sobota, 12 kwietnia 2008

Idą świry, czyli nowa rewolucja kulturalna

W moim poprzednim wpisie o Dodzie i wykształciuchach, poprosiłem salonowiczów o wpisywanie się i dzielenie opinią na temat faktycznych przyczyn lansowania osoby takiej jak Doda przez środowiska opiniotwórcze i, wydawałoby się, z ambicjami.
Reakcja była niezbyt powszechna, co chyba w sumie dobrze świadczy o Salonie24, bo wygląda na to, że nazwa Doda nie powoduje przynajmniej tu jeszcze burzy mózgów, ale otrzymałem kilka interesujących opinii, które dały mi bardzo poważnie do myślenia.
Generalnie koleżanki i koledzy z Salonu twierdzili, że Zanussi bierze się za Dode, bo czuje smród pieniędzy. Podobnie TVN24 i inne telewizje lansują tę przedziwną artystkę, bo wiedzą, że w niej leży część ich sukcesu. Pewnie tak jest. Jednak, podejrzewam, że to nie jest cała odpowiedź.
Katrina przysłała mi link do strony Wprostu, na której pojawiła się informacja o przyznaniu nagrody o nazwie “Świr Roku”. Nagrody otrzymali, między innymi, Kuba Wojewódzki, Szymon Majewski no i właśnie Doda, która, tak na marginesie, konkurs wygrała. Ciekawy w tej informacji był oczywiście zestaw osób wyróżnionych, bo nagle okazało się, że obok postaci kultowych dla współczesnego inteligentna, jak Wojewódzki i Majewski, ważne miejsce w tym rankingu zajmuje właśnie Doda Elektroda.
O wiele istotniejszą rzeczą jednak jest to, że nagroda świra roku (przypominam, że kiedyś, nie tak jeszcze dawno, słowo “świr” było używane wyłącznie w znaczeniu pejoratywnym, jako po prostu “kretyn”) została przedstawiona i automatycznie potraktowana, jako coś w sumie sympatycznego i wesołego. Nagrodzeni nawet przyszli odebrać wyróżnienia osobiście.
KaZet sugeruje, że go martwi sytuacja, w której ktoś tak prymitywny, jak Doda znajduje wsparcie u artysty tak poważnego, jak Zanussi. A ja sobie myślę, że jest jednak inaczej. Jest odwrotnie - to Zanussi został przyjęty przez Dodę. To ona otworzyła mu drzwi do nowych salonów.
Od pewnego czasu bowiem, w Kraju i też na świecie, doszło do kompletnej rewizji tradycyjnego podziału na masy i elity. I wcale nie chodzi o to, że elity się zdemokratyzowały, ani też o to, że masy się zintelektualizowały. Chodzi o to, że, przepraszam za słowo, elity schamiały. Cały dotychczasowy porządek estetyczny stanął najzwyczajniej w świecie na głowie.
TVN24 kiedyś miał być poważną stacją informacyjną, a TVN zwykły miał im na to zarabiać. Gazeta Wyborcza miała być poważną ofertą dla ludzi ambitnych, a te wszystkie peryferyjne magazyny Agory, jak Logo, ją finansować. Teraz TVN24 zaprasza do studia Dodę, programem Prosto z Polski stara się konkurować z Super Expresem, a Kazimiera Szczuka zamist o literaturze mówi rozmawia z pederastami o opowiadaniach, które napisali. Gazeta z kolei jest taką hybrydą dla debili z ambicjami. Duży, ostry tytuł, duże wyraziste zdjęcie i bełkot, którego nikt ani nie rozumie, ani nie ma czasu czytać. I w efekcie stała się pismem, ktorego nie chcą czytać ani idioci, ani ludzie wrażliwi. Do czasu... ale o tym za moment.
Podobnie z tym nieszczęsnym Zanussim. Kiedy Wajda kręcił “Człowieka z marmuru” zachwycił się młodą, piękną, energiczną dziewczyną, świetną aktorką, i obsadził ją w głównej roli. No ale, jak wiemy historia wraca w postaci karykatury, i tak Wajda miał Jandę, a Zanussi Dodę.
Gdyby więc Zanussi wziął tę Dodę i nakręcił jakiś fajny film, gdzie się będą strzelać i gonić, a Doda będzie chodziła w samych majtkach, to ja bym to zrozumiał. Ale on, jak znam życie, nakręci jakiś kolejny knot o umieraniu, albo o poszukiwaniu sensu, a Doda będzie tam stała jak słup i symbolizowała utraconą młodość, albo coś w tym stylu. I tego też nie będą chcieli tego oglądać ani jedni, ani drudzy. Na razie.
Więc tego nie rozumiem. Po cholerę? Dla pieniędzy? Nie sądzę. Ja się obawiam, że ci wszyscy nasi mistrzowie nie dlatego tworzą i lansują ten cały komercyjny chłam, bo myślą, że na tym można zarobić, ale dlatego, że oni po prostu to lubią. Autentycznie lubią. To jest ich świat i ich emocje.
Miecugow na pewno z wielką przyjemnością ogląda program pt. "Sędzia Anna Maria Wesołowska", albo "Taniec z gwiazdami", red. Wroński na sto procent przegląda magazyn CKM albo Logo i zastanawia się wieczorami, co tu sobie kupić, Morozowski z upodobaniem nagrywa z MTV każdy kolejny odcinek programu pt "Jackass", a Zanussi w gruncie rzeczy podziwia Dodę, bo jest młoda, ładna, wyszczekana i zrobiła karierę. Oczywiście nadal woli słuchać Ewę Demarczyk, ale jednocześnie wie, że nowe jest ważniejsze. No i lepsze.
Bo nowe czasy wymagają elastyczności. Kto nie elastyczny, ten do odstrzału. I tak się tworzy nowe społeczeństwo. Społeczeństwo ludzi, których jedyną umiejętnością będzie obsługa komputera, a jedyną rozrywką na poziomie kultury wysokiej oglądanie Dody u Majewskiego.
A kultura niska przestanie istnieć w ogóle.

