środa, 6 listopada 2013

Don Paddington: Ks. Rzeźniewski i inni, czyli o rozłamanej i zrzuconej z ambony świecy (cz.2)

Prolog
Z „Allokucji” papieża Piusa IX, 23.12.1872.: Głęboka boleść Nasza na widok tylu Kościołowi wyrządzonych krzywd i niesprawiedliwości we Włoszech, nie pomału wzmaga się jeszcze, kiedy spojrzymy na prześladowanie, jakie i gdzieindziej Kościół święty, a zwłaszcza w nowem niemieckiem ponosi cesarstwie – gdzie nie skrycie tylko, ale otwarcie a podstępnie, z całą przemocą obalić go usiłują – i ludzie nie tylko, że niewyznający naszej wiary św., ale zgoła nieznający jej nawet, śmią przywłaszczać sobie prawo orzekania o dogmatach i władzy katolickiego Kościoła. Nadto w chwili, gdy najsrożej prześladują Kościół, głoszą jeszcze bezwstydnie, że żadnej nie wyrządzają Mu krzywdy, i do tego dodają jeszcze szyderstwo i potwarz – bo kiedy biskupi, kapłani i lud wierny dla uległości prawom i samowoli rządu nie chcą poświęcić praw Bożych i wyrzec się posłuszeństwa swego Kościołowi, ani sprzeniewierzyć się obowiązkom, jakie religia nakłada, to oni winę stworzonego przez siebie srogiego prześladowania Kościoła, katolikom przypisują. Daj Boże, aby władze świeckie, licznemi nauczone doświadczeniami, przekonały się w końcu, że wśród ich poddanych ci właśnie najgorliwiej oddają cesarzowi co jest cesarskiego, którzy z całą sumiennością usiłują oddawać Bogu co jest Boskiego.

„Powybijano mu szyby w jego pomieszkaniu.”
Przegląd Lwowski, 1.03.1873.: [Duchowieństwo wielkopolskie] licząc 8oo księży, w całości zupełnej – bo 9ciu niepodpisanych różnicy nie robi – dekanatami w gorących słowach, złożyło adresy u stóp J. O. księdza Prymasa, z zapewnieniem niezłomnej wierności wobec istniejących i grożących Kościołowi prześladowań ze strony rządu.

Kuryer Poznański, 22.12.1873.: Korespondencja z Borku: Znany ze swego niewzruszonego przywiązania do Kościoła św. wikariusz tutejszy ks. M. Kubeczak założył Towarzystwo młodzieży katolickiej pod wezwaniem św. Ludwika, w którem ta młodzież (…) odbiera nauki, zmierzające do jej uszlachetnienia i umoralnienia, a zarazem do wzbudzenia w niej przywiązania do wiary i obyczaju przodków. (…) [Ks. Kubeczak] pomimo słoty i zimna na czele wiernego sprawie narodowej ludu pospieszył na przedwyborcze zgromadzenie do Krotoszyna, by w tym ludzie zaniedbanym (…) obudzić zajęcie do spraw narodowych. (…) [Ks. Kubeczak] stoi na czele Spółki pożyczkowej i wszelkich dokłada starań, by uwolnić naszych mieszczan i nasz lud wiejski z rąk lichwiarzy! A wszystko to czyni z narażeniem własnej osoby w obec niesprzyjających stosunków.

Kuryer Poznański, 2.01.1874.: Przed niejakim czasem umieściliśmy w piśmie naszem list z Borku, w którym była wzmianka o ks. Kubeczaku, wikaryuszu miejscowym. Wzmianka ta nie miała nic ubliżającego dla ks. Kubeczaka, który jeśli chciał sprostować szczegóły listu, mógł to uczynić prosto i zwięźle. Ks. Kubeczak inaczej tę rzecz zrozumiał i chcąc skorzystać z okoliczności, aby się zalecić władzom świeckim, napisał do nas list, który nas bardzo zadziwił i gdyśmy tego listu zaraz nie umieścili, dał go wydrukować w Ostdeutsche Ztg. (…) Z przebiegu listu księdza Kubeczaka podnosimy jedynie, iż za największą swoją chlubę uważa kapłan ten, że go korespondent do Ostdeutsche Ztg. nazwał „staatsfreundlicher Ortsvicar”.

Gazeta Toruńska, 6.01.1874.: Jest w mieście Borku w powiecie krotoszyńskim ksiądz wikaryusz nazwiskiem Michał Kubeczak, który na swoje wielkie zmartwienie dostał się w gazety. Rzecz poczęła się w Kuryerze Poznańskim, który w najlepszej myśli zamieścił nadesłaną mu korespondencyę z Borku 18 grudnia, a tem samem ogłosił, że ks. Kubeczak założył towarzystwo młodzieży katolickiej, pospieszył na zgromadzenie przedwyborcze do Krotoszyna i stoi na czele Spółki pożyczkowej. Wszystko to było zmyślone; jakiś figlarz zażartował sobie z Kuryera i to chwalił w ks. Kubeczaku, czego ten nietylko że nigdy nie zrobił, ale czego się jaknajmocniej wyrzeka jakoby przyczytywanej mu zbrodni. W te tropy bowiem pospieszył oburzony o takie okropne posądzenie go ks. Kubeczak z sprostowaniem do Kuryera, a gdy listu jego natychmiast nie umieszczono, uznał za stosowne odeprzeć „oszczerstwa” te w Ostdeutsche Ztg. (…) Ks. Michał Kubeczak powiada nam tedy, że nigdy nie założył towarzystwa młodzieży katolickiej, nigdy na czele Spółki nie stał, a nawet do żadnej nie należy, nareszcie nigdy się na żadne przedwyborcze zebranie nie udawał. Na tem było można poprzestać, a byłaby rzecz wyświecona i mystyfikator zawstydzony. (…) Mystyfikator [ów jednak] lubo sobie pozwolił niewczesnego żartu, według pojęć w naszem społeczeństwie utartych i w całym świecie za uczciwe i honorowe uchodzących, w niczem ks. Kubeczakowi nie ubliżył, oszczerstwa względem niego się nie dopuścił, gdyż mu haniebnych, złych, lub choćby tylko lekkomyślnych czynów nie przypisywał. Ks. Kubeczak poszedł przecież w uniesieniu dalej i raz się już puściwszy na odpowiedź w piśmie niemieckiem, trafiał widocznie w gust Ostdeutsche Ztg. prawiąc, że nigdy się w polskie sprawy wyborcze nie mięszał, że rządowi wierny od dziecka, że ta wierność jego chlubą, że go boli, iż pewne stronnictwo w złośliwem zapoznaniu swych obowiązków wobec państwa, odmawia ustawom posłuszeństwa, czego on się nigdy nie dopuści. W końcu donosi, że uczynił u prokuratoryi wniosek, o wytoczenie śledztwa przeciw autorowi artykułu. Śmiać się, czy płakać?...

Kuryer Poznański, 3.02.1874.: Stało się. To, cośmy przewidywali od dawna, czegośmy się od dwóch miesięcy ciągle obawiali, nastąpiło. Dziś rano o 4, uwięziony został nasz Najprzewielebniejszy Arcypasterz i wywieziony. (…) Nie pozwolono nikomu towarzyszyć dostojnemu więźniowi. (…) Zachowajmy wszyscy poważny chrześcijański spokój, jaki przystoi ludziom, którzy czują głęboko i chcą obowiązku swego święcie dopełnić. Oprócz tego słuchajmy gorliwie i statecznie prawej kościelnej władzy zastępczej.

Kuryer Poznański, 4.02.1874.: Wczoraj, po zamknięciu już Kuryera otrzymaliśmy z Ostrowa następujący telegram: „Dziś o trzeciej godzinie po południu przywiózł p. dyrektor policyi Staudy księdza Prymasa do tutejszego więzienia. Umieszczono go w celi zwyczajnej pod No 25.”

Gazeta Toruńska, 11.02.1874.: Z Poznania: Wczoraj odczytano w kościołach tutejszych Okólnik ks. Biskupa sufragana Janiszewskiego, donoszący wiernym o nieszczęściu, jakie spotkało obie archidyecezye nasze i oznajmujący im, że podczas uwięzienia naszego Arcypasterza rządy sprawować będą dwaj oficyałowie, zajmujący obecnie te posady, każdy we właściwej archidiecezji [Gniezno: ks. kanonik Wojciechowski; Poznań: ks. Biskup Janiszewski].

Orędownik, 2.04.1974.: Ks. Prob. Hübner z Książa umarł nagle w Gostyniu. Pojechał tam odwiedzić brata swego ks. Filipina, Marcina. Przybył na miejsce o godzinie 9 wieczorem, w godzinę później przestał żyć. Ciało sprowadzono na żądanie parafian do Książa.

Kuryer Poznański, 20.04.1874.: Księdza oficyała i kanonika Wojciechowskiego, zastępcę Najprzewielebniejszego księdza Prymasa w archidyecezyi gnieźnieńskiej, odstawił dnia 17 b.m. o godzinie 5 z południa urzędnik więzienny z Gniezna inspektorowi więzienia powiatowego w Bydgoszczy, w którem czcigodny prałat odsiedzieć ma karę czteromiesięcznego więzienia. (…) W miejsce księdza Wojciechowskiego wstąpił w urzędowanie oficyała jeneralnego dla archidyecezyi gnieźnieńskiej, stosownie do dawniejszego rozporządzenia (…), ksiądz kanonik licencyat Korytkowski.

Gazeta Toruńska, 15.07.1874.: [Podajemy fakt], o którym milczelibyśmy zupełnie, gdybyśmy nie przewidywali, że fakt taki i podobne jemu objawy wyzyskane będą przez prasę niemiecką, a może i nie przez samą prasę tylko, jako argumenty za słusznością rządu berlińskiego w walce z Kościołem. Otóż znany nam już ks. Kubeczak z Borku występuje w niemieckich pismach poznańskich z oświadczeniem, że jest Niemiec, a mimo że się czuje dobrym księdzem katolickim, uznaje przecież pruskie ustawy majowe. Gdyby kogoś brać miała pokusa wywodzenia czegoś z podobnych oświadczeń, niech zważy, że wyjątki są w każdej społeczności; a co się tyczy szczegółowo ks. Kubeczaka, niech jego świadomość jako dobrego księdza katolickiego, położy na równi z jego świadomością jako Niemca.

