środa, 15 stycznia 2014

"This is not a love song" - repryza

Możliwe, że od czasu, gdy w książce o Harrym Potterze znalazłem ów fragment, gdzie pada informacja, iż prof. Dumbledore ma na nodze wytatuowany plan londyńskiego metra, pojawiła się w bliskiej mi przestrzeni równie jednoznaczna demonstracja najczystszego satanizmu, jeśli jednak tak było, to tego momentu akurat nie pamiętam. A zatem dziś jestem autentycznie wstrząśnięty. Już wyjaśniam.
Ponieważ jestem już stary, a moje dzieci, mimo, że pojawiły się w moim życiu stosunkowo późno, też nie są już dziećmi w sensie biologicznym, tego typu zjawiska kulturowe, jak Hallo Kity, Monster High, czy My Little Pony, znam wyłącznie z okazjonalnych zawodowych kontaktów z uczennicami klas podstawowych, czy wczesno-gimnazjalnych. Gdybym miał się zastanowić nad swoją wiedzą na tym polu bardziej solidnie, wspomniany wcześniej Harry Potter stanowi dla mnie już ostatnie echo owego Nowego Wspaniałego Świata, który, Bogu dzięki, już do końca życia będę traktował, jako świat całkowicie obcy.
I oto dziś pewne dziecko poprosiło mnie, bym zechciał z nią wysłuchać „przepięknej” piosenki z kultowego, jak się okazuje, animowanego serialu dla małych dziewczynek pod tytułem „My Little Pony”. Piosenki wysłuchałem, wróciłem do domu, następnie zrobiłem to, co w tego typu sytuacjach robię zawsze, a mianowicie wklepałem ową nazwę do wyszukiwarki i znalazłem, co następuje:
My Little Pony: Przyjaźń to magia (ang. My Little Pony: Friendship is Magic) – serial animowany produkowany przez Hasbro Studios w Stanach Zjednoczonych (scenariusz) oraz przez DHX Media Vancouver w Kanadzie (animacja; dawniej znane jako Studio B Productions), który oparty jest na serii zabawek My Little Pony i animacjach firmy Hasbro. Premierowy odcinek został wyemitowany 10 października 2010 roku w amerykańskiej telewizji abonamentowej na kanale The Hub, którego częściowo właścicielem jest Hasbro. Polska emisja na kanale MiniMini+ rozpoczęła się 15 października 2011 roku. Serial nadawany jest także w wielu innych krajach w ponad dziesięciu językach.
Animatorka Lauren Faust została wybrana przez Hasbro na dyrektora kreatywnego i producenta wykonawczego serialu. Postanowiła ona zmienić styl serii poprzez pogłębienie osobowości postaci i nadanie serialowi przygodowego charakteru. Faust zrezygnowała z posady po ukończeniu pierwszego sezonu, ale pozostała producentem konsultingowym. Jayson Thiessen, reżyser nadzorujący, do drugiego sezonu stał się jego showrunnerem (osobą odpowiedzialną za produkcję serialu).
Serial jest chwalony za elementy humorystyczne i pouczający charakter. Chociaż przeznaczony został dla małych dziewczynek, zyskał także duże grono fanów w wieku nastoletnim i studenckim, głównie płci męskiej, tzw. bronies, jak również żeńskiej –pegasisters. Powodami tego niezamierzonego zainteresowania są twórcze pisanie i charakterystyka autorstwa Faust i jej zespołu, wyrazisty styl animacji opartej na Adobe Flash, motywy, które mogą zostać docenione przez starszych widzów i wzajemne relacje między Hasbro, twórcami i fanami.
Elementy programu stały się częścią kultury remiksu i zbudowały podstawy wielu różnych memów internetowych, a także stworzonych przez fanów utworów muzycznych, fanartów, opowiadań fiction, oraz gadżetów związanych z kreskówką”.
Powiem uczciwie, że ja z powyższej informacji rozumiem zaledwie fragmenty, a jak idzie o akapit trzeci i czwarty, to tu akurat akurat nie rozumiem już nic. Natomiast wysłuchałem od początku do końca zaproponowanej mi przez moją uczennicę piosenki, i chciałbym się podzielić wrażeniami tu na tym biednym blogu. Otóż ów fragment nosi tytuł „W ogrodzie cieni”, do znalezienia na youtubie pod tytułem „Children of the Night”, a rzecz, mówiąc najkrócej, polega na tym, że kupa malutkich i słodkich pegazów, jednorożców, czy zwykłych koników fruną gdzieś po nocnym niebie, a uroczy głos piosenki, w towarzystwie harfy, informuje nas, że oto one są właśnie przeprowadzane przez kogoś do innego, lepszego świata, symbolizowanego przez ów „ogród cieni”, gdzie nie będzie już ani bólu, ani cierpień, ani kłamstwa, ani wreszcie owej zbrodni, jakiej realny świat systematycznie dokonuje na „pięknie” i „pasji”. Cała piosenka jest do tego stopnia jak najbardziej oczywistą afirmacją śmierci, w dodatku opartą na wciąż powracającej frazie „Chodźcie moje biedne dzieci – przeprowadzę was przez ból i kłamstwo tego świata do mojego ogrodu cieni. Zamknijcie swoje umęczone oczy, a za chwilę zniknięcie w spokoju i ciszy”, że kiedy wyjaśniłem „mojemu” dziecku, w czym rzecz, to ona natychmiast skojarzyła to ze szkoleniem, jakie ostatnio zostało im zaaplikowane w ramach obrony przed księżmi-pedofilami. I daję słowo, że nie żartuję.
Mamy więc oto ów kultowy wręcz, jak słyszę, animowany serial dla małych dziewczynek, i dla starszych już znacznie fanów „kultury remiksu, memów internetowych, fanartów, opowiadań fiction, oraz gadżetów związanych z kreskówką”, a tam ów budzący dreszcz trwogi syk: „Weep not poor children for life is this way murdering beauty and passions […] soon we'll away into the calm and the quiet”.
Już podczas pisania tego tekstu, dotarła do mnie informacja, że owa piosenka tak naprawdę nie pochodzi z samego filmu, ale stanowi część czegoś, co nosi nazwę „projektu fanowskiego”, a zatem, w pewnym sensie, jest próbą rozszerzenia oryginalnej oferty producentów filmu o małym koniku, zgodnie z wyobrażeniem tych, do których kreskówka była adresowana, a nie są małymi dziećmi. A więc, jak sądzę, owych specjalistów od „remiksu, „memów i „fanartów”. Oto, jak autorzy projektu go objaśniają: „Celem projektu jest ukazanie historii, która mogła by być genezą święta Nightmare Night oraz tego co dodatkowo doprowadziło do banicji Luny”. A ja uważam, że to, z pewnego punktu widzenia, jest dla nas wiadomością jeszcze bardziej bolesną. I faktu tego nie zmieni konstatacja, że tu akurat zarówno Hasbro, DHX, jak i pani Faust, mają ręce czyste. Ale trzymajmy się zamierzonego toru.
Właśnie tak. Parę dni temu, mój serdeczny przyjaciel, a jednocześnie człowiek, który stale dba o to, bym nie narzekał na brak istotnych, i zawsze inspirujących, informacji, Lemming, przesłał mi link do artykułu, gdzie jak byk stoi wiadomość, że członkowie czegoś, co nosi nazwę Świątyni Szatana i ma swoją siedzibę w Nowym Jorku, wyrazili chęć postawienia w Oklahoma City pomnika Behemota, i nie dość, że podjęli już nawet prawne kroki na rzecz sformalizowania projektu, to przedstawili gotowy model przyszłego pomnika. Rzecznik prasowy grupy wydał oświadczenie, w którym pisze:
Pomnik został tak zaprojektowany, by wyrażać poglądy satanistów w Oklahoma City i wszędzie na świecie. Pomnik ma wzywać do współczucia i empatii dla każdego żywego stworzenia. Wreszcie, ma nasz pomnik spełniać funkcję praktyczną, jako miejsce, gdzie osoby w różnym wieku będą mogły sobie spocząć na kolanach Szatana, w nadziei na inspirację, czy choćby dla chwili refleksji”.
Wspominałem już o tym dość niedawno przy innej okazji, ale powtórzę. Ojciec Święty Franciszek, na rozpoczęcie Nowego Roku, postanowił dać nam do zrozumienia, że oto stawiamy „kolejny krok do mety”. Chciałbym, jeśli można, apelować do nas wszystkich: nie traktujmy tych słów, jako pustej retoryki.

wtorek, 14 stycznia 2014

Kto się boi Leonarda DiCaprio?

