowanej kamienicy, mając tuż za ścianą wręcz karykaturalnie upadłą rodzinę idiotów, która się trudni handlem narkotykami na rzecz lokalnej mafii, gdzie jakimś tajemniczym cudem zachował się jeden anioł, a mianowicie grana przez debiutującą Natalie Portman trzynastoletnia Matylda, dziecko piękne, wrażliwe, inteligentne i oczywiście o ogólnej prezencji modelki. A więc z jednej strony mamy tego Leona, a więc okrutnego acz wrażliwego i pobożnego mordercę – swoją drogą przestrzegającego stałej zasady, że nie zabija się kobiet i dzieci – a z drugiej, młodą Natalie Portman, wyglądającą, jak młoda Natalie Portman, która właśnie wyszła od salonu piękności.
I oto któregoś dnia w owej kamienicy pojawia się okrutna i bezwzględna mafia z psychopatycznym szefem lokalnej policji na czele, granym przez Gary’ego Oldmana, morduje wszystkich, włącznie z młodszym braciszkiem Matyldy, który dotychczas był dla niej jedynym sensem życia, oszczędzając jedynie Matyldę, która akurat poszła do lokalnego spożywczaka, by kupić Leonowi mleko, od którego ten jest uzależniony.
Kiedy Matylda wraca ze sklepu, mordercy wciąż są na miejscu, szukając już tylko Matyldy, jednak Leon przemyca ją bardzo sprytnie do siebie i od tego momentu oboje zostają najlepszymi przyjaciółmi. I oto okazuje się, że Matylda nie marzy o niczym innym jak tylko o tym, by pomścić śmierć ukochanego braciszka, a by swoje marzenie zrealizować, prosi Leona, by ja nauczył, jak zostać morderczynią. Po początkowych oporach, Leon przyjmuje propozycję dziecka, w którym jest coraz bardziej zakochany, i znaczna część filmu to już tylko ów fascynujący trening.
W końcu dochodzi do ostatecznego rozstrzygnięcia, którego tu zdradzać nie będę, tyle że wcale nie przez to, że nie wypada, ale z tego powodu, że w tym momencie wszystko jest już tak głupie, że to, jak się ów film kończy, jest moim zdaniem całkowicie bez znaczenia.
Gdzie więc tu jest owa Francja, poza tym, że zarówno Besson, jak i Reno to Francuzi, a sama Portman też ma imię jakby francuskie? Otóż na pierwszy rzut oka, i to od początku do samego bardzo spektakularnego końca, mamy w istocie rzeczy do czynienia z bardzo typowym kinem hollywoodzkim, gdzie wszystko się toczy zgodnie ze wzorem znanym z takich przebojów, jak „Szklana Pułapka”, „Zabójcza Broń”, cała seria filmów z Bondem, czy klasyczne już filmy o Brudnym Harrym, gdzie z jednej strony jest nasz bohater, a z drugiej psychopatyczny morderca, i każda minuta tego pojedynku wypełniona jest czystą emocją, tyle że o ile tam wpadamy w sidła tej magii i nie jesteśmy w stanie się z niej wyplątać, to w „Leonie” od samego początku wyłącznie dostajemy cholery na to, jak bardzo to wszystko, co oglądamy jest nieprawdziwe. Tu, poczynając od samego Leona, przez tę dziewczynkę, aż po owego wiecznie zaćpanego, granego przez Oldmana policjanta-psychopatę, wszystko jest tak sztuczne, że to można porównać tylko do peerelowskich jeszcze powieści dla dzieci Aleksandra Minkowskiego. Mamy więc Leona pijącego to swoje mleko, regularnie i z najwyższą czułością przecierającego na zmianę z figurką Matki Boskiej swoją ukochaną roślinkę, po nim ową Matyldę, która mieszkając w jakiejś śmierdzącej melinie z bandą ćpunów wygląda jakby wchodziła na wybieg gdzieś w Paryżu czy Londynie, no i wreszcie ten Oldman, który zachowuje się jakby grał w taniej parodii japońskiego komiksu, no i jego kumple, z których każdy, kiedy zabija, musi mielić w zębach zapałkę.
Ktoś powie, że to wszystko jest przecież tylko konwencją, a więc zabawą. Jeśli krytykujemy Bessona, co powiemy o wspomnianym o każdym z wielkich dzieł Tarantino? Otóż problem polega na tym, że o ile u Tarantino faktycznie każdy kolejny wygłup stanowi część konwencji, u Bessona ten idiotyzm jest przedstawiany z najwyższą powagą. Kiedy Tarantino od początku do końca do nas mruga to lewym, to prawym okiem, u Bessona nie ma za grosz humoru. Tam wszystko jest nieskończenie poważne, i to taką powagą, że ubraną w kicz na tyle intensywny, by był w stanie generować wyłącznie wzruszenie, oraz filozoficzny namysł nad skomplikowaniem ludzkiej duszy.
Ów nieszczęsny Leon, a za nim każdy kolejny bohater tego idiotyzmu, to klasyczna postać z kreskówki w rodzaju Misia Jogi, tyle że kiedy Miś Jogi chodzi w kapeluszu, wszyscy go akceptujemy, bo wiemy, że Miś Jogi nigdzie się bez kapelusza nie rusza, bo gdy go zdejmie, to już nie będzie Misiem Jogi, tylko jakimś ładnie narysowanym niedźwiedziem, natomiast gdy chodzi o Leona w tych jego ciemnych okrągłych okularkach, jedyne co widzimy, to aktora, któremu reżyser kazał w nich chodzić, nawet po ciemku, bo to będzie fajnie wyglądało w kolejnym ujęciu. A gdy patrzymy na Garego Oldmana, jak żre te swoje tabletki, twarz mu wykrzywia szaleństwo i wygłasza teksty typu „Uwielbiam atmosferę ciszy przed burzą”, to przepraszam bardzo, ale tu mamy już tylko Garego Oldmana, który pragnie powtórzyć słynną scenę z filmu Coppoli – jeszcze jednego typowego „francuskiego” knota – z zapachem napalmu o poranku.
A zatem to jest właśnie to, co nazywam „filmem francuskim”, czyli dramat, w którym każda kolejna, w zamierzeniu wywołująca łzy wzruszenia, scena budzi śmiech, komedię, gdzie każdy skecz jest żenująco ponury, i horror, gdzie wszyscy ziewają, bo diabły wyglądają jak sympatyczne misie w kapeluszach. A wszystko to wyłącznie dzięki temu, że nikomu nie zależało ani na rozśmieszeniu, ani na przestraszeniu, ani na wzruszeniu widza, ale na stworzeniu dzieła, które będzie dyskutowane w podręcznikach na uniwersytetach i omawiane na intelektualnych przyjęciach.
Ale jest jeszcze coś, do czego moim zdaniem zdolni są wyłącznie Francuzi i ci, dla których owa „szkoła francuska” stanowi wzór do naśladowania. Otóż „Leon Zawodowiec” w moim odczuciu to kultowe dzieło przede wszystkim z punktu widzenia wszelkiej maści pedofili. A mówiąc o pedofilach „wszelkiej maści” mam na myśli również tych z nich, którzy kiedy widzą trzynastoletnią dziewczynkę z ledwo rozwiniętym biustem, ustylizowaną w taki sposób, by z jednej strony w oczy rzucał się przede wszystkim ten bardzo drobny biust, a z drugiej by ona była ubrana, umalowana i pokazana jak dojrzała kobieta, kiwają w zamyśleniu głowami i mówią: „Jak się tak zastanowić, to ta pedofilia nie jest rzeczą aż tak oczywistą”. I to jest też to, o czym myślę, gdy oglądam taki film, jak „Leon Zawodowiec”, film, o którym już od pierwszej chwili wiadomo, że jest filmem francuskim, nie dlatego że tam wszyscy gadają po francusku, czy dlatego, że jego akcja toczy się w Paryżu, ale dlatego, że jego celem nie jest ani wzruszenie, ani rozśmieszenie, ani przestraszenie, ale zaapelowanie do tak zwanych „wrażliwych umysłów”, by zobaczyły, jak piękny potrafi być biust trzynastoletniej dziewczynki, kiedy ona jest taka niewinna i słodka, a mimo to potrafiła rozkochać w sobie bezwzględnego, starzejącego się zabójcę.
Nie zdziwiłbym się gdyby się miało okazać, że to jest jeden z bardziej fascynujących tematów, jakie się w każdy pierwszy wtorek miesiąca dyskutuje na drugim piętrze Restaurant Drouant w Paryżu. No ale o tym już w innym miejscu.

Zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie w naszej księgarni można na okrągło, od rana do nocy, kupować co dusza zapragnie.

piątek, 4 grudnia 2015

Idą po nas, czas się zbroić

Jutro z samego rana wyjeżdżam na targi do Wrocławia, gdzie przez sobotę i niedzielę będę sprzedawał i podpisywał swoje książki, a więc najprawdopodobniej do poniedziałku już nic nie dam rady tu napisać. Proszę więc czytać najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, a jak ktoś ma ochotę wiedzieć na bieżąco, co słychać, informuję, że moja młodsza córka założyła mi konto na twitterze i teraz nie mam wyjścia i muszę „ćwierkać”: https://twitter.com/KOsiejuk.

Pisałem o tym parokrotnie jeszcze parę lat temu, ale dziś wypada mi przypomnieć. Otóż moim zdaniem na dzisiejszy wyborczy triumf Prawa i Sprawiedliwości, czy może bardziej precyzyjnie, polityczny upadek Platformy Obywatelskiej, zanosiło się od dawna, a jedno i drugie w znacznym stopniu zostało przygotowane przez System. Z mojego punktu widzenia, gdyby nie wola Systemu, to w obliczu choćby wręcz już otwartego fałszowania wyborów, do jakichkolwiek zmian by nie doszło, nawet gdyby społeczne poparcie dla Platformy Obywatelskiej spadło do zera. I tu nie poradziłaby ani Unia Europejska ze swoimi trybunałami, ani polskie sądy i organizacje broniące demokracji, ani tym bardziej społeczny protest. Powtarzam: gdyby System zażyczył sobie zachowania status quo, kontrolowany przez Platformę Obywatelską i PSL, infekujący każdy zakątek Kraju aparat władzy, owej władzy by nie oddał.
Obie kampanie, a więc najpierw prezydencka, a potem parlamentarna, gdybyśmy się uczciwie i choćby minimalnie obiektywnie im przyjrzeli, były przez System autoryzowane w tym sensie, że wobec powszechnego społecznego sprzeciwu wobec ustępującej władzy, Platforma Obywatelska, a wcześniej Bronisław Komorowski, zostali pozostawieni samym sobie i o zwycięstwie nie mogli nawet marzyć. Ja żyję wystarczająco długo i mam na tyle solidne doświadczenie, by wiedzieć, jak System, jeśli tylko sobie życzy, potrafi sterować społecznymi emocjami i z jaką skutecznością. Obserwując choćby tylko postawę polskich mediów, wiedziałem, że decyzja o odsunięciu Platformy Obywatelskiej została podjęta i tu już nie ma miejsca na jakąkolwiek dyskusję.
Jesteśmy więc dziś już po obu zwycięstwach i wychodzi nagle na to, że stało się coś, czego wspominany tu od początku System nie przewidział. Przede wszystkim mianowicie skali owego zwycięstwa, a po drugie, w co wierzę gorąco, determinacji Prawa i Sprawiedliwości do zrealizowania każdej kolejnej obietnicy wyborczej, ale też przedwyborczej zapowiedzi, jaką z tamtej strony otrzymaliśmy. I tu pojawia się coś, co musimy nazwać problemem.
Otóż wygląda na to, że skutkiem wspomnianego zwycięstwa i wspomnianej też determinacji, a przy okazji antycypując dalszy rozwój sytuacji, System poczuł się do tego stopnia zagrożony, że postanowił obecną władzę zniszczyć – póki co medialnie, no a dalej, to już zależnie od tego, jak Belzebub pozwoli. Od paru dni obserwuję dość uważnie ów przekaz i powiem uczciwie, że sam jestem szczególnie zaskoczony. To co się wyprawia na tym kręgu piekła przekracza wszelkie wyobrażenie i w tej chwili właściwie jedyna zagadka to ta, do czego oni się będą w stanie posunąć, no a przede wszystkim, jakie w ogóle przed nimi są jeszcze możliwości, w wymiarze czysto fizycznym. Czy jest choćby możliwe, że urządzą serię teleturniejów z atrakcyjnymi nagrodami, gdzie zwycięzcą zostanie ten, kto zaproponuje najbardziej skuteczną metodę zamordowania prezydenta, lub zgwałcenia premier Szydło. A jeśli ktoś myśli, że ja sobie pozwalam na zbyt wiele, to, przepraszam, ale nic z tego. Sytuacja jest jak najbardziej poważna.