Kuryer Poznański, 18.07.1874.: Ks. Kubeczak, bez wszelkiego sromu, że ani jedna żyłka mu nie zadrgnie, oświadcza: „Moją narodowością i moją mową jest narodowość i mowa niemiecka.” To śmie pisać człowiek, który się urodził z polskich rodziców, Polakiem w polskim domu wychował, w polskiem społeczeństwie wzrósł i wykształcił. Co powiedzą na to rodzice tego nieszczęśliwca – prości wieśniacy, żyjący dotychczas we wsi Baszkowie? Dochrapał się z wielkimi ich zachodami i za staraniem gorliwych księży synal ich chleba, a teraz się sromotnie wypiera swej chaty i kołyski wieśniaczej, wmawia w rodziców, że nie tylko on sam, ale i oni są Niemcami, że i ich mową jest mowa niemiecka, boć przecie jacy rodzice, taki i syn. (…) Po takiem oświadczeniu, które tylko po spoliczkowaniu prawdy nastąpić mogło, ks. Kubeczak daje sobie sam świadectwo, że jest „dobrym”, „prawdziwym”, „katolickim” kapłanem (guter, wahrer, katholischer Christ und Priester). Gdyby to inni tak świadczyli o ks. Kubeczaku, toby takie świadectwo coś znaczyło, (…) ale własne a tak pochlebne świadectwo, któremu zresztą liczne fakta z życia jego straszliwy kłam zadają – to szczyt zarozumiałości, pyszałstwa i całkiem przewrotnego sumienia.
Ks. Kubeczak dalej zaręcza o swej wierności dla Kościoła, ale o również takiej samej wierności dla państwa. A jeżeli to państwo, spytamy się, bije na Kościół – po którejże stronie będziesz? Ks. Kubeczak na to pytanie odpowie bez zachłyśnięcia: że „państwo zgoła nie myśli o uszczupleniu lub uszkodzeniu prawdziwych interesów zbawienia i wiary katolickiego Kościoła.” To jest jego „silnem przekonaniem”, powiada wikariusz z Borku.

Kuryer Poznański, 24.07.1874.: Ks. Oficyał Korytkowski w Gnieźnie nie tylko skazany został za „nieprawne” pełnienie obowiązków Oficyała na dziewięć miesięcy więzienia, lecz równocześnie otrzymał od pana naczelnego prezesa (…) nakaz opuszczenia w przeciągu dwudziestu i czterech godzin prowincyi Poznańskiej, Szląskiej, Zachodnich i Wschodnich Prus, oraz obwodu rejencyjnego frankfurtskiego.

Kuryer Poznański, 27.07.1874.: W tej chwili ks. Biskup Janiszewski został aresztowany i, nie wiadomo gdzie, wywieziony pod eskortą policyjną, celem odsiedzenia 15miesięcznego więzienia.

Orędownik, 13.08.1874.: Pan Kennemann z Klenki pod Nowemmiastem ogłasza w pismach niemieckich, że jako patron kościoła w Książu ma do dania probostwo przynoszące 1600 tal. dla zgłaszających się księży! Może się zgłosi ks. Hyacenty z Szwajcaryi albo ten proboszcz szwajcarski, co to z panną uciekł.

Orędownik, 18.08.1874.: Rządowi po uwięzieniu a nawet złożeniu z urzędu Najprzew. naszego Arcypasterza, po uwiezieniu jego zastępców w obu dyecezyach, zależy obecnie na tem, ażeby się dowiedzieć, kto jest zastępcą ks. Arcybiskupa i kto rządzi dyecezyami. Interesami majątku rządzą wprawdzie pp. Massenbach i Nollau, wszakże są jeszcze rządy czysto duchowne, to jest odnoszące się do czysto religijnych spraw, jak np. do dyspens przy małżeństwach, do rozgrzeszeń w wypadkach zastrzeżonych i do ogólnych rozporządzeń dotyczących duchowieństwa całego. Kto dziś tę władzę w obu archidyecezyach posiada, ten jest mimo praw majowych władzą w Kościele, a tego rząd znieść nie może, bo według nowych praw po złożeniu z urzędu ks. Arcybiskupa prawnie nie ma władzy.
W Gnieźnie szukano tego zwierzchnika w ten sposób (…), że wzięto na spytki ks. dziekana Tomaszewskiego, i gdy niczego zeznać nie chciał, wsadzono go nawet na kilka godzin do kozy. [Dość powiedzieć, że] dojść nie mogli, kto jest dziś oficyałem. Podobnie jest i w Poznaniu, gdzie też nikt nie wie, kto jest oficyałem. Uśmiechają się nawet Niemcom widoki, że tego nigdy nie dojdą i będą się musieli biedzić z tajną władzą. Na domysłach oczywiście nie zabraknie. Jedni będą wskazywali na tego, a drudzy na tego, ale jakże komu dowieść, że jest oficyałem? Bo przypuścić można, że w dzisiejszym czasie nie będą wydawane żadne pisma i żadne dokumenta. Dowód więc dałby się tylko w ten sposób postawić, gdyby jaki ksiądz udał się w jakiej sprawie kościelnej do tajnego oficyała, odebrał od niego rozporządzenia i potem poszedł do Naczelnego Prezesa i kazał spisać z siebie protokół, że z tym a z tym księdzem jako z oficyałem miał do czynienia. Byłaby to nikczemna zdrada, którąby się i cyganie brzydzili, zdrada, któraby na wieki hańbą okryła odstępcę. Zresztą po schwyceniu jednego oficyała, będzie już nowy znowu tajny i tak ciągle, że rząd nie będzie sobie mógł dać rady.
Takie to czasy nastały skutkiem praw majowych: rząd samochcąc stworzył sobie jakichś nieprzyjaciół z stanu, który był zawsze podporą tronów.

Kuryer Poznański, 19.08.1874.: „Tajny Oficyał”. Pod tym tytułem zamieszcza Ostdeutsche Ztg. następującą uwagę: „Już w piątek wskazał Kuryer Poznański na to, że obie archidyecezye rządzone być mają przez tajnego oficyała, a Orędownik potwierdza to w wczorajszym numerze z tem nadmienieniem, że rządowi trudnemby było schwytać owego podziemnego oficyała, który zresztą rozkazy swe jedynie ustnie wydaje. (…) Wątpimy, czy rząd nasz wda się w to polowanie na oficyałów. Wystarczy, zdaniem naszem, duchownych, którzy wypełniają rozkazy tajnego rządu kościelnego, po prostu o ile możności z prowincyi wydalić.”

Kuryer Poznański, 21.08.1874.: Znany ksiądz Kubeczak, wikaryusz w Borku, starał się i otrzymał, jak donoszą do Posener Ztg., od p. Kennemanna prezentę na probostwo w Książu. Korespondent do pomienionej gazety wyraża z tego swe zadowolnienie, raz że tak „lojalny” ksiądz polepszy sobie byt, po drugie, że raz przecie opuści Borek, gdzie mu ciągle wyrządzają jakieś psoty. I tak niedawno powybijano mu podobno szyby w jego pomieszkaniu, tak że burmistrz tamtejszy widział się zmuszonym postawić przed jego domem straż. Czy ksiądz Kubeczak jest zdecydowany objąć zarząd probostwa bez zatwierdzenia go przez władzę kościelną, o tem korespondent do Posener Ztg nic nie wspomina.

Gazeta Toruńska, 21.08.1874.: Piszą z Trzemeszna, (…) [że] ks. dziekan Tomaszewski, po raz drugi zawezwany na termin, aby świadczył kto jest obecnie następcą ks. Korytkowskiego [tj. tajnym oficyałem], odmówił znowu zdania świadectwa i dla tego skazano na karę dwudziestu pięciu tal.

Z odezwy ks. Kubeczaka do duchowieństawa, ogłoszonej w „Ostdeutsche Ztg.”:
Odezwa otwarta do moich Braci w urzędzie!
(…) Powstaje ruch pomiędzy duchownymi na prowicyi; duch opozycyi przeciwko upornemu postepowaniu służalców Rzymu (Römlinge) zdaje się budzić. Z najserdeczniejszą radością witam odbyte już zgromadzenia czcigodnego duchowieństwa w powiatach kościańskim, wągrowieckim i pleszewskim i piszę się na postawione przez nie nader ważne kwestye, wołając głośno i z całej piersi: Tak! na czasie jest, moi drodzy Bracia! uznać prawa państwowe bez wszelkiej chwiejności, poddać się bez zastrzeżenia prawom majowym! (…) Niestety! żałować należy, że tak wielu dobrych i uczonych braci pozwoliło owładnąć i kierować się przez ów bezbożny (verruchter) ultramontanizm, że w skutek tego wierni księża, którzy w winnicy Pańskiej podług Jego rozporządzeń prawdziwie dobrze i sumiennie pracują, obecnie z powodu ich winnego i chętnego posłuszeństwa prawom państwowym, są wyśmiewani i wyszydzani. Tak, gdyby nasi księża Biskupi byli poważną, w skutki brzemienną sprawę Kościoła gruntowniej, bliżej i dojrzalej rozważyli i zbadali, a następnie z rządem porozumieć się chcieli, natenczasby prawa z maja nie były potrzebne, natenczasby Kościół nasz jak dawniej zażywał najpiękniejszego pokoju. Lecz oni myśleli i wierzyli wraz z równousposobionem, ślepo im posłusznem niższem duchowieństwem, że szydząc otwarcie i stawiając zacięty opór prawom państwowym, rzucą pomiędzy wierny lud niebezpieczną zapaloną pochodnią i utrzymają się przy wysoko pieniącym się sterze niedostępnej żądzy panowania. (…) Lud [zachowuje się] bardzo spokojnie, widząc dobrze, że rząd, który się o jego dobro stara i troszczy, nie narusza jego wiary, jego Kościoła, jego świętości. To pochwały godne zachowanie się jest dowodem zdrowego jego rozumu i poglądu na stosunki obecne. Czcigodni Bracia! nie pozwólmy się przez niego pod tym względem zawstydzić, my, którzy mamy być jego jasnem światłem i zdrową solą! A zatem wołam dziś jak zawsze, najniższy pomiędzy Wami, z wysokości mojej Boreckiej stolicy: „Nunc est tempus acceptabile, fratres.” Teraz jest na czasie, Bracia, ażebyśmy powstali z naszych posad, zgromadzili się, obradowali i postanowili stałą uchwałę pod względem tego, co nam czynić należy i co nam i ludowi Chrystusa ku prawdziwemu dobru i zbawieniu posłużyć może. (…) Liczba nasza – przyjaznego państwu duchowieństwa – nie jest małą i nie należy jej lekceważyć. Piła, Gniezno, Poznań, Borek, Kościan, Wschowa, Obra, Bledzew posiadają swych wiernych państwu. (…) Cieszyłbym się jednakże niezmiernie, gdyby całe katolickie duchowieństwo w Prusach przejąć się chciało tym samym duchem pokoju i miłością do Chrystusa i przyjąć i zachować w obec rządu tę samą postawę i wierność. Przez to wymownie udowodniłoby, że (…) i w Prusach obowięzuje nas wszystkich ta sama zasada Zbawiciela: „Oddajcie cesarzowi, co cesarskiego, a Bogu, co boskiego.”
Przy najserdeczniejszem pozdrowieniu
Wasz wierny brat w urzędzie
Kubeczak, wikariusz.
Borek, 23 sierpnia 1874.

Kuryer Poznański, 25.08.1874.: Ks. Kubeczak uznaje i pochwala tych księży (…), którzy agitują przeciw prawowitej władzy kościelnej! Zaiste, ta pochwała publiczna w piśmie publicznem niemieckim ze strony tego człowieka, zdolną jest nawet ślepym otworzyć oczy!...

Orędownik, 27.08.1874.: Ks. Kubeczak zamieścił odezwę w „Ostojczerce”, ażeby wszyscy księża odpadli od Rzymu i uznali prawa majowe.

Wiarus, 27.08.1874.: Ks. Kubeczak, jeden z licznych już u nas księży niemieckich, (bo się sam w pismach niemieckich polskości wyparł) ogłosił znów w Ostd. Ztg. odezwę do współkapłanów, w której ich wzywa do wierności dla rządu. Jak Orędownik donosi, ks. Kubeczak nie otrzymał prezenty, spodziewanej od p. Kennemanna z Klenki.

Gazeta Toruńska, 27.08.1874.: Jeszcze ks. Kubeczak. Pod tytułem: „Otwarte wezwanie do moich konfratrów” ogłasza znany wikaryusz ks. Kubeczak z Borku w Ostdeutsche Ztg. pismo, w którem dając wyraz radości swojej z zebrań duchowieństwa jakie odbyć się miały w kościańskim, wągrowieckim i pleszewskim powiecie celem uznania i poddania się ustawom majowym, wylicza pokrewnych mu duchem duchownych z Piły, Gniezna, Poznania, Borku, Kościana, Wschowy, Obry, Pleszewa i innych i wyraża nadzieję, że choć liczba ta tymczasowo szczupła, nadejdzie jednak czas, gdzie się znajdzie liczba znaczniejsza i wystarczająca, by zadość uczynić potrzebom duchowym parafian.

Kuryer Poznański, 28.08.1874.: Ks. Kubeczak, dotychczasowy wikariusz w Borku, zamianowanym został niby proboszczem w Książu przez patrona p. Kenemanna z Klenki. Dziś odebrał ks. dziekan Rzeźniewski od patrona zawiadomienie o niminacyi z tą dziwną prośbą, aby wyznaczył dzień do wprowadzenia w urząd nominata.

Orędownik, 1.09.1874.: A więc jednak zwyciężył ks. Kubeczak i dokazał swego (…)! [Potwierdzamy jednak] zarazem z najautentyczniejszego źródła, że p. Kennemann ofiarował prezentę na probostwo w Książu księdzu M. z K., który kategoryczną dał odpowiedź: że jakkolwiek probostwo, które obecnie zajmuje mało tylko jest donośnem, jednak mu wystarczy, o większe starać się nie myśli. Dopiero odebrawszy odpowiedź odmowną od ks. M., zdecydował się prawdopodobnie p. Kennemann na korzyść ks. Kubeczaka. Innych aspirantów na Książ nie było.
Życzymy ks. Kubeczakowi szczęśliwej podróży do Książa, w tej nadziei, że tam uniknie podobnych nieprzyjemności, których często zbyt dotkliwie i dobitnie doznawać musiał od swych niewdzięcznych parafian w Borku. My ks. Kubeczakowi nie zazdrościmy tego malutkiego tryumfu, że przynajmniej ludzie nie naszego narodu i wiary umieją zrozumieć i ocenić jego zasługi.

Dziękuję za skupienie. Jutro część trzecia.

wtorek, 5 listopada 2013

Don Paddington: Ks. Rzeźniewski i inni, czyli o rozłamanej i zrzuconej z ambony świecy (cz.1)

Minęło trochę czasu od kiedy po raz ostatni gościł tu nasz dobry ksiądz Don Paddington. I oto nam powrócił kolejnym, cudownym tekstem, tym razem tak bogatym, że zaplanowanym na cztery kolejne notki. Jak ktoś nagle uzna się przyczepić do ortografii, interpunkcji, i takich tam, to proszę, żeby tego nie robił. I się raczej skupił na treści, bo to treść nie lada. I tyle. Słuchajmy. Część pierwsza.

Prolog
Przegląd Lwowski, 1.05.1873.: W Cesarza potrafił wmówić książę kanclerz [Bismarck], że katolicy chcieli opanować jego rządy – to wystarcza staremu królowi, aby podpisał edykt prześladowania Kościoła. (…) Stary Cesarz upojony zwycięztwami, przekonany jest, że jego rozkazom nic się oprzeć nie zdoła, wszystko woli jego ulegnie. Bawi się przeglądami wojsk, wizytuje swojego siostrzana Rossyjskiego Cesarza. Na parę dni przed wyjazdem do Petersburga, wyprawił weselne gody księciu Albrechtowi podobno synowcowi swojemu, podczas których, aby dopełnić przepisów ceremoniału dworskiego, brał udział w tańcu z pochodniami. (…) Ministrowie [też] tańczyli niezmordowani. Książe Bismarck wyglądał podobno imponująco, jak sam Mars, bóg wojny, feldmarszałek hr. Roon tańczył z uroczystą gracyą armaty oblężniczej.

„Gdyby nie stanął, osądzony będzie zaocznie.”
Przegląd Lwowski, 15.04.1873.: Katolicki dziennik Germania nr. 62 w artykule napisanym przez pewnego protestanta pod tytułem „Książe Bismark i Kościół”, odpowiada treściwie a dosadnie ks. Bismarkowi, który równie zuchwale jak solistycznie śmiał dowodzić, że prawa kościelne świeżo w berlińskim parlamencie ukute, ani cechy kościelnej nie mają, ani przeciw Kościołowi nie są zwrócone, lecz są czysto politycznej, czy państwowej natury. Przytaczamy ten ustęp, bo jest wybornem streszczeniem i komentarzem zarazem tego, co rząd pruski przeciw Kościołowi zamierza.
„Książe Bismark utrzymuje najprzód, że nowe wnioski prawa, nie mają „charakteru kościelnego”, i że „tu wcale nie chodzi o jakowąś walkę z Kościołem”. Jakież jest jednak właściwe znaczenie tych nowych projektów praw odnośnie do Kościoła?
1. Papież nie może wykonywać żadnej dyscyplinarnej władzy w katolickim Kościele Niemiec, a więc nie może być już więcej najwyższa Głową w tej części powszechnego Kościoła.
2. Dyscyplinarna władza Kościoła zostanie aż do najmniejszych rozmiarów ścieśniona i przelana na cywilny urząd – na sąd dla spraw kościelnych, który to sąd (według objaśnień rządu) wyrokować ma i o nauce i o kulcie religijnym.
3. Obsadzanie księży należy do państwa.
4. Wychowaniem, kształceniem i egzaminami duchowieństwa zarządzać będzie państwo.
Dodać tu należy przeprowadzone już po części prawa:
5. Kazania podpadają wyjątkowemu karnemu prawu.
6. Szkoła usunięta z pod wpływu Kościoła.
7. Kościelne zakony i zgromadzenia są po części zniesione, po części zniesieniem zagrożone.
8. Dalsze ścieśnienia i naruszania praw Kościoła są urzędownie zapowiedziane.
Te więc urządzenia i rozporządzenia nie noszą na sobie żadnego kościelnego charakteru, i nie są przeciw Kościołowi wymierzone? Potrzeba jest doprawdy mieć jakieś ciekawe zaufanie w swoją własną wymowę, ażeby spodziewać się, że podobnym twierdzeniom kto uwierzy.”

Przegląd Lwowski, 1.05.1873.: W Prusiech Książe Bismarck już się otwarcie przyznaje, że dąży do zupełnej zagłady katolicyzmu. Biskupi przewidując co ich czeka, zebrali się na naradę w Fuldzie – pojechał tam i Najdostojniejszy X. Prymas Arcybiskup Poznański.

Okólnik Biskupów z Państwa Pruskiego do Czcigodnego Duchowieństwa i wszystkich wiernych Ich dyecezyj, Fulda, 2.05.1873.: Niebawem wyjść ma szereg praw, które w zasadniczych punktach stoją w sprzeczności z postanowionem od Boga urządzeniem i wolnością Kościoła. Jak skoro te prawa sejmowi zostały przedłożone, uznaliśmy za święty obowiązek Biskupiego naszego Pasterstwa, żeby tak wobec tronu, jak wobec obu Izb sejmu otwarcie i stanowczo przeciwko nim głos nasz podnieść. (…) Przeprowadzenie [bowiem] takich praw koniecznie za sobą pociągnąć musi: oderwanie Biskupów od widomej Głowy całego Kościoła katolickiego; oderwanie duchowieństwa i ludu wiernego od prawowitych Jego Biskupów; oderwanie Kościoła w kraju naszym od Kościoła obejmującego ziemię całą, a założonego przez wcielonego Boga i Zbawiciela świata, i całkowite zniweczenie organizacyi od Boga temuż Kościołowi nadanej. (…) Wspomnione projekta dotychczas nie są jeszcze prawomocne: Cokolwiek przecież nastąpi, My za łaskę Bożą statecznie i jednomyślnie bronić będziemy zasad w memoryałach Naszych wyłuszczonych, zasad nie naszych, lecz zasad chrześcijaństwa i wiecznej sprawiedliwości i (…) nie zezwolimy w rzeczach administracyi i zarządu kościołów Nam powierzonych na nic, coby się przepisom wiary katolickiej i boskim prawom Kościoła sprzeciwiało. Wy zaś, kochani Współpracownicy i Dyecezyanie, trzymajcie się z waszej strony niezłomnie onej prawdy, że ten tylko prawowitym jest Biskupem, który jako taki posłany jest od Ojca św. i Stolicy Apostolskiej (…). Tak samo zawsze tych tylko będzie wam wolno za prawowitych dusz waszych pasterzy uznawać, którzy przez prawowitych Biskupów do tego urzędu za godnych i zdolnych uznani, z ich rąk ten urząd otrzymali, od nich swe posłannictwo odebrali, z nimi w społeczności pozostają. Wszelki inny byłby wtrętem. (…) Pozdrowienie i błogosławieństwo w Panu!
Podpisy: +Paweł, Arcybiskup Koloński; +Mieczysław, Arcybiskup Gnieźnieński i Poznański; +Henryk, książę Biskup Wrocławski; +Piotr Józef, Biskup Limburski; +Krzysztof Florencyusz, Biskup Fuldajski; +Wilhelm Emmanuel, Biskup Moguncki, za pruską cząstkę swej dyecezyi; +Konrad, Biskup Paderbornski; +Maciej, Biskup Trewirski; +Jan Henryk, Biskup z Osnabrück; +Lotaryusz, Biskup z Leuka, rządca archidyecezyi Fryburgskiej, za księztwo Hohenzollern; +Filip, Biskup Warmiński; +Jan Bernard, Biskup Monasterski; +Wilhelm, Biskup Hildesheimski; za Biskupa Chełmieńskiego, Klingenberg, Wikaryusz jeneralny i Kanonik katedralny.

Dziennik Poznański, 14.05.1873.: Cesarz powrócił wraz z księciem Bismarckiem w niedzielę w nocy z Petersburga nazad do Berlina i położy prawdopodobnie już w tych dniach swój podpis pod uchwalone przez obiedwie Izby prawa kościelno-polityczne.

Orędownik, 17.05.1873.: Rozprawy w Izbach nad prawami kościelnemi zakończono. W ministerstwie oświecenia pracują dniem i nocą podobno, ażeby je przygotować do publikacyi, opatrzyć sankcyą monarszą i ogłosić za prawomocne. Prawa te rozkładają się na cztery oddziały i dają rządowi moc: 1) kształcenia duchowieństwa, 2) mianowania duchownych na posadach, 3) oznaczania granic kar kościelnych i 4) sądzenia spraw duchowieństwa w osobnym na to utworzonym trybunale. Innemi słowy: nie biskupi, ale rząd kieruje duchowieństwem. (…) Rozstrzyga się więc w tych dniach ważna sprawa między prawami Kościoła, a przywłaszczoną władzą rządu w sprawach kościelnych. Że przyjdzie do zatargów, że pokój publiczny może być wstrząśnięty, przewidują wszyscy.

Adres pruskich biskupów do swego rządu, 26.05.1873.: Zmuszeni jesteśmy, podpisani arcybiskupi i biskupi z najgłębszym żalem oświadczyć jak najuniżeniej, iż nie możemy przyczynić się do wykonania praw, na dniu 15go t. m. publikowanych. Rozporządzenia te naruszają prawa i wolności, należne według zrządzenia Boskiego Bożemu Kościołowi. (…) Kościół nie może bez zaprzeczenia Boskości Chrystusowi i Bożego pochodzenia jego nauce i zakonowi, bez oddania samego chrystyanizmu pod samowolą ludzką, uznawać zasady pogańskiego państwa, jakoby ustawy państwa były ostatecznem źródłem wszelkiego prawa, a Kościół te tylko prawa posiadał, które mu prawodawstwo i ustawy państwa nadają. Uznanie zatem praw owych byłoby zaparciem Boskiego początku chrześcijaństwa, ponieważ przyznawałoby bezwarunkowe prawo państwu określenia całej dziedziny życia chrześcijańskiego przez prawodawstwo.
Podpisy: +Paweł, Arcybiskup koloński; +Mieczysław, Arcybiskup gnieźnieński i poznański; +Henryk, książę Biskup wrocławski; +Piotr Józef, Biskup limburgski; +Krzysztof Florenty, Biskup fuldajski; +Wilhelm Emanuel, Biskup moguncki; +Leonard, Biskup padernbornski; +Maciej, Biskup trewirski; +Jan Henryk, Biskup osnabrycki; +Lotar, Biskup leukajski i zarządca archidyecezyi fryburgskiej, za kraje Hohenzollerskie; +Filip, Biskup warmiński; +Jan Bernard, Biskup monasterski; +Wilhelm, Biskup hildesheimski; z osobnego polecenia ks. Biskupa chełmińskiego Jana, jeneralny wikaryusz Klingenberg.

Kuryer Poznański, 14.07.1873.: Tutejsze naczelne prezydium poleciło landratom, a obecnie także dziekanom w całej prowicyi, ażeby donosili mu o wszelkiej opróżnionej posadzie proboszcza lub innego urzędu duchownego. Dziekani jednak przesłali podobno rozporządzenie powyższe Jeneralnemu Konsystorzowi Arcybiskupiemu z prośbą o udzielenie wskazówek, jak sobie w tym razie mają postąpić. [Należy sądzić], że władza duchowna zakaże zapewne udzielenia jakichkolwiek w tej mierze doniesień, tem więcej, że od czasu wykonywania praw kościelnych [majowych], „Urzędowy Dziennik Kościelny” nie ogłasza już opróżnionych posad, ani też ich obsadzania.

Kuryer Poznański, 2.08.1873.: Jak się dowiadujemy, Najprzewielebniejszy ksiądz Prymas zapozwany został przed sąd kryminalny na 8 bm. za to, że już po ogłoszeniu praw kościelnych przeznaczył księdza Arndta na probostwo w Wieleniu.

Z listu ks. abp Mieczysława Ledóchowskiego do Królewskiego Sądu Powiatowego, 6.08.1874.: Pospieszam uprzejmie oświadczyć, że kanoniczna instalacja duchownego na probostwo jest aktem wyłącznie kościelnym, do którego spełnienia każdy Biskup dyecezyalny nie tylko jest uprawnionym, ale i ściśle zobowiązanym. (…) Skutkiem tego zabrania mi sumienie w wyznaczonym w tym celu terminie się stawić, by się tłumaczyć w sprawie rzeczywiście uskutecznionej instalacyi dotychczasowego wikarego Antoniego Arndta z Czarnkowa na probostwo w Wieleniu bez poprzedniego zawiadomienia o tem naczelnego prezesa.

Wiarus, 7.08.1873.: Korespondencja z Wielenia: Na rozkaz p. landrata z Czarnkowa zwołał u nas sługa miejski wszystkich katolików na zebranie do strzelnicy na niedzielę w południe 12 godz. Nie wiedzieliśmy z razu co znaczy tak niezwykłe obwieszczenie, i już się różnych rzeczy obawiać zaczęła publiczność nasza. Dla tego też na zebranie nikt się nie stawił, prócz dwóch katolików – niemców. Tym p. landrat w asystencji p. burmistrza i komisarzy policyjnych odczytał rozporządzenie, które ks. Arendta odsądza od pełnienia obowiązków kapłańskich a grozi karą surową wszystkim, którzyby ks. Arendta do odprawienia mszy, pogrzebów, ślubów, chrztów itd. wzywali. Rozporządzenie to odczytano w niemieckim i polskim języku.

Kuryer Poznański, 18.08.1873.: Jak się dowiadujemy, Najprzewielebniejszy ks. Prymas dostał w sprawie księdza Arndta, ze względu, że pismo jego do sądu zawierało przyznanie faktu, zapozew na nowy termin na 28. b.m., z tem zastrzeżeniem, że gdyby nie stanął, osądzony będzie zaocznie.

Kuryer Poznański, 23.08.1873.: Księdza Arndta, proboszcza w Wieleniu, skazał sąd powiatowy (…) na 10 talarów grzywien, albo na trzydniowe więzienie za danie ślubu. Jak wiadomo, ksiądz Arendt instalowany został na proboszcza w Wieleniu, bez współudziału p. naczelnego prezesa, jak tego świeże prawa polityczno-kościelne wymagają i dla tego rząd uważa każdą jego czynność kościelną za nieważną i karygodną.

Dziennik Poznański, 30.08.1873.: W dniu wczorajszym tutejszy sąd powiatowy wydział karny, (…) skazał zaocznie księdza Arcybiskupa za obsadzenie probostwa w Wieleniu bez poprzedniego o tem zawiadomienia rejencyi, na 200 tal. kary pieniężnej. Prokurator pan Dresler wnosił o wymierzenie kary 500 talarów lub cztero-miesięczne więzienie.

Kuryer Poznański, 9.09.1873.: Jak się dowiadujemy, Sąd powiatowy zakomunikował Najprz. ks. Prymasowi nową skarge prokuratora o dziewięć przekroczeń co do obsadzenia posad duchownych bez porozumienia się z rządem.

Kuryer Poznański, 26.09.1873.: Dowiadujemy się, że wyznaczony został ks. Prymasowi termin na siódmego października w sprawie zamianowania ks. Wendlanda wikaryuszem do Śremu i ks. Baranieckiego wikaryuszem do Czarnkowa.

Dziennik Poznański, 30.09.1873.: Dowiadujemy się, że tutejsza rejencya postanowiła od dnia 1 października r.b. odjąć ks. Arcybiskupowi temporalia, to jest od daty powyższej nie wypłacać mu należnej pensyi. Nadto zawezwała księdza Arcybiskupa, aby w ciągu dwóch tygodni pod karą 500 talarów obsadził zgodnie z przepisami praw polityczno-kościelnych probostwo w Wieleniu; prócz tego sąd wezwał Go o zapłacenie 400 tal. jako kary wymierzonej Nań za nominowanie wikariuszów bez zawiadomienia o tem rejencyi.

Orędownik, 9.10.1873.: Wczoraj w południe o godzinie 12 toczył się w tutejszym sądzie kryminalnym zaocznie proces przeciw Najprzew. ks. Prymasowi o obsadzenie posad wikaryuszy w Czarnkowie i w Śremie bez poprzedniego zawiadomienia naczelnego Prezesa. (…) W imieniu prokuratorii przemawiał p. Heynemann, asesor. (…) Sąd po 10 minutach narady orzeka, ze Ksiądz Arcybiskup (…) przekroczył prawa majowe kościelno-polityczne. Zważywszy, że już raz poprzednio był o takie same przestępstwo karany, skazuje sąd obżałowanego na 600 tal. grzywien, event. na 4 miesiące więzienia.

Kuryer Poznański, 31.10.1873.: Na dzień 18 listopada wyznaczono Najprz. ks. Prymasowi w tutejszym sądzie kryminalnym termin, w czterech osobnych sprawach, o obsadzenie czterech wikaryatów bez opowiedzenia się rządowi.

Kuryer Poznański, 4.11.1873.: Wczoraj o godzinie 4 po południu odbyła się w pałacu arcybiskupim przez policyą egzekucya zapowiedziana przez p. Naczelnego Prezesa pismem wręczonem Najprzewielebniejszemu ks. Prymasowi w samą uroczystość Wszystkich Świętych.

Wiarus, 4.11.1873.: Pisma niemieckie podają bliższe szczegóły z egzekucyi odbytej u ks. Arcypasterza. Kary pieniężnej nie chciał ks. Arcypasterz zapłacić, a to dla tego, że jej nie uznaje, bo wypełniał swoją powinność, nadto, gdyby zapłacił, wywołałby zgorszenie u wiernych. Zresztą dziwi się ks. Arcypasterz, że żądają pieniędzy, kiedy mu dochody zatrzymano.
Poszedł wiec egzekutor po konie i powóz, ale nie było ich w co ubrać, bo egzekutor zapomniał obłożyć aresztem półszorki. Zawołano wiec trzech żołnierzy, którzy konie zaprowadzili, a powóz zaciągnęli do składu fantów.

Kuryer Poznański, 10.11.1873.: Zagrożono ks. Prymasowi na drodze administracyjnej, że jeśli w przeciągu dwóch tygodni [opowiedziawszy się wpierw rządowi] Wielenia nie obsadzi, zapłaci nową karę 1000 talarów. Za Wieleń ma tedy zapłacić Arcypasterz 1900 talarów, mianowicie 200 tal. kary sądowej i dwie kary administracyjne dawniejsze 200 i 500 talarów.

Gazeta Toruńska, 20.11.1873.: Sąd [poznański] zawyrokował w zbiorowym procesie przeciw ks. Arcybiskupowi z powodu ustanowienia czterech wikaryuszów. (…) Prokurator podniósł w wywodzie swoim poprzednie ukaranie ks. Arcybiskupa (…) w całem zaś postepowaniu Prymasa dopatrywał uporczywego oporu władzom państwa. Wnosi więc wobec takiej „krnąbrności” o surową karę, gdyż o maksymum ustawą dozwolone, a więc o 4000 tal. lub 2 lata więzienia. Sąd uznawszy ks. Arcybiskupa winnym w wszystkich czterech razach, zawyrokował 2000 tal. lub rok i miesiąc więzienia.

Kuryer Poznański, 24.11.1873.: Najprz. ks. Prymas zapozwany został na nowy termin, mający się odbyć 23 grudnia, a więc przed samymi świętami, z powodu, że nie doniósł królewskiej rejencyi o zamianowaniu [kolejnych] trzech wikaryuszów.

Orędownik, 25.11.1873.: Druga sadowa egzekucya odbyła się zeszłej soboty w pałacu Arcybiskupim. Zabrano pełen wielki wóz najdroższych mebli. Egzekucya ta nastąpiła z tego powodu, że wartość koni i powozów zabranych podczas pierwszej egzekucyi nie starczyła, by pokryć grzywny, na które Najprzewieleb. ks. Arcybiskup skazany został w drugim procesie.

Kuryer Poznański, 25.11.1873.: Dziś w południe toczył się znowu w sądzie kryminalnym proces przeciw Najprz. ks. Prymasowi o obsadzenie dziewięciu wikaryatów bez poprzedniego zawiadomienia Naczelnego Prezesa, stosownie do przepisu praw majowych. (…) Królewski prokurator pan Müller wnosi ze względu na wytrwałość w oporze przeciw istniejącemu prawu oskarżonego, który to opór wszelkie stosunki państwowe nadweręża, oraz ze względu na wysokie stanowisko i wykształcenie ks. Arcybiskupa o najwyższą karę, to jest 9000 talarów grzywien, resp. 2 lata więzienia. Kolegium sądowe (…) przychyla się po króciutkiej naradzie do wywodów pana prokuratora i skazuje ks. Prymasa na 5400 tal. grzywien, a w razie niemożności zapłacenia kary na 2 lata więzienia.

Wiarus, 27.11.1873.: Na mocy §§ 24 i 25 prawa z dnia 12 maja r.b. odebrał onegdaj 24 bm. ks. Arcybiskup wezwanie od Naczelnego prezesa, aby złożył urząd arcypasterski. Gdyby ks. Arcybiskup nie uczynił zadość wezwaniu w przepisanym terminie, natenczas sprawa o usuniecie go z urzędu będzie oddaną trybunałowi berlińskiemu dla spraw kościelnych, w celu wytoczenia śledztwa.

Dziennik Poznański, 24.12.1873.: Ks. Arcybiskup hr. Ledóchowski skazanym został w dniu dzisiejszym przez tutejszą deputacyą sądową dla spraw karnych na 9900 tal. grzywien, za powierzenie urzędów duchownych wbrew prawom majowym. (…) Kary więziennej nie substytuował tym razem sąd karze pieniężnej, bo na maximum kary więziennej 2 lat, wedle praw majowych, skazanym już jest ks. Arcybiskup. Grzywny, na jakie ks. Arcybiskup dotąd skazany został, przenoszą już 20000 tal.

Kuryer Poznański, 2.01.1874.: We środę [31 grudnia] przybyli [do pałacu arcybiskupiego] egzekutorowie i policya, aby zabrać resztę mebli z apartamentów na pierwszem piętrze. Zabrano i wywieziono kilka wielkich i pięknych zwierciadeł, ryciny w bogatej oprawie, kredensa, stoły, dwa łóżka, kilka lamp itd. W dolnych pokojach nie ruszono niczego.

Kuryer Poznański, 8.01.1874.: Najprzewielebniejszy ks. Prymas otrzymał od tutejszego sądu apelacyjnego wezwanie, w skutek rekwizycyi najwyższego trybunału do spraw kościelnych, aby się stawił w dniu 14 b.m. o 11 rano w rzeczonym sądzie, gdzie ma nastąpić przedwstępne przesłuchanie Jego Arcybiskupiej Mości. W zapozwie nadmienione jest, że gdyby ks. Arcybiskup dobrowolnie się nie stawił, wyznaczony będzie nowy termin, na który przymusowym sposobem sprowadzony będzie.

Kuryer Poznański, 15.01.1874.: Najprzewielebniejszy X. Prymas, (…) na wczoraj zapozwany, aby się przed panem Guderianem, sędzią śledczym, specyalnie ku temu wyznaczonym, stawił, (…) oczywiście nie stanął, lecz odpowiedział na piśmie w sposób następujący: „Uwiadamiam uprzejmie Szanownego Pana, że gdy ustawy świętego katolickiego Kościoła zabraniają jego członkom, a tem bardziej Biskupom, iżby sądom świeckim w rzeczach czysto duchowych i kościelnych władzę jurysdykcyi przyznawali, ja także z mojej strony nie mogę uznać ani kompetencyi Szanownego Pana, ani kompetencyi trybunału królewskiego dla spraw kościelnych w Berlinie, i że nie godzi mi się stanąć dobrowolnie na termin (…) w celu przesłuchania mnie w sprawach, które się jedynie do wykonywania mego pasterskiego urzędu odnoszą.”

Dziennik Poznański, 4.02.1874.: W dniu dzisiejszym spełniono czyn od dawna przewidziany, którego po imieniu nazwać nie pozwalają nam względy prasowe…
W nocy o godzinie 4 policya miejscowa z dyrektorem swym p. Staudy na czele, przy pomocy wojska, które otoczyło pałac arcybiskupi, weszła doń i aresztowała ks. Arcybiskupa hr. Ledóchowskiego.
Ks. Arcybiskupa wsadzono do powozu przygotowanego i pod strażą wojskową odwieziono na kolej marchijską, zkąd zapewne, jak to już poprzednio rozgłaszały dzienniki niemieckie, powieziono go do Frankfurtu n. Odrą. Aresztowanie to i wywiezienie ks. Arcybiskupa nastąpiło jak się zdaje w skutek nie możności zapłacenia nałożonych nań kar pieniężnych za niestosowanie się do praw majowych, a świeżo nakazana egzekucya sądowa w pałacu arcybiskupim, nie byłaby doprowadziła do żadnego rezultatu, gdyż zabrano już przy pierwszych egzekucyach wszystko to, co tylko miało jakąkolwiek wartość.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Dekalog na nowe, lepsze czasy

Mój kumpel Onyx2, w komentarzu zamieszczonym w Salonie24 pod jedną z ostatnich moich notek, poinformował mnie, że oto specjaliści od nowych trendów postanowili wyprodukować odświeżoną wersję części filmu Krzysztofa Kieslowskiego „Dekalog”, poświęconej szóstemu przykazaniu, odświeżoną do tego stopnia, że owa historia kończy się w sposób mniej przygnębiający. Nie wiem, jak to będzie wyglądało w praktyce, i, powiem szczerze, że za bardzo mnie to nie interesuje, natomiast jestem pewien, że producenci filmu znaleźli fantastyczny sposób, żeby to wszystko, co oni tam zaproponowali, widzowi się spodobało. Ponieważ doświadczenie uczy, że najtrudniejszy pierwszy krok, a w dodatku jeszcze historia powtarza się, jako własna karykatura, dla czystej zabawy, chciałbym zaproponować autorom nadchodzących zmian rozwiązania odnośnie pozostałych dziewięciu odcinków tego fantastycznego filmu. Przy okazji wyrażam nadzieję, że autorem poprawionego scenariusza nadal będzie Krzysztof Piesiewicz. Ze względów oczywistych. W końcu, któż to zrobi lepiej, niż on?
Odcinek pierwszy: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną” – Okazuje się, że to dziecko jednak nie utopiło się, ale tak naprawdę w ogóle nie poszło się ślizgać po tym lodzie. Poza tym, obliczenia, jakie bohater wykonał okazały się poprawne, i lód na sadzawce był twardy jak pięść prezydenta Putina.
Odcinek drugi: „Nie będziesz brał imienia Pana Boga swego nadaremno” – Okazuje się, że Dorota wcale nie była w ciąży, tylko wszystko to, co oglądamy na ekranie, to był niedobry sen. Po latach Dorota urodziła zdrowe dziecko z probówki i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.
Odcinek trzeci: „Pamiętaj abyś dzień święty święcił” – Okazuje się, że wprawdzie Daniel Olbrychski zdradził swoją żonę, ale ona też wcześniej zdradziła jego, i oboje, po wyjaśnieniu sobie, jak to się czasami różnie w życiu układa, postanawiają zacząć chodzić do kościoła przynajmniej raz na miesiąc.
Odcinek czwarty: „Czcij ojca swego i matkę swoją” – Okazuje się, że jednak Janusz Gajos jest ojcem Biedrzyńskiej, tylko że ma jeszcze kilka innych dzieci z innymi kobietami, wszyscy się ze sobą zaprzyjaźniają i od tego czasu razem obchodzą Wigilię.
Odcinek piąty: „Nie zabijaj” – Wygląda na to, że jednak lina się urwała i Baka w ostatniej chwili uchodzi z życiem. Okazało się bowiem, że tak naprawdę nikt nikogo nie zabił, tylko tak się wydawało okolicznym wieśniakom.
Odcinek szósty: „Nie cudzołóż” – jest już gotowy, więc się nie będę wtrącał.
Odcinek siódmy: „Nie kradnij” – Okazuje się, że to wcale nie było dziecko Majki, tylko takiej jednej, a Wojtek to w porządku facet, wykształcony i nie pijący. Prawdziwi rodzice dziecka się jednak znajdują i wszystko się dobrze kończy. Co najważniejsze, wychodzi na to, że nikt niczego nie ukradł.
Odcinek ósmy: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu” – Pod sam koniec filmu okazuje się, że to dziecko wcale nie było żydowskie, i fakt, że Zofia nie udzieliła mu pomocy, nie miało żadnego znaczenia, bo Niemcy, jak się tylko zorientowali, że to nie jest Żydówka puścili, ją wolno. A więc, wychodzi na to, że to iż Zofia nie poświadczyła nieprawdy, było z jej strony aktem bez znaczenia.
Odcinek dziewiąty: „Nie pożądaj żony bliźniego swego” – Okazuje się, że przede wszystkim Roman nie był wcale impotentem, tylko był przepracowany, i tak mu się wydawało. Poza tym Hanka wcale nie pracowała w liniach lotniczych, tylko normalnie na poczcie, a w liniach lotniczych pracowała siostra Romana, tyle że jemu przez tę historię z impotencją wszystko się pomyliło.
Odcinek dziesiąty: „Ani żadnej rzeczy, która jego jest” – Przede wszystkim to wcale nie była nerka, a poza tym Artur i Jerzy w ogóle nie byli braćmi, tylko kumplami z wojska, ale przez pobyt na wojnie w Afganistanie wszystko im się pomieszało, i stąd całe nieporozumienie. W sumie, nikt niczego nie pożądał, najwyżej trochę, ale to było naprawdę bez znaczenia.
Wiem oczywiście, że moje propozycje mają bardzo małe szanse na to, by zostać wysłuchane, ale ponieważ zawsze leżało mi na sercu dobro polskiej kinematografii, podejmuję tę próbę. A nuż się uda. W każdym, razie, tak czy inaczej, wiem, że przed nami kolejna porcja wielkich wrażeń estetyczno-intelektualnych. Już nie mogę się doczekać.

Zachęcam oczywiście do kupowania książki o zespołach, która jest do nabycia i u Gabriela w księgarni, i – jeśli ktoś ma ochotę na autograf – u mnie osobiście. Proszę też o stałe wspieranie tego bloga pod podanym numerem konta. Przy okazji również informuję, że przed nami parę spotkań oko w oko. 29 listopada będę w Warszawie na targach książki, 7 grudnia mam spotkanie autorskie w księgarni „Latarnik” w Częstochowie, już następnego dnia jadę na targi do Wrocławia, a parę dni później z Gabrielem będziemy się produkować w Katowicach u Franciszkanów. Oczywiście o każdym ze spotkań będę na bieżąco przypominał.

niedziela, 3 listopada 2013

O premierze złym i gnuśnym

Od czasu gdy wysłałem poniższy tekst do "Warszawskiej Gazety" upłynęło parę dni, i teraz, kiedy go wklejam tu na blogu, on powinien pewnie zaczynać się od słów: "Wybrzmiał Dzwon Zygmunta", no ale mamy co mamy, więc niech już tak zostanie. Tekst, prawdę powiedziawszy, w sumie dość stary, i przeedeytowany na potrzeby chwili. Damy radę. Bądźmy mężni.

Umarł Tadeusz Mazowiecki, a ja pomyślałem, że litości nie będzie. Uważam bowiem, że, kto, jak kto, ale premier Mazowiecki zasłużył sobie w dniu dzisiejszym, kiedy już się dał – po raz ostatni już – nadmuchać przez reżim, na parę słów prawdy. A prawda jest czysta . Okres między sierpniem roku 1989 i grudniem następnego, to zbrodnia przeciwko odrodzonemu społeczeństwu, które po wielu, wielu latach, po raz pierwszy poczuło, że oto pojawia się nadzieja. I ja nie wiem, jak to się wszystko toczyło, ale faktem jest to, że on ostatecznie zgodził się firmować rząd, który przez ponad rok niszczył nowoodrodzoną Polskę, i w swojej bezmyślności nie kiwnął nawet palcem, żeby powstrzymać to nieszczęście.
Pisząc o nieszczęściu, wbrew pozorom, nie mam najbardziej na myśli ani Pasikowskiego z jego „Psami”, ani Urbana z jego fortuną, ani nawet całej tej bandy postkomunistycznej bandyterki w białych skarpetkach, ale to co tak doskonale symbolizował ten wieczór w okolicach Katynia, dokąd pojechał, by uczcić groby Pomordowanych, a przy okazji nie mógł się powstrzymać, żeby sobie zabalować i dać się pokazać w telewizji, jak radośnie wiruje z Małgorzatą Niezabitowską. Mam na myśli tę całą gnuśność, która wypełniła te kilkanaście miesięcy jego rządów, a przede wszystkim jego samego. Jego twarz, jego spojrzenie, jego słowa, i wreszcie tę całą aurę, która go od początku tak intensywnie otaczała. Mam wreszcie na myśli tę wielką nadzieję Polaków, na którą Tadeusz Mazowiecki z taką pogardą splunął.
O tym myślę, kiedy słyszę dziś nazwisko Mazowieckiego. Przypominam sobie, jak po wyborach roku 1989, obserwowałem te przygotowania do objęcia władzy, a później, wreszcie, ten dzień, kiedy okazało się, że będziemy mieli premiera. I pamiętam pierwsze sondaże. Dziś mamy skłonność do ich kwestionowania, ale wtedy te 90 procent robiło wrażenie. A później przyszedł upadek, zakończony tą fatalną, straszliwą, pełną wstydu przegraną w wyborach prezydenckich z niejakim Tymińskim. Czy wszyscy czytający dziś ten tekst to pamiętają? Tadeusz Mazowiecki po kilku miesiącach swoich rządów, postanowił zostać prezydentem i zajął trzecie miejsce, przegrywając nawet z jakimś, wyciągniętym w akcie desperacji przez ruską agenturę, pajacem.
Oto Tadeusz Mazowiecki. Oto formacja, która go do miejsca, w którym skończył, zaciągnęła. Oto ten rząd ze swoimi dwiema gwiazdami, czyli Michałem Bonim i Leszkiem Balcerowiczem, którzy dziś, resztkami agenturalnych sił, jakoś jeszcze w publicznej świadomości funkcjonują. I ja mam dziś obchodzić to odejście? Dziś jesteśmy wszyscy zajęci czymś całkowicie innym. I w tej rozgrywce nie ma miejsca dla Tadeusza Mazowieckiego. Ironia losu polega na tym, że jeśli dziś wypadło na to, że ten wpis będzie o nim, a nie o tym, co ważne, to jest to w dużym stopniu, oryginalną zasługą właśnie Tadeusza Mazowieckiego. I jego gnuśności.
Jestem pewien, że inteligentni czytelnicy tego felietonu doskonale wiedzą, gdzie znajduje się ów myk.

Zachęcam oczywiście do kupowania książki o zespołach, która jest do nabycia i u Gabriela w księgarni, i – jeśli ktoś ma ochotę na autograf – u mnie osobiście. Proszę też o stałe wspieranie tego bloga pod podanym numerem konta. Przy okazji również informuję, że przed nami parę spotkań oko w oko. 29 listopada będę w Warszawie na targach książki, 7 grudnia mam spotkanie autorskie w księgarni „Latarnik” w Częstochowie, już następnego dnia jadę na targi do Wrocławia, a parę dni później z Gabrielem będziemy się produkować w Katowicach u Franciszkanów. Oczywiście o każdym ze spotkań będę na bieżąco przypominał.

sobota, 2 listopada 2013

O wszach spod Leżajska, czyli ostateczne rozwiązanie

W poprzedniej notce zwróciłem uwagę na sytuację, jaka się ostatnio wytworzyła, czy może dopiero tworzy, w Kraju, skutkiem politycznego napięcia, jak wszystko na to wskazuje – nierozwiązywalnego. Chodzi mniej więcej o to, że przez tę ciągnącą się już od kilku dobrych lat huśtawkę nastrojów, pewna część społeczeństwa najzwyczajniej w świecie traci zmysły i jest na prostej drodze do wybuchu. Jeśli bowiem mamy człowieka, bardziej niż to jest w zwyczaju, zaangażowanego politycznie, który przez całe lata porusza się wyłącznie między wściekłością a euforią, nie ma takiej możliwości, żeby on z tego wyszedł w pełni sił umysłowych.
Bohaterem wspomnianego tekstu był Kazimierz Wóycicki, człowiek z całą pewnością jakoś tam wykształcony i o pewnym podstawowym poziomie potrzebnej do zwykłego funkcjonowania w świecie inteligencji, który skutkiem wspomnianego napięcia zwariował i tym samym skazał się na przyszłość, na którą on już akurat wpływu mieć nie będzie.
I oto dziś z samego rana mój kumpel Lemming przesłał mi link do informacji dotyczącej Agory i jej dziennikarza nazwiskiem Marcin Sztetter. Przeczytałem zalinkowany tekst i od razu sobie pomyślałem, że, choć tego Sztettera ani nie znam, ani o nim wcześniej nie słyszałem, on musi przeżywać dokładnie to samo, co przeżywa dziś Wóycicki, ale też wcale niemało osób z naszego najbliższego otoczenia, a co można ogólnie bardzo nazwać „syndromem Cyby”. Co chce od nas Sztetter? Otóż on ma do nas pretensje nie o Smoleńsk, nie o Kaczyńskiego, nie o Cieszewskiego, ale o wszy. Już tłumaczę.
W należącym do Agory serwisie eDziecko, Marcin Sztetter, na co dzień dziennikarz „Gazety Wyborczej”, pisze co następuje:„Tylko trzy razy do roku wpadają na wakacje do miasta. Okres powakacyjny, pobożonarodzeniowy i powielkanocny to czas ferii, w trakcie których młode wszy zaznajamiają się z architekturą urbanistyczną”.
Sztetter, w artykule pod tytułem „Warszawę zaatakowały wszy słoikowe”, pisze, że „taka sezonowość wszy może oznaczać tylko jedno - to wina ‘słoików’, którzy po wizytach w domach rodzinnych przywożą je do Warszawy”. I dalej: „Przedszkole prywatne, ludzie 'czyści i na poziomie', a jednak wszy się pojawiły. Nie podejrzewam o nic przedszkolanek - one akurat są wzorem czystości i zdrowego rozsądku”.
A dalej już dziennikarz „Wyborczej” nie oszczędza ani siebie, ani czytelnika:„Narodzie drogi, rozumiem, że sam się myjesz, ale zwracaj też uwagę na to, jak myją się ludzie w okolicy. Nie zawszawiajcie swoich dzieci i nie pozwólcie zawszawić się moim. Widzisz, że kuzyn lekko podśmierduje i drapie się po głowie, to zwróć uwagę i nie pozwól się dziecku z nim bawić dopóki się nie podda dezynsekcji”.
Wbrew temu, co się może wydawać, ja nie zamierzam się dziś znęcać ani nad Sztetterem, ani nad ludźmi, którzy go zatrudniają. Nie mam najmniejszej ochoty, po raz nie wiem już który, wyrywać sobie włosy z głowy, w rozpaczy nad tym, do czegośmy się przez te kilka lat doprowadzili. Przede wszystkim, jak słyszę, okazało się, że nawet wedle standardów obowiązujących w Agorze i okolicach, Sztetter przesadził. Artykuł Sztettera wywołał po stronie Systemu falę tak nerwowych komentarzy, że Agora ów tekst z portalu usunęła, a na jego miejscu opublikowała oświadczenie, w którym przeprasza za każde słowo w sprawie wszy, i zapewnia, że Sztetter swój tekst opublikował na swój własny rachunek. Poza tym, wszystko to, co mógłbym dziś powiedzieć, jak idzie o Sztettera i jego kumpli w szaleństwie, i tak już zostało na dziesięć sposobów powiedziane.
Chciałem dziś tylko, po raz drugi ostatnio, zwrócić uwagę na ową równie pochyłą, po której to wszystko leci na łeb na szyję. Nie oszukujmy się: Sztetter to nie jest jakiś stary ubek, dorabiający na starość jako taksówkarz, który wieczorami siedzi przed telewizorem i czyści swój stary pistolet. To nie jest też jakiś internetowy nieszczęśnik wylewający swoje żale na Onecie, czy w tvn24.pl. To jest dziennikarz „Wyborczej”, człowiek z pierwszej klasy towarzystwa, gdzie dzieci wysyła się do prywatnych przedszkoli, spotyka z ludźmi „piekielnie inteligentnymi”, słucha się „dobrego jazzu” pod zimnego Pilsnera, a na wakacje jeździ do Toskanii. Jeśli Sztetter nagle się obudził i uznał, że coś trzeba zrobić z tą zawszoną hołotą spod Leżajska, jakoś ich oznakować i odizolować, to nie dlatego, że on taki właśnie jest. On wpadł na tę myśl dlatego, że akurat taki się stał. I nie oszukujmy się: ci jego koledzy, którzy zmuszeni byli zdjąć jego tekst i opublikować przeprosiny, zrobili to naprawdę z ciężkim sercem, a szefowie Agory zapewne, aby mu jakoś tę przykrość wynagrodzić, przyznali mu dodatkową premię.
Bo to tak właśnie jest, jak Sztetter opisał. Mamy tę Polskę, piękną, czystą, kulturalną, rozwijającą się, krótko mówiąc „czystą i na poziomie”, i w tym wszystkim kręcą się te śmierdzące smoleńskie parchy, i się drapią. To jest to, co oni widzą i czują. No i, najlepiej jak tylko potrafią, opisują. Powtarzam – najlepiej jak tylko potrafią. I najwierniej.
W tej sytuacji ja już mam tylko jeden apel do tych, którzy tak bardzo przeżywają to, że ja jeszcze jakoś ciągnę. Jak już przyjdziecie mnie zastrzelić, niech wam ręka nie zadrży. Miejcie w sobie na tyle opanowania, żeby dobrze celować i walić prosto w te wszy, co się kłębią na mojej głowie.

