niedziela, 15 czerwca 2014

O amuletach, rytuałach, znakach i o nas - ludziach we mgle

Oczywiście, wczorajsze wydarzenia związane z kolejną odsłoną wojny między Służbami, robią wrażenie, niekiedy wręcz odbierając nam wszelką nadzieję na to, że to co obserwujemy od kilku lat kiedykolwiek się w ogóle skończy, a ja już naprawdę resztkami sił staram się wierzyć w to, że oni nie mogą być aż tak ukryci i tak silni.
Widziałem wczoraj okładkę najnowszego „Wprostu”, na której oni, zupełnie, jakby chcieli nam pokazać, że my już naprawdę nie mamy na co liczyć, przedstawiają tego Orła spadającego na zbity dziób, a ja mam wrażenie, że to jest obraz jeszcze straszniejszy, niż wszystko to, co on ma ilustrować.
Chciałbym więc może jeszcze raz skomentować to, co się być może dzieje, a być może wcale się nie dzieje, tylko komuś zależy, byśmy sądzili, że się dzieje, i przychodzą mi do głowy tylko dwie rzeczy. Pierwsza z nich to pogrzeb arcyksięcia Otto von Habsburga sprzed dwóch, czy trzech lat, a dokładnie ów jego fragment rytualnego wprowadzenia trumny do kościoła wiedeńskich kapucynów. Stoi ten orszak przed drzwiami kościoła, podchodzi jakiś człowiek i puka. Z drugiej strony stoją ci kapucyni z brodami i zapalonymi świecami i pytają, kto stuka. Człowiek odpowiada recytując niemal w nieskończoność wszystkie możliwe atrybuty ziemskiej władzy zmarłego arcyksięcia, a kiedy kończy tę litanię kapucyn odpowiada: „Nie znamy go”. Człowiek spod bramy zaczyna więc wymieniać wszelkie możliwe czysto ludzkie zasługi zmarłego Habsburga, niestety kapucyn znów odpowiada: „Nie znamy go”. No i wreszcie, zgodnie z odwiecznym rytuałem, człowiek pod bramą woła: „Otto von Habsburg, człowiek grzeszny”… no i w tym momencie otwiera się brama i można wnieść trumnę.
I to jest pierwszy obraz. Drugi to reklama którejś z rumuńskich sieci komórkowych, której opisywać nie muszę, bo wszystko widać jak na dłoni i każde dodatkowe słowo jest zbędne. Któryś z bardziej wrażliwych komentatorów tego bloga zechciał nam ją tu uprzejmie pokazać, a my już tylko mamy w głowie te dwa słowa: Rumunia i Polska, Polska i Rumunia.
No i wreszcie pojawia się ta knajpa, o której w wydanym dziś oświadczeniu jej właściciel mówi, że oni zawsze się starali o to, by ważni goście byli odpowiednio traktowani i że oni są zdeterminowani, by ów standard dalej trzymać… no i te taśmy, te twarze, te słowa.
I to wszystko. Proszę zechciejmy obejrzeć w skupieniu obie opisane przez mnie wcześniej sceny, i proszę módlmy się za naszą Ojczyznę, tak jak to robili ci, których już z nami nie ma sto, dwieście i trzysta lat temu.



sobota, 14 czerwca 2014

O patriotyzmie zdrajców

Kiedy syn mój przyszedł do mnie z informacją, że Latkowski otrzymał od służb taśmy, które nam już w poniedziałek odtworzy i wszyscy będziemy mogli sobie posłuchać, jak na niemal wszystkich strategicznych poziomach, gawędzą ze sobą politycy Platformy Obywatelskiej i związani z nią biznesmeni, przyszły mi natychmiast do głowy trzy rzeczy. Pierwsza, związana bezpośrednio ze wspomnianym Latkowskim, że teraz już chyba mamy pełną wiedzę, jak to się dzieje, że człowiek, na którym ciąży publicznie sformułowany zarzut udziału w mafii a nawet morderstwa, jest naczelnym redaktorem jednego z głównych tygodników opinii w Polsce i sytuacja ta nie staje się nawet tematem szerszej publicznej debaty. Druga refleksja to taka, że chociaż w tej sytuacji ja bym od Prawa i Sprawiedliwości oczekiwał, że będzie spokojnie czekało na rozwój wydarzeń i nie dało się sprowokować, z całą pewnością się tego nie doczekam, a zamiast tego zarówno prawicowi politycy, jak i media już za chwilę uczynią taki rwetes, że już nikt nie będzie wiedział, kto zaczął, kto tu jest człowiekiem, a kto świnią. No i wreszcie refleksja trzecia: już za parę dni minister Paweł Graś ogłosi, że Donald Tusk się naprawdę wściekł, że zwołał wewnętrzne konsultacje, że tym razem już głowy z pewnością polecą, w tym momencie reżimowe media sprawę zamkną i już tylko wszyscy będziemy rozmawiać o kolejnych kompromitacjach Krystyny Pawłowicz, czy Marka Kuchcińskiego. Potem przyjdzie lato i wakacje i jedynym efektem tego całego zamieszania będzie to, że Latkowski umocni się na zajmowanych przez siebie pozycjach i zacznie już na spokojnie porządkować kolejne taśmy.
Tak sobie myślałem, kiedy zobaczyłem, że dokładnie to samo, tyle że krócej i bardziej ogólnie, napisał będący ostatnio moja obsesją senator Libicki. Dokładnie rzecz biorąc, Libicki, jak najbardziej słusznie, zauważył, że teraz rozwój zdarzeń będzie zależał od tego, „co jest społecznie silniejsze: strach przed Smoleńskiem i Macierewiczem czy oburzenie na treść tych taśm”, no i, naturalnie, wyraził nadzieję, że strach przed Macierewiczem wygra.
Proszę zwrócić uwagę na to, co się dzieje. Latkowski ujawnia te taśmy, jako jeden z pierwszych pojawia się przedstawiciel reżimu, z tym swoim triumfującym, śliskim uśmiechem, mówi nam, że nie mamy się co cieszyć, bo on doskonale wie co dalej będzie, a my, jak na zawołanie, zamiast wzbudzić w sobie choćby podstawowe refleksje i się przynajmniej zasmucić, robimy dokładnie to co zawsze, czyli obrzucamy Libickiego kolejną serią najbardziej prostackich obelżywości, z komentarzami Sowińca na czele, które w momencie gdy czytam te słowa, stanowią niemal dokładnie połowę (24/50) wszystkich komentarzy.
I powiem szczerze, że w tym momencie czuję kompletny brak sensu walki prowadzonej na wybranym przeze mnie w tych dniach poziomie. W tym momencie ujrzałem chyba najbardziej dokładnie, że to wszystko odbywa się poza nami i ani ja, ani nikt z nas, nie mamy najmniejszego wpływu na to co oni z nami robią. I już w następnej chwili poczułem wstyd, że w ogóle kiedykolwiek przyszło mi do głowy, by pisać o Sowińcu, o blogerze Onionie i o samym Libickim. Prawda bowiem jest taka, że my tam nie mamy co szukać. Oni tak naprawdę są z siebie i z sytuacji, w jakiej się znaleźli bardzo zadowoleni, i tak już musi zostać. A zatem, obiecuję, że od dziś ja już się tych miejsc naprawdę będę wystrzegał. Niech zatem pierwszym moim gestem na nowe czasy, będzie wczorajszy tekst z „Warszawskiej Gazety”. Myślę, że szczególnym zbiegiem okoliczności, on tu nawet robi dość adekwatne wrażenie:

Gdy siedemnastolatka z Gorzowa, Marysia Sokołowska, zapytała Donalda Tuska, dlaczego udaje patriotę, skoro jest zdrajcą, można było sobie pomyśleć, że jej pytanie jest przede wszystkim bez sensu, no a poza tym, że mieliśmy do czynienia ze zorganizowaną przez grupę lokalnej, patriotycznie zorientowanej młodzieży, zgrywą i że już jutro po zdarzeniu nie będzie nawet wspomnienia. Tymczasem, jak wiemy, już po kilku dniach, kiedy tylko zdołał się otrząsnąć z szoku, Premier udał się ponownie do Gorzowa, by udobruchać kwiatami znarowioną nastolatkę, a ta mu te kwiaty wepchnęła w rozdziawioną twarz, mówiąc, że od zdrajców kwiatów nie przyjmuje. I wtedy już wszyscy wiedzieliśmy, że jest znacznie poważniej, niż nam się mogło wcześniej wydawać.
Dziś, kiedy piszę ten tekst, Marysia Sokołowska jest na okładce tygodnika „W Sieci”, natomiast w sieci realnej toczy się wielka dyskusja, czy poważne konserwatywno-prawicowe media powinny w ogóle zwracać uwagę na zjawisko tak w gruncie rzeczy niepoważne i sztuczne, jak jakaś bzdura rzucona przez dziecko nie wiadomo skąd. Główny argument jest taki, że słowa gorzowskiej licealistki, że Tusk to zdrajca, nie stanowią argumentu w dyskusji, lecz są jedynie tanią obelgą i że jeśli pozwolimy, by tego typu gest stał się elementem publicznej debaty, będziemy się już wkrótce musieli pogodzić z tym, że inni nastolatkowie, z innych regionów Polski będą obrażać słowami jeszcze brzydszymi Jarosława Kaczyńskiego.
Otóż uważam ten argument za fałszywy podwójnie. Przede wszystkim, jeśli ktoś powie Kaczyńskiemu, że jest zdrajcą Polski, to nikt na to nie zwróci uwagi, bo raz, że do niego tego typu zarzut obiektywnie nie pasuje – może idiota, ale nie zdrajca – a poza tym, po tym co powiedziano o nim dotychczas, trudno już naprawdę szokować. A więc to jest jeden fałsz. Drugi natomiast jest taki, że słowa, jakie skierowała do Tuska Marysia Sokołowska nie były tak naprawdę obelgą, lecz bardzo merytorycznie postawionym pytaniem. Przypomnijmy je raz jeszcze: „Dlaczego udaje pan patriotę, skoro jest pan zdrajcą Polski?”
Ona nie cisnęła mu w twarz słowa „zdrajca”, nie pytała go, dlaczego zdradził, nawet nie mówiła do niego per ty – zaledwie – i aż – zadała mu pytanie, czemu udaje patriotę? A ja, kiedy już minęło tyle czasu od tamtego wystąpienia i wszyscy zdążyliśmy sobie tamte słowa przemyśleć, myślę, że to jest, pod względem merytorycznym kwestia może najważniejsza. Dlaczego on udaje patriotę, skoro nie powinien?
I jeszcze z jednego powodu podoba mi się to pytanie. Na nie Premier mógł zareagować tylko na dwa sposoby. Albo odpowiedzieć dziecku rzeczowo, albo dać sygnał do ataku. Wybrał atak, a dla nas to jest coś, o czym mogliśmy tylko marzyć i to nie tylko dlatego, że dzięki temu, choćby tylko obserwując profil owej Marysi na portalu ask.fm, ale również widząc tę bezsilność Systemu, mogliśmy nabrać wiedzy nowej, a więc bezcennej.

Na co Libickiemu blog?

Mój przedwczorajszy tekst poświęcony niczym nieusprawiedliwionej, bezsensownej i kompletnie bezmyślnej agresji paru prawicowych głupków, zwróconej przeciwko senatorowi Libickiemu i jego blogerskiej aktywności, wzbudził pewne zainteresowanie, jednak przy okazji dał okazję do postawienia mi zarzutu, że moim prawdziwym zamiarem nie było zajmowanie się ani Libickim, ani nawet sytuacją w Salonie, ale dosolenie blogerowi Sowińcowi z którym mam na pieńku. Oczywiście, nie mam tu zamiaru wyjaśniać absurdów tego zarzutu, bo to i tak nic nie da, natomiast powiem może tylko, że gdybym chciał pokazać Sowińcowi, co o nim myślę, to bym nie poświęcał mu osobnej notki, ale się na niego zasadził w Krakowie i rozbiłbym mu na głowie pomidor, względnie jajko. Skoro jednak mi na tym nie zależy, to jeśli się nim niekiedy zajmuję, to wyłącznie jako pretekstem do rozważań na tematy znacznie ciekawsze i bardziej uniwersalne.
Od czwartku jednak wciąż myślę o tym Libickim i wychodzi na to, że jeszcze raz będę się musiał nim zająć. Tym razem – obiecuję uroczyście – po raz ostatni. Może najpierw, gdyby ktoś nie wiedział, opowiem, jak jest pomyślany blog Libickiego. Jest to, o ile czegoś nie przegapiłem, jedna notka dziennie, wstawiana najczęściej z samego rana, regularnie ozdobiona wielkim, kolorowym zdjęciem Libickiego w jakiejś zabawnej sytuacji i wypełniona jednym, maksymalnie dwu- lub trzy – (jeśli akapity są jednozdaniowe) akapitowym tekstem, napisanym byle jak, bez pomysłu, bez dowcipu i bez sensu. Ponieważ któregoś dnia, zdjęcie, jakie Libicki zamieścił, przedstawiało go w towarzystwie jakiegoś dudusia z laptopem, uznałem, że Libicki – czy to z czystego lenistwa, czy problemów ruchowych – nie prowadzi swojego bloga osobiście, lecz robotę tę zleca swojemu asystentowi, co by wyjaśniało kwestię poziomu.
Nie to jest jednak najważniejsze: w końcu 95 procent tekstów ukazujących się w Salonie24, to teksty zaledwie minimalnie lepsze, a niekiedy i odrobinę gorsze, od tego, co możemy znaleźć u Libickiego. To co jest naprawdę poruszające, to fakt, że blog Libickiego jest komentowany, a niewykluczone, że w ogóle czytany, wyłącznie przez grupę wspomnianych wcześniej głupków, którzy z jakiegoś powodu uważają za konieczne Libickiego w najbardziej przykry sposób obrażać. I obrażanie to nie ma w żaden sposób wymiaru merytorycznego; tam nikt nawet nie próbuje komentować tego co Libicki napisał; tam chodzi tylko o to, by mu powiedzieć, że jest durniem, albo że wygląda jak idiota, i mu w ten sposób dokuczyć.
Libicki na te ataki w ogóle nie reaguje, a my nawet nie wiemy, czy to dlatego, że on o nich nie ma pojęcia, czy że one mu w najgorszym wypadku nie przeszkadzają. Faktem jest, że on pisze kolejny tekst, natychmiast przychodzi tych kilku stałych komentatorów, mówią Libickiemu, że wygląda jak idiota, że jest głupi, a niekiedy też, że jest głupim kaleką, a on milczy.
Wczoraj, w związku z mistrzostwami w piłce nożnej, Libicki zamieścił na blogu tekst, w którym napisał, że z trzech dotychczasowych meczów, on widział tylko dwa, no i te „jego” dwa mecze były tak fantastyczne, że on teraz widzi, że to co nam pokazują polscy piłkarze, to nie jest piłka nożna, tylko jakaś inna dyscyplina sportowa. Pomijając ogromne zdjęcie, przedstawiające Libickiego z białoczerwonym szalikiem z napisem „Polska”, nie było tam już nic więcej.
Jako pierwszy przyszedł Sowiniec i wyśmiał Libickiego za te „jego” dwa mecze, z taka sugestia, że niby czemu on pisze, że te mecze są jego, skoro on nawet nie potrafiłby kopnąć piłki. Za5raz po Sowińcu przyszedł bloger Onion13 i napisał Libickiemu, że jest głupkiem, potem przyszedł bloger, którego nie znam i napisał, że Libicki na tym zdjęciu wygląda, jak idiota, oprócz tego pojawiły się dwa specjalnie na tę okazję zrobione tak zwane memy, a dalej już nie patrzyłem.
A ja wciąż nie mogę się przestać zastanawiać, co tu się dzieje. Przyjmijmy, że Libicki ani tego co tam jest wyświetlane nie pisze, ani tego nie czyta, tylko wszystko załatwia ten jego asystent. No ale wydaje mi się, że jego asystenckim obowiązkiem byłoby wówczas poinformować Libickiego, że jego blog służy niemal wyłącznie jako miejsce, gdzie można go bezkarnie obrażać, a więc to całe wystawianie się nie ma sensu. No więc załóżmy, że ów asystent mu to mówi, tyle że Libicki na to reaguje wzruszeniem ramion i uwagą, że to nie ma znaczenia, bo większość internautów go lubi, szanuje i ceni. W tej sytuacji, równie dobrze mogę ten tekst zamknąć i przeprosić, że zawracałem głowę.
Ja jednak jestem głęboko przekonany, że Libicki – cokolwiek sobie na jego temat myślimy – aż tak głupi nie jest. On oczywiście może faktycznie te swoje żałosne zdjęcia wklejać w dobrej wierze, będąc przekonanym, że wygląda na nich wręcz fantastycznie, a pisanymi przez siebie refleksjami się wręcz zachwycać, natomiast nie wydaje mi się możliwe, żeby on mógł tolerować tę tępą agresję w szczerym przekonaniu, że to jest zaledwie nieistotny odprysk w obliczu powszechnego poparcia ze strony internetowej społeczności. Jestem głęboko przekonany, że Libicki – niezależnie od psychicznego stanu, w jakim się znajduje – wie, że jeśli on zbanuje Sowińca, Oniona i tych paru jeszcze durniów, jego blog umrze śmiercią naturalną. On to musi wiedzieć.
W tym momencie pojawia się kolejna kwestia: po co Libickiemu ten blog? Czemu jemu tak bardzo zależy, żeby go mieć i żeby się codziennie wystawiać na te szyderstwa zarówno z jego intelektu, jaki i fizycznego wyglądu? Pisałem o tym już w tamtym tekście, sugerując, że za tym stoi prosty plan, polegający na pokazaniu jak najszerszej publiczności, iż prawicowe media – w tym przede wszystkim blogi – to najbardziej prymitywne i głupie hejterstwo. I wciąż jestem skłonny tę opcję przyjąć, jako słuszną. Bo jeśli nie to, to naprawdę pozostaje nam tylko przyjąć, że choćby nie wiadomo jak bardzo był Libicki fizycznie pokrzywdzony, to wszystko jest nic w porównaniu z tym, co się dzieje w jego głowie. Są zatem tylko te dwie możliwości: on wie, co się dzieje i taka sytuacja mu pasuje, albo dalej wie, co się dzieje, tyle że uważa, że to jest nieprawda. On wkleja te zdjęcia, w przekonaniu że wygląda na nich wręcz fantastycznie, a owa odrobina autoironii tylko ów zachwyt czytelników wzmacnia, pod spodem są te teksty, jego zdaniem, najwyższej publicystycznej klasy i o największej głębi intelektualnej, jeśli idzie natomiast o Sowińca, Oniona i resztę, on wie, że to nic takiego, bo ogromna większość wprawdzie nie komentuje, ale przychodzi tam tylko i wyłącznie dla niego i stanowi jego przyszły elektorat. Ja w to, jak już wspomniałem, nie wierzę, ale i taką ewentualność biorę pod uwagę.
Tyle że znów, jeśli przyjąć którąkolwiek z tych wersji, to że są ludzie, dla których sensem życia, od czasu do czasu choćby, jest tam zajść i Libickiemu pluć w oczy, świadczy tylko o nich.
Wczoraj w związku z tym zachowaniem, zablokowałem dostęp do komentowania na moim blogu koledze Onionowi. A dziś obiecuję, że którykolwiek z nich się u mnie pojawi, zostanie w jednej chwili zbanowany, choćby nawet napisał najmądrzejszy, najdowcipniejszy i najbardziej mi miły komentarz. Jeśli którykolwiek z moich komentatorów ukoże się również komentatorem u Libickiego – wyleci bez słowa wyjaśnienia. Dlaczego? Bo, jak już powiedziałem Onionowi, ja dbam o własną reputację, a w tym wypadku mamy do czynienia z takim poziomem, że, powiem szczerze, wolę już Pantryjotę.

Tradycyjnie polecam swoje książki, do nabycia na stronie www.coryllus.pl, w tym pierwszy wybór felietonów zatytułowany „O siedmiokilogramowym liściu i inne historię”. Nakład jest już niemal wyczerpany, cena zaledwie 15 zł., a więc warto się spieszyć. Zwłaszcza, że to naprawdę nie wszystko.

piątek, 13 czerwca 2014

Czy Donald Tusk dostał pismo z Urzędu Skarbowego?