Gdybym miał wymienić 100 filmów, które uważam za najlepsze, mógłbym to zrobić w jednej chwili, i nie miałbym z tym najmniejszych kłopotów. Gdybym miał napisać na ten temat książkę, jestem pewien, że pisanie jej zajęłoby mi jeszcze mniej czasu, niż pisanie książki o zespołach. Czy dlatego, że znakomitych filmów jest więcej, niż znakomitych piosenek? Oczywiście, że nie. Natomiast z całą pewnością znakomitych filmów jest więcej, niż znakomitych muzycznych projektów, a część z nich bije zespoły o głowę. Wśród nich są dwa, które, gdyby były piosenkami, prawdopodobnie słuchałbym ich na okrągło od rana do nocy. Najlepsze? Ależ skąd. Natomiast faktycznie bardzo dobre. Wyjątkowe.
Pierwszy z nich to film Terry’ego Gilliama „Fisher King”, drugi – komedia Chrisa Columbusa „Mrs. Doubtfire”. Co łączy oba filmy? Przede wszystkim, z mojego punktu widzenia, oprócz tego, że są bardzo dobre, to, że są – niezależnie od wszystkiego innego – niezwykle wzruszające, a po drugie, że i jeden i drugi, w pierwszych po premierze recenzjach zostały kompletnie zniszczone przez krytyków „Gazety Wyborczej”. O ile sobie dobrze przypominam, zarówno jeden, jak i drugi został przez „Wyborczą” wyróżniony jedną gwiazdką, natomiast to co pamiętam już bardzo dobrze, o „Mrs. Doubtfire” recenzent „Wyborczej” napisał, że tam jedyna warta uwagi scena, to fragment, gdy Robin Williams tańczy z miotłą do dźwięków piosenki zespołu Aerosmith; jak idzie natomiast o „Króla Rybaka”, jedyna dobra scena, to ta, gdy Jeff Bridges mówi Mercedes Ruehl, że ją kocha i oboje zwalają półkę z kasetami video.
W czym rzecz? Otóż, jak na ironię, obie dwie sceny, przyjęte przez recenzenta „Wyborczej” (mam bardzo mocne podejrzenie, że był to aktywny do dziś Paweł Mossakowski), jako najlepsze, to są jednocześnie jedyne dwie sceny, których tandetność, głupota i całkowita zbędność, oba filmy, na szczęście nieskutecznie, psują. Scena, kiedy Robin Williams tańczy z miotłą, a w tle słyszymy to nieszczęsne Aerosmith, jest tak kompletnie pozbawiona sensu, tak odstająca od całości filmu, tak dla niego obca, że to jest aż porażające. To jest scena, która robi wrażenie czegoś, co tam zostało wstawione wyłącznie z powodu jakichś nieujawnionych nigdy zobowiązań biznesowych. W tym filmie, wszystko od początku do końca jest doskonale prawdziwe, natomiast te parę minut równie dobrze można poświęcić na wyjście do toalety, lub do lodówki po piwo.
A teraz mamy tego Gilliama. Tam z kolei wprawdzie nic nie jest prawdziwe, bo ten film to od początku do końca klasyczna bajka, natomiast w momencie, gdy oni się zaczynają całować i przewracają tę półkę, jedyne, co biedna publiczność może zrobić, to zacząć rwać włosy z głowy, krzycząc: „Po co, do ciężkiej cholery!!!” Człowiek z „Wyborczej” jest jednak zachwycony, podczas gdy dotychczas się nudził.
Obie opisane wyżej sceny mają w sobie jeszcze coś. Zarówno ten taniec, jak i ta bezsensowna demolka, robią wrażenie czegoś, co zabija całe to wypełniające oba filmy wzruszenie. Obie te sceny robią wrażenie, jakby chciały nam zakomunikować, że te nasze łzy, ten nasz śmiech, to przejęcie, były kompletnie niepoważne. One robią wrażenie, jakby ktoś nam chciał dać do zrozumienia, że jeśli myśmy się aż tak bardzo wzruszyli, to znaczy, że jesteśmy kompletnymi bałwanami, bo przecież to jest tylko film, a więc zabawa. Czas na prawdziwe emocje przyjdzie wraz ze sztuką prawdziwą.
Co mi strzeliło do głowy, żeby po serii tych tak bardzo poważnych tekstów, nagle pisać o filmach? Otóż przy okazji notki o aktorach, pojawiło się nazwisko wielkiego amerykańskiego aktora Leonardo DiCaprio, a mój kumpel Stinger49 podziękował mi za to, że pochwaliłem akurat DiCaprio, bo on akurat w swoim środowisku za to, że go szanuje, jako wybitnego aktora, jest konsekwentnie wyśmiewany. A ja, ponieważ doskonale znam tę reakcję, i kilka już razy przymierzałem się do tego, by się z nią zmierzyć, pomyślałem sobie, że może jednak spróbuję raz jeszcze.
Otóż, jak wiemy, kiedy DiCaprio miał już za sobą trzy autentycznie wielkie role, w „Co gryzie Gilberta Grape’a”, w „Chłopięcym świecie”, no a może przede wszystkim w „Pokoju Marvina”, być może jednym z najwybitniejszych filmów w historii kina – zagrał główną rolę w „Titanicu” Camerona, i od tego momentu zaczął być przez cały tak zwany „poważny” świat filmu traktowany, jako symbol wszystkiego, co w kinie, a może i w całej sztuce, najgorsze. Dlaczego? Czy on może źle zagrał? Ależ skąd? Raz, że on zagrać źle nie mógł, a to z tego prostego powodu, że ktoś, kto wcześniej zagrał Gilberta Grape’a, czy owego Hanka, źle grać zwyczajnie nie potrafi, a dwa, że „Titanic” to był od samego początku ten rodzaj produkcji, przy którym nikt sobie nie mógł pozwolić na jakąś fuchę. Może w takim razie ten film był tak beznadziejny, że został nagrodzony aż jedenastoma Złotymi Malinami? Nie. On był tak wybitny, że został nagrodzony jedenastoma Oscarami. Ja oczywiście znam osoby, które o Oscarach wypowiadają się wyłącznie w tonie szyderstwa, ta liczba jednak o czymś świadczyć musi. Za co więc, od momentu, gdy DiCaprio wystąpił w „Titanicu”, zaczął być w pewnych środowiskach wyłącznie wyszydzany? Jako aktor, jako człowiek i, przed wszystkim, jako symbol. I czemu praktycznie on już nigdy, mimo tego, że zawsze, aż do dziś, kiedy już pewnie wreszcie dostanie tego swojego Oscara, grał role jak najbardziej ważne, w bardzo poważnych filmach, nie był traktowany przez owe środowiska inaczej, jak z szyderczym przymrużeniem oka?
Otóż ja mam na to odpowiedź, i to jest coś, czego nie mogę oderwać od tego, o czym pisałem przy okazji tych dwóch nieszczęsnych, starych recenzji z „Wyborczej”. Otóż film o „Titatnicu” był w najbardziej oczywisty sposób zaprzeczeniem, a jednocześnie protestem wobec tego, do czego przez ostatnie lata próbuje się doprowadzić światowe kino, a więc albo jakichś nieznośnie pretensjonalnych europejskich nudziarstw w rodzaju Bergmana, czy Kieślowskiego, czy ich wciąż, wręcz do porzygania, odradzających się naśladowców, czy to w Danii, czy we Francji, albo kompletnie nieistotnych komputerowych popisów dla idiotów. Czyli tak naprawdę tego, na czym zasadzać się ma przyszłość współczesnego kina. A, co najgorsze, protestem jak najbardziej udanym. Wręcz bezbłędnym. Strzałem w czystą dziesiątkę.
No i jeszcze ten DiCaprio. Aktor, który najlepiej, jak tylko się dało, przypomniał to, o co od zawsze chodziło w byciu aktorem, a więc wyłącznie to odwieczne uwodzenie. Piękny, młody, wręcz idealny kochanek; mądry, dzielny, męski, utalentowany… A oni tego już wytrzymać nie potrafili. Zobaczyli sukces męskości, a przy okazji tradycji, w wydaniu modelowym, i dostali cholery. A swoją nienawiść skoncentrowali na tym, co było pod ręką, a więc na aktorze.
Ja do dziś pamiętam moje wszystkie kolejne spięcia z kolejnymi szalenie wykształconymi znajomymi, którzy wówczas, po sukcesie „Titanica”, nie dali sobie jednego marnego słowa powiedzieć na temat tego, jak wielkim aktorem jest DiCaprio. Ja im mówiłem o Grapie, o tym Hanku, mówiłem o filmach, które on kręcił aktualnie – bez efektu. Nawet Agnieszka Holland nie pomogła. Ten laluś z „Titanica”? To chyba jakieś wolne żarty! Ludzie! Trzymajcie mnie! A ja sobie już tylko myślałem, jakaż to potęga drzemie w prostych kompleksach.
Właściwie, jak sądzę, mógłbym tę notkę już kończyć, ale przychodzi mi do głowy coś, co, do czego prawdziwości wcale nie jestem przekonany, ale, skoro już się tej myśli uczepiłem, muszę ją pociągnąć. Otóż to, co mnie zastanawia, to fakt, że o ile DiCaprio – a co do tego, że to była robota wykonana co najmniej na poziomie, chyba nie mamy wątpliwości – został po sukcesie „Titanica” wyszydzony do końca, tego losu uniknęła Kate Winslet. Jej akurat ten film w żaden sposób nie zaszkodził. Ona i nigdy nie przestała, ale i wciąż jest traktowana przez tak zwane „towarzystwo”, jako wielka aktorka. Czemu, do ciężkiej cholery? Otóż tu też mam odpowiedź. To że Winslet jest kobietą, tym durniom nie przeszkadza. Oni kobiet mają wokół pod dostatkiem. Kobiety nigdy nie wymarły. Inaczej jest, jak idzie o mężczyzn. Tu mamy do czynienia z prawdziwym dramatem. Patrzy taki Mossakowski, czy inny Felis, na DiCaprio i czuje strach. Nie rozumie tego strachu, nie wie o nim nic, ale się boi. No a skoro się boi, to jak każde zwierzę, reaguje agresją. I stąd to wszystko.
Co było do powiedzenia. A mi już tylko pozostaje podziękować mojemu koledze Singerowi za inspirację. Bez niego, ten tekst by pewnie nie powstał.