Zachęcam oczywiście do kupowania książki o zespołach, która jest do nabycia i u Gabriela w księgarni, i – jeśli ktoś ma ochotę na autograf – u mnie osobiście. Proszę też o stałe wspieranie tego bloga pod podanym numerem konta. Przy okazji również informuję, że przed nami parę spotkań oko w oko. 29 listopada będę w Warszawie na targach książki, 7 grudnia mam spotkanie autorskie w księgarni „Latarnik” w Częstochowie, już następnego dnia jadę na targi do Wrocławia, a parę dni później z Gabrielem będziemy się produkować w Katowicach u Franciszkanów. Oczywiście o każdym ze spotkań będę na bieżąco przypominał.

czwartek, 31 października 2013

Będą strzelać?

Nie umiem sobie dziś przypomnieć, kim kiedyś był Kazimierz Wóycicki, a sprawdzać mi się ani nie chce, ani też za bardzo nie widzę potrzeby, natomiast, kiedy od czasu do czasu widzę, że on coś publikuje w Salonie24, w dodatku, jako tak zwany bloger „czerwony”, wiem, że to nie jest przeciętny ćwierćinteligentny internauta, ale ktoś, kto wydawałoby się musi reprezentować pewien podstawowy poziom ambicji. Niedawno, jak pewnie większość z nas zauważyła, pojawił się w mediach zamówiony przez TVP sondaż, z którego wynikało, że oto Platformie bardzo skoczyło poparcie i w tej chwili ona wyprzedza PiS o dwie długości, uzyskując wynik ponad czterdziestoprocentowy. Kiedy owa informacja została przekazana, Kazimierz Wóycicki zamieścił na swoim blogu tekst, w którym zakomunikował, że to badanie pokazuje, że jest już wreszcie po PiS-ie, i że to jest jak najbardziej zrozumiałe, bo wnioskując z tego, co się ostatnio w Polsce dzieje, każdy już widzi, że ten PiS to czyste zło. Oczywiście większość normalnie myślących komentatorów Wóycickiego wyśmiała, on jednak w dalszym ciągu powtarzał tę swoją oryginalną myśl, i to aż do następnego dnia, kiedy najpierw ogłoszono, że wspomniany sondaż został zmanipulowany, by potem ogłosić kolejny, już na tyle standardowy, by nie trzeba było się nawet nad nim zatrzymywać.
A ja się zastanawiam, dlaczego ktoś taki jak Wóycicki nie dość, że w ogóle uznał za stosowne poświęcać swoją uwagę czemuś tak pozbawionemu znaczenia, jak kolejny sondaż, to jeszcze w tak idiotyczny sposób. I od razu na to pytanie sobie odpowiadam. Otóż, moim zdaniem, są tu trzy możliwości. Pierwsza jest taka, ze Wóycicki jest dokładnie tak samo głupi, jak pierwszy lepszy internauta, i on autentycznie sobie wydumał, że Platformie skoczyło o te 20 procent, no i że to, konsekwentnie, zapowiada koniec PiS-u. Druga możliwość to ta, że on wiedział bardzo dobrze, że ów sondaż to lipa, ale też i to, że nawet gdyby on nie był lipą, to nie ma się czym emocjonować, tyle że on pisze takie teksty na zlecenie ze strony Systemu, bo w ten sposób realizuje jakiś przebiegły bardzo plan. Jest i wreszcie trzecia ewentualność, że Wóycicki ani nie jest głupi, ani też nie pracuje na cudzy rachunek, lecz jest do tego stopnia zainfekowany przez towarzyszące nam od lat napięcie, że kiedy pojawia się polityka, on zwyczajnie traci głowę.
Pierwszą możliwość odrzucam z tej prostej przyczyny, że ja sobie zwyczajnie nie jestem w stanie wyobrazić, by ktoś znajdujący się jednak na pewnym intelektualnym poziomie, był aż tak głupi, by tak kompletnie szczerze zrobić z siebie osła. Jak mówię, ja nie pamiętam skąd znam tego Wóycickiego, ale jakoś tam go rozpoznaję, i jestem pewien, że on aż tak tępy być nie może. Nie on i nie aż tak. Ten poziom jest zarezerwowany dla innych. Drugą również odrzucam, a to z tego względu, że ja nie umiem sobie wyobrazić, jaką, czy to doraźną, czy długodystansową korzyść, mógłby System odnieść każąc swoim pracownikom pisać takie kawałki, jak to miało miejsce w wypadku Wóycickiego. Ja wiem, czemu TVP zorganizowała ten sondaż i czemu zamówiła taki a nie inny wynik. Zapewne tu zadziałał ów stary – i nieważne, że nieskuteczny – mechanizm nakręcania sondażowej propagandy. Ktoś zadzwonił do tego TNS Polska, powiedział słuchajcie no, dajcie nam tu badanie, w którym Platforma będzie miał ponad 40%, no i oni oczywiście szybko zareagowali. Po co? Bez powodu. Ot tak. Jak wiele razy wcześniej. Ja nawet mam bezpośredni dowód na to, że ten pomysł był spalony jeszcze zanim się pojawił. Proszę zwrócić uwagę, że ów wynik nawet nie stał się głównym newsem dnia. W pierwszej chwili ktoś tam o nim poinformował, a tak poza tym, poza paroma wpisami na mniej poważnych blogach, panowała idealna cisza. Jestem pewien w stu procentach, że gdyby za tym badaniem stał jakiś plan, oni by to wałkowali cały dzień, i coś tam z tego z pewnością by zostało. Tu jednak wszyscy wiedzieli, że nie warto nawet się napinać. Prawie wszyscy. Z wyjątkiem Wóycickiego i tych kilku blogerów. A więc to też nie było to.
No i tu dochodzimy do trzeciej możliwości, co do której osobiście jestem najbardziej przekonany, a z drugiej strony, wiele naprawdę bym dał, by nie mieć racji. Otóż wiele wskazuje na to, że poziom napięcia spowodowanego polityką jest dziś tak wielki, i przyjmuje już wymiar autentycznej katastrofy, że nawet najbardziej na co dzień przytomni ludzie, w momencie, gdy pojawia się problem polityki, dostają prawdziwego obłędu. Zresztą dni, które nam obecnie mijają, są tu szczególnie, że tak powiem, kryminogenne. Platforma gnije, i tego gnicia już niczym nie da się ani przesłonić, ani tym bardziej powstrzymać. I oni to widzą i drżą. Prawo i Sprawiedliwość, w dodatku z niemal kompletnie milczącym Jarosławem Kaczyńskim, stoi na owej herbertowskiej jednej nodze, gotowe do skoku, i tego oni też nie są w stanie przestać dostrzegać. Ale jest jeszcze coś. Pojawił się ów Chris Cieszewski, który – jak wszystko na to wskazuje – jak idzie o sprawę smoleńską, dokonał autentycznej rewolucji. W dodatku, jest to człowiek na wręcz unikalnym poziomie zarówno naukowej, jak i czysto, że tak powiem, pijarowskiej kompetencji. Cieszewski to ktoś, kogo nie da się tknąć choćby małym palcem lewej nogi. Cieszewski to, z punktu widzenia zadań, jakie stoją przed Zespołem Macierewicza, prawdziwy dar niebios. Ja miałem okazję oglądać w Internecie jego wystąpienie, gdzie on w pewnym momencie, załamującym się ze wzruszenia głosem, zaczął recytować dawno jeszcze zapamiętane wiersze polskich poetów. I powiem, że nie pamiętam, bym kiedykolwiek wcześniej był pod takim wrażeniem.
A więc mamy te sondaże, mamy tę wojnę w Platofrmie, mamy tego przyczajonego Kaczyńskiego, i wreszcie tę brzozę, której, jak się okazuje, nigdy nie było, no i Cieszewskiego, który nam to wszystko relacjonuje w taki sposób, w jaki widzimy. I oni też to, co się tu dzieje, świetnie rozumieją. A ja sobie tylko mogę wyobrazić, jaka tam panuje rozpacz. A jest mi tym łatwiej, że w moim najbliższym otoczeniu są osoby, które tu się wręcz wyjątkowo nadają, jako przedmiot obserwacji. Jest mi bardzo przykro, że muszę to powiedzieć, ale faktem jest, że oni są w nastroju, który prowadzi prostu w rejony, w jakich ostatecznie stracił zmysły człowiek nazwiskiem Cyba. Ja ich obserwuję na co dzień i widzę bardzo wyraźnie, co się tam w tych ich biednych głowach dzieje.
A tu jeszcze dochodzi owa, wciąż podsycana przez media, a w konsekwencji przez nich samych, niepewność, która sprawia, że oni stale trwają niemal jakby zawieszeni na krawędzi. TVN informuje, że wprawdzie wszystkie sondaże wskazują na to, że PiS wygrywa, jednak, najbardziej wiarygodny CBOS wciąż trzyma poziom, a więc można spokojnie iść spać. Człowiek jednak budzi się rano i okazuje się, że ten sam CBOS już podaje, że PiS ma 5 punktów przewagi. Cieszewski wygłasza referat, z którego wynika, że smoleńska brzoza to od początku do końca fikcja. I oto nagle okazuje się, że jednak Cieszewski przyznał się do pomyłki, a więc jest dobrze. Za chwilę jednak pokazuje się informacja, że o żadnej pomyłce mowy być nie może, i oto skądś dochodzi wiadomość, że Kaczyński od Cieszewskiego się odciął, natychmiast jednak wyparta przez kolejną, że jednak się nie odciął. A przy tym wszystkim, świat ani drgnie. Oni wpatrują się w to, co przed nimi, i widzą wciąż ten sam obraz: Jarosław Kaczyński stoi na jednej nodze, gotowy to tego, by przejąć władzę. I na to już nie widać sposobu. I za chwilę znów wiadomość dobra… Wipler się upił. No i dobrze. To już po Kaczyńskim.
I to jest świat, w jakim oni dziś żyją. Przepraszam bardzo, ale to nie jest śmieszne, bo dalej są już tylko ludzie z pistoletami.
I w tym wszystkim, jak najbardziej, znajdują się tacy nieszczęśnicy jak ów Kazimierz Wóycicki, o którym nadal nie mam pojęcia, kto zacz. I wiedzieć nie chcę. Jedno jednak wiem, i tę wiedzę będą póki co kultywował. Na niego, tak jak na całą resztę tego szczególnego towarzystwa, muszę mieć oko. Bo ja naprawdę nie mogę mieć pewności, czy on nie czyta tego tu tekstu. A jeśli czyta, to dalej jest już wszystko możliwe. Tu nawet niebo nie stanowi granicy.

Proszę o wspieranie tego bloga. To jest dla nas wciąż jedyna droga. Dziękuję.

wtorek, 29 października 2013

Niech żyje intuicja, czyli jak się nie dać zbałamucić


Umarł piosenkarz Lou Reed, a ja, widząc, jak wokół tego odejścia robi się atmosfera wręcz nie do zniesienia fałszu, pomyślałem sobie, że właściwie szkoda, że ani jemu, ani zespołowi Velvet Underground w mojej książce o rock and rollu nie poświęciłem ani jednego słowa, bo tu by się naprawdę przydało parę słów prawdy, no i w Salonie24 zamieściłem specjalny na tę okoliczność tekst. Jednocześnie jednak, uznając za stosowne wyjaśnić, jak to się stało, że owa, co by nie powiedzieć, ikona rock and rolla nie trafiła do książki, jak by nie było, o rock and rollu, napisałem, że ja zwyczajnie o Reedzie i całej reszcie tej warholowskiej zbieraniny zapomniałem. Na to przyszedł nieznany mi komentator i napisał, że skoro ja traktuję zespół Velvet Underground z pogardą, nie zasługuję nawet na splunięcie i oddalił się z godnością.
A ja uważam, że to jest fantastyczny wręcz argument za tym, żeby moja książka w ogóle powstała. Dlaczego? Z tej mianowicie prostej przyczyny, że ona w – mam wielką nadzieję – bardzo bezpośredni i stanowczy sposób pokazuje, jak bardzo szkodliwe jest uleganie propagandzie. Propagandzie każdej i jakiejkolwiek. Cały plan, jaki stał na początku powstania wspomnianej książki opierał się właśnie na tym, by zwrócić uwagę tym z nas, którzy mają wciąż jeszcze szczere intencje i są wciąż jeszcze otwarci na argumenty, że nic nie jest tak ważne, jak nasza wrażliwość i intuicja, i że powinniśmy zarówno jedno jak i drugie szanować i chronić. Przynajmniej wtedy, gdy utrzymujemy, że muzyka jest dla nas czymś bardzo ważnym. Przynajmniej wtedy.
Zespół Velvet Underground od samego początku stanowił zaledwie artystyczny projekt Andy’ego Warhola, i, choć wiem, że wśród nas są tacy, co uważają, że sztuka tego akurat artysty to syf i oszustwo, osobiście twierdzę, że to co on robił jako malarz i grafik, bez porównania przewyższało wszystko, co kiedykolwiek za jego inspiracją zrobił Lou Reed, John Cale i cała ta reszta narkomanów. Velvet Underground to cztery płyty, dwie piosenki i Nico, która akurat była tak od nich inna i tak bardziej od każdego z nich samodzielna i utalentowana, że możemy ją traktować, jako wartość osobną. Gdyby nie Nico, tam nawet nie byłoby o czym gadać.
A mimo to, zespół Velvet Underground to w pewnych środowiskach przedmiot kultu, a Lou Reed to ktoś niemal pretendujący do roli głównego czarodzieja. Cztery płyty, wydane jeszcze w latach 60-tych, dwie piosenki, cała kupa bardziej lub mniej prawdziwych historii o tym, jak to oni wszyscy po kolei umierali od czy to narkotyków, czy jakichś paskudnych chorób związanych w ogóle z uprawianym przez nich stylem życia na pograniczu perwersji i zbrodni, i oto dziś umiera Lou Reed – człowiek, który jedyne co osiągnął na poziomie artystycznym, to ów mit kogoś szczególnego i wyjątkowego, z którym każdy się bardzo liczy, jednak zapytany o konkrety, nie jest w stanie wydusić z siebie jednego sensownego zdania. A kiedy ja piszę, że tam naprawdę nie było nic poza tą warholowska propagandą, zaczynają w moją stronę lecieć pomidory. No bo przecież każdy wie, że Velvet Underground to historia.
W tej tak zwanej „książce o zespołach” wprawdzie Lou Reeda nie ma, ale jest wystarczająco dużo przykładów tego samego typu legend, które przez lata powstały, i jakimś, nie wiadomo jakim, cudem zdołały przekonać wielu do tego, że za nimi stoi jakaś prawda. Jest tam więc rozdział o zespole Metallica, o Guns’N’Roses, o Amy Winehouse, Franku Zappie, i o wielu innych fastfoodowych artystach, w tym nawet o zupełnie najświeższym oszustwie o skali wręcz nieopisanej, a mianowicie niejakim Rodriguezie. Ale też chciałem tam opowiedzieć o tych artystach, którzy odnieśli autentyczny, niewyobrażalny wręcz, a przy tym jak najbardziej zasłużony sukces, a których, właśnie w wyniku głupiej propagandy, owa podobno bardziej inteligentna część opinii publicznej uważa za swój święty obowiązek wyszydzać. Jest więc tu i Justin Bieber, i Kylie Minogue, Miley Cyrus, a nawet Lady Gaga – artyści którym zarówno Lou Reed, jak i jakiś Zappa mogą zwyczajnie, jak to się pięknie mówi, „nagwizdać”.
Nie ma tego w książce, bo sprawa jest bardzo świeża, ale niedawno mieliśmy do czynienia z fantastyczną wręcz demonstracją tego, jak tak naprawdę wyglądają te relacje. Miley Cyrus nagrała nową płytę i postanowiła, że będzie ja promować mocno erotycznie zorientowanymi klipami. Na to odezwała się Sinead O’Connor, skądinąd kiedyś świetna, a dziś skutecznie upadła, piosenkarka i wysłała do Cyrus list, w którym ją upomniała, że to co ona robi jest złe i nieprzyzwoite. Na to Cyrus ją naturalnie zwyczajnie spuściła i tym samym, z wyżyn swojego artystycznego autorytetu, sprawę zamknęła. I tak to właśnie wygląda. Możemy sobie myśleć, co nam przyjdzie do głowy, prawdziwych proporcji jednak nie ukryjemy. A proporcje są takie, że to Miley Cyrus jest gwiazdą i to gwiazdą autentycznie niekwestionowaną – podobnie zresztą jak Justin Bieber, czy ostatnio nawet zespół o nazwie One Direction – i choć nikt nie każe nam ani ich lubić, ani choćby tylko słuchać, pamiętajmy, że nie ma nic gorszego, jak się zagubić we własnych, przez nas samych zresztą zaakceptowanych, mitach.
Tak sobie myślałem o tym wszystkim, kiedy nagle na blogu mojego kolegi Coryllusa pojawił się najpierw temat człowieka nazwiskiem Piesiewicz, a potem od razu za nim przyszedł reżyser Zanussi. Kim jest Zanussi, wiemy wszyscy. To jest człowiek, który nakręcił całą kupę filmów, z których zaledwie dwa, czyli „Życie rodzinne” i „Barwy ochronne” są filmami dobrymi – i to jakimś cudem, bardzo dobrymi – w dodatku człowiek, którego publiczne zachowanie przez ostatnie lata dyskwalifikuje go jako partnera nawet nie do rozmowy, ale do przebywania z nim we wspólnym pomieszczeniu. I oto okazuje się, że ta czarna legenda – inna sprawa, że ciągnąca się za nim jak najbardziej słusznie – skaziła nas do tego stopnia, że nie jesteśmy w stanie ocenić czegoś, co tak naprawdę jest dziecinnie proste i oczywiste. Dlaczego? To jasne. Bo my wiemy to, to i tamto, a skoro już wiemy to, to i tamto, to wiemy też jeszcze coś innego, i nie ma takiej ani ludzkiej, ani boskiej siły, która by nas nagle postawiła na nogi i nam wytłumaczyła, że daliśmy się zagadać własnemu lenistwu.
Daję słowo, że ciekawa bardzo jest ta moja książka o rock and rollu – rock and rollu rozumianym nawet nie jako muzyczny gatunek, ale jako coś, co stanowi szczególny rodzaj prawdy o nas i o naszym życiu. Bardzo bym chciał, żeby każdy z nas, którzy będziemy mieli okazję ją przeczytać, a już zwłaszcza ci z nas, którzy uważają, że potrafią zrozumieć jej cel i sens, potrafili się też przyjrzeć samym sobie, i zastanowić, czy przypadkiem to co tam stoi jak byk, nie jest te skierowane też do nich.

Dziękuję wszystkim, którzy w ostatnich dniach przyszli tu ze szczodrą pomocą, i proszę o nas pamiętać. To wszystko są naczynia połączone. Gdyby ktoś był zainteresowany, odsyłam na stronę naszej księgarni coryllus.pl


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...