Jak zawsze zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

czwartek, 3 grudnia 2015

Kiedy nadchodzi burza, wspomnijmy premier Margaret Thatcher

Wczorajszy dzień upłynął nam jak każdy, a więc na zwykłych codziennych zajęciach, a więc gdy chodzi o sejmową awanturę w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, mieliśmy okazję obejrzeć zaledwie tak zwane powtórki, ale przyznaję, że było bardzo przyjemnie. Prawie. Jedyny problem polegał na tym, że moje najstarsze dziecko, osoba wyjątkowo miła i łagodna, w pewnym momencie oświadczyła, że skoro nasze życie ma przez najbliższe lata wyglądać właśnie tak, to ona rezygnuje i prosi o to, by do władzy wróciła Platforma. Przynajmniej będziemy mieli cywilizowaną opozycję.
No ale, jak mówię, poza nią, do tego cośmy widzieli wszyscyśmy byli nastawieni wręcz entuzjastycznie. Z naszego punktu widzenia bowiem, sprawa polega na tym, że, jak wszystko na to wskazuje, owo przejmowanie przez Prawo i Sprawiedliwość odpowiedzialności za Polskę i to z taką właśnie determinacją, wbrew temu, co sobie wyobraża powoli zdychający reżim, przede wszystkim jest znakomicie zaplanowane i z najwyższą starannością realizowane, a co może jeszcze ważniejsze, społeczne poparcie pozostaje zdecydowanie za zmianami i każdy kolejny dzień będzie tylko owo poparcie wzmacniać i poszerzać.
Co więcej, jeśli zajrzeć choćby do Internetu, który, jak już pewnie wszyscy zdążyliśmy zauważyć, staje się pierwszym kontrolerem społecznych emocji, by zobaczyć, że tam panuje wyłącznie szampańska zabawa. Jeśli zajrzymy do Internetu, zauważymy natychmiast, jak tam się w ogóle nie odczuwa jakiegokolwiek niepokoju co do tego, czy nam się uda, czy wytrzymamy, czy oni jednak czegoś nagle nie wyciągną, co nas któregoś dnia zwyczajnie zabije. Tam, jak mówię, jest niemal wyłącznie karnawał i kabaret. I tu muszę wspomnieć coś bardzo ważnego: kabaret najwyższej jakości.
Oto syn mój pokazał mi wczoraj właśnie, że na Facebooku pojawiła się grupa parodiująca ledwo co powołany do życia tak zwany Komitet Obrony Demokracji, pod tą samą nazwą – Komitet Obrony Demokracji. Efekt tego jest taki, że wszyscy ci, którzy mieliby ochotę wykazać się prawdziwie obywatelską postawą i zaangażować w prace na rzecz wyrwania Polski z faszystowskiego uścisku, jeśli zaczną poszukiwania na Facebooku trafią albo na oryginał, albo na kpinę, a czym bardziej kto z nich jest głupi, czy choćby naiwny, tym większa ma szansę na to, że zbłądzi. A tam już pozostaje mu tylko wiać, gdzie pieprz rośnie. Historia, którą opowiedział mi syn wiąże się z jakąś zamieszkałą w Szwecji panią o nazwisku Dana Demirel, która postanowiła do owej kpiarskiej grupy wysłać następującą wiadomość:
Dziękuję za przyjęcie mnie do grupy. Czytałam, że już za granicami o Was słychać. Mieszkam na stałe w Szwecji, w jaki sposób mogłabym pomóc grupie w rozpowszechnianiu wiadomości o Waszym istnieniu? Czekam na zadania”.
Na to żartownisie z KOD2 zwrócili się do pani z pytaniem: „Pierwsze i zasadnicze pytanie. Czy jest Pani Żydówką?”, na co pani Demirel odpowiedziała, że nie i zapytała, „Jakie to by miało mieć znaczenie?
I tu otrzymała następującą odpowiedź: „Co do okoliczności sytuacji i powstania tego ruchu ma wielkie znaczenie. Proszę opuścić grupę”.
Czy mogłabym uzyskać jakieś bliższe wyjaśnienie, o co panu chodzi?” spytała zaniepokojona pani Demirel, na co uzyskała następującą odpowiedź: „Nie, z racji tego, że nie jest Pani Żydówką
.„Czy to jest grupa wyłącznie dla Żydów?” zapytała pani Demirel. „Tak” odpowiedział przedstawiciel ruchu. „Dlaczego więc przyjęto mnie do grupy?” zapytała sprytnie pani Demirel i tu padło wyjaśnienie: „Bo dano pani szansę”. „OK, skoro nie jestem tu mile widziana, opuszczę tę grupę. Czy Pan jest moderatorem tutaj?” „Jeszcze nie”, odpowiedział człowiek z KOD2. „To dlaczego właśnie pan wydaje mi takie polecenia?” dociekała pani Demirel. „Jeżeli byłaby Pani Żydówką, inaczej bym pisał”, padła odpowiedź, a dalej „Wszyscy goje, którzy chcą bronić demokracji muszą codziennie odmówić 3 razy litanię do Donalda zbawiciela Polski i koronkę do Matki Angeli zawsze dziewicy. Prenumerata gazety wyborczej”.