Proszę o wspieranie tego bloga, a jeśli ktoś z nas bardzo lubi aktora DiCaprio, i ten tekst mu przyniósł pewną satysfakcję, to proszę tym bardziej. Dziękuję.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Komu potrzebna jest nasza samotność?

Przez to, że kino w ostatnich latach stało się rozrywką dramatycznie drogą, a w dodatku jeszcze ów wszechobecny smród prażonej kukurydzy, jest jeszcze bardziej obezwładniający, niż nieunikniona obecność na każdym z seansów co najmniej dwóch idiotów, którzy albo się śmieją w sytuacjach nieśmiesznych, albo głośno komentują poszczególne sceny, do kina chodzić praktycznie przestałem. Jest jednak jeszcze coś. Wprawdzie, jak się zdaje, formalnie rzecz biorąc, filmów w Internecie wciąż oglądać nie wolno, jednak praktyka owa się już tak rozpowszechniła, że ów zakaz pozostaje wyłącznie teorią. Weźmy moje dzieci, a nawet panią Toyahową. Oni wszyscy oglądają dokładnie wszystko, i to już niemal na drugi dzień, jak dany film się ukaże, no i przez to o tych filmach u nas w domu gada się niemal bez przerwy.
Parę dni temu moje najmłodsze dziecko opowiedziało mi o którymś z nich, opisującym przygodę dziewczynki, która otrzymała na urodziny laptopa, krótko potem trafiła w jakieś internetowe towarzystwo, no a dalej, to już spotkała się tam z taką agresją, że doprowadziło ją to do granicy samobójstwa. Jak chodzi o mnie, to ja oczywiście pierwsze, co sobie pomyślałem, to to, że to jest niewiarygodne, jak błyskawicznie na nowe – wykreowane jak najbardziej przez siebie – zjawiska społeczne reaguje kultura popularna, żona moja natomiast poszła jak zwykle krok dalej, i przy wspólnym obiedzie zadała wszystkim nam pytanie, czy myśmy spotkali się kiedykolwiek z tak zwaną „przemocą w Internecie”. Dzieci moje odpowiedziały od razu, że nie, natomiast ja, że owszem – jak najbardziej. Ja się spotkałem z tym zjawiskiem w wydaniu niemal modelowym, tyle że jestem już stary i bandę tych wszystkich sieciowych opętańców mam głęboko w nosie. Ani ich do siebie nie wpuszczam, ani z nimi nie rozmawiam, ani o nich nie myślę, a jeśli nawet od czasu do czasu ich czytam, to wyłącznie przez swoją wrodzoną ciekawość świata. A zatem mam spokój.
Tymczasem problem jak najbardziej istnieje. W czym rzecz? Otóż każdy kto miał okazję śledzić ten blog, ale też blog mojego kolegi Coryllusa, i wszystko, co się wokół nich dzieje, wie, że w tak zwanej blogosferze istnieje bardzo silna, znakomicie zorganizowana grupa blogerów i komentatorów, którzy mnie i jego do tego stopnia nie znoszą, że gdybym ja, czy Coryllus, mieli się tym zmartwiać, to byśmy tego nie wytrzymali.
Bo tak naprawdę tu akurat rzecz polega wyłącznie na tym, że człowiek przejmuje się, lub nie. Popatrzmy na coś moim zdaniem modelowego. Jest w Salonie24 blog senatora Platformy Obywatelskiej Filipa Libickiego, którego każda kolejna notka komentowana jest w jednej chwili przez blogera Sowińca słowami „Dureń”, „Głupek”, „Głuptasek”, i tak dalej. Sowiniec nigdy, na ile potrafię się zorientować, nie skomentował wpisu Libickiego inaczej, jak tylko przy pomocy owych krótkich epitetów. Za Sowińcem oczywiście natychmiast przychodzi jego tak zwana drużyna, no i oni oczywiście starają się swojemu mistrzowi dorównać. Gdyby Libicki czytał te komentarze, lub je w ogóle traktował poważnie – a jeszcze, nie daj Boże, wchodził z tymi durniami w polemikę – to, jak sądzę, albo by wytoczył Sowińcowi sprawę, albo by od tych dyskusji zwariował. On, jednak, jedyne co dotychczas zrobił, to doniósł na Sowińca do Administracji, no i ta go częściowo ocenzurowała. Oczywiście, to nie powstrzymało Sowińca, i on dalej sobie używa, Libicki jednak najwyraźniej sobie radzi.
A teraz my, czyli Coryllus i ja. Jak mówię, w Salonie jest grupa internautów, w tym też, jak najbardziej, wspomniany bloger Sowiniec, którzy nas bardzo nie lubią i życzą nam wszystkiego najgorszego. Swego czasu za ich swego rodzaju guru robił bloger podpisujący się Pantryota, który w pewnym momencie całym sensem swojego blogowania uczynił doprowadzenie nas do tego stanu, byśmy zwyczajnie nie wytrzymali. Ów blog natychmiast zyskał pewną popularność, no i wtedy się zaczęło. Owa grupa nienawistników spędzała tam swój czas dzień za dniem, od rana do wieczora, tylko po to, by przy pełnej aprobacie Administracji publikować najbardziej obrzydliwe, wulgarne, obraźliwe komentarze na temat nas i naszych rodzin. W pewnym momencie doszło wręcz do tego, że oni zaczęli nam grozić: Urzędem Skarbowym, więzieniem, pobiciem… I co z tego? Nic. Redakcja Salonu24 nawet nie drgnęła. Wszystko toczyło się ustalonym torem. Tyle że ani ja, ani Coryllus również nie drgnęliśmy. Po nas to spłynęło, jak po dwóch kaczkach. Nie zmienia to jednak faktu, że to wszystko było, jest, i, jak wszystko na to wskazuje, będzie – w tej czy innej formie, oraz w tym czy innym kształcie – trwało nadal.
I oto wczoraj, na wspomnianym tle, stało się coś szczególnego. Najpierw Coryllus opublikował tekst, w którym wymienił, w kontekście niemal neutralnym, nick słynnej blogerki Ufki, jednak przez to, że jej się to nie spodobało, wspomniany tekst został przez administrację portalu błyskawicznie ocenzurowany. Kiedy Ufka, na to co się stało zareagowała, chełpiąc się, że ona nie pozwoli na to, by ktokolwiek ją osobiście zaczepiał, i w ten sposób wszystkich sobie po kolei odpowiednio ustawi, napisałem jej w komentarzu, że „jest głupsza od swojego kota”, no i ta opinia również w jednej chwili zniknęła. Tu wewnętrzna ochrona przed tak zwanym „hejtowaniem” zadziałała bezbłędnie.
A zatem, wszyscy już teraz znakomicie się potrafimy zapewne zorientować, na czym ten pomysł polega. Internet – czy może bardziej precyzyjnie, owa społeczność – jest najwidoczniej wykorzystywany przez System po to, by zagospodarować tę część społeczeństwa, która uznała za stosowne się w to, co roztacza się poza progiem domu, nie angażować. Mam tu na myśli ludzi, którzy siedzą w domu, nie mają co z sobą zrobić, ze swoimi emocjami nie mają się z kim podzielić, a więc sobie klikają. A mam na myśli takie ich zagospodarowanie, by oni się zwyczajnie pozagryzali. Po co? Ot tak, żeby każdy z nich całą swoją złość, nienawiść, czy zwykłe kompleksy, wyładował w tych czterech ścianach swoich domów, a już później nie widział żadnego powodu, by się z nimi wychylać. A że od czasu do czasu ktoś przez to odpadnie – to drobiazg. Ważny jest cel, a dopóki on jest skutecznie realizowany, wszystko gra.
Niedawno w portalu wpolityce.pl któryś z redaktorów bardzo się oburzał, że na forach dyskusyjnych Agory z prawdziwym zachwytem tolerowano zachęcanie przez część komentatorów do politycznego mordu na jednym z Karnowskich. Otóż wygląda na to, że, jak zwykle, jesteśmy skazywani na jakieś kompletnie nędzne diagnozy, nijak się nie mające do tego, co jest prawdziwym problemem. Sprawa bowiem polega na tym, że tu wcale nie chodzi o mordowanie, a już na pewno nie przede wszystkim. Jeśli ktoś kogoś zabije – to wtedy będziemy się martwić. Póki co jednak, chodzi głównie o to, by doprowadzić część z nas do stanu takiej wściekłości, że gdy ona minie, pozostawała już tylko telewizja, ewentualnie wyprawa na zakupy.
Wrócę na koniec do wczorajszej notki Coryllusa i interwencję blogerki Ufki. Ona, podobnie zresztą, jak jej serdeczna przyjaciółka Eska, gdyby im tylko pozwolić i zagwarantować bezkarność, by nas obu po prostu kazały zlikwidować. Z braku tego rozwiązania, one by każdego z nas tak zaszczuły, że byśmy sami, już bez niczyjej pomocy, popełnili samobójstwo. Niestety, ani jednego, ani tego drugiego zrobić nie mogą. Dlaczego? Trochę z przyczyn obiektywnych, ale też przez to, że one dla nas są jak powiew zimowego wiatru, żadne ich słowo, ani żaden ich gest nas nie dotyka. No bo popatrzmy na Eskę? Cóż mi to przeszkadza, że ona publikuje w Sieci informację, że mój ojciec był ubowcem, a ja jestem resortowym dzieckiem? Ja ją za to mogę najwyżej wytarmosić za ucho. Najwyżej. Bo nawet splunąć mi się nie chce. No ale można sobie wyobrazić sytuację odwrotną. Ona to piszę, na mój blog natychmiast złazi się jakieś internetowe robactwo i wszyscy zaczynają się nakręcać. A ja z nimi. I o to właśnie chodzi. Żeby tak to się właśnie toczyło. A co z tego będzie, to będzie. Się zobaczy.
Skoro zaczęliśmy od filmów, chciałbym na filmach też skończyć. Wspominałem już o nim, ale gdyby ktoś nie widział, to powtórzę. Jest oto sobie taki serial komediowy Ricka Gervaisa zatytułowany „Life’s Too Short”, gdzie słynny aktor-karzeł Warwick Davis gra siebie, jako upadłego, jednak z bardzo silnym kompleksem wyższości, aktora charakterystycznego. Któregoś dnia Warwick zostaje poddany bardzo agresywnemu atakowi na którymś z internetowych forów, gdzie ktoś go obraża w sposób wręcz nieludzki, głównie wykpiwając jego kalectwo. Ponieważ on bardzo to źle znosi, postanawia przeprowadzić prywatne śledztwo, no i trafia na jakieś biedne dziecko, unieruchomione na wózku inwalidzkim, podłączone do respiratora i jakichś urządzeń, które pozwalają mu wykonywać najprostsze ruchy, w tym klikać w komputerową klawiaturę. Straszna jest ta scena. Stoi Warwick na środku tej klasy szkolnej, to dziecko uczepione swego pojazdu płacze, koledzy ryczą ze śmiechu, rzucają w nie papierkami… no i tak się ten odcinek kończy. Nie dajmy się jednak nabrać. Ten film to komedia. Bardzo dobra zresztą.

Z nowym rokiem niestety, jak to już nieraz bywało, firma która mnie zatrudniała, straciła kontrakt, no a ja, automatycznie,kilka dość mocnych lekcji. Oczywiście, jak idzie o zapowiadane przez mnie terminy, wszystko pozostaje bez zmian, jednak na dziś, niezmiennie bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.


niedziela, 12 stycznia 2014

Czy Daniel Olbrychski potrafi łapać piłkę?

Początek nowego roku zaznaczył się nam bardzo spektakularnym zaktywizowaniem się dwóch środowisk – chyba jednak trzeba będzie nam tak je nazwać – jednoznacznie patologicznych, a mianowicie pijanych kierowców, oraz aktorów. Jak idzie o pijaków za kierownicą, odpowiednia debata została przeprowadzona na każdym możliwym poziomie, włącznie z tym opanowanym przez tak zwaną Radę Ministrów, i myślę, że tu już wiele więcej, niż zostało dotąd powiedziane, powiedzieć nie można… No może przynajmniej do czasu, gdy Systemowi uda się jakoś wreszcie doprowadzić do legalizacji marihuany i innych, tak zwanych „miękkich”, narkotyków, i wtedy dopiero będziemy mogli zatęsknić za starą dobrą flaszką.
Ja jednak dziś chciałbym się zająć, być może po raz już ostatni, ale za to wreszcie na dobre, aktorami. Biorę się za tych, prawdę mówiąc, jeśli się tylko uczciwie zastanowić, diabłu ducha winnych, ludzi, i czuję pewien dyskomfort. Bo z jednej strony, jak powszechnie wiadomo, w historii współczesnej cywilizacji, niemal już tradycyjnie, to akurat środowisko, było zawsze traktowane z najwyższą pogardą, której być może najbardziej spektakularnym przejawem stał się dawny zwyczaj, by aktorów grzebać poza murami miasta, a z drugiej, jak by nie patrzeć, ich często wielki talent, niekiedy nawet graniczący ze swego rodzaju geniuszem, zawsze jakoś do nas, zwykłych miłośników teatru, czy filmu, przemawiał, i to do tego stopnia, że wielu z nich nie mogliśmy szczerze nie podziwiać.
A zatem, kiedy myślę o aktorach, ów dysonans mnie autentycznie prześladuje, no bo – spójrzmy na problem uczciwie – jak można, stając wobec modelowego wręcz kłamstwa, jednocześnie się do niego nie odwracać z odrazą, a wręcz je w sposób jednoznaczny afirmować? Jak można kogoś z jednej strony traktować z najczystszą pogardą, a jednocześnie szczerze go podziwiać?
Zadaję te pytania, ponieważ w moim najgłębszym przekonaniu, bez udzielenia sobie na nie odpowiedzi, nie będziemy sobie w stanie poradzić z tym, co nas ostatnio tak bardzo absorbuje, a mianowicie z zaangażowaniem niektórych przedstawicieli sztuki aktorskiej w życie publiczne. Mam nadzieję, że wiemy wszyscy, o co chodzi. Któraś z telewizji zaprasza do studia profesora Glińskiego, żeby go namówić na ocenę sytuacji politycznej w kraju, a dla dziwnie pojętej równowagi, jako partnera w rozmowie, sadza obok niego aktora Daniela Olbrychskiego. Dobrzy ludzie oglądają ów dziwny spektakl, łapią się za głowy, ci mniej odporni rzucają w stronę Olbrychskiego śmierdzącym mięsem, a jeśli ktoś ma ambicje i umie trochę pisać, to jeszcze podzieli się odpowiednią refleksją w mediach papierowych, czy na blogach. Biedny Olbrychski jest więc traktowany jak najgorsza szmata, a nikomu do głowy nie przyjdzie, by zauważyć, że on jest tylko ofiarą pewnej szczególnej perwersji, polegającej na tym, że od aktora oczekuje się czegokolwiek więcej, ponad to, by nam trochę poudawał.
A przecież jest rzeczą jak najbardziej oczywistą, że gdyby na miejscu Olbrychskiego posadzić kogokolwiek – a mówiąc „kogokolwiek” mam na myśli naprawdę kogokolwiek z jego kolegów aktorów – jeśli chodzi o intelektualny wymiar tego występu, uzyskalibyśmy wynik niemal identyczny, i to niezależnie od tego, czyje poglądy by nam ów nieszczęśnik odgrywał. Bo kiedy zastanawiamy się nad problemem Olbrychskiego, nie łudźmy się – coś takiego, jak „problem Olbrychskiego” zwyczajnie nie istnieje. Istnieje wyłącznie problem mądrych lub głupich ocen, i większego lub mniejszego talentu w ich odgrywaniu. Kiedy Daniel Olbrychski przychodzi do studia telewizyjnego, a dziennikarka prosi go o przedstawienie takiego, a nie innego, spojrzenia na stan politycznej debaty, to on to zrobi tak jak się tego od niego oczekuje, tyle że prawdopodobnie lepiej, niż by to zrobił aktor Więckiewicz, czy Malajkat, a to wyłącznie z tej prostej przyczyny, że jest od nich lepszym aktorem.
Ktoś mnie pewnie spyta, czy moim zdaniem Olbrychski nie ma poglądów, a ja odpowiem od razu, że to właśnie dokładnie chcę powiedzieć. Olbrychski nie ma jakichkolwiek poglądów, podobnie jak nie posiada jakichkolwiek uczuć, przeżyć, jakichkolwiek emocji, poza emocjami czysto zwierzęcymi. On, po tych wszystkich latach wyłącznie grania, nie jest już w stanie z siebie wykrzesać nic poza samą właśnie grą. Olbrychski, będąc znakomitym polskim aktorem, nie wie, czym jest smutek, żal, radość, gniew, szczęście, rozpacz; on żadnego z powyższych nie potrafi w najmniejszym stopniu odczuć i przeżyć, natomiast znakomicie potrafi to wszystko zagrać. A stan odczłowieczenia, o jakim w tym momencie mówię, powoduje, że on nawet gdyby z jakiegoś powodu poczuł ów smutek, czy radość, natychmiast by musiał zacząć jedno i drugie odgrywać, i w ostateczności tam nie zostałoby już nic więcej.
I proszę mi nie zarzucać, że to są tylko takie moje spekulacje, lub, co gorsza, że ja w stosunku do Olbrychskiego jestem niepotrzebnie okrutny. Jeśli chodzi o spekulacje, to o nich mowy być nie może. Przecież wystarczy na niego tylko popatrzeć, kiedy on występuje w telewizyjnym studio i opowiada cokolwiek na jakikolwiek temat. Tu nie może być najmniejszej wątpliwości, że on zaledwie odtwarza kolejną rolę, a robi to albo lepiej, albo gorzej, ale zawsze dokładnie tak, jak sobie wyobraża, że powinien to robić. Co do okrucieństwa natomiast – przepraszam bardzo, ale jak można być okrutnym w stosunku do kawałka sztachety?
W filmie Quentina Tarantino „Django” wielki filmowy aktor Leonardo DiCaprio w pewnym momencie rozbija sobie kieliszek w dłoni i jego dłoń zalewa się krwią. Jak się dowiadujemy, scena ta nie została zainscenizowana, lecz on wspomniany kieliszek rozbił autentycznie, i w efekcie autentycznie się poranił. Rzecz w tym jednak, że na filmie tego nie widać. DiCaprio nawet nie mrugnął, ale dokończył to, co miał do zrobienia, a my wszyscy tylko zamarliśmy z podziwu. Co by się stało, gdyby podczas telewizyjnego występu Olbrychskiemu spadł na łeb jakiś reflektor, czy załamał się pod nim fotel, a on by spadł na mordę? Otóż myślę, że on akurat by zaczął wrzeszczeć, albo by się rzucił do ucieczki, ze strachu, że ktoś chce go zabić. Tyle że on by się tak zachował nie dlatego, że jest od DiCaprio bardziej człowiekiem, ale dlatego, że jest od niego gorszym aktorem. A więc jest kimś, kto gorzej od DiCaprio potrafi ukryć swój brak człowieczeństwa.
Wspominam o tym DiCaprio trochę dlatego, że ja go autentycznie cenię, jako aktora, ale też właśnie po to, by jak najlepiej wyrazić to, czym dla mnie jest aktor, jako ktoś, kto nawet jeśli kiedyś był człowiekiem, to mu minęło. Ale przecież nie chodzi tylko, ani nawet przede wszystkim, o niego. Popatrzmy na takiego Roberta DeNiro, Johnny’ego Deppa, czy znakomitą brytyjską aktorkę Helenę Bonham-Carter. Wszyscy oni wystąpili w taki czy inny sposób w komediach Ricka Gervaisa, grając siebie samych… i – co tu jest akurat kompletnie porażające – ukazując siebie, jako oczywistych i bezdyskusyjnych idiotów.
Ktoś w tym momencie pomyśli, że każde z nich ma w sobie wystarczająco dużo autokrytycyzmu, żeby spojrzeć na siebie z ową niezwykłą ironią i pokazać publicznie to, co w nich śmieszne, czy choćby i głupie. Otóż nie. Ja nie sądzę, żeby Johnny Depp, czy Robert DeNiro zgodzili się grać Johnny’ego Deppa i Roberta DeNiro jako stuprocentowych durniów, bo jeden i drugi zachowują w stosunku do siebie ten luz i ten dystans. Nie. To wszystko odbyło się tak, że Ricky Gervais napisał im te role, ich agenci ustalili warunki ich występu, a oni przyszli, to, co im kazano, zagrali, zainkasowali umówioną gażę i na tym koniec. Bez jakichkolwiek refleksji. Dla naszej rozrywki, a swojego zawodowego powodzenia.
Ale nie mam też najmniejszych wątpliwości, że gdyby polskie życie publiczne nie było tak opanowane przez różnego rodzaju patologie, a przez to i polska kultura i sztuka stały na poziomie choćby zbliżonym do tego, jaki obserwujemy w Wielkiej Brytanii, czy w Stanach Zjednoczonych, mógłby się i u nas znaleźć jakiś reżyser, który, na przykład, zdecydowałby się nakręcić niezwykle zabawną komedię o polskich aktorach, którzy dali się wmanewrować w polityczno-medialny spór, i przy tej okazji zrobili z siebie idiotów, nająłby do tego filmu czy to Daniela Olbrychskiego, czy też może Jerzego Stuhra, czy może Annę Nehrebecką, kazał się im nauczyć przygotowanego przez siebie scenariusza, a oni by to najlepiej, jak potrafią, zagrali. A gdyby się okazało, że ów film osiągnął pewien znaczący sukces, byliby z siebie niezwykle zadowoleni. My byśmy się z nich śmiali, że jacy to oni głupi, a oni by się cieszyli. Jak pies, który złapał piłkę. Mimo że ona tak sprytnie od niego uciekała.
Jerzy Stuhr. O nim nie mogliśmy zapomnieć. Też, jak wiemy, pojawił się w tych dniach ów wybitny aktor publicznie, i powiedział, że on nigdy nie wystąpi w filmie o Smoleńsku, bo mu na to nie pozwalają moralne i etyczne zasady, których on przestrzega od zawsze. W reakcji na to oświadczenie, ja na swoim blogu przypomniałem, jak to ten sam Stuhr swego czasu wystąpił w wyprodukowanym na zlecenie postkomunistycznego aparatu przemocy filmie „Uprowadzenie Agaty”, który nie dość, że od początku do końca był oparty na kłamstwie, to w dodatku kłamstwie nastawionym na niszczenie niewinnych ludzi. W reakcji z kolei na mój tekst, któryś z komentatorów wyraził nadzieję, że Stuhr ów tekst przeczyta i pójdzie mu w pięty. Otóż nic z tego. To znaczy, możliwe, że któryś z jego znajomych mu te moje refleksje podsunie do przeczytania, albo przynajmniej zrelacjonuje, natomiast ja nie widzę najmniejszej możliwości, by aktor Stuhr moje słowa był w stanie w jakikolwiek sposób przeżyć. Jestem głęboko przekonany, że to, co ja napisałem, obeszłoby go dokładnie tak samo, jak wspomnianego wcześniej mojego psa uwaga mojej żony, że on jednak jest strasznie czasami głupi. Jak to niedawno pięknie opisał mój syn, to, co mu się u takich psów podoba, to to, że one niczego i nikogo nie oceniają. Po prostu sobie są i tylko czekają aż ktoś albo je nakarmi, albo się z nimi pobawi. I to wszystko.
Na koniec muszę jeszcze odpowiedzieć na jedno pytanie: Czy ja naprawdę nie biorę pod uwagę, że w owej branży aktorskiej mogą być jakieś wyjątki; że wśród nich są tacy, którzy jakoś sobie z tą presją poradzili i jakimś cudem udało im się urwać z tego strasznego stryczka? Myślę, myślę, myślę i już chętnie odpowiadam. Mam wrażenie, że owszem, niektórzy z nich jakiś cudem się wywinęli. To są jednak ci wszyscy, dla których decyzja przemienienia się w człowieka, siłą rzeczy musiała się wiązać z praktycznym odejściem z zawodu. Na pewno mam tu na myśli Irenę Kwiatkowską, która pod koniec życia zupełnie niespodziewanie pogrążyła się w modlitwie i, jak słyszę, ofiarowała swoje życie już tylko Bogu, by ostatecznie odejść cichutko i bardzo skromnie. To było naprawdę coś. Czy ktoś jeszcze? Nie wiem. Szczerze powiem nie bardzo się znam, ale kto wie, co tam słychać u takiego Krzysztofa Majchrzaka? Czy on może jest dziś człowiekiem? Bardzo bym chciał. Byłoby miło.

Tekst powyższy, z podpuszczenia mojego kumpla Peregrina Tuka, ukazał się w najnowszym wydaniu "Warszawskiej Gazety", a zatem ja za niego swoją dolę w końcu dostanę. Jeśli jednak ktoś uważa, że można mi tu coś dorzucić, będę niezmiernie zobowiązany. Numer konta jest tuż obok. Dziękuję.


sobota, 11 stycznia 2014

Jarosław Kaczyński, czyli jak zwyciężyć w ustawionym biegu

Kiedy mój dobry kumpel i, że tak to określę, „business partner”, Gabriel Maciejewski, nagle, kompletnie ni stąd ni z owąd, postanowił złamać swoją niemal żelazną zasadę, by nie zajmować się duperelami, i cały swój tekst poświęcił wyrzuceniu ze środowiska Prawa i Sprawiedliwości posła Tomasza Kaczmarka, pomyślałem sobie, że to się źle skończy. I to źle, wcale nie dlatego, że to co napisał Gabriel, to nieprawda, albo że na obecną chwilę bardzo politycznie niepoprawne, i przy gabrielowej swadzie i retorycznych talentach ów tekst może PiS-owi zaszkodzić. PiS-owi bowiem akurat w obecnej nie zaszkodzą ani jego, czy nawet moje, złośliwości, ani tak naprawdę nic. Przyszłość bowiem została już potwierdzona i autoryzowana przez znacznie mocniejszych zawodników, niż my. I to wcale niekoniecznie ze środowiska reprezentowanego przez Jarosława Kaczyńskiego.
To że ten tekst Gabriela nic dobrego nie przyniesie, pomyślałem sobie, zgadując, że pod nim natychmiast pojawi się kupa komentarzy od osób, których cała polityczna perspektywa sprowadza się do konstatacji, że ten Kaczyński jest tak do niczego, że nawet ktoś tak dramatycznie byle jaki, jak Donald Tusk, potrafi go sobie ustawić wedle własnych wyobrażeń. A to jest coś, czego ja najzwyczajniej w świecie nie jestem w stanie znieść. I to wcale nie dlatego, że Tuska nie lubię, a Kaczyńskiego owszem, ale dlatego, że ja bardzo źle reaguję na ów rodzaj braku pojęcia, który się bierze z założenia, że Donald Tusk jest bytem niezależnym. Ja dostaję autentycznie szału, kiedy ktoś mi próbuje opisywać Tuska, jako – zgoda, że zdemoralizowanego, głupiego, a może i wręcz psychicznie niezrównoważonego – ale jednak, polityka. Rzecz bowiem w tym, że Donald Tusk nie jest konkurencją dla Jarosława Kaczyńskiego, nie dlatego, że Kaczyński to geniusz, a Tusk to gamoń, ale dlatego, że Tusk jest wyłącznie socjologiczno-politycznym projektem, który, w momencie, gdy jego animatorzy go zamkną, rozpierzchnie się, jak poranna ruska mgła.
Ktoś spyta, co z tego? Otóż to z tego, że ja nie mam nic przeciwko temu, by walić w Prawo i Sprawiedliwość i tych nieudaczników, których nazwisk już nawet nie chce mi się wymieniać, nie mam nawet problemu z tym, że ktoś powie, że Jarosław Kaczyński dziś, w porównaniu z dawnym Jarosławem Kaczyńskim jest zaledwie smutnym wspomnieniem. Mój problem polega na tym, że, jeśli ktoś zaczyna opisywać polską politykę, jako walkę między dwiema partiami, dwoma politycznymi projektami, czy choćby dwiema grupami polityków, ja proszę, żeby tego nie robić, bo skoro tak, to znaczy, że niczego z tego, co się w Polsce stało myśmy zwyczajnie nie zrozumieli.
Rzecz polega na tym, że Prawo i Sprawiedliwość pod przywództwem Jarosława Kaczyńskiego jest jedyną dziś partią antysystemową, a więc taką, o której można w ogóle rozmawiać, jako stanowiącej jakikolwiek wybór. Cała reszta to agentura, mniej lub bardziej aktywna; mniej lub bardziej akurat groźna. Jeśli idzie o mnie i moje polityczne zainteresowania, nie ma takiej rzeczy, która wydarzyła się w ciągu minionych 24 lat, i miała jakiekolwiek szersze znaczenie, której bym nie pamiętał, albo pamiętał źle. Ja pamiętam twarze, nazwiska, gesty i wiem doskonale, że one wszystkie zawsze, w ten czy inny sposób, skoncentrowany były na jednym zadaniu – usunięcia Jarosława Kaczyńskiego z polityki. I nie oszukujmy się: z wyjątkiem być może kilku polityków, byli tam wszyscy. Każdy w odpowiednim dla siebie momencie, ale wszyscy. I ja wiem, że to brzmi nie najlepiej, ale tam wśród nich w pewnym momencie byli nawet tacy bohaterowie polskiej historii, jak sam Jan Olszewski, czy Antoni Macierewicz.
Przez te ponad już 20 lat Jarosław Kaczyński – bo nawet nie jego zamordowany w Smoleńsku brat – ani na moment nie stracił swojej pozycji jedynego prawdziwie antysystemowego polityka, wroga publicznego numer 1, no i przede wszystkim kogoś, kto stanowi dla Systemu takie zagrożenie, że ów System, dopóki on żyje, nie może spać spokojnie. Ktoś zapyta, dlaczego tak jest? Skąd on się taki wziął? Czy tu chodzi może o jakiś szczególny geniusz, którego nie umiemy do końca zdefiniować, a jednak wiemy, że istnieje, bo przecież widzimy jego efekty? A może nie widzimy żadnych efektów, ale za to mamy przed sobą zwykłego, porządnego, uczciwego człowieka, tak naprawdę jednego z ostatnich, którego możemy autentycznie polubić, lubimy go więc i czepiamy się tego, co nam obiecuje, z jakimś histerycznym wręcz zacięciem? Może tak naprawdę on nie ma żadnych szczególnych talentów, tyle że za to, jaki jest, tak bardzo wielu z nas nie ma już ochoty na żadne inne oferty? Może. W każdym jednak z tych wypadków, faktem jest, że mijają te 24 lata od czasu, gdy System postanowił go zniszczyć, i niszczy przy pomocy najbardziej niewyobrażalnych metod, czego kulminacją był 10 kwietnia 2010 roku – a on wciąż jest i, nie dajmy się nabrać, będzie, dopóki albo nie umrze, albo nie zostanie fizycznie zlikwidowany.
Myślę, że wiem, co na ten ostatni argument mógłby odpowiedzieć wspomniany na początku Gabriel. Powiedziałby on zapewne, że co z tego, że on sobie będzie trwał aż do śmierci? Jakie to ma znaczenie, skoro z tego jego trwania nie ma żadnych wymiernych korzyści. Co z tego, że on jest takim fantastycznym przywódcą, i tak poczciwym człowiekiem, jeśli nawet jego kolejne zwycięstwo i przejęcie, tym razem pełnej, władzy spowoduje wyłącznie naszą jeszcze większą gorycz i rozczarowanie? Mamy tak chodzić kółko, powtarzając wciąż, że niech mówią, co chcą, ale nikt nam przynajmniej nie powie, że obstawiliśmy złego konia? Bo to był koń najlepszy, tyle że wyścig od początku do końca oszukany. Już go słyszę, jak do mnie woła: „Weź, przestań!”
No więc odpowiadam. Właśnie tak. To był koń najlepszy, tyle że wyścig był od początku do końca ustawiony. Ale jeszcze coś: ten koń przegrał, a tymczasem tym z nas, z myślą o których cały ten przekręt został zorganizowany, ani w głowie uznać, że źle swoje pieniądze postawili. Bo my akurat świetnie wiemy, że ten lewy wyścig to tak naprawdę zaledwie maleńki fragment wręcz nieogarnionej całości, a jeśli w nim cokolwiek miało znaczenie, to tylko ten koń. Bo tylko on był tam prawdziwy. W tym tandetnym, tak jak tandetny akurat był tamten film, matriksie.

Niezmiennie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Za każdy gest jestem niezmiernie wdzięczny. Dziękuję.

czwartek, 9 stycznia 2014

Na co komu ksiądz? Na co księżom my?