Jak pewnie wszyscy, mniej lub bardziej, jesteśmy tego świadomi, przekaz medialny w Polsce (a pewnie nie tylko w Polsce) dzieli się na trzy rodzaje wiadomości. Pierwszy z nich, ten najbardziej szeroki, to wiadomości, które pojawiają się w popularnym obiegu na jeden lub dwa dni, a następnie zostają wyparte przez inne, nowsze, a więc ciekawsze. A więc, jest to historia ugotowanego w samochodzie dziecka, głosowania w sprawie uchylenia immunitetu Mariuszowi Kamińskiemu, czy informacja o tym, że prokuratura nie chce postawić zarzutów jakiemuś gangsterowi.
Drugi typ wiadomości, to te, które żyją całymi tygodniami i nawet na moment nie schodzą z czołówek gazet i telewizyjnych programów informacyjnych. To są rewelacje związane z tym, że posłanka Pawłowicz nazwała Władysława Bartoszewskiego pastuchem, że kolejny ksiądz okazał się pedofilem, czy ewentualnie, że mieszkańcy Jasienicy wciąż nie mogą się pogodzić z decyzją o odwołaniu swojego proboszcza. To jest ten rodzaj newsa, który będzie wklejany w popularną świadomość tak długo, aż ludzie zaczną tą informacją zwyczajnie wymiotować – wtedy poszuka się czegoś nowego.
No i jest oczywiście jeszcze ten rodzaj informacji, gdzie o zdarzeniu słyszymy raz… i już nigdy więcej. Kiedy już zostanie stworzone owo alibi, sprawa zostaje natychmiast zamknięta i nie ma na całym świecie jednego dziennikarza, który uznałby za stosowne temat pociągnąć. Wbrew pozorom, w dzisiejszym bardzo otwartym świecie, gdzie różnego rodzaju idee krążą praktycznie bez przeszkód, tego typu news praktycznie nie istnieje. Tak naprawdę, jeśli się zastanowić, chyba nie ma takiej możliwości, by gdziekolwiek, kiedykolwiek i cokolwiek zdołało się ukryć przed dociekliwym społeczeństwem. Pamiętamy, jak w zeszłym roku w Bangladeszu runął wielki budynek, w którym lokalni niewolnicy produkowali odzież dla największych światowych sieci i zginęły tysiące ludzie. Oczywiście, dzięki gwałtownej interwencji Systemu, mimo że z dnia na dzień liczba ofiar rosła w tempie zastraszającym, światowe media tematu posłusznie nie ruszały, no ale już zarówno Wikipedia, jak i znany nam portal boston.com zareagowały w jednej chwili, a więc kto miał oczy i uszy odpowiednio otwarte, o tym co się stało gdzieś w dalekim i egzotycznym Bangladeszu, usłyszał. A to akurat, co z tą informacją zrobił, to już inna historia. W każdym razie, efekt tego nieszczęścia był taki, że takie marki, jak na przykład polski Reserved zdecydował na swoich produktach nie umieszczać informacji o tym, gdzie ich towar jest produkowany. Więc nawet to, nawet coś na tym poziomie czarnego biznesu, też się nie dało rady ukryć.
Ale popatrzmy na poziom bardziej nam bliski i prosty, tak niemal bliski i prosty, jak szczere spojrzenie Henryka Wujca. Oto kilka miesięcy temu wspomniany Wujec jechał samochodem, potrącił na przejściu człowieka, podobno go ciężko poturbował… i w tym momencie sprawa została skutecznie wyciszona. A nie da się ukryć, że było o czym dyskutować. Rzecz w tym, że Wujec, skutkiem wcześniejszego wypadku, miał tylko jedno oko, a więc kiedy spowodował ów tajemniczy wypadek, jak się zdaje, w ogóle nie powinien był kierować. Rzecz też w tym, że z jednej strony, jako ważna postać współczesnej polskiej historii, a także pracownik Kancelarii prezydenta RP i – co tu dużo mówić – autorytet pełna gębą, on powinien być to w znacznie trudniejszej sytuacji, niż jakiś choćby i głupi licealista, który ukradł rodzicom auto i spowodował nieszczęście. Nic z tego. Po tym, jak w pierwszym dniu sprawa dostała się do ogólnopolskich mediów, nastąpiła cisza, która trwa do dziś. O tym, co z Wujcem, co z tym przechodzącym po pasach człowiekiem, nie powie nam nikt: ani „Newsweek”, ani „Polityka”, ani „Wprost”, ani portal wpolityce.pl, ani Telewizja Republika, ani „Gość Niedzielny”. W całym kraju nie znajdzie się jeden dziennikarz, jednak redakcja, jedne środowisko, które zainteresuje się losem tych dwojga ludzi i tego jednego wypadku. Nie muszę tu oczywiście dodawać, że gdyby za kierownicą tego samochodu nie siedział Henryk Wujec, a dajmy na to poseł Suski, nawet Mistrzostwa Świata w Brazylii zeszłyby na drugi plan.
No ale mamy tu z jednej strony ten Bangladesz, a więc wymiar globalny, a z drugiej jakieś resztki po tak zwanej „solidarnościowej rewolucji”, która z pewnych nieistotnych dla tego akurat tematu przyczyn wciąż jest reżimowi przydatna. Jest jednak coś idealnie po środku, a więc wydarzenie o rozmiarze, owszem, lokalnym, ale jednak obejmujące przestrzeń znacznie bardziej szeroką od Henryka Wujca i jego zaledwie odrobinę ważniejszych od niego protektorów. Mam tu na myśli kwestię tak zwanego „podatku telewizyjnego”.
Szczerze powiedziawszy nie wiem, czy zeszłoroczny jeszcze news dotyczący urzędowej decyzji, że abonament radiowo-telewizyjny zostaje zachowany, a wszyscy ci, którzy za podpuszczeniem Premiera przestali go płacić, mają swoje zobowiązania uregulować pod groźbą egzekucji skarbowej, oraz decyzji owej praktycznych implikacji, wykroczyły poza przestrzenie wyznaczane przez domowe gospodarstwa. Domyślam się, że coś tam i gdzieś tam na ten temat w publicznej przestrzeni się ukazało, jeśli jednak idzie o mnie, to ja o wszystkim dowiedziałem się od mojego teścia, który któregoś dnia mnie poinformował, że on właśnie dostał polecenie zapłaty zaległego abonamentu za radio i telewizor za minione pięć lat, no i że właśnie bardzo grzecznie poszedł z tymi pieniędzmi na pocztę.
Opowiem może trochę o moim teściu. Otóż jest to przede wszystkim człowiek, który nigdy w życiu nie miał żadnych długów, który zawsze wszystkie swoje rachunki płacił w terminie, krótko mówiąc, jest to ten typ obywatela, który, jeśli idzie o relacje z Państwem, prowadzi specjalną księgowość, do której nie może się wkraść choćby jedna nieścisłość. To jest ktoś taki, kto, gdyby specjalnie dla niego szukać odpowiednika w popularnej kulturze, stanowi wręcz parodię ojca z klasycznego dziś już serialu „Wojna domowa”. To po pierwsze. Druga rzecz jest taka, że politycznie on jest w takim miejscu, gdzie jeśli premier Tusk, a za nim telewizja TVN24, mówią mu, że telewizyjnego abonamentu płacić nie należy, bo to są pieniądze wydane na najbliższą wyborczą kampanie Kaczyńsssssssskiego, on, choćby nie wiadomo jak wbrew swojemu wrodzonemu charakterowi, informacje tę przyjmuje z całym dobrodziejstwem inwentarza i posłusznie nie płaci.
No i stało się tak, że któregoś dnia mój teść otrzymał wezwanie do natychmiastowego, pod groźbą egzekucji skarbowej, uregulowania zaległości wobec pisssssssssowskiej telewizji, i ją w jednej chwili uregulował. Nie przez Internet, bo akurat nie korzysta, nie przez jakieś bankowe przelewy, ale normalnie, udając się na pocztę i przynosząc im te pieniądze w przysłowiowych zębach.
A co u mnie? Otóż ja, owszem, przez minione lata również nie płaciłem abonamentu radiowo-telewizyjnego, tyle że moje argumenty były zupełnie inne od tych, podawanych przez mojego teścia. Ja przestałem płacić abonament dlatego, że przede wszystkim nie miałem pieniędzy, pod drugie nie miałem głowy, by wobec znacznie poważniejszych długów zajmować się takim głupstwem, jak te 15, czy 30 złotych co miesiąc, czy dwa, no i wreszcie po trzecie, jeśli idzie o to na co mam wydawać swoje ciężko zarobione grosze, to jeśli ktoś tak dobrze poinformowany jak Donald Tusk mi choćby sugeruje, że tu czy tam mogę sobie odpuścić, to ja oczywiście sobie odpuszczam. W mojej dramatycznie nędznej sytuacji ekonomicznej, jeśli premier polskiego rządu informuje mnie najwyraźniej, jak tylko na to pozwala mu zajmowane przez siebie stanowisko, że nadszedł czas obywatelskiego nieposłuszeństwa, ja – nie ze względu na niego i moje dla niego oddanie, ale przez zwykły finansowy rozsądek – płacić przestaję.
Ja, podobnie jak mój teść nieco wcześniej, również dostałem nakaz zwrócenia Państwu tych około 1500 złotych za minione pięć lat. Różnica była tylko taka, że ja ze swoim długiem nigdzie nie pobiegłem. Ja pismo z Poczty Polskiej ostrzegające mnie przed tym, co się może stać, jeśli się będę stawiał, wyrzuciłem do śmieci. Dlaczego? Z dwóch z kolei względów. Przede wszystkim, mimo że wiedziałem, że ów protest mogę sobie wsadzić w dowolną dziurę, postanowiłem, że w sytuacji, jaką mamy, ja im dobrowolnie tych pieniędzy nie dam. Skoro sam premier Tusk zapewniał mnie, że on osobiście dopilnuje, by ten abonament został zlikwidowany, ja w sposób zupełnie naturalny mogłem uznać, że każdy grosz, jaki zaniosę na pocztę, będzie groszem wyrzuconym w błoto. Ja musiałem tę informacje zrozumieć w ten sposób, że jeśli, mimo zapowiedzi premiera, będę płacił bez sensu ten abonament, kiedy już Trybunał Konstytucyjny i wszystkie inne autorytety prawne ogłoszą, że ten akurat podatek od początku był bezprawny, nikt mi nigdy tego co zapłaciłem nie odda. A więc protest.
Drugi powód, dla którego pismo z Poczty Polskiej zlekceważyłem, był już bardziej praktyczny. Ja zwyczajnie nie miałem fizycznej możliwości, poza oczywiście wzięciem tak zwanej „chwilówki”, by te 1500 złotych skądś wytrzasnąć. Moje życie w ostatnich latach jest tak ułożone, że jeśli ja gdzieś trafię 1500 złotych, to ja z nimi idę do tych co przy moim gardle trzymają pięknie naostrzony nóż, a nie na pocztę, bo okazało się, że polityczni doradcy Donalda Tuska coś tam przekombinowali.
A zatem zaległości wobec KRRiT nie uregulowałem i spokojnie czekałem na rozwój wypadków. W zeszłym tygodniu otrzymałem pismo z mojego Urzędu Skarbowego. Grube jak jasna cholera, albo, że się tak wyrażę, jak owe pięć lat, kiedy to polski rząd prowadził swoją grę, a w środku informacja, że oni zajmują mi konto, żeby ściągnąć te telewizyjne pieniądze. A ja w tej sytuacji mogę tylko powtórzyć za artystą, że „wiedziałem, że tak będzie”. Bo taka jest prawda. Ja wiedziałem, że przyjdzie nowy rok, że któregoś dnia oni będą mi chcieli z konta zabrać te pieniądze, że ja oczywiście na tym koncie akurat nie będę miał ani grosza, a jeśli nagle jakimś cudem pojawi się tam coś większego i oni to zajmą, to przynajmniej nikt mi nie powie, że się przestraszyłem, albo że uznałem swoją winę i się ukorzyłem.
Jest więc tak jak jest. Oni mi blokują konto do czasu aż uda im się stamtąd zabrać 1500 złotych, a ja się zastanawiam już tylko nad jednym: czy Donald Tusk, albo jego żona przez ubiegłe pięć lat płacili ten abonament? Czy istnieje taka możliwość, że on z jednej strony namawiał nas, żebyśmy się nie zachowywali jak ciemna pisowska masa i żebyśmy jednego grosza nie dali na tę rzekomo publiczną telewizję, a z drugiej regularnie, co dwa miesiące chodzili, on albo ona, na pocztę i regulowali to co wiedzieli, że regulować trzeba teraz i z pewnością będzie trzeba w przyszłości? I nie chodzi mi o to, że ja się czuję pokrzywdzony, że twierdzę, że polska władza mnie oszukała; gdyby moja sytuacja finansowa była lepsza, ja bym ten abonament nawet wbrew reżimowej propagandzie płacił. Chcę natomiast tylko wiedzieć, czy Donald Tusk, podobnie jak mój teść, pewnego dnia zeszłego roku otrzymał owo wezwanie do zapłaty zaległych opłat.
No i jeszcze jedno. Ja nawet nie działam w imieniu mojego teścia i innych, jemu podobnych starszych panów, którzy przez swoja nienawiść do PiS-u musieli się nagle któregoś dnia dodatkowo wykosztować. Ich sprawa – ich problem. Te jakieś 1500 złotych to jest mój dług, który muszę spłacić, i który jest wynikiem mojej własnej beztroski, niezaradności, czy jak to tam nazwiemy, taki sam, jak te wszystkie kredyty, zusowskie składki, czy zaległości w prostych comiesięcznych rachunkach i szkoda na to wszystko słów.
Tylko to jedno mnie dręczy: czy Donald Tusk dostał to wezwanie? No i jeszcze coś. Skąd ta cholerna cisza? Czyżby to ona była tu prawdziwym problemem.

Wszystkich tych z nas, których powyższy tekst zainteresował i mieliby ochotę na więcej, zachęcam do kupowania moich książek, które są wciąż do nabycia w księgarni Gabriela Maciejewskiego pod adresem www.coryllus.pl. Przypominam też, że ten blog stanowi główne źródło mojego utrzymania i bez pomocy czytelników długo nie pociągnie. A z nim i my.

czwartek, 12 czerwca 2014

Gdy piłka jest okrągła, a bramki są dwie

Rozpoczynają się dziś mistrzostwa w piłce nożnej, a ja mam wrażenie, że od czasu, gdy jeszcze jako takie sukcesy odnosili tam Polacy, żadne z mistrzostw, czy to świata, czy tylko Europy, nie wzbudzały we mnie takiego zainteresowania. Nie chcę oczywiście przez to powiedzieć, że ja w tych dniach myślę głownie o piłce, bo to jest nieprawda: wśród wszystkich spraw, jakimi żyję, piłka nożna zajmuje miejsce wciąż drugo-, a nawet trzeciorzędne, ale uważam, że sam fakt, iż ja nie dość że wiem, że dziś owe mistrzostwa się zaczynają, to jeszcze mam świadomość tego nawet, że grają Brazylijczycy z Chorwatami, jest czymś na co zwróciłem uwagę, robi pewne wrażenie.
Ja bym się tym ani niespecjalnie przejmował, a już na pewno nie widział powodu, by o tym pisać, gdybym podejrzewał, że za tym stoi jakaś długofalowa, czy choćby doraźna propaganda. Rzecz w tym jednak, że ja jestem szczerze przekonany, że za owym piłkarskim szaleństwem nie stoją żadne ciemne interesy. Oczywiście, jako biznes, football jest opanowany przez mafię i to mafię naprawdę poważną, natomiast to, że cały świat tę piłkę tak kocha, stanowi kwestię zupełnie osobną. I powiem uczciwie, że ja tego opisać nie potrafię.
Jeden z moich ulubionych portali, boston.com – to są ci, którzy mnie poinformowali o budowlanej tragedii w Bangladeszu – z okazji nadchodzących mistrzostw, zamieścił serię zdjęć pokazujących… bramki piłkarskie w najróżniejszych rejonach świata, a ja muszę powiedzieć, że te zdjęcia mną właściwie wstrząsnęły. Mamy te kilkanaście zdjęć, przedstawiających same praktycznie bramki bez bramkarzy, a najczęściej w ogóle bez śladu człowieka, a ja mam wrażenie, że naprawdę ciężko by nam było znaleźć równie żywy symbol tego, czym dla świata jest football.
Jeśli ktoś ma ochotę, bardzo proszę sobie obejrzeć całą tę kolekcję: http://www.boston.com/bigpicture/2014/06/2014_world_cup_goalposts_around_the_world.html.
Jeśli nie, myślę, że wystarczy rzucić okiem na choćby jedno z nich. Choćby to:


Jestem pewien, że to jedno zdjęcie wystarczy, by nam wszystko odpowiednio rozjaśnić. Z piłką nożną naprawdę nie ma żartów. Brazylia – Chorwacja to może niekoniecznie najlepszy moment, by się o tym przekonać, ale myślę, że jak na dziś wystarczy. No a poza tym, nawet jeśli ten mecz będzie kiepski, zawsze możemy sobie popatrzeć na te zdjęcia.

Sowiniec i Libicki - dwaj przyjaciele z boiska

Bardzo nie chciałem tego robić, broniłem się przed tym zębami i pazurami, ale wygląda na to, że dłużej już nie dam rady i będę musiał w końcu tę sprawę odhaczyć, choćby po to, by móc powiedzieć, że co miałem zrobić, zrobiłem i się już więcej nią nie zadręczać. Chodzi mi mianowicie o relację między blogerami Libickim i blogerem Sowińcem – czy może raczej między Sowińcem i Libickim, bo z tego co widzę, Libicki się zachowuje, jakby był tu tylko pretekstem – i tym wszystkim, co z niej wynika dla Salonu24 i przy okazji dla nas, czyli polskiej tak zwanej konserwatywnej prawicy.
Kim jest bloger Libicki, wiemy wszyscy bardzo dobrze. Jest to przede wszystkim jeden z dwóch czy może trzech polskich polityków poruszających się na wózku, a poza tym były polityk PiS-u, dziś w Platformie Obywatelskiej, który prawdopodobnie ze strachu przed bankową windykacją staje na głowie, by zademonstrować władzom Partii swoją przydatność i w ten sposób przedłużyć polityczną karierę, w związku z czym, dzień w dzień, zamieszcza swoje refleksje na prowadzonym przez siebie blogu. W jaki sposób on to robi? Otóż jego teksty są oczywiście agresywnie antypisowskie, jednak napisane byle jak, no i kompletnie nieciekawe, przy tym – co istotne – bez niepotrzebnych wulgaryzmów, czy choćby drobnych niegrzeczności. Zwykła antypisowska publicystyka prowadzona przez człowieka, który nie jest ani zbyt inteligentny, ani szczególnie dowcipny, natomiast, owszem, stara się bardzo, by nie przekraczać tego, co się powszechnie uważa za granice podstawowej uprzejmości.
Kim jest więc tu bloger Sowiniec? To też wiemy mniej więcej wszyscy. Sowiniec to najprawdopodobniej samotny, patriotycznie zorientowany i ostatnio ewidentnie bezrobotny pracownik Uniwersytetu Jagielońskiego, który praktycznie cały swój czas spędza na Salonie24, udzielając się głównie, jako tak zwany „bingo-komentator”. Gdyby ktoś nie wiedział, w czym rzecz, Sowiniec od wielu już lat wstaje rano i już do nocy chodzi po blogach i wszędzie zostawia ślad w postaci słowa „bingo”. Czasem też zamieści jakąś patriotyczną notkę, apelującą o masowy udział w jakimś marszu, czy zbiórce, a do tego apel o masowe uczestnictwo, lub po prostu zawierającą informację, że w lokalnej telewizji będzie jego wypowiedź i żeby oglądać.
Jest jednak coś, co sprawia, że bloger Sowiniec nie jest aż tak jednowymiarowy i aż tak bezużyteczny. Otóż ile razy senator Libicki wklei swój kolejny artykuł, ów Sowiniec tam natychmiast przychodzi i obraża Libickiego tak, jak tylko potrafi, a więc najczęściej przy pomocy takich słów, jak głuptasek, głupek, dureń, prymityw i podlec. Czy pojawiają się jakieś argumenty, jakieś choćby ćwierć-merytoryczne zarzuty? Nie. Są tylko te cztery, czy może pięć słów.
Jak sądzę, ze względu na regulamin Salonu24, za swoje zachowanie wobec Libickiego, był Sowiniec już parokrotnie przez Administrację portalu karany tak zwanym „zwinięciem”, za każdym razem wracał jednak do łask, z zachowaniem wszystkich dotychczasowych zwyczajów. Czemu tak? Nie wiem oczywiście, ale jak sądzę, na Administracji robi pewne wrażenie, że Sowiniec jest w jakiś typowo krakowski sposób wciąż postacią publiczną i to, że go u siebie mają, państwu Janke po prostu imponuje. Może być też tak, że on sam, jako członek owego tak zwanego „środowiska krakowskiego”, ma paru wpływowych znajomych, którzy za każdym razem interweniują u Igora Janke i wszystko wraca na stary tor.
Jest jednak coś, co mnie autentycznie gryzie, a mianowicie pytanie, dlaczego Libicki nie zrobi czegoś, co się wręcz narzuca i jest tu w Salonie praktyką powszechnie stosowaną, czyli Sowińca nie zbanuje? Przecież to trwa tylko chwilę, nie wymaga żadnego wysiłku nawet od człowieka poruszającego się na wózku, a mogłoby cały problem rozwiązać w mgnieniu oka. Otóż moim zdaniem Libicki w jakiś sposób wie, że Sowiniec w swojej zwykłej formie jest Platformie bardzo przydatny. Zastanawiam się wręcz, czy nie jest tak, że jeśli on tu bloguje, to wyłącznie po to, by prowokować Sowińca do tych komentarzy i w ten sposób – na swoją oczywiście ograniczoną skalę – pokazywać, co to takiego ta polska prawica. Może też być tak, że oni w jakiś sposób są umówieni, bo tak naprawdę cel mają wspólny. Może być różnie, w każdym razie jedno jest pewne: gdyby tylko Libickiemu Sowiniec przeszkadzał, on by to dawno uciął. Ban i cześć.
Wiadomo też coś jeszcze. W sposób oczywisty administracja Salonu ma tu pewien kłopot, który ostatnio objawił się z podwójną siłą, i która stała się faktycznym powodem, dla którego postanowiłem się za sprawę ostatecznie zabrać. Ostatnio bowiem, jak zdążyłem zauważyć, postanowiono, że nie będzie się już Sowińca „zwijać”, tylko po to, by za chwilę ktoś zainterweniował i żeby trzeba go było „odwinąć” ponownie, ale wszystkie jego komentarze zamieszczane na blogu Libickiego – poza „bingo” naturalnie – bez dyskusji, bez jednego nawet słowa i natychmiast będą usuwane, i w ten sprytny sposób z jednej strony będzie chronione dobre imię Senatora, a z drugiej nie wyrządzi się zbyt dużej krzywdy cenionemu blogerowi.
Ktoś powie, że w tej sytuacji chyba nie ma już o czym gadać. Libicki nie musi czytać tych obelżywości, Sowiniec może przez kilka minut mieć tę swoją satysfakcję, a administracja Salonu24 poczucie, że „netykieta” działa bez zarzutu. No a co najważniejsze, współpraca na linii Libicki – Sowiniec pozostaje niezagrożona. Otóż chciałbym powiedzieć, że choć, owszem, ten rodzaj cwaniactwa robi wrażenie, ja osobiście mam wciąż pewien problem. Otóż, jak wiemy, bloger Sowiniec – wbrew woli i opinii wielu komentatorów – reprezentuje tak zwaną konserwatywną prawicę, a w związku z tym jego zachowanie jest oceniane i politycznie wykorzystywane przez ludzi, którzy polskiej konserwatywnej prawicy nie lubią i życzą jej wszystkiego najgorszego, jako bardzo mocny argument w politycznej debacie. Ja znam oczywiście opinię, wedle której, Igor Janke, jego żona Bogna i całe to towarzystwo ma jeden tylko cel – skompromitować wspomnianą prawicę i w ten sposób zagwarantować wieczny sukces wrogom Polski. Czy to ze względu na mój strasznie łagodny temperament, czy wiejską naiwność, czy może już mocno zaawansowany wiek, wolę jednak myśleć, że oni są zwyczajnie gnuśni – jak wielu z nas. A w tej sytuacji mam osobisty apel: proszę, spróbujcie się trochę wybić ponad tę okropną przeciętność i przestańcie nas kompromitować. Nas i jak najbardziej siebie również. Bo jeśli to tak już ma być do końca, to marny nasz wspólny los.

Jak informuje Coryllus, właśnie upadła fantastyczna częstochowska księgarnia i projekt ideowy pod nazwą „Latarnik”. Tak to, jak widać, idzie i na to rady nie mamy. Na szczęście www.coryllus.pl kwitnie, a tam nasze – i nie tylko nasze – książki. Zapraszam serdecznie. Kończy się nakład dwóch pierwszych książek Toyaha: Liścia i Elementarza. Dodruk nie jest planowany. Gdyby ktoś miał chęć wesprzeć ten blog finansowo, numer konta i adres paypal podane są tuż obok. Bardzo proszę i jeszcze bardziej dziękuję.

środa, 11 czerwca 2014

O życiu we śnie i śmierci na jawie

W klasycznym dziś już filmie Lumeta, „Dog Day Afternoon” – jak niemal każde prawdziwie wybitne dzieło, wykpionym i zlekceważonym przez krytykę – nie wiadomo czemu wyświetlanym w Polsce pod tytułem „Pieskie popołudnie”, ów straszny dzień kończy się tak, że wszyscy są z tego upału albo tylko zmęczeni, albo zwyczajnie wręcz półprzytomni, i tylko ci agenci FBI, którym nigdy nie jest ani zbyt zimno, ani za ciepło, zachowują swoją zwykłą czujność i, wykorzystując ten jeden jedyny moment nieuwagi, zabijają biednego Sala. I to jest scena, której się nie zapomina.
Powiem szczerze, że ze mną jest tak, że gdyby miało się okazać, że w Niebie jest zawsze upalne lato, to ja nie mówię, że w ciemno wybieram Piekło, ale owszem, negocjowałbym. Znam parę osób – ciekawe, że są to bez wyjątku kobiety – dla których nie istnieją temperatury zbyt wysokie. Jest sierpień, termometry pokazują 42 stopnie w cieniu, przychodzi wrzesień, temperatura spada do 36, a one wpadają depresję, że jest zimno i że one będą musiały czekać kolejny rok, żeby się można było poopalać. Nie rozumiem tego, ale przyjmuję, że świat jest tak właśnie skonstruowany i mam już tylko nadzieję, że Pan Bóg zna proporcje, i urządzając dla nas mieszkanie, rozważył wszystkie opcje.
Wczorajszy dzień przyniósł dowód na to, że nawet jeśli mróz też potrafi zabić, to upał robi to z okrucieństwem znacznie bardziej wysmakowanym. Oto w Rybniku pewien człowiek zostawił swoją trzyletnią córeczkę w zamkniętym samochodzie na rozpalonym parkingu, poszedł do pracy, a kiedy wrócił po ośmiu godzinach, ona już oczywiście nie żyła. Czemu to zrobił i jakie były dokładne okoliczności tego nieszczęścia, nie wiemy, bo raz że policja wcale nie musi nas o wszystkim informować, a dwa, że z tego co słyszymy, ojciec dziewczynki jest w takim stanie, że nie ma sposobu się od niego dowiedzieć niczego. Nie lepiej jest z matką, która – jak już się dowiedziały odpowiednie media – z rozpaczy straciła zmysły i jest pod opieką lekarzy. W pewnym momencie tylko pojawiła się informacja, że on o dziecku zapomniał. Miał je zawieźć do przedszkola, ale zamiast tego pojechał do pracy i to dziecko w samochodzie zostawił. Po ośmiu godzinnych wyszedł z pracy i już tylko krzyknął: „O Boże! Jak ja mogłem tak zapomnieć!” No a ono się tam dosłownie ugotowało.
Jeszcze raz podkreślam, że nie wiemy, jak było, i do czasu aż ów nieszczęśnik odzyska mowę, a może i w ogóle już nigdy nic wiedzieć nie będziemy, ale zdrowy rozsądek podpowiada mi dwie możliwości: pierwsza jest taka, że on swoją córeczkę zostawił na tym upale z głupoty, sądząc, że ona te osiem godzin jakoś przedrzemie, a potem razem wrócą do domu, ale z różnych, moim zdaniem dość oczywistych względów, wydaje mi się to zwyczajnie nieprawdopodobne. Jest jednak druga możliwość, taka mianowicie, że on rzeczywiście o tym dziecku zapomniał i to słowo, które się pojawiło tuż po tragedii, nie znalazło się tam bez przyczyny. On rzeczywiście mógł zapomnieć. Mogło się stać, że ta dziewczynka w pewnym momencie tak się zlała z tym strasznym tłem, przez które on się musiał już od dłuższego czasu przebijać, że zwyczajnie ją stracił z pamięci.
Niedawno opowiadał mi znajomy, że ich syn poszedł z ich labradorem na jakieś drobne zakupy, uwiązał go przed sklepem i był tak zamyślony, że wrócił do domu bez psa, a w domu nikt już do końca dnia tego, że pieska nie ma, nie zauważył, bo on nigdy nie rzucał się szczególnie w oczy, albo sobie śpiąc w swoim kąciku, albo po prostu leżąc i dumając. Dopiero wieczorem nagle ktoś zapytał: „Gdzie pies?” i wszyscy pobiegli pod sklep. Szczęśliwie, okazało się, że ktoś zawiadomił straż miejską, straż psa zawiozła do schroniska, no i wszystko skończyło się szczęśliwie.
Czemu opowiadam tę historię? Otóż wszyscy wiemy, jak to jest z naszymi dziennymi lękami i nocnymi koszmarami. Bardzo często one są tak dziwaczne i dla większości z nas nie do pojęcia, że jest nam zwyczajnie wstyd się do nich choćby przyznawać. I nie jest wcale tak najgorzej, jeśli się okaże, że boimy się śmierci, czy matury z matematyki, czy tego, że znaleźliśmy się na jakiejś bardzo wysokiej konstrukcji, nie znamy sposobu, by się stamtąd wydostać i tylko szukamy, czego by się tu złapać, żeby nie spaść, a pod nami jest już tylko ten idealnie płaski kawałek podłogi. Znacznie gorzej jest, kiedy nasz lęk dotyczy na przykład tego, że zapomnimy o czymś najbardziej ważnym i w ten sposób spowodujemy tragedię całego naszego życia. Nie wiem, jak jest u reszty z nas, ale lęk przed zapomnieniem o czymś, czego zapomnieć nie wolno, zapomnieniem spowodowanym nie naszym gapstwem, czy zwykłą głupotą, lub tym, że się człowiek zanurzył w jakichś bezsensownych rozrywkach, ale czymś na kształt zupełnie niezależnego od nas fatum. Mam na myśli sytuację, kiedy poszliśmy z dzieckiem na spacer, wracamy do domu, widzimy, że go nie ma, krzyczymy „O cholera!”… i nawet nie jesteśmy w stanie odgadnąć, co takiego złego uczyniliśmy, że ono nagle nam zniknęło z oczu, a myśmy nawet tego nie zauważyli.
Nie zawsze tak miałem. Te koszmary zaczęły mnie nawiedzać – i chyba faktycznie najczęściej ich bohaterem było któreś z moich dzieci – dopiero w ostatnich latach. I to dokładnie w tym kształcie. Wracamy z wakacji, wysiadamy z pociągu, żona mnie pyta, gdzie dzieci… a ja nagle sobie uświadamiam, że one zostały gdzieś tam z tyłu, a ja nie wiem ani gdzie, ani kiedy, ani tym bardziej, w jakich okolicznościach. Kiedy to się zaczęło? Nie umiem powiedzieć. Możliwe, że wtedy, gdy Hanka jeszcze była bardzo mała, ja ją ciągnąłem na sankach, ona, będąc zawsze bardzo spokojnym dzieckiem, ani nic nie mówiła, ani nic ode mnie nie chciała, a ja szedłem oczywiście bardzo zamyślony… i ocknąłem się dopiero wtedy, gdy obcy ludzie zaczęli za mną wołać, że zgubiłem dziecko. Nie sądzę jednak, żeby to był ten moment. Wtedy akurat jeszcześmy się wszyscy potrafili z tej przygody tylko śmiać. To był dopiero sam początek świata, w jakim przyszło nam dziś żyć.
Jak mówię, nie wiem, ilu z nas przeżywa tego typu koszmary, ale mam bardzo mocne podejrzenie, że nie jestem tu sam. Od pewnego już czasu widzę bowiem, jak często moi znajomi na moje pytanie „Dlaczego? Co się stało?”, odpowiadają: „Przepraszam, stary, zapomniałem”. I ja to wyjaśnienie bardzo dobrze rozumiem, ja je regularnie przyjmuję, bo sam tu nie jestem bez winy. Ja zapominam nieustannie. I to nawet nie dlatego, że mam zbyt wiele rzeczy do zapamiętania, a zapisywać sobie czegokolwiek nie miałem nigdy w zwyczaju. Ja zapominam wyłącznie z tej przyczyny, że jestem tak pochłonięty codziennymi zmartwieniami i poszukiwaniem perspektyw, a czas mnie nieustannie tak wyprzedza, że już nawet niekiedy nawet nie dni, nie tygodnie, ale i miesiące pozostawiam za sobą z niezałatwionymi sprawami. Uważam, że to jest główny powód, a przy tym autentyczna plaga. Niemal wszyscy ludzie, jakich znam żyją z taką intensywnością różnego rodzaju zmartwień, że za każdym niemal razem, kiedy się budzą, zdają sobie sprawę z tego, że wczoraj już było, a kiedy postanawiają, że tym razem nie zapomną, budzą się ponownie i okazuje się, że to już kolejny wtorek i kolejny miesiąc.
Jeśli więc to, co się przydarzyło temu biednemu człowiekowi z Rybnika, którego dziś tak wszyscy nienawidzimy, i jego biednej córeczce, której tak bardzo współczujemy, wyglądało właśnie tak, to ja bardzo wszystkich przepraszam, ale ja go nie mogę nie rozumieć. Ja sobie bowiem jestem w stanie bardzo dobrze wyobrazić, jak on ją wiezie do tego przedszkola, ona sobie w tym strasznym upale zasypia na tylnym siedzeniu, a on – w tym samym strasznym upale i myślami już w pracy, a może wciąż jeszcze w domu, splątanymi tysiącem różnych drobnych zmartwień – najzwyczajniej w świecie traci czujność. I proszę mi nie mówić, że kochający ojciec nigdy by tak nie postąpił, bo miłość nie ma tu nic do rzeczy. Tu już mamy wyłącznie walkę odruchów splątanych nieustannych zmartwieniami i naszą zwykłą ludzką słabości.
Ja znam oczywiście komentarze dotyczące tego, co się stało wczoraj w Rybniku i oczywiście też nie mogłem nie usłyszeć owego chóru żądań śmierci dla „wyrodnego ojca”. Najlepiej takiej samej dokładnie, przez jaką musiało przejść jego dziecko. Ostrzegam więc każdego, kto spróbuje uderzać w ten ton. Wszyscy jesteśmy w jednakowej sytuacji: mądrzy i głupi, leniwi i pracowici, biedni i bogaci, młodzi i starzy. Nauczono nas w ciągu ostatnich kilkunastu lat na wszystko reagować już tylko instynktownie, a następnie przyprowadzono nad prawdziwą, straszną przepaść, stoimy na tym skrawku śliskiej bardzo podłogi, a zatem naprawdę lepiej by było, gdybyśmy się skupili na sobie i na naszym strasznym niewątpliwie losie, a nie na człowieku, któremu już i tak nikt i nic nie do końca świata nie pomoże. On już przekroczył tę granicę, a my mamy wszystko przed sobą i nawet się nie obejrzymy, jak kolejny z nas dostanie tak w łeb, że będzie zazdrościł tym, którzy się mieli szczęście nigdy nie urodzić.

Przypominam że w księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl jest do kupienia mój pierwszy wybór felietonów pod bardzo intrygującym tytułem „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”. To jest już koniec nakładu, więc i cena jest odpowiednio promocyjna. Polecam szczerze i uczciwie. Dziękuję wszystkim, którzy w tych dniach zechcieli wesprzeć nasz blog, specjalnie Joasi z GB, i proszę dalej o nas pamiętać.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...