A na sam koniec, już chyba pod nieobecność tej biednej istoty, padło coś absolutnie najlepszego:
A na poważnie – to serdecznie witamy w KOD! Jest Pani mile widziana – z napletkiem, czy bez. Komitet Centralny przydzielił już Pani pierwsze zadanie: w niedzielę mamy manifę pod Sejmem i potem przemarsz pod Pałac Kultury. Spodziewamy się prawdziwych tłumów, tak około 15-16 osób! Sprawa jest więc bardzo poważna. Proszona jest Pani o organizacje cateringu: bezglutenowy chleb i wędzony łosoś z organicznym koperkiem. Proszę dostarczyć catering do Gdańska, tam pójdzie Pani na dworzec i wsiądzie w Pierdolino. Konduktor to nasz człowiek. Na hasło WOLNOŚĆ I DEMOKRACJA odda Pani do dyspozycji tajną salonkę Kopaczowej, w Warszawie na Dworcu Centralnym prof. Hartman odbierze kanapki. Pozna go Pani po brodzie i inteligentnym wyrazie twarzy”.
I tak to się kończy owa wymiana. Ja oczywiście biorę pod uwagę, że któryś z czytelników powie, że to jest dokładnie tak samo tanie i głupie, jak cała reszta i ja nie będę się upierał. Przyznaję, że na kabaretach nie bardzo się znam. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na coś całkowicie nowego. Otóż po raz pierwszy od tych ośmiu, czy dziesięciu lat przeciwnicy Platformy Obywatelskiej przejmują kulturę popularną i w dodatku robią to z dwa razy większym zaangażowaniem, niż to mieliśmy okazję dotychczas oglądać. I proszę zwrócić też uwagę na fakt, że jakkolwiek mocno byśmy przymrużali oko na te teksty, one nie zostały napisane przez Łukasza Warzechę, Jana Pietrzaka, Krzysztofa Feusette, czy któregokolwiek z popularnych prawicowych komików. Już na pierwszy rzut oka widać, że to jest coś całkowicie świeżego i autentycznego. To nie jest kabaret stworzony na potrzeby bieżącej polityki, ani bieżącą polityką się karmiący. To jest czyste szyderstwo, które stanowi element owego społecznego – nie politycznego – protestu przeciwko autorytetom, które przez minione osiem lat zostały wyprodukowane przez System, i który to protest doprowadził do zmiany władzy.
Większość z nas zapewne wciąż pamięta, z jak niezwykłą pomysłowością i zaangażowaniem, a przede wszystkim szczerością, popularna kultura cztery, pięć, czy osiem lat temu potrafiła kpić z Prawa i Sprawiedliwości i wszystkiego, z czym się ta nazwa kojarzyła. Pamiętamy również tamten czas, kiedy to z kompletnego niebytu wyciągnięto Henrykę Krzywonos i niemal natychmiast na Facebooku pojawiła się grupa przyjaciół „słynnej tramwajarki”, która w ciągu zaledwie paru chwil zdobyła 50 tysięcy polubień. Pojawiały się głosy, że to jest wszystko sztucznie nakręcone, natomiast ja wiedziałem, że za tym stoją, fakt, że mocno naiwne, ale jednak szczere, ludzkie emocje. Proszę, zajrzyjmy do Internetu dziś i popatrzmy, jakie wrażenie zrobiła Henryka Krzywonos tym razem. I wtedy zobaczymy różnicę.
Pisałem tu kiedyś o Margaret Thatcher, przypominając, w jaki sposób ona komentowała czas, kiedy została premierem, a wokół niej toczyła się autentyczna wojna. Obserwowała tę agresję, tę wściekłość, widziała z prawdziwą wyrazistością, jak trudne czasy przed nią, a jednocześnie była szczęśliwa, bo wiedziała dwie rzeczy: pierwsza to taka, że ona ma dobry plan wielkich zmian, a druga, że ona ma wystarczająco mocne społeczne poparcie, by owe zmiany realizować. Wczoraj w Izbie Gmin doszło do bardzo gorącej debaty w sprawie ewentualnej brytyjskiej akcji w Syrii. W środku toczyła się ta bitwa, a na zewnątrz trwały demonstracje, o jakich my nawet nie możemy marzyć. Brytyjski parlament przegłosował naloty i w tym samym momencie wystartowały pierwsze samoloty.
Myślę, że dziś i my widzimy, jak się robi poważną politykę.

Dziś rozpoczęły się wrocławskie targi książki. Na miejscu jest Coryllus, ja natomiast przyjeżdżam w sobotę i zostaję do niedzieli. Zapraszam wszystkich. Jednocześnie przypominam, że nasze książki są stale do nabycia w księgarni www.coryllus.pl.

środa, 2 grudnia 2015

Ho, ho, tak, tak, czyli o zachowywaniu proporcji

Ja zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że wielu z nas życzyłoby sobie, bym skomentował w jakiś sposób zamieszanie, jakie mamy z Trybunałem Konstytucyjnym, no i w ogóle z realizacją przez Prawo i Sprawiedliwość projektu pod tytułem „Polska”. I daję słowo, że bardzo bym chciał powiedzieć tu coś strasznie oryginalnego i mądrego, ale zwyczajnie nie potrafię. Jedyne co mi przychodzi do głowy to to, że wreszcie doczekałem chwili, kiedy oni wszyscy, po tych strasznych ośmiu latach, zapowiadają, że w tej jakże ponurej dla nich sytuacji będą musieli się odwołać do głosu ulicy. Co ciekawe, w imieniu całej opozycji – a więc poza Nowoczesną z kropką, jeszcze Platformą i PSL-em – odwoływać się będzie Ryszard Petru, który nagle doszedł do wniosku, że jeśli on tym swoim aksamitnym głosem Justyny Pochanke zacznie przekonywać nas do podjęcia akcji bezpośredniej w celu wsparcia skorumpowanych elit, my ulegniemy jego urokowi i pójdziemy za nim, jak w dym. Otóż nic z tego. To z czym mamy dziś do czynienia, to klasyczny leżajsk i kwiczajsk i ja już nie mogę się doczekać, jak przed budynkiem Sejmu zetrą się dwie konkurencyjne demonstracje.
I to jest naprawdę wszystko, co mam dziś na ten temat do powiedzenia. Natomiast wczoraj późnym wieczorem na Onecie trafiłem na wiadomość, która mnie zainteresowała naprawdę i która – jestem pewien, że przy odpowiednim skupieniu, każdy z nas zrozumie, jak wiele ona wnosi do tego, czym na co dzień żyjemy – moim zdaniem stanowi początek i koniec jakiejkolwiek politycznej dyskusji, którą prowadzimy, czy dopiero mamy zamiar prowadzić, a przy okazji pokazuje nam prawdziwy cel, jaki powinniśmy sobie wyznaczać. Właściwie mógłbym tu wstawić link, ale ponieważ wiem, jak część czytelników reaguje na linki, pozwolę sobie przekleić dłuższe fragmenty.
Tytuł informacji brzmi „Donald Tusk prezydentem Europy jest równo rok. Zarobił już ponad 1,3 mln zł.”, dalej jest tak zwany lead: „Donald Tusk za każdy miesiąc pracy na stanowisku szefa Rady Europejskiej zarabia ponad 100 tys. zł. Co więcej, po roku zapewnił już sobie unijną emeryturę w wysokości 4,3 tys. zł. Zarobki polityka są jednymi z najwyższych spośród światowych przywódców. Podsumowujemy wszystkie dochody prezydenta Europy”, a dalej już Onet przechodzi do sedna:
Każdego miesiąca Donald Tusk z racji sprawowania funkcji przewodniczącego Rady Europejskiej otrzymuje pensję w wysokości blisko 25 tys. euro, czyli – licząc po aktualnym kursie - równowartość 106 tys. złotych. Przez ostatni rok Tusk zarobił więc prawie 1,3 mln zł.
Tym samym jest jednym z lepiej opłacanych przywódców na świecie. Rocznie zarabia więcej od kanclerz Niemiec Angeli Merkel (otrzymuje równowartość 95 tys. zł), premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona (86 tys. zł), a nawet – przynajmniej według oficjalnych danych – od prezydenta Rosji Władimira Putina (548 tys. zł). Jego pensja jest tylko trochę skromniejsza od tej, którą otrzymuje prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama (1,6 mln zł).
Wysokie dochody Polaka to w Unii Europejskiej nic nadzwyczajnego. Dokładnie tyle samo co Tusk zarabia szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. Niewiele mniej dostaje szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini – jej roczna pensja to ok. 1,2 mln zł.
To nie koniec profitów, które zdobył Polak w trakcie pracy szefa Rady. Do wysokości jego pensji podstawowej należy doliczyć także tzw. dodatek mieszkaniowy, który polityk otrzymuje, mieszkając w Brukseli. Rocznie to kolejne 40 tys. euro, czyli równowartość 170 tys. zł.
Ile Tusk przez ostatni rok zaoszczędził, nie wiadomo. Jako przewodniczący RE nie musi ujawniać swojego majątku.
[…] Niezależnie [od tego,] kiedy Tusk odejdzie z unijnej pracy, dostanie odprawę w wysokości miesięcznej pensji. Do tego, przez kolejne trzy lata otrzymywać będzie tzw. dodatek przejściowy w wysokości 55 tys. zł miesięcznie.
Ten ostatni ma być niejakim spadochronem po powrocie do warunków krajowych. W Polsce Tusk zarabiał zdecydowanie mniej.
[…] Polityk po zakończeniu unijnej kariery nie będzie musiał jednak żyć z oszczędności, bo już nabył prawo do emerytury przysługującej przewodniczącym RE. Jej wysokość to 4,274 proc. miesięcznej pensji za każdy rok sprawowania funkcji. Po roku Tusk zapewnił więc już sobie ok. 4,5 tys. zł miesięcznie. Po pięciu latach jego emerytura – zależnie od kursu walut - sięgać będzie ponad 22 tys. zł. Uprawniony do jej pobierania będzie po ukończeniu 65., a nie 67. roku życia, jak to teraz ma miejsce w Polsce”.
I ta ostatnia, emerytalna, wiadomość jest w sumie na tyle pasjonująca, że można by ją było pozostawić, jako clou całej tej opowieści, jednak bez dodatkowej refleksji się nie obejdzie. Otóż kilka lat temu uczyłem angielskiego w ING Banku w Katowicach. Sam go wprawdzie nie uczyłem, ale autentyczną gwiazdą był tam człowiek, o którym mówiło się, że najpierw stworzył, a następnie obsługiwał cały system informatyczny banku. Znałem go z widzenia, był to gość znacznie młodszy ode mnie, wyglądający zupełnie normalnie, tyle że ile razy się pojawiał, wokoło następowała cisza. Dziś już nie umiem powiedzieć nawet tego, jak on miał na imię, ale pamiętam, że na drzwiach pokoju, gdzie pracował, przyczepiona była kartka z informacją: „Tu pracuje Wojtek, przy wchodzeniu proszę zdjąć buty”, czy coś w tym stylu. Pytałem uczniów, ile on zarabia, ale oni mówili, że choć nikt tego nie wie, to muszą być takie sumy, by ING miało gwarancję, że on się stamtąd nie ruszy. I powiem szczerze, że tego typu sytuację uważam za normalną. Uważam, że ten Wojtek, czy Maciek, czy Rysiek zasługiwał na każde pieniądze, a ING Bank zapytany, czemu mu płaci aż tyle, nie miał najmniejszych problemów z odpowiedzią.
A gdyby ktoś myślał, że patrzę zbyt wąsko, gotów jestem tu również oświadczyć, że ja naprawdę nie mam nic nawet przeciwko temu, by – skoro już jesteśmy przy temacie – ING Bank płacił tyle ile płaci temu durniowi Markowi Kondratowi. I też potrafię tę opinię uzasadnić.
Natomiast kiedy pojawia się kwestia taka oto, dlaczego firma o nazwie Unia Europejska kobiecie o nazwisku Federica Mogherini (przepraszam bardzo, ale kontynuować wątek Tuska jest mi zwyczajnie wstyd) postanawia płacić 1,2 miliona złotych rocznie, ja się bardzo mocno zastanawiam, co ona ma w sobie takiego, że została aż tak wyróżniona. I w tej sytuacji do głowy przychodzi mi już tylko wypowiedź, którą tu już parokrotnie cytowałem, a której autorem jest zmarły dziś już Aleksander Gudzowaty. Proszę posłuchać:
Jeśli się komuś płaci 4 miliony złotych nagrody rocznej, to nie po to, żeby go karmić, ale po to, by go dyscyplinować”.
A my się tu, biedactwa, emocjonujemy sporem o to, jaki los czeka dziesięciu sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Ho, ho, tak, tak. Jak mawiał sam Mistrz.

Już jutro we Wrocławiu ruszają kolejne targi książki. Ja się tam wybieram dopiero w sobotę i zostaję do niedzieli, natomiast od samego początku z naszymi książkami na czytelników czekać będzie Gabriel Maciejewski, czyli nas kumpel Coryllus. Serdecznie zapraszam. W międzyczasie, każdego, kto ma ochotę sobie poczytać i mieć z tego satysfakcję, zapraszam jak zawsze do księgarni na stronie www.coryllus.pl.




wtorek, 1 grudnia 2015

Nowa ewangelizacja, czyli zmień ustawienia filtra

Dziś kolejna ocenzurowana przez Salon24 notka, tym razem absolutnie wyjątkowa, o czymś, czego nie mogłem się spodziewać, że odnajdę w swoich choćby w najbardziej szalonych wędrówkach po tym, co nam daje współczesny świat. Oto syn mój poinformował mnie, że bloger o nazwisku Mateusz Ochman, którego dotychczas nie znałem, a z tego co widzę, powinienem, opublikował na swoim profilu na Facebooku coś takiego:


Pod owym obrazkiem natomiast ukazało się jeszcze coś, a mianowicie komentarz pewnego, również nieznanego mi księdza, w formie krótkiej uwagi: „Rz 7,15.19-21 :) Żyje Słowem chłopaczek po prostu”. W tej sytuacji, pozostaje nam już tylko zajrzeć do Ewangelii:
Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę – to właśnie czynię. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. A zatem stwierdzam w sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło”.
I to na dziś wszystko. Zapraszam już tylko do księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Targi, czyli razem do boju

Targi książki – jakiekolwiek targi książki, a już szczególnie targi tak wyjątkowe, jak Warszawskie Targi Historyczne – z punktu widzenia autora, mają to do siebie, że nigdzie indziej z tak pełną jaskrawością nie można w jednej niemal chwili ujrzeć cały sensu pisania. Wszyscy wiemy, jak wygląda typowa księgarnia. Wchodzimy do którejkolwiek z nich i pierwsze co widzimy, to te tony papieru, na którym wydrukowano słowa jakichś, w 99 procentach kompletnie anonimowych, autorów, słowa dla choćby najmniejszej cząstki świata obojętne, niepotrzebne, tak bardzo nieważne, że równie dobrze mogłoby ich nigdy nie być. No i leżą tam te książki, na które nikt nie zwraca uwagi, które następnie są coraz bardziej przeceniane, by wreszcie wylądować w tych smutnych koszach wystawionych na ulicy, czy w ulicznych antykwariatach, gdzie są dalej sprzedawane po złotówce, czy dwa złote za sztukę. I jeśli nawet jakimś cudem się zdarzy, że ktoś się jednak zdecyduje, autor będzie ostatnią osobą, która się o tym niezwykłym z pewnego punktu widzenia sukcesie dowie.
Znamy więc te księgarnie i ów cały tak egzotyczny rynek i myślę, że wtedy właśnie, w chwilach tego typu refleksji, mamy szanse sobie uświadomić, jak ważny może się stać bezpośredni kontakt z czytelnikiem. Kiedy stoimy tam z tą książką i ktoś nagle się pojawia, mówi poproszę jedną, albo dwie, bo ta druga to na prezent, i czy można poprosić o dedykację, a potem płaci za ów produkt – bo to przecież w pewnym sensie jest produkt – można poczuć coś na kształt wstrząsu. No i równocześnie musi się pojawić pytanie, dlaczego? Z jakiej racji? Za co?
No ale jest jak jest i trzeba to wszystko z pokorą przyjąć.
Byliśmy tam na tych targach z Gabrielem przez cztery ostatnie dni (ja w sobotę i niedzielę) i chętnie potwierdzę wszystko, co on już zdążył napisać na blogu. Myśmy tam sprzedawali, sprzedawali i sprzedawali. Miałem już okazję być na różnego rodzaju targach, ale czegoś takiego, co się stało tym razem, ani nie widziałem, ani też sobie nie wyobrażałem. Jak to się stało, co takiego zaszło przez miniony rok, by sytuację tak drastycznie zmienić, nie mam bladego pojęcia, ale fakt jest faktem – tak ani wcześniej nie było, ani na coś takiego nawet się nie zanosiło.
A zatem, to jest pierwsze wrażenie, jakie można odnieść, kiedy się jest na targach książki. Ów nieprawdopodobny wręcz kontakt. Druga rzecz jednak, jaka się rzuca w oczy, to obecność praktycznie wszystkich tych gwiazd – i to gwiazd spod najróżniejszych szyldów – które się zna wyłącznie z mediów. Nie jestem w stanie wyliczyć, kto się tam nam przed oczami przewinął: Piotr Marciniak z TVN-u, Jacek Sasin z rządu, Piotr Semka z „tygodnika Pawła Lisickiego”, brat Karnowski bliźniak Karnowskiego, Longin Pastusiak z PRL-u, Rafał Ziemkiewicz z nie wiadomo skąd, Tomasz Turowski z Moskwy, Krystian Brodacki z „Jazz Forum”, a nawet słynny ksiądz Oko, którego ja już mam okazję spotykać od dłuższego czasu i nie mogę się pozbyć wrażenia, że on wychodzi z domu tylko po to, byśmy wszyscy mogli go ujrzeć, jak się porusza… no i wielu, wielu innych. Z niektórymi można porozmawiać. Więc, proszę sobie wyobrazić, że ja akurat miałem okazję wymienić parę uwag z jednym z nich, dziennikarzem tygodnika „W Sieci”. Ze względów oczywistych, nie wymienię jego nazwiska, natomiast opowiem, jak wyglądała owa rozmowa:

- Czemu pan to robi?

- Bo dobrze płacą.

- Ale to jest straszne. Przecież wy jesteście najgorsi.

- Owszem, najgorsi.

- Czyli chodzi o te pieniądze?

- Też.

- No dobra. Rozumiem. Natomiast pan zna tych ludzi, którzy tam piszą?

- Znam.

- Czemu więc to jest na takim poziomie? Czy oni tak piszą ze szczerego serca, czy może uważają czytelników za idiotów?

- Uważają was za idiotów.

- Czyli oni wierzą, że ja jestem takim durniem, że do mnie można tylko w ten sposób, bo inaczej nie dotrze?

- Tak. Właśnie tak.


Na targi książki jeżdżę od paru lat i mam z nich wiele wspomnień. Gdy chodzi o spotkania z czytelnikami, minione targi pozostaną jedne z najważniejszych. Spotkanie z dziennikarzem tygodnika „W Sieci”, jednym z ważniejszych prawicowych publicystów, uważam za coś, co wszystko właściwie ustawia w nowej kompletnie perspektywie. Ja oczywiście to wszystko niby od dawna wiedziałem i nawet o tym pisałem, tym razem jednak uzyskałem potwierdzenie słuszności moich przewidywań od osoby znajdującej się w centrum tego nieszczęścia. I to, z mojego punktu widzenia, stanowi wydarzenie, którego nie jestem nawet w stanie komentować.
W tej sytuacji wrócę do moich książek, do ludzi, którzy je kupują, no i do podstawowego pytania, czemu oni to robią? Otóż – pomijając oczywiście to co podstawowe, a więc to, że to sa zwyczajnie dobre książki – chodzi o to, że ja czytelnika nie traktuję, jak idioty. Ja go traktuję z powagą, szacunkiem i czułością. I on to wie, albo przynajmniej czuje. I nam obu to w zupełności wystarczy.
Spałem wczoraj w samym hotelu Hilton na Grzybowskiej, który mi ufundował jeden z odwiecznych przyjaciół tego bloga. Wstałem rano, oddałem w recepcji tę śmieszną kartę do otwierania drzwi i najpierw poszedłem na niedzielną mszę, a potem już pojechałem na same targi. I oto z samego rana odpadł mi guzik od koszuli, w związku z czym przynajmniej w okolicach mojego brzucha wyglądałem dość idiotycznie. W tej sytuacji, na blogu Gabriela zwróciłem się do wszystkich planujących wizytę na targach, by mi przynieśli igłę i granatową nitkę. No i się zaczęło. Zabawne? Nie koniecznie. Bo tu właśnie mamy pełen obraz tego, o czym ja chcę dziś opowiedzieć. Chodzi o to, że nie wolno ludzi traktować jak idiotów, nie należy ich oszukiwać, trzeba mieć do nich szacunek i z nimi rozmawiać, nawet z tymi, których nie jest łatwo szanować. A oni wtedy przyjdą i przyniosa nam igłę z nitką by nas poratować, gdy nam odpadnie guzik. Ot i cała zagadka.
Wychodziłem spod tej trasy W-Z już wprost pod Zamek, gdy nagle zobaczyłem coś co Warszawa uznała za konieczne szczególnie hołubić, czyli rzeźbę dwóch żołnierzy, polskiego i ruskiego sołdata jak stoją obok siebie, patrzą odważnie w przód, a pod spodem jest napis: „Razem w boju”. Zrobiłem im zdjęcie i wysłałem mojej żonie, a ona mi napisała: „To zupełnie jak ty z Gabrielem".
No a ja sobie pomyślałem, że może nie zupełnie, ale owszem, my też patrzymy przed siebie.