Kościół, który mamy tuż za naszym oknem, i przez którego, bijące nam z precyzyjną regularnością, dzwony, nie jestem w stanie ani w spokoju pogadać, ani posłuchać muzyki, ani nawet się jak należy pouczyć z Sebastianem angielskiego, bo z jakiegoś powodu Skype tego dźwięku nie toleruje i zniekształca nasze słowa, jest kościołem garnizonowym, a więc służy nam za miejsce modlitwy niejako obok naszej parafii.
Bardzo dziwny jest jego status. Z jednej strony, przez to, że w Katowicach wojska już nie ma, jego dalsze funkcjonowanie jest z formalnego punktu widzenia bez sensu, a z drugiej, podczas każdej niedzielnej mszy, on jest ściśle wypełniony wiernymi, na dodatek jeszcze, wiernymi w podwójnym rozumieniu tego słowa – a więc ludźmi pobożnymi, ale też ludźmi, którzy są bardzo wierni właśnie temu, a nie żadnemu innemu, miejscu.
I owa wierność jest dla mnie czymś całkowicie zadziwiającym. Tuż obok znajduje się kościół parafialny, nieco dalej, w drugą stronę – też jak najbardziej nasza – katedra, a mimo to jest całe mnóstwo ludzi, którzy nie chcą bywać nigdzie indziej, jak tylko tu właśnie. Wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, dlaczego tak jest? Co przyciąga tych ludzi, ale przecież też i mnie, do tego właśnie miejsca? Dlaczego my od tylu już lat nie chcemy chodzić na msze nigdzie indziej?
Najprościej by oczywiście na to pytanie można odpowiedzieć, gdyby tak się akurat złożyło, że wojsko przysyła nam tu tak wybitnych księży, najlepiej jakichś wybranych dominikanów, że oni zwyczajnie porywają nasze serca i umysły – tyle że nasi księża nie są w żaden sposób wybitni.
Łatwo by było odpowiedzieć na to pytanie, gdyby się miało okazać, że te nabożeństwa, czy to niedzielne, czy powszednie, przez jakiś nieodgadniony w swojej tajemniczości nastrój tego miejsca, sprawiają, że wszyscy nagle czujemy taką bliskość Boga, że już nie chcemy szukać dalej – co jednak z tego, skoro tu, jeśli w ogóle już czymś wieje, to raczej kompletną przeciętnością, by nie powiedzieć nudą?
Łatwo by wreszcie było wytłumaczyć tę popularność, gdyby chodziło o to, że nasz kościół to i te bardzo patriotyczne tablice poświęcone polskim bohaterom, te białoczerwone flagi, ten nastrój dumnej państwowości, czy wreszcie fakt, że to tu właśnie wisi przepięknie poruszający obraz Matki Boskiej Katyńskiej i to tu są te wszystkie tabliczki z zamordowanymi tam właśnie „na nieludzkiej ziemi”. Tyle że to też nie może być powodem. Ja mniej więcej znam polityczno-społeczny przekrój tej naszej grupy, i bardzo bym się zdziwił, gdyby się miało nagle wydać, że większość z nich tym Katyniem się szczególnie mocno przejmuje. Ja tam choćby każdej niedzieli widzę pewną swoją sąsiadkę, która wygląda jak wręcz karykatura bardzo pobożnej katechetki, a przy okazji babci o gołębim sercu, a do dziś pamiętam, jak kiedyś, w swojej nieszczęsnej nieświadomości, tłumaczyła mi, co by, gdyby tylko mogła, zrobiła tej „kaczystowskiej mordzie”. A więc tu też nie może chodzić o ten najbardziej tradycyjny patriotyzm. Jakiś tam może i tak, ale z całą pewnością nie ten, symbolizowany przez obraz Matki Boskiej Katyńskiej.
Bardziej już może o najbardziej tradycyjny grzech… ale nie przyspieszajmy wypadków.
Ten patriotyzm zresztą nigdy nie mógł być powodem popularności Kościoła Garnizonowego w Katowicach. Ja pamiętam jeszcze z czarnego PRL-u atmosferę, jaką to właśnie miejsce budziło w ludziach takich jak ja. Powszechna bowiem opinia, jaka panowała na jego temat, była taka, że tam nie mam mowy o jakiejkolwiek pobożności. Tam w środku są jacyś wyznaczeni przez władze żołnierze, udający księży, a wśród wiernych połowa to zwyczajni esbecy, mający uważać, czy przypadkiem tam się nagle nie zacznie dziać coś nieprzewidzianego. A więc, jeśli już miałbym się decydować na którąś z tych opcji, to raczej na to, że Kościół Garnizonowy to kościół dla byłych komuchów, którzy kiedyś nie potrafili się jasno określić, a dziś jest im już łatwiej. Tyle że to też nieprawda. Gdyby tak było, to tam już dawno by coś zrobiono z tymi smoleńskimi miesięcznicami. Tymczasem wygląda na to, że większość z nich te comiesięczne uroczystości ma w nosie.
I pewnie bym tam już do końca życia błąkał się wśród tych zagadek, gdyby nie pewna sekwencja wymiany księży w naszym kościele, jaką mogliśmy zaobserwować w ostatnich latach. Zanim jednak przejdę do sedna, jeszcze jedno małe wyjaśnienie. Otóż tu jest tak, że ksiądz jest z reguły jeden, wikary i proboszcz, w jednej osobie. Jest więc ten jeden biedny ksiądz, jedna gospodyni, jeden kościelny… tu nawet, od czasu, jak mój syn wydoroślał, nie ma normalnego ministranta. Do mszy służy, zbiera na ofiarę, zamyka i otwiera drzwi, kościelny. Tu w pewnym momencie doszło do tego, że należało zmniejszyć liczbę niedzielnych mszy z sześciu do pięciu, bo zgodnie z przepisami jeden ksiądz nie może odprawić więcej, niż pięć. Dopiero niedawno nowemu proboszczowi dali do pomocy jakiegoś emeryta, no i nagle jest ich dwóch.
A zatem, ma ten nasz Kościół Garnizonowy najczęściej tego jednego księdza, który, samotny tu jak kołek, nie mając ani z kim pogadać, ani gdzie pójść, ani choćby posiedzieć latem w ogródku, jest tu, jak na klasycznym zesłaniu. Właśnie – zesłaniu. Otóż akurat nie ja, tylko moja wybitnie przenikliwa żona, któregoś dnia, obserwując kolejnych proboszczów, powiedziała, że ona nie ma najmniejszych wątpliwości, że księża, którzy tu do nas są przysyłani, są przysyłani za karę. Albo więc przez swoje pijaństwo, albo tak zwaną „babę”, hazard, czy jakieś inne, tak bardzo pospolite, grzechy. Tak twierdzi moja żona. Ona widzi kolejnego proboszcza, i od razu mówi: „Popatrz na tego. Ten musiał dopiero narozrabiać, że go tu wysłali. Ale to dobrze. Przynajmniej nikt nie będzie człowieka rozpraszał tanimi popisami”.
No i ja na nich patrzę i nagle widzę kolejnych księży, którzy w swojej zdecydowanej większości – bardzo to prawdopodobne – nie zdobyliby najmniejszej popularności wśród ludzi, którzy w Kościele szukają zachęty i inspiracji do wiary. Nagle sobie uświadamiam, że ludziom, którzy przychodzą do naszego kościoła, ci księża potrzebni są wyłącznie do tego, by odprawiać mszę, udzielać komunii, spowiadać i błogosławić, a więc robić dokładnie to wszystko, czego żaden z nas zrobić nie może.
Ludzie, którzy tak bardzo lubią przychodzić do Kościoła Garnizonowego mają w sobie wystarczająco dużo wiary koniecznej do tego, by jakiś, choćby nie wiadomo jak, nieudany, ksiądz ich tu był w stanie czegokolwiek pozbawić, ale też są wystarczająco grzeszni, i tej swojej grzeszności świadomi, by się tym, że ich proboszcz to pijak i dziwkarz, w ogóle przejmować. No i jeszcze coś: wygląda jakby oni w swojej większości woleli, żeby akurat podczas mszy żaden z tych mądrali ich nie rozpraszał.
I to, moim zdaniem, z punktu widzenia nas, ludzi Kościoła, stanowi sytuację wręcz fantastyczną. Nigdzie tak jak tu nie możemy bowiem poczuć, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy równie samotni, a jednocześnie tak niezwykle solidarni, wobec Boga Najwyższego i tego, co On nam obiecał.
Kilka lat temu stało się tak, że ówczesny proboszcz pojawił się za ołtarzem bardzo pijany. Trzymał się więc z trudem tego świętego porządku, kościelny-ministrant zwijał się jak w ukropie, żeby jakoś zapanować nad sytuacją, a ludzie ani się nie śmiali, ani nie szeptali między sobą, ani tym bardziej nie łapali się za głowy w panice, tylko robili to co do nich należy każdej niedzieli – a więc brali, pobożnie, jak tylko potrafią, udział we mszy. A co jeszcze ciekawsze, kiedy już po kilku dniach, ów nieszczęsny ksiądz został stąd zabrany, nawet nie zauważyłem, żeby sprawa była jakkolwiek komentowana. Zapytałem nawet o to pewną znajomą panią, a ona wzruszyła ramionami i powiedziała, że ona tu nie przychodzi dla księży.
W tych dniach, słynny – by nie powiedzieć, że wzorowo kultowy – wśród ambitnej i wykształconej młodzieży, dominikanin ojciec Szustak wygłosił fantastyczne, niemal powalające na kolana, kazanie o Święcie Trzech Króli. Jeśli ktoś nie wie, kim jest ów Szustak, to powiem tylko, że jest to taki ksiądz, który, mając w swoim życiorysie jakieś bardzo ciemne momenty, których być może jedynym już dziś widocznym śladem są tatuaże, jeździ po Polsce i głosi swoje kazania. Młodzież go uwielbia, pewnie w dużym stopniu przez to, że on wciąż używa słów takich, jako „kurde”, czy „koleś” i zawsze dba o to, by powiedzieć coś takiego, by kościół się zaśmiał. To jest pewnie jakiś powód, ale też musi mieć znaczenie i ta jego „dziarana” przeszłość, no i fakt, że on podobno nie ma nic: ani mieszkania, ani pieniędzy, ani nawet rzeczy innych poza ubraniem. No a to musi robić wrażenie.
A zatem wygłosił Szustak to swoje świąteczne kazanie, i wygląda na to, że znaczna część tych, do których on je adresował, kompletnie go nie zrozumiała. Oto na jednym z chrześcijańskich portali ukazała się informacja o słowie ojca Szustaka, utrzymana jednak w formie oskarżającej go faktycznie o bluźnierstwo. Jak słyszę, również już na Facebooku rozpętała się dyskusja na temat rzekomo skandalicznego kazania jednego z księży.
Jak mówię, wspomnianego kazania wysłuchałem i uważam, że to jest jedno z najbardziej pobożnych i interesująco napisanych kazań, jakie słyszałem. Tylko co z tego, jeśli podane w takiej formie, że prawdopodobnie większość go nie pojęła, a jego faktyczny efekt będzie taki, że ci, którzy Szustaka bezkrytycznie kochają, postarają się o tej akurat „wpadce” jak najszybciej zapomnieć, a ci, którzy się właśnie o nim dowiedzieli, i których on zapewne pragnął ewangelizować, uznają go za jakiegoś dziwaka. I tyle wszystkiego.
Nie wiem, czy to co się dzieje wokół niego dziś będzie miało dla niego jakieś konsekwencje – mam nadzieję, że nie – ale jeśli jednak tak, on zawsze może przyjechać tu do nas. Prawdopodobnie, część z nas tego, co on nam powie, nie zrozumie, część nawet nie będzie słuchała, a tych kilku wróci do domu i powie, że ksiądz powiedział ładne kazanie, tyle że trochę trudne. Z całą jednak pewnością, nikt nie będzie z tego powodu, że ten Szustak jakiś nie bardzo, robił sensacji. W końcu myśmy tu nie takie cuda widzieli.

Proszę serdecznie o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, a jak ktoś jeszcze nie ma, to polecam którąś z wystawionych też obok książek. Można je zamawiać u mnie pod adresem toyah@toyah.pl, albo w księgarni u Gabriela coryllus.pl, gdzie można też trafić przy okazji na całą masę innych wartych uwagi rzeczy. Zachęcam i dziękuję.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Aby gender uratował małżeństwo Małgorzaty i Donalda Tusków

Kiedy moje dzieci były jeszcze bardzo małe, tu gdzie mieszkamy, zamiast banków, lombardów, punktów sprzedaży kebabów, czy tak zwanych „szmateksów”, były księgarnie, restauracje, piekarnie, i różnego rodzaju punkty świadczące tak zwane usługi, w tym bardzo sympatyczny, i oczywiście zaprzyjaźniony, sklep z zabawkami i w ogóle artykułami dla dzieci, pod nazwą „Ono”. Podczas jednej z wizyt w „Ono” trafiłem na pewną, robiącą wrażenie osoby niezwykle inteligentnej, kobietę, która uznała za stosowne podzielić się ze mną spostrzeżeniem, że kiedy ja próbuję przebierać między ciuchami dla chłopców i dziewczynek, popełniam bardzo poważny błąd, dlatego, że na początku tego czegoś stoi bardzo niebezpieczne przekonanie, że między jednymi a drugimi istnieje jakakolwiek różnica, która miałaby być przenoszona na poziom ofert sklepów dziecięcych. Jej akurat chodziło o kolory: różowy i niebieski, ale z całego owego wykładu zapamiętałem i to, że rzecz wcale nie ograniczała się do kolorów.
Ponieważ lubię sobie pogadać, a w tamtej konkretnej sytuacji miałem do powiedzenia znacznie więcej, niż to, by owa pani się ode mnie odpieprzyła, opowiedziałem jej parę świeżych stosunkowo jeszcze historii, dotyczących właśnie moich dzieci. Otóż tak się złożyło, że któregoś dnia szedłem sobie z moją córką po czymś, co w Katowicach nosi nazwę Osiedla Paderewskiego i nagle córka moja zauważyła ten straszny pomnik, który tam sobie stoi na samym środku tego placu przy samym wejściu. Spostrzegła ów pomnik i oczywiście spytała, co to takiego. Ja jej na to odpowiedziałem, że to jest pomnik, a ona mnie zapytała – do dziś pamiętam jej wypowiedź słowo w słowo –„Jak robi pomnik?” Właśnie tak: Jak robi pomnik?
Innym razem, po paru kolejnych latach, tym razem z moim synem, przechodziliśmy przez cmentarz na ulicy Francuskiej. No i tak się składa, że tam, blisko tego cmentarza znajduje się – a może się kiedyś znajdował, a dziś już nie, tego nie wiem – wysoki komin. I proszę sobie wyobrazić, że pierwsze pytanie, jaki mi zadał mój syn w kwestii wspomnianego komina, było dokładnie takie samo, jak pytanie córki sprzed lat, a mianowicie: „Co to?”
Odpowiedziałem, jak najbardziej zgodnie z prawdą, że to jest komin, tyle że tu akurat moje dziecko nie zapytało mnie, jak robi komin, ale – tak, tak, zgadli Państwo – „jak się na to włazi?”
Opowiedziałem te dwie anegdoty inteligentnej pani w sklepie z konfekcją dziecięcą, i poprosiłem ją, żeby – skoro ona jest taka mądra – mi wyjaśniła, jaki ja uczyniłem błąd, że doprowadziłem swoje dzieci do stanu takiego opętania, że jedno chce przedmioty zdobywać, a drugie chce poznawać ich naturę? Co ja w swoim podejściu do kwestii wychowania swoich dzieci spieprzyłem, że moja córka nie chce się wspinać po pomnikach, a mój syn ma w dupie informację dotyczącą odgłosów wydawanych przez kominy? Czy to, co się stało w naszym domu, jest wynikiem tego, że ja mojej córce, kiedy jeszcze była niemowlęciem, kupowałem różowe śpioszki, a synowi niebieskie? A może tu nie poszło o kolory, ale o sprawy daleko bardziej poważne, jak na przykład dobór zabawek, czy sam rodzaj ubioru? Czy to możliwe, że pierwszy mój i mojej żony błąd nie sprowadzał się do niewłaściwego wyboru kolorów ciuchów, ale samych ciuchów? Czy to możliwe, że ja miałem swojemu synowi, kiedy ten już podrósł na tyle, by móc sam sobie wybierać strój, dawać do wyboru spodnie i spódniczkę, i czekać aż on za mnie podejmie tę decyzję?
Zadałem tej pani te pytania, ale przyznam, że już dziś nie pamiętam, jak ona na nie zareagowała. Domyślam się jednak, że mnie nie przekonała, a najpewniej, uznając mnie za zacofanego durnia, się na mnie obraziła i oddaliła z godnością. Natomiast wiem niemal na pewno, że gdyby do tej rozmowy doszło dziś, po tych wszystkich latach, ona by mnie błyskawicznie postawiła do pionu? Jak? Dokładnie oczywiście nie wiem, bo jestem słabo zorientowany w bieżących genderowych teoriach, ale nie mam wątpliwości, że ona by już tam coś wymyśliła.
Dziś dotarła do nas informacja, że słynna i historycznie uznana brytyjska sieć handlowa „Marks & Spencer” podjęła decyzję, by system organizacji sprzedaży na stoiskach z odzieżą dziecięcą organizować w taki sposób, by ubrania dla chłopców i dziewczynek nie były rozdzielone, a poza tym, by użycie różowego koloru zostało ograniczone do niezbędnego minimum. I to, przyznaję, stanowi dla mnie news absolutnie pierwszej ważności. Trochę oczywiście ze względu na to, że poszło o tak zwanego popularnie Marksa i Spęsera, a więc coś, co trwa nieprzerwanie i z wielkim sukcesem od ponad stu już lat, a jednocześnie mimo to, że sprawa mnie akurat już kompletnie nie dotyczy. Moje dzieci są duże, syn jest mężczyzną, córki są kobietami, a w dodatku, o ile się dobrze orientuję, różowy kolor ani jednym, ani drugim do niczego nie jest potrzebny. Natomiast, owszem, sprawa mnie mocno zainteresowała, bo tu widać bardzo, bardzo dokładnie, jak oni walczą. I ta ich determinacja, żeby nasz świat unicestwić, musi robić wrażenie.
Donald Tusk, jak nas informuje portal tvn24, powiedział – swoją drogą, to bardzo ciekawe, że on wciąż jeszcze wydaje z siebie jakiekolwiek dźwięki – że to, co ja sobie myślę na temat tego całego „gender”, z jego, Tuska, perspektywy, jest „niemądre”, i że on dawno „większych głupstw” nie słyszał. Jak czytelnicy tego bloga wiedzą, tu od lat panuje zasada, znakomicie wyrażona kiedyś, w starych, dobrych czasach PRL-u, że „tu się psia nędza nikt nie oszczędza” przez Wojciecha Młynarskiego, a zatem ja nie widzę powodu, bym się miał oszczędzać dzisiaj, i pozwolę sobie zaapelować do premiera polskiego rządu, żeby przy okazji kolejnego kryzysu małżeńskiego, jaki musi niechybnie nastąpić między nim, a jego żoną Małgorzatą, on się przebrał w różową sukienkę i wciągnął do noska tak zwaną „ścieżkę”. Gdyby nie wiedział, jak to się dokładnie robi, niech się zwróci do eksperta Piesiewicza, a ten go z całą pewnością poinstruuje. Jak im to pomoże, pojęcia nie mam i mieć nie mogę, ale jestem pewien, że jakoś pomoże. Im na pewno.
A wtedy chętnie pociągnę dalej tę rozmowę.

Proszę uprzejmie o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez Państwa pomocy, jesteśmy skończeni. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...