piątek, 11 kwietnia 2008

Doda u Zanussiego, Zanussi u Olejnik, Olejnik u Dody

Mija absolutnie fantastyczny dzień. Tak fantastyczny, że można pomyśleć, że taki dzień bezwzględnie musi zwiastować nadejście czegoś superważnego. Na pewno ważniejszego niż wizyta w Sejmie pedalskiego małżeństwa, a może nawet ważniejszego, niż kolejna edycja Tańca z gwiazdami.
Więc przede wszystkim okazało się, że w artystycznym życiu Dody Elektrody pojawił się reżyser Zanussi, i młoda para postanowiła uczcić to wydarzenie występując w programie telewizyjnym Moniki Olejnik. Kto nie widział, powinien żałować, bo Doda wyglądała prześlicznie, miała bardzo ładną bluzeczkę i fajowe rękawiczki, a reżyser Zanussi, jak zawsze porażał elokwencją i ogólnym wdziękiem.
ównie fascynująca była sama wymiana zdań: Doda piszczała, że Zanussi jest kochany, Zanussi mruczał, że pani Doda jest świetna; Doda mówiła, że minister Szczygło to śmigło, a pani Olejnik prosiła, żeby nie mówić do niej "Moniczko", bo ona woli "Moniko".
Miało być cielę z trzema głowami, a tu nagle wpadł deser. Sądziłem, że już nic się nie zdarzy, bo przecież, jak na jeden zwykły czwartek, dostaliśmy i tak za wiele, gdy do red. Rymanowskiego przyszli zaproszeni państwo religijni eksperci i opowiedzieli, jak są okropnie zdenerwowani taką to możliwością, że w Gdańsku arcybiskupa Gocłowskiego zastąpi arcybiskup Głódź.
Sprawa była o tyle dziwna, że nie padła sugestia ani na temat komunistycznej przeszłości arcybiskupa, ani o jego skłonnościach pedofilskich, a poza tym dotychczas wydawało się, że papieskimi nominacjami, czy też odwołaniami raczej lubią się niepokoić słuchacze Radia Maryja, a tu wychodzi na to, że zaangażowana część Kościoła obejmuje znacznie szersze spektrum.
Również i tym razem, krótki raport dla tych, którzy z jakiegoś powodu przegapili ów wieczór w TVN24. Wprawdzie nie było transparentów i haseł, do czego przyzwyczaiły nas panie od Ojca Rydzyka, ale za to pojawił się Lech Wałęsa. Były prezydent mówił króciutko i zapowiedział, że obawia się, że Gdańsk może spłynąć ludzkim gniewem. Był też, a jakże, redaktor Szostkiewicz i ogólnie narzekał. Niestety z nim akurat mam kłopot. Otóż nie wiem zbyt dokładnie, na co narzekał, bo od czasu, gdy po wyborze Benedykta, publicznie w telewizji powiedział, że wybrali starca, bo ma być na krótko, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy tylko pan redaktor zaczyna mówić, tracę uwagę i tylko wypatruję z tyłu redaktorskiej czupryny ogonka, no i nie mogę się skupić.
Po nim wystąpił krótko, jak zwykle w nastroju pogrzebowym, red. Gowin, a tuż po nim redaktor Terlikowski zafrasowany wyraził opinię tak pokrętną, że nawet red. Rymanowski nie za bardzo załapał. Jedyny jasny fragment wypowiedzi Terlikowskiego głosił, że wierni mają prawo dyskutować, więc on dyskutuje, ale za moment znów pojawił się Gowin, z klasyczną buzią w ciup, i wyraził żal, że Kościół w Polsce jest tchórzliwy i zniewolony, ale on ma dobrze, bo jest z Krakowa.
Z reporterskiej uczciwości muszę wspomnieć, że był jeszcze poseł Kurski, ale on akurat zaprezentował się bardzo nieciekawie.
W sumie szkoda. Może lepiej było zaprosić posła Jacka do Olejnik, a Dodę z Zanussim przesunąć do dyskusji o Głódziu. Red. Olejnik miała by frajdę tłukąc się intelektualnie z panem posłem, widzowie mieliby satysfakcję patrząc, jak zielony bucik pani redaktor wgniata w ziemię bullteriera z PiS-u , no a my moglibyśmy się dowiedzieć, co o planowanej nominacji arcybiskupa Głodzia myślą znana artystka estradowa i były reżyser. Rymanowski też miałby lepiej, bo i goście zacni i temat piękny, a światło rozumu, postępu i miłości zajaśniałoby takim blaskiem, że starczyłoby może nawet i nadchodzący weekend.
Zacząłem od podejrzeń, że nad Polskę nadciąga coś superinteresującego. Więc mam apel do salonowiczów. Napiszcie, stanie się coś? Czy to tylko TVN24 przeżywa chwilowe intelektualne załamanie? Czyżby redaktorom wymieniono chipy, albo coś w tę stronę?

czwartek, 10 kwietnia 2008

Klikaniem marsz do krainy serdeczności!

Obsesja Platformy dotycząca planu umożliwienia swoim wyborcom głosowania przez Internet doprowadziła do tego, że, jak donosi Rzepa, chłopscy koalicjanci PO wpadli w stan "rozsierdzenia". Obsesja ta musi być szczególnie silna, skoro Waldy Dzikowski i koledzy postanowili aż tak emocjonalnie się obciążać. Rządzi się spokojnie, premier w czasie lunchów załatwia sprawy w Izraelu i w każdym innym zakątku świata, społeczeństwo szczęśliwe, a tu Platforma naraża się na impertynencje ze strony ludzi tak prostych, jak choćby minister Żelichowski. Dziwne.
Akt głosowania, czy to w Polsce, czy gdziekolwiek indziej na świecie, zawsze miał w sobie coś z atmosfery święta. W komunie, ludzie, którzy chodzili do wyborów, najpierw z poczucia obowiązku, albo ze strachu, a w późniejszych latach albo z poczucia obowiązku, albo w ogóle, zawsze czuli, że ta wyborcza niedziela coś jednak poza wrzuceniem kartki oznacza. Bez względu na osobisty stosunek do wyborów, czuło się powszechnie, że dzień jest uroczysty. Po odzyskaniu wolności w roku 1989, tę uroczystość czuło się tym mocniej.
Myślę, że Jarosław Kaczyński dobrze rozumiał ten fenomen, kiedy kilka tygodni temu na pytanie, co zrobić, by ludzie chętniej uczestniczyli w wyborach, odpowiedział, że jest raczej przeciwko specjalnemu zachęcaniu obywateli do wyborczej aktywności, a już szczególnie nie chciałby, żeby obywatel głosował między kliknięciem na youtubie, kliknięciem na stronie typu xxx, a piwkiem.
Gdyby był czujny, powiedziałby, że między kanapką z kurczakiem, a wypadem do lodówki po puszkę coca-coli. Wprawdzie wrażliwość dziennikarzy TVN-u, RMF-u i innych mediów i tak pewnie zostałaby zaatakowana, pewnie przez kolejny tydzień pan prezes byłby i tak gnojony, wyśmiewany i upokarzany, ale może przynajmniej do czytających dotarłby choćby ogólny sens tej wypowiedzi, a nie jego histeriogenna, że się tak wyrażę, zawartość.
Sytuacja jest jednak taka, że dyskusja na temat Internetu, jeśli w ogóle jakaś się toczy, sprowadza się wyłącznie do kretyńskich wypowiedzi ministra Boniego, a poza tym tylko już obrażonych min. Tym samym, nie ma absolutnie szans, żeby nie ryzykując piekła, powiedzieć, że kliknięcie, jako akt głosowania, to pomysł idiotyczny i zupełnie nieodpowiedzialny. Człowiek mówi “kliknięcie”, a w głowach internetowiczów i pochylonych nad nimi medialnych i politycznych autorytetów natychmiast zaczyna się gotować, a na twarzach pojawia się charakterystyczny mars.
Myślę, że specjaliści Platformy od strategii i planowania dobrze tę sytuację znają, a nawet śmiem podejrzewać, że bardzo się starają by nic jej nie zakłócało. Gra jest warta świeczki, kiedy w perspektywie widzimy te setki tysięcy wesołych klikaczy, którzy wiedzą, jaki z tego Donalda wypasiony kolo.
Ostrzegam jednak fantastów z Platformy. Donald może i jest wypasiony, ale wypasiony też jest pan Kononowicz, albo Kuba Wojewódzki. I wypasiony też jest niejaki Pudzian. Wypasionych idoli internetowych zgromadzeń są legiony, a codziennie powstają nowi. Przyjdzie ta niedziela, a może i sobota i może być bardzo ciekawie.
A nie zapominajcie, moi drodzy Państwo, że i Ojciec Rydzyk ma swoje możliwości. Jest ambitny, operatywny i wcale nie samotny. A to się zdziwicie, jak się okaże, że postara się jakoś, żeby i swoim sympatykom wszędzie na świecie zapewnić udział w tej formie głosowania.

wtorek, 8 kwietnia 2008

Zrób to sam, czyli zrób sobie telewidza

Kto choćby tylko niekiedy zagląda do telewizora, kiedy na ekranie bryluje TVN24, na pewno zauważył jak niekiedy, między jednym a drugim programem, realizatorzy pokazują klipy przedstawiające migawki albo z wystąpień polityków, albo z co ciekawszych wydarzeń archiwalnych. Klipy te, jak się domyślam, pokazując, że TVN24 jest stacją obiektywną, wszechstronną, szybką i bardzo interesującą, mają w założeniu zachęcać obecnych i ewentualnych przyszłych widzów programu do stałego korzystania z jej oferty. Od pewnego czasu, w ramach tych właśnie krótkich reklamówek, TVN24 prezentuje fragment konferencji prasowej Aleksandra Szczygły i jedno zdanie wypowiadane przez ministra: “TVN-u Bogu dzięki już nie ma”. Tu też tylko mogę zgadywać, że celem tego zabiegu jest zasugerowanie, że dziennikarze TVN zapewne swoimi szybkimi i niezwykle celnymi pytaniami sprawiali ministrowi Szczygle kłopot, więc, kiedy już sobie poszli, Szczygło mógł nieco odetchnąć. Jakie były faktyczne intencje, nie mam pewności. Tu może należałoby się poprosić któregoś z przedstawicieli tzw. targetu, żeby nam powiedział, jaki był efekt, to i wtedy dowiedzielibyśmy się też, jaki był cel.
Tak się składa, że widziałem tę konferencję, pamiętam to zdanie, a co najważniejsze, pamiętam kontekst całego zdarzenia. Otóż poszło o to, że kiedy Aleksander Szczygło odpowiadał na pytania dziennikarzy, z jakiegoś powodu red. Knapik z TVN24 nieustannie i głośno gadał. Był tak hałaśliwy, że jego buczenie słychać było wyraźnie nawet z tej strony szkła. Minister Szczygło w pewnym momencie poprosił redaktora Knapika, żeby mu nie przeszkadzał, bo nie wypada, a poza tym to go rozprasza. Reakcja była mniej więcej taka, jaką można zaobserwować na lekcjach w gimnazjum, gdy nauczyciel prosi klasę, żeby nie rozmawiali, a dzieci albo gadają jeszcze głośniej, żeby zademonstrować nauczycielowi swoją autonomię, albo gadają równie głośno co wcześniej, bo się zagapili i nie wiedzą, że gadają. Albo ewentualnie gadają dalej, z tym że część zaczyna rechotać, bo jakoś im się zrobiło wesoło. Nie wiem, czy red. Knapik chichotał, faktem jest, że buczenie nie ustało ani na moment. W każdym razie, Aleksander Szczygło już więcej nie interweniował, może dlatego, że nie chciał się awanturować, albo po prostu było mu wstyd. Dopiero po jakimś czasie wypowiedział to zdanie, które tak skrupulatnie obecnie cytują redaktorzy TVN-u.
Nie mam pojęcia, czy osoby, które przygotowywały ten klip wiedzą, jaki był kontekst całej sprawy. Nie wiem, czy nie było po prostu tak, że otrzymali to zdanie z odpowiednim komentarzem i je po prostu wkleili, uznając, że to ciekawe. Czy może też zdarzyło się, że wiedzieli, w czym rzecz, lecz postanowili, że to akurat jest w ogóle nie ważne i uznali, że gra jest warta świeczki? Wydaje się jednak, że zdrowy rozsądek nakazuje sądzić, że doszło do nieuwagi. W końcu, jeśli wiemy, o co chodzi, to cała sprawa raczej kompromituje red. Knapika, a nie Szczygłę. Więc trudno zgadnąć, czym się TVN chce chwalić.Ale, jak mówię, możliwe, że redaktorzy odpowiedzialni mieli jeden cel. Puścić to zdanie i liczyć na to, że potencjalna klientela TVN zakrzyknie: “Ale koleś!”, albo “No nie... oni są genialni”, co oczywiście i tak wychodzi na jedno.
W gruncie rzeczy, nie to jest jednak ważne. Co istotne, to to, że jak wiemy jeszcze z zamierzchłych czasów komunistycznych, główną zasadą manipulacji jest wcześniejsze doprowadzenie ofiary manipulacji do tego, by wiedziała jak najmniej. Jeśli wie mało, to bardzo dobrze. Świetnie jest, jeśli nie wie nic. Natomiast z sytuacją idealną mamy do czynienia wtedy, gdy nasz obywatel jest poinformowany w stu procentach o wszystkim, tyle że przez nas. Wówczas między manipulatorem i osobą manipulowaną dochodzi do tak pełnej symbiozy, że obaj stają się jednym i od tego czasu żywią się wzajemnie, bez żadnej niepotrzebnej interwencji. Takie bardziej nowoczesne perpetuum mobile. Redaktor Miecugow widzi Romana Giertycha i myśli “koń”. W tym momencie dzwoni Waldemar z Włocławka, albo Barbara z Gliwic, mówi “koń” i wszyscy są bardzo zadowoleni. A za rok Sekielski z Morozowskim dostają Telekamerę.

Jakiś czas temu, na tym blogu napisałem tekst wychwalający dziennikarski kunszt Moniki Olejnik. Mówiąc krótko, szło o to, że red. Olejnik potrafiła uzyskać tak pełną symbiozę ze swoimi słuchaczami i widzami, że nie musi już ani wysłuchiwać politycznych wskazówek swoich przełożonych, ani też szczególnie manipulować samą informacją, bo dzięki swojemu talentowi, w każdym momencie kontaktu z odbiorcą zna jego dowolne pragnienie, każdą jego emocję, każdy moment zawodu, każdy uśmiech, każdy skurcz wściekłości, z tej prostej przyczyny, że ten uśmiech i to pragnienie są jednocześnie jej pragnieniem i jej uśmiechem. Monika Olejnik stała się dziennikarzem idealnym, podobnie zresztą jak i większość głównych prezenterów i komentatorów TVN-u. Wszyscy oni posiedli wspólną umiejętność uzyskiwania pełnej jedności z widzem, i w ten sposób, z punktu widzenia oczekiwań nowych, post-politycznych czasów, gdzie rządzą już tylko media i supermarkety, tworzą stację bardziej doskonałą nawet, niż Radio Maryja. Bez porównania doskonalszą.
Ktoś mi powie, że tak nie jest. Że ludzie jednak swoje wiedzą. Nawet jak się od czasu do czasu dadzą nabrać, to i tak zdrowy rozsądek zawsze bierze górę. Może i tak. Może się mylę. Zupełnie niedawno zdarzyło się jednak tak, że obejrzałem sobie w telewizji program Jana Pospieszalskiego, poświęcony częściowo wizycie w naszym Kraju dwóch amerykańskich pederastów. W pewnym momencie zaproszony do studia Szymon Hołownia powiedział coś w tym stylu – cytuję z pamięci: “To pewnie zaraz mi powiesz, że tych homoseksualistów do Polski zaprosiła jakaś telewizja. Co za absurd!” I wtedy prowadzący Pospieszalski wyjaśnił Hołowni, że faktycznie, przyjechali oni i mieszkali w Polsce za pieniądze TVN, co TVN sam wielokrotnie przyznał. Hołownię najpierw zamurowało, a później wyjąkał: “No, tego to nie wiedziałem”.A ja się zastanawiam, czy Hołownia nie wiedział, bo się tym po prostu nie zainteresował, czy może dlatego, że miał inne ważne rzeczy na głowie i nie zdążył, czy może najpierw wiedział, ale później jakoś zapomniał i tak głupio wyszło. Nieważne. Ważne to, że Hołownia nie wiedział czegoś, co powinien był wiedzieć, choćby z racji tego, że pracuje w TVN-ie, no i w ogóle wiedzieć, to, wydawałoby się, jego branża.
I teraz tak. Jeśli profesjonalista Hołownia nie wie, to w jaki sposób mamy wymagać cokolwiek od nieprofesjonalistów? Skąd oni mają wiedzieć, jak to było ze Szczygłą i Knapikiem, i w ogóle z setkami innych rzeczy, skoro najprawdopodobniej Hołownia też tego nie wie? A jak nie wie, to może skorzystajmy z okazji i spytajmy go. Czy zechce nam wyjaśnić? Jak się Panu podoba ten TVN-owski greps ze Szczygłą. Może by Pan nam coś opowiedział na temat celu i efektu.

niedziela, 6 kwietnia 2008

Prostowanie księdza, czyli i oni zostaną lustratorami

Właśnie wybrzmiewa kolejny etap niszczenia arcybiskupa Wielgusa. Znów padły najróżniejsze słowa, a w nich głównie głosy moralnego sprzeciwu i żądania kary dla księdza renegata. Więc i ja chciałbym dorzucić moje trzy grosze.
Jeszcze w czasach studenckich, dawno, dawno temu, za starej zamierzchłej komunistycznej władzy (pozdrowienia dla Azraela), zaproponowano mi współpracę.
Nie byłem ani działaczem Solidarności, ani w ogóle żadnym działaczem, nie walczyłem, nie roznosiłem ulotek, raz strajkowałem. Cichutko nienawidziłem systemu i tyle. Nie byłem na to przygotowany, więc wiedziałem tylko tyle, że odmówię i że w związku z tym stanie się coś złego. I odmówiłem. Oficer zrobił się niemiły, służbowy, powiedział, że mam nikomu o naszej rozmowie nie mówić i won! Poza tym nie stało się nic.
Przez długi czas myślałem o tej mojej przygodzie. Przede wszystkim uderzyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że esbek właściwie ani razu nie wspomniał bezpośrednio o donoszeniu, o szpiegowaniu, o tzw. współpracy. Jedyne konkrety, to parę bardzo interesujących dla studenta w PRL-u ofert i zdanie: “Może by pan tak czasem wpadł, to pogadamy”. A więc zgadzając się, wiele nie ryzykowałem. Zawsze mogłem sobie powiedzieć, że nic złego nie robię. Po prostu wpadam od czasu do czasu do znajomego na kawę i papierosa. A jak esbecja myśli,że coś z tego ma, to ich problem. Ja jestem sprytny.
Druga rzecz to to, że nie stało się, jak już wspomniałem, nic. Nawet nie dostałem w pysk. A więc, odmawiając też nie byłem bohaterem. Oczywiście biorę pod uwagę, że ja akurat mogłem nie być w ogóle dla komunistów wartościowy. Oni na pewno woleli prof. Geremka, księdza Malińskiego, reżysera Piwowskiego, ministra Boniego, może nawet red. Miecugowa (kto może wiedzieć?), a nie kogoś kto jest nikim.
Choć myślę, że to nie do końca tak – oni potrzebowali każdego na każdym tzw. “odcinku”. I właśnie dlatego że byłem nikim i odmówiłem przysługi, co by im szkodziło, żeby mi pokazać, jak się należy prowadzić? Nie należałem do pracowitych i dobrych studentów, każdy egzamin był dla mnie dużym wysiłkiem. Pies z kulawą nogą by się nie zdziwił, gdybym nagle wyleciał z roku. A wówczas, kto by się za mną ujął? Radio Wolna Europa? Proszę nie żartować.
Ale właśnie dlatego, że mam to doświadczenie i wiem, jak łatwo można było się zgodzić i jak łatwo można było odmówić, to dziś, kiedy dokonuje się kolejna porcja linczu na arcybiskupie Wielgusie, nie mam żadnego powodu, żeby go usprawiedliwiać. Pleść bzdury o tym, jak to niejednoznaczne były czasy. Jak to esbecja potrafiła zastraszać. Jak to niebezpiecznie było odmówić. Bo skoro ja mogłem się postawić, to taki ważny ksiądz, jak Stanisław Wielgus, i wielu innych księży, tym bardziej. Esbek mógł bez mrugnięcia powieką kogoś zamordować, jeśli tylko system miał w tym interes i mu pozwolił to zrobić, ale sądzę, że służby nie miały żadnego interesu, żeby korzystać z usług kapusi zmuszonych i przerażonych. Zwłaszcza, że chętnych konformistów w każdym środowisku było na kopy. W tym takich Wielgusów.
Ale również wiem, że nie trzeba było być szczególnym bydlakiem, żeby się zgodzić na współpracę. Bo liczyła się jeśli nie szczera chęć, to jedynie pierwszy krok. Później już nic nie miało takiego znaczenia. I tego też nie mówię, aby bronić Arcybiskupa i innych. Chcę przez to powiedzieć ni mniej ni więcej, tylko to, że różnego rodzaju szubrawców, którzy za najdrobniejszą przysługę gotowi byli sprzedać własną matkę były legiony. Najróżniejszych drobnych kombinatorów, którzy swoją podłość usprawiedliwiali bezczelnym: “To ja nimi kręcę, a nie oni mną”.
I to mnie prowadzi do sedna. Bo w tym, co piszę, w ogóle nie chodzi o to, kto był bohaterem, kogo zmuszono, a kto okazał się kanalią. Chcę jedynie zaprotestować przeciwko sytuacji, w której akurat arcybiskup Stanisław Wielgus i inni księża są dla opinii publicznej pierwszym celem moralnego ataku. Banda sprzedajnych dziennikarzy, których twarze musimy dzień w dzień oglądać na ekranach telewizorów i którzy potrafią całymi godzinami zapluwać się argumentami, dlaczego akurat oni powinni stać ponad lustracją. Gromada zakłamanych polityków, którzy gotowi są żyły z siebie wypruć, byle nie dać się zlustrować. Profesorowie uniwersytetów, którzy na słowo “lustracja” dostają ciężkiej wysypki. Sędziowie, adwokaci, prokuratorzy do specjalnych zadań. Wreszcie sam Trybunał Konstytucyjny, który swoim autorytetem całe to podłe krętactwo tylko autoryzuje.
Wszyscy oni ni stąd ni z owąd ujrzeli księdza - kapusia i postanowili przeprowadzić porządną lustrację. A z nimi razem, wszelkiej maści socjaliści, którzy wręcz nie potrafią zdzierżyć sytuacji, w której polski Kościół jest tak straszliwie niemoralny.
I oto ta banda byłych agentów i tchórzy, w ten czy inny sposób, albo osobiście, albo przez wynajętych pośredników, postanowiła doprowadzić arcybiskupa Wielgusa pod pręgierz historii. A jak już arcybiskupa Wielgusa, to i innych księży. Za współpracę, za pedofilię, za homoseksualizm, za pazerność, za oszustwa, za wyłudzenia. Za wszystko. Księży. Pozostały świat jest pod całkowitą moralną ochroną. Prezydent Clinton palił, ale się nie zaciągał, zdradzał, ale za to grał na saksofonie, no a poza tym, co z tego? Marek Piwowski bezwstydnie donosił, no ale to artysta i na dodatek zdolny. No a poza tym nakręcił wspaniały film o córce marszałka Kerna. Cohn-Bendit, czy jak mu tam, dziś bryluje pod życzliwym okiem pani rektor na salonach Uniwersytetu Warszawskiego. I jeszcze nauczyciele z Uniwersytetu Śląskiego; coś tam było, no ale przecież wiemy, jakie to czasy. A Jaruzelski? Jerzy Urban...
I w tej sytuacji, nagle, na pierwszy plan wychodzą nasi rodzimi katolicy: i autentyczni i koncesjonowani. Zamiast powiedzieć: przepraszam, ale tym razem nie z wami, wychodzą głupkowato przed tłum i, bardzo zatroskani kondycją moralną naszego Kościoła, każą się mi przejmować postawą księży wskazanych przez media i opinię publiczną.
Jakby nie byli w stanie pojąć, o co toczy się gra.

Przyszli Ruskie

W ten weekend przede mną dwie codzienne gazety: Rzeczpospolita i Dziennik. Wyborczej brak, no ale trudno – nikt nie jest doskonały.
W Dzienniku przeczytałem wywiad Mazurka ze Sławomirem Sierakowskim i przez ułamek chwili przyszło mi do głowy, że oto dokonałem epokowego, jak na moje skromne życie, odkrycia: Azrael to Sławomir Sierakowski. Byłem tego tak pewien, że położyłem na szalę mój cały rodzinny autorytet. No a później sprawdziłem w googlu... i wyszło, że się pomyliłem.
Tyle przynajmniej z tego mam, iż wiem że Azrael nie jest nawet Sławkiem Sierakowskim – a to go przesuwa jeszcze bardziej w dół.
Zostawiłem więc i Sierakowskiego i Azraela i przeszedłem do Rzeczpospolitej. I tu jest zdecydowanie ciekawiej. Otóż Igor Janke rozmawia z Michałem Bonim. Jeśli ktoś nie pamięta, to taki dawny polityk wczesnej Solidarności i – jak się okazuje – kapuś. Obecnie – jakże inaczej – u Tuska, no i o Tusku i w ogóle o strachach i nadziejach mowa.
Rozmowa z ministrem Bonim jest tak niezwykła, że zabierając się do jej omówienia czuję autentyczny dreszcz emocji. W to co się dzieje w naszym Kraju jestem emocjonalnie bardzo zaangażowany od czasu, jak zacząłem samodzielnie myśleć i czegoś tak nieprawdopodobnie wieśniackiego (osobiście wolę słowo “ruskiego”, ale ono z kolei nie funkcjonuje w powszechnym idiomie, a szkoda), jak to co mówi Boni, w życiu nie czytałem.
Zaczyna się od omówienia zdjęcia, które Boni kiedyś zobaczył i które nim wstrząsnęło. Otóż na zdjęciu był Jarosław Kaczyński, stojący na terenie Stoczni Gdańskiej “z górnikiem, hutnikiem i kobietą w stroju ludowym”. Ogólnie chodzi o to, że Boni uważa, że to zdjęcie to obciach, bo Kaczyński powinien stać z “dwoma młodymi chłopakami”, którzy w rękach trzymają laptopy. Daję słowo, że nie zmyślam. Boni tak właśnie mówi i mówi beż cienia ironii.
Jestem tym wyznaniem tak poruszony, bo, choć wiem, że po ludziach, którzy tworzą nowy rząd, mogę oczekiwac naprawdę wiele, nigdy bym nie przypuszczał, że na tym poziomie mogę spotkać się z tym typem mentalności.
To jednak niestety nie wszystko. Igor Janke, pod koniec rozmowy, wysłuchawszy futurystycznego bełkotu pana ministra o tym, jak to będzie, gdy wieczne już rządy Donalda Tuska sięgną roku 2020, wraca do fotograficznych kwestii i pyta Boniego (przypominam – ważnego ministra w obecnym rządzie), jakie zdjęcie powinien sobie zrobić premier Tusk właśnie w roku 2020. I tę odpowiedź przytaczam dokładnie. Proszę się trzymać foteli:
“Marzy mi się taki utopijny obrazek. Donald Tusk z ludźmi różnych pokoleń: starszymi od siebie seniorami, rówieśnikami jeszcze czynnymi zawodowo, czy na aktywnej życiowo emeryturze, ze startującymi w życie zawodowe i rodzinne chłopakami i dziewczynami, chętnymi do wychowywania dzieci, oraz dzieciakami w szkole. I nawet nie muszą stać fizycznie koło siebie, bo mogą się widzieć wzajemnie w komputerach w swoich domach i rozmawiać na Skypie”.
Teraz pozwolę sobie na krótką refleksję.
Oto intelektualny i cywilizacyjny wymiar tworu o nazwie Platforma Obywatelska i jej aspiracji przywódczych. Platforma Obywatelska zbrzydzona tymi górnikami, tymi babami w strojach ludowych, tymi koronkami, pisankami, tym całym cywilizacyjnym zadupiem, zgłasza świeżą, ściśle europejską ofertę: dwaj młodzi chłopcy z laptopami.
To jednak zaledwie nasz punkt startowy do wyścigu o wygodne miejsce w nowym wspaniałym świecie. Trzeba skończyć z tym, co nas blokuje. Laptopy w rękę i do przodu marsz! Zadowoleni klienci w pięknym, przestronnym supermarkecie o nazwie Państwo (to nie moje porównanie – to znów Boni – tak, tak - nie żartuję). A na końcu tej drogi czeka nas rok 2020 i wtedy to właśnie, kiedy już dokonamy tego, co jak to pijany proroczym szczęściem określa minister Boni, “skoku cywilizacyjnego” będziemy mogli sobie wszyscy pstryknąć wspólne zdjęcie, jak wszyscy siedzimy przy komputerach i rozmawiamy z Tuskiem na Skypie.
Kiedy powiedziałem o tym, co przeczytałem moim dzieciom, jedyny ślad zainteresowania, jaki odebrałem, to uwaga, że przecież już i teraz każdy ma Skypa. I pozostałem znów sam z moją samotną rozpaczą.
Przez dwa lata rządów PiSu powiedziano na temat Kaczyńskich, Gosiewskiego, Ziobry, kiedyś jeszcze Dorna i wielu, wielu innych PiS-owskich polityków, oficjalnie, półoficjalnie i zupełnie nieoficjalnie, właściwie wszystko, jeśli idzie o tak zwane obrażanie człowieka.
To ja w takim razie dziś, już na koniec, mam jedną małą uwagę.
Proszę Państwa, przecież ten facet to idiota.
I niech teraz Salon robi z tym, co chce.

piątek, 4 kwietnia 2008

Platforma forever?

W dzisiejszej Rzeczpospolitej znakomity artykuł Piotra Goćka zatytułowany "Platforma na wiele lat".
Refleksje zawarte w artykule w sumie niezwykle przygnębiające, i to wcale nie ze względu na polityczną opcję reprezentowaną przez wielu czytelników Rzepy, w tym wypadku pisowsko-konserwatywną, lecz przez po prostu coś, co obiektywnie, z punktu widzenia rozsądnego obserwatora sceny politycznej, stanowi tak zwany "bad news". Gdybym ja na przykład był zwolennikiem Platformy Obywatelskiej, to główna informacja płynąca z artykułu raczej nie zbudziłaby we mnie radosnych uczuć.
Chodzi mianowicie o to, że zdaniem pana Goćka, Platforma Obywatelska przez wiele najbliższych lat może nie mieć jakiejkowlwiek realnej konkurencji na politycznym rynku w Kraju. Liderzy i PR-owcy Platformy bowiem potrafili w sposób idealny trafić w społeczne pragnienie życia w świecie całkowicie zdeidelologizowanym, świecie, który nie wymaga absolutnie jakiejkolwiek refleksji, sporu, czy w ogóle uczestnictwa. Pan Gociek przewiduje, że idąc do wyborów z ofertą tego rodzaju, Platforma najprawdopodobnie będzie wygrywała kolejne wybory, a PSL będzie im w tej drodze dzielnie towarzyszył.
Artykuł w Rzepie jest wart przeczytania w całości, niemniej chciałbym tu przytoczyć kilka fragmentów:
"Brak jasnej tożsamości ideowej PO, brak jednoznacznych deklaracji światopoglądowych, wytykany jej przez krytyków, dla wyborcy był ogromną zaletą. Platforma wygrała wybory nie tylko jako doraźnie skrzyknięta koalicja antykaczystowska, ale także jako piewca bezideowości: nie musisz mieć poglądów, bo poglądy są nieważne, wystarczy, żebyś chciał lepiej żyć. Kto by nie chciał?"
I dalej:
"Ale długie rządy zagwarantuje Tuskowi dbałość o pospolite ruszenie wyborców zachwyconych perspektywą “rozdziału poglądów od państwa”. Rząd Platformy ma być normalny, to znaczy ma nie mieć poglądów. Nie pouczać, tylko administrować. Nie wymagać, tylko zrobić coś (nieważne, że nie wiadomo co), żeby było lepiej.
Tak na naszych oczach rodzi się nowa generacja: pokolenie “świętego spokoju”. Mantra, którą wbito jej do głowy, brzmi tak: “poglądy są niebezpieczne, kto ma poglądy, ten zieje nienawiścią – patrzcie na Jarosława Kaczyńskiego, widzicie, jak kończą ci, którzy mają poglądy? W ramionach ojca Rydzyka!”.

I jeszcze dalej:
"...ale co, jeśli założymy, że większość społeczeństwa rzeczywiście uważa konflikt ideowy, starcie światopoglądowe czy nawet wymianę przeciwstawnych opinii za warcholstwo, a nawet działanie na szkodę Polski? Może kupiło wizję polityki, jaką serwują mu media: chamskiej pyskówki ziejących nienawiścią frustratów, którym “nie wiadomo o co chodzi”? I doszło oczywiście do wniosku, że taką politykę trzeba odrzucić, bo to jakieś ohydztwo, trzeba za to wybrać “normalność”, choćby nikt nie wiedział, co ona dokładnie oznacza".
"Recepta na miłość wyborców jest prosta. Zamiast zmieniać bieg rzeki, trzeba płynąć z jej nurtem. Platforma postanowiła więc zostać partią sondaży. Z ankiet wynika, że mamy wyjść z Iraku? Oczywiście wyjdziemy z Iraku. Z badań czytamy, że większość Polaków chce bojkotu ceremonii otwarcia olimpiady? Tusk zbojkotuje. Połowa chce bezpłatnej służby zdrowia? Obieca się, że nadal będziemy mieć bezpłatną służbę zdrowia. Druga połowa myśli, że prywatna i płatna byłaby lepsza? To się ogłosi, że płatne wizyty u lekarza też nie są wykluczone. Potem zwoła się biały szczyt dla lekarzy, czarny szczyt dla górników, zielony szczyt dla ekologów i w ogóle szczyt wszystkiego dla wszystkich. Premier pokaże, że słucha głosu społeczeństwa i powie, że wszyscy mają rację, ale na razie budżetu państwa nie stać, żeby każdemu tę rację sfinansować. I doda, że jak kiedyś będzie można, to sfinansuje".

I już na koniec:
"Dziś naprzeciwko stoi nie przeciwnik pragnący dyskusji, tylko kwestionujący sam sens tej dyskusji prowadzenia. Nie partner, tylko gumowa ściana, od której ciosy pałek i kule będą się odbijać.
Oto sedno podwójnego nelsona, który Platforma pospołu z PSL założyła polskiej debacie publicznej. Nie jest to wcale taka sensacyjna nowość, przecież u narodzin Platformy leżał bardzo podobny chwyt: nie jesteśmy partią, partie są złe, bo ciągle politykują. Precz z polityką! My jesteśmy obywatelską inicjatywą i dbać będziemy o los obywateli. Dlatego PO konsekwentnie buduje swój wizerunek w kontrze do “partyjnych sporów”, “ideologicznych kłótni”, “politycznego zacietrzewienia”. Dlatego nawet gdy coś zawłaszcza, nazywa to pięknie “odpolitycznieniem”. Platforma chce być ugrupowaniem Wszystkich Rozsądnych Polaków.
A skoro rozsądni ludzie są za tym, żeby było normalnie, to przeciwko nim mogą występować tylko jednostki nierozsądne i nienormalne. Skoro jest za wzrostem i rozwojem, to jej przeciwnicy są za karleniem i uwiądem. Bo kto może być wrogiem miłości? Tylko siewca nienawiści. W ten sposób opozycja zostaje zagoniona do rezerwatu, w którym może najwyżej powoli zdychać".
Prawda, że uderzenie było mocne?
Jak już pisałem, artykuł pana Piotra Goćka robi wrażenie. Niemniej pozwoliłbym sobie tu na wytknięcie jednego, jednak moim zdaniem kluczowego niedopatrzenia.
Pan Gociek sugeruje jednoznacznie, że Platforma odniosła swój sukces przede wszystkim, jako "piewca bezideowości". Uważam, że samo opiewanie tego stanu zidiocenia, który znamy choćby z powieści "Nowy wspaniały świat", by nic nie dało, gdyby za całą operacja jednak nie stała antykaczystowaska histeria. Żeby osiągnąć swój wynik wyborczy, Platforma przede wszsytkim musiała skłonić tych właśnie miłośników ntelektualnej pustki do udziału w wyborach. Musieli im wmówić, że "tearz, albo nigdy"; że "ten jeden raz w życiu trzeba pójść i oddać głos. I to im się udało.
Już kiedyś chyba o tym pisałem, ale powtórzę: Platforma i jej spin doktorzy (albo może ktoś jeszcze inny; ostatnio red. Morozowski twierdził, że to on tak potrafi), mieli do wykonania dwie rzeczy - sprowadzić problem Kaczorów do sfery kultury popularnej, doprowadzić do tego, że o Kaczyńskich będzie się mówiło, jak o Dodzie Elektrodzie, albo o braciach Mroczkach, z tym że wyłącznie szyderczo - a następnie, gdy już jak najwięcej obywateli zanurzy się w tej tzw. informacji, trzeba będzie tylko zachęcić ich do udziału w wyborach.
Jak mówię, i jak wiemy - to im się udało. Na szczęście tylko ten jeden raz. Postpolityka, jak to nazywa pan Piotr Gociek, udziału w wyborach nie bierze. Postpolityka pracuje przez cały tydzień, a w weekend idzie na zakupy - to wszystko. Myślę, że i Platforma to wie. Dlatego tak bardzo chce wprowadzić możliwość głosowania przez Internet. Myślę, że gdyby mogli bez wstydu apelować o takie rozwiązanie, w ktorym obywatele nawet nie muszą klikać, żeby oddać, głos, ale wystarczy splunięcie, albo jedna krótka myśl, też by zaczęli o tym mówić głośno.
Na szczęście, takie rozwiązania, przynajmniej do najbliższych wyborów, nie wchodzą w grę. Później - kto wie? Póki co - nie.
I to jest nadzieja na normalną Polskę. Polskę, gdzie się rozmawia, myśli, spiera, i to spiera ze znajomymi, a nie tylko z ochroniarzem w supermarkecie, że coś pisnęło, a miało nie piszczeć.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...