Już w czwartek rozpoczynają się targi we Wrocławiu. Ja będę na miejscu w sobotę i w niedzielę, no a Gabriel od początku. Zapraszam wszystkich. Póki co, książki można kupować wyłącznie w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

piątek, 27 listopada 2015

Nowa opozycja, czyli opornik w klapę i bejsbol w dłoń

Jutro i pojutrze będę w Warszawie na targach, a zatem będziemy tu na blogu mieli krótką przerwę. Przedstawiam więc już dziś swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety” i niech on tu sobie pobędzie do niedzieli. A później się zobaczy. Wszystkich oczywiście zapraszam do Arkad Kubickiego, gdzie przez cały weekend będę siedział (lub stał) i podpisywał książki.


Wszystko zaczęło się tak, że Teatr Polski we Wrocławiu ogłosił premierę nowej sztuki, zatytułowanej „Śmierć i dziewczyna”, wyreżyserowanej przez niejaką Ewelinę Marciniak, a opartej na tekście pewnej Elfriede Jelinek, austriackiej komunistki, laureatki Nagrody Nobla, pod tym samym tytułem. Już we wstępnych, szeroko kolportowanych, zapowiedziach poinformowano nas, że w trakcie przedstawienia dojdzie do pełnego aktu seksualnego, w wykonaniu pornograficznych aktorów sprowadzonych specjalnie na tę okazję z Czech. Wedle tych samych informacji, trzeba było sięgnąć po wsparcie z zagranicy, ponieważ żaden z polskich artystów, na udział w tej hucpie się nie zgodził. Dowiedzieliśmy się też, że na scenie będziemy mogli podziwiać również dziewięcioletnie dziecko.
Było więc od początku rzeczą oczywistą, że wszystkie te informacje, a więc Jelinek, pornografia i dziecko, muszą spowodować odpowiedni rwetes, zwłaszcza gdy premiera ma mieć miejsce w nowej już politycznej sytuacji, która z pewnością będzie się wiązać z nową polityką kulturalną i nowymi zobowiązaniami władzy wobec społeczeństwa. No i dostaliśmy to, co musieliśmy dostać.
Ja nie znam ani twórczości tej komunistki, ani jej konkretnego dzieła, ani nawet nie oglądałem filmu Romana Polańskiego pod tym samym tytułem, i, jak się zdaje, powstałego z tej samej inspiracji, natomiast sytuacja, w której teatr utrzymujący się z publicznych pieniędzy wydaje owe pieniądze na realizację pornograficznych przedstawień, w oparciu o twórczość austriackich komunistek, szczególnie tych, które w uznaniu swoich zasług artystycznych zostały uhonorowane Nagrodą Nobla, wiem, że mam do czynienia albo z obłędem, albo z prowokacją.
Tym razem, jak już dziś wiemy, doszło do prowokacji. Kiedy bowiem napięcie wokół zbliżającej się premiery sięgnęło zenitu i zainterweniować musiał sam Minister Kultury, okazało się, że w ogóle nie wiadomo, o co ten cały zgiełk, bo o żadnej pornografii mowy być nie może, a sam Teatr Polski we Wrocławiu, z pełnymi gwarancjami ze strony swojego dyrektora, Krzysztofa Mieszkowskiego, udowodnił ten fakt niejako fizycznie: podczas premierowego przedstawienia, sprowadzeni z Czech aktorzy pornograficzni żadnego seksu nie uprawiali, a minister kultury Piotr Gliński już na samym starcie swojego urzędowania okazał się cenzorem i idiotą, podobnie jak reprezentowany przez niego rząd, z premier Szydło na czele i stale obecnym za jej plecami Jarosławem Kaczyńskim.
Pytany o wcześniejsze zapowiedzi, dyrektor teatru albo unika tematu, albo z odpowiednim uśmiechem opowiada coś o różnych sposobach promocji towaru, w czym mu dzielnie towarzyszą ogólnopolskie media, natomiast mnie zastanawia coś zupełnie innego. Otóż wygląda na to, że wyborcze zwycięstwo polskiej prawicy było tak poważne, a determinacja nowego rządu, by zrealizować wszystkie wyborcze zapowiedzi, tak wielka, że System postanowił działać i to działać totalnie, wykorzystując do walki wszystko, co jest pod ręką, nawet jakiś lokalny teatr.
Wygląda na to, że chętnych do współpracy jest wielu i wcale nie mam tu na myśli tylko Ryszarda Petru i jego kumpla Krzysztofa Mieszkowskiego.

Przypominam, że książki są stale do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...