"I stało się tak. A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre".
środa, 8 kwietnia 2020
Don Paddington: Rekolekcje Wielkopostne 2
Dziś zachęcam do wysłuchania drugiego z kolei kazania rekolekcyjnego Rafała Krakowiaka, duszpasterza poznańskich Pomocników Matki Kościoła, a przy okazji i naszego dobrego księdza. Trochę tu już na ten temat było, ale co żywe słowo, to jednak Słowo.
wtorek, 7 kwietnia 2020
Don Paddington: Rekolekcje Wielkopostne 1
Dziś nie będzie zwyczajowego tekstu, za to zamiast niego
chciałem bardzo wszystkich zachęcić do wsłuchania się w słowa rekolekcji
naszego drogiego księdza Rafała Krakowiaka. Tym razem nie w formie pisemnej,
ale dźwiękowej; jeszcze bez obrazu, ale wszystko przed nami, prawda?
poniedziałek, 6 kwietnia 2020
O kurze i jajkach, czyli żeby już do szkoły
Mam nadzieję, że przynajmniej ci z nas,
którym udało się choć na chwilę przestać się rozglądać za wirusem, który
nieoczekiwanie wyskoczy na nich zza rogu i ich zabije, zwrócili uwagę hejt jaki
spadł na grupkę warszawskich nauczycieli, którzy zgodzili się zamienić klasę
szkolną na telewizyjne studio i tym samym dokonali czegoś na kształt
środowiskowego harakiri. Mam też nadzieję, że przynajmniej części z nas udało
się obejrzeć choć część wspomnianych występów i na tyle dobrze wiedzą, co mam
na myśli mówiąc o harakiri, że nie będę musiał opisywać tego nieszczęścia, z którym
mieliśmy do czynienia. A nadzieja moja związana jest przede wszystkim z tym, że
nie mam najmniejszego zamiaru znęcać się nad tymi biednymi nauczycielami i
dołączać się do szyderstw, których dziś już jest wokół dużo za dużo, ale
zwrócić uwagę na coś, co mogło stać się dziś tematem numer dwa – koronawirus
pozostaje oczywiście niepokonany – niestety jednak zostało skutecznie
przysypane kolejnymi popisami tych, którzy na temat stanu w jakim się znalazła
polska szkoła – a o tym, że nie tylko polska wiem stąd, że miałem do czynienia z
nauczycielami z Francji, Niemiec, Węgier, Hiszpanii i innych miejsc w Europie i
wszystkiego doświadczyłem osobiście – nie mają bladego pojęcia, a co
gorsza, sami się owego pojęcia przez swoje zgnuśnienie skutecznie pozbawili, i
którzy jedyne co dziś wiedzą, to to, że oto PiS przedstawił właśnie publicznie
swoje kadry.
Przyznaję, że sam z przygotowanych przez
TVP lekcji miałem okazję jedynie obejrzeć lekcję języka angielskiego. W dodatku
– ze względu na obawę, że każda kolejna chwila tego czegoś spali mnie ze wstydu
– zaledwie kilka pierwszych jej minut do momentu pojawienia się owej pszczoły.
Natomiast przede wszystkim dotarły do mnie wszystkie ciekawsze relacje ze
wspomnianego wydarzenia, a poza tym mam swoje osobiste doświadczenie, więc co
mam wiedzieć to jak najbardziej wiem. A wiem choćby to, że jeśli poziom
zaprezentowany przez owe telewizyjne nauczycielki w jakikolwiek sposób odbiega
od poziomu, który ja jako nauczyciel od lat siłą rzeczy znam, to tylko w tym
zakresie, że one nie dłubią podczas lekcji w nosie i mają ambicję wymyślić coś
ponad to co jest w podręczniku, w tym wypadku tę nieszczęsną pszczołę. Problem
bowiem polega na tym, że poziom zawodowy – ale i nie tylko ten – prezentowany
przez dzisiejszych nauczycieli jest bliski mułu, a kto wie, czy nie skalistego
dna. Jak mówię, oglądałem tylko fragment lekcji języka angielskiego i ze wstydu
nie byłem w stanie tego doświadczenia dłużej kontynuować, natomiast wiem, że ta
biedna kobieta przynajmniej się starała; ona coś na tę lekcję przygotowała; ona
przez cały ten czas stawała na głowie, by te dzieci, które jej słuchały jakoś
zainteresować. Czy ich czegoś nauczyła? Oczywiście że nie, ale przepraszam
bardzo, czego dziś nasze dzieci uczą się od swoich nauczycieli gdy na świecie
nie szaleje pandemia?
Od kilkunastu lat jestem egzaminatorem
maturalnym i jak dziś pamiętam jak to wszystko dopiero się zaczynało i
musieliśmy zdać egzamin kwalifikacyjny. Dostaliśmy odpowiednie arkusze
maturalne oraz zadanie poprawnego ich ocenienia i proszę sobie wyobrazić, że te
wszystkie nauczycielki – ja tam byłem chyba jedynym mężczyzną – najzwyczajniej
na świecie od siebie odpisywały. Prowadząca egzamin pani wciąż je upominała, by
nie zgapiały – bez efektu. One wciąż, wbrew podstawowemu poczuciu wstydu,
łypała za ramię, by sprawdzić, jak daną kwestię rozwiązała koleżanka, a ta z
kolei odwrotnie. Od tego czasu – jak mówię od kilkunastu już lat – sprawdzam tę
matury, rok w rok mam do czynienia z tymi nauczycielkami, które wówczas uzyskały
stopień egzaminatora i widzę, jak one sobie radzą, no i, co nie najmniej ważne,
co to za ludzie. I w związku z tym wiem wszystko.
Mam troje dzieci, z których każde
przeszło w swoim życiu szkolny – czy też uniwersytecki – kurs języka
angielskiego; mam uczniów, którzy zdają mi relację z tego, co się wyprawia na
lekcjach w ich szkole; mam znajomych nauczycieli, którzy przynoszą mi anegdoty
ze zdarzeń jakich oni z kolei byli świadkami. I wniosek z tego mam jeden: nawet
wykładowcy uniwersyteccy z tytułami doktorskimi mają mniejsze kompetencje niż
ta biedna kobieta od pszczoły, którą TVP wystawiła na pośmiewisko.
(Jeden z moich uczniów – co warto
zauważyć uczeń jednej z najbardziej renomowanych szkół w mieście – poinformował
mnie właśnie, że ich pani od historii notorycznie popełnia błędy, które
regularnie dostrzegają nawet ci mniej zainteresowani tematem uczniowie, tyle że
nie mają odwagi, by jej zwracać na nie uwagę).
Dziś, kiedy przeglądam komentarze w
Internecie, widzę że te nieszczęsne nauczycielki nie mają życia, a co gorsza,
jeszcze nawet telewizja im za tę ich kompromitację nie zapłaciła. To co mnie
jednak najbardziej w tej reakcji porusza, to fakt, że większość z komentujących
nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich dzieci, spędzające całe dnie w
szkole na lekcjach, ale też po lekcjach na tak zwanych „korkach”, są
niezmiennie wystawieni na ten sam rodzaj oszustwa. I to jest coś, co bym
proponował jako temat ogólnopolskiej debaty, a nie jakieś urojone kompromitacje
publicznej telewizji.
Na koniec mam pewne wspomnienie. Otóż swego czasu trafiłem na
matematyczno-fizyczną zagadkę polegającą na tym, by odgadnąć jaką grubość
będzie miała zwykła higieniczna chusteczka złożona pięćdziesiąt razy. Znałem w
życiu kilka nauczycielek matematyki i dwóm z nich zadałem ową zagadkę. Jedna z
nich wzięła do ręki kalkulator i obliczyła, że to będzie odległość od Ziemi do
Słońca, druga natomiast uznała, że odpowiednią odpowiedzią będzie osiem metrów.
To są zaledwie dwa egzemplarze z całej tej sfory, jednak nie mam najmniejszych
wątpliwości, że ja tu akurat miałem wyjątkowe szczęście, bo mogę przynajmniej uznać, że sytuacja jest pół na pół.
niedziela, 5 kwietnia 2020
O Jurku Owsiaku, prezydencie Trumpie i Andrzeju Dudzie
W życiu bym się nie spodziewał, że
w czasie zarazy będę miał choćby chwilową okazję do tego, by się zajmować
Jerzym Owsiakiem, a tu tymczasem okazuje się, że ten cwaniak jest w stanie
skorzystać z każdej możliwej okazji by się publicznie pokazać. Oto, jak się
dowiaduję, nasz Jurek uznał że nie zaszkodzi swoim interesom, jeśli ze swojego
starannie pilnowanego konta wyda jednak część na walkę z koronawirusem, następnie
ogłosił że oto zakupił w Chinach maseczki, oraz rękawiczki dla polskich lekarzy,
a teraz już tylko polski rząd ma to wszystko na swój koszt do Polski
przetransportować i będzie git. I wszystko by się odbyło jak najbardziej gładko
i zgrabnie, gdy nie fakt, że Owsiak zażyczył sobie, by owszem, koszta transportu
pokrył polski rząd, natomiast cały towar ma zostać wysłany na adres jego fundacji,
skąd on, jako Jurek, wszystko z odpowiednim rozgłosem rozdysponuje. Ponieważ
system został zorganizowany tak, że walką z koronawirusem zajmuje się polski
rząd i nie ma praktycznego sposobu, by jakiekolwiek związane z nią akcje były
realizowane poza rządem, dowiedział się Owsiak, że, owszem, on może się
popisywać, i jego udział zostanie odpowiednio uhonorowany, jednak nie ma
formalnej możliwości, by za transport, który idzie na adres fundacji płacił
rząd. I tyle.
Dziś, z tego co obserwuję, odnoszę
wrażenie, że wiele osób uważa, że po raz kolejny Jerzy Owsiak i jego fundacja
próbowali zrobić coś dobrego dla Polski, jednak również po raz kolejny pisowska władza nie pozwoliła Jurkowi dobra czynić. I przypomina mi się owo
wspominane tu już parokrotnie wydarzenie, kiedy to ciężarówki wypełnione pomocą
WOŚP-u dla powodzian stały kilka dni na opłotkach miasta, czekając na
telewizję, a wszystko z tego tylko względu, że Jurek zdecydował, że pomoc ma
znaczenie tylko wtedy, gdy grają trąby. A stąd dochodzę do kolejnej konkluzji,
że cały ten koronawirus – nie zapominając o tym, że moja wnuczka nie może się
bawić na swoim ulubionym placu zabaw i chodzić po swoim ukochanym lesie – to
wyłącznie polityka. Jeśli bowiem którakolwiek ze znanych mi osób się nim tak naprawdę przejmuje, to moja żona
i moja starsza córka, natomiast cała reszta, a już zwłaszcza Owsiak plus cała
banda polityków doskonale wiedzą, że to wszystko stanowi oczywisty humbug i nam
nic do niego.
A skoro już doszliśmy do tego momentu,
to nie pozostaje nam nic innego jak przejść do kwestii wyborów – co ciekawe
zarówno tu jak i za morzem – i powiedzieć to jasno i wyraźnie: w tym całym
szaleństwie chodzi wyłącznie o władzę i jeśli nawet dziś wszyscy się martwimy,
że ludzie cierpią, a niektórzy z nich umierają, to nie wolno nam zapominać, że
oni, podobnie jak i my, którzy tylko drżymy ze strachu, w tym całym
przedsięwzięciu stanowimy zaledwie tak zwane mięso armatnie. Dziś bowiem nie
chodzi wcale o te zamknięte parki, lasy i place zabaw, nie chodzi o tych meneli
przesiadujących na okolicznych ławeczkach, nie chodzi nawet o te skretyniałe dzieci,
które z tych nudów postanowiły się publicznie popisywać swoją rzekomą odwagą,
ale o wybory, które muszą się odbyć w maju, bo każdy inny termin, pomijając
fakt, że on jest realnie nawet nie do ustalenia, sytuację Polskiego Państwa
wyłącznie pogarsza.
I znów, muszę to powtórzyć, chodzi
wyłącznie o majowe wybory. Proszę spojrzeć na Amerykę. Oto ledwie co wczoraj,
czy może dzień wcześniej, szefowa Demokratów w amerykańskim parlamencie
ogłosiła, że wybory korespondencyjne są jedynym warunkiem zachowania
demokracji, a my się zastanawiamy, po cholerę ona się nagle uznała za stosowne
odzywać. Odpowiedź jest prosta: ona już się nie może doczekać jesieni, a więc
czasu gdy notowania Trumpa spadną na tyle nisko, że szansa na odsunięcie go od
władzy stanie się naprawdę realna. Czy tak będzie, dziś nie wiadomo, ale szansa
jest. W Stanach umierają ludzie, koronawirus szaleje, najwidoczniej, póki co,
nie widać szans na pokonanie tej zarazy, a więc jedyne co pozostaje to liczyć
na to, że to nieszczęście jeszcze trochę potrwa i Trump do jesieni politycznie
zdechnie.
Sytuacja w Polsce jest na szczęście dla
nas nieco inna. Opozycja wie, że póki co, w wyniku skutecznej pracy rządu,
poparcie dla władzy rośnie i już za chwilę może się okazać, że po tak zwanej
opozycji nie zostanie nawet wspomnienie. Tu u nas nie ma powodu by na cokolwiek
czekać – wszystko musi zostać załatwione już teraz, a to wszystko z czym mamy
do czynienia i o czym każdego dania słyszymy, to wyłącznie walka o
powstrzymanie Andrzeja Dudy przed wygraniem drugiej kadencji.
W obecnej sytuacji przeprowadzenie
wyborów 10 maja nie jest związane z jakimikolwiek problemami. Niedawna akcja
Jarosława Gowina to wyłącznie dowód na jego kompletne już zidiocenie, 10 maja
natomiast to – o ile oczywiście nasze ulice nie zostaną do tego czasu zasłane
trupami – termin dokładnie tak samo odpowiedni jak każdy inny do
przeprowadzenia skutecznego głosowania. Jeśli, jak wiemy, w niedzielę duże
sklepy są i tak zamknięte, zamiast do sklepu będziemy mogli pójść do lokalu
wyborczego, zrobić tam to co do nas należy i wrócić bezpiecznie do domu.
A zatem, nie dajmy się oszukać.
Wszyscy oczywiście życzymy sobie, żeby ten obłęd się już skończył, a warunkiem
owego końca jest spadek zachorowań, natomiast nie wolno nam zapominać, że w tym
szaleństwie naprawdę jest metoda i aby jej nie przegapić pamiętajmy też, że 10
maja muszą się odbyć wybory i Andrzej Duda musi je wygrać. Od tego momentu
wszystko już pójdzie z górki.
sobota, 4 kwietnia 2020
Gerard Warcok: O dziwnej miłości ludzi do chimer, które ich niszczą
Plan był znów inny, jednak pokazał nam tu mój
odwieczny kumpel, a jednoczesnie znany nam na tym blogu nieco wybitny
psychoterapeuta, Gerard Warcok i zaproponował swoje najnowsze refleksje,
napisane z okazji pandemii, która nas wszystkich właśnie złapała za gardło.
Opublikowałem tu już swego czasu jego absolutnie wyjątkowy tekst zatytułowany „Opór przed zmianą na lepsze, czyli o dziwnej
miłości ludzi do władzy, która ich niszczy” o sprawach, którymi od lat –
niekiedy zupełnie wbrew sobie – żyjemy i to wydarzenie – bo było to wydarzenie
– zawisło w powietrzu. Dziś ten tekst rozrósł się do rozmiarów książki, którą,
na co w pewnym momencie bardzo liczyłem, wyda, choćby na koszt autora, Klinika
Języka, jednak bez szczególnego zainteresowania ze strony wydawcy, a więc
wygląda na to, że on już do końca świata będzie sobie żył sobie na tym blogu i
tylko na tym blogu. Na szczęście Warcok wciąż stoi na obu nogach i stoi mocno,
i zaproponował nam coś odpowiedniego do aktualnej sytuacji, a ja z największa
radością ów tekst tu prezentuję. Jestem pewien, że dokonałem najlepszego
wyboru.
Walka z
pandemią COVID-19 toczy się wewnątrz i na zewnątrz człowieka. Opiekuńczość i
samoleczenie organizmu są szczególnie ważne, ponieważ nie ma skutecznego leku.
Na funkcjonowanie układu immunologicznego wpływ ma psychika, zarówno jej
świadoma, jak i nieświadoma część. Sprawnie
funkcjonujący aparat psychiczny umożliwia identyfikowanie i zwalczanie chorobotwórczych
czynników. Rozchwiana psychika destabilizuje układ obronny i nie jest on w stanie stawiać czoła fizycznym,
biologicznym i psychicznym patogenom. By uniknąć zarażenia, ludzie izolują się
i dezynfekują ciała. Potrzebne jest także
oczyszczanie z psujących umysł emocjonalnych i mentalnych wirusów.
Wspólne dobro oparte jest o jednoczesną dbałość o stronę cielesną i psychiczną.
Epidemia chimer
Ludzie umęczeni i upokarzani trudami dnia codziennego, absurdalnością,
pozoranctwem, niesprawiedliwością, napuszczani jedni na drugich, są w stanie
chronicznego wzburzenia. Funkcje umysłu: percepcja, myślenie, intuicja,
uczucia, wiara, zostają zmącone. Brakuje sił i ochoty, by iść pod prąd
dominującego nurtu. „Fakty prasowe”, „fake newsy”, bałamutna „poprawność”,
„postprawda”, jak promienie X penetrują głębokie warstwy umysłu. Słowa
tracą właściwe znaczenie. Nowomowa, oparta na odwracaniu znaczeń i dezinformacji pustoszy umysły. Negatywnym faktom nadaje się
pozytywne znaczenie. Przyzwoitość mieszana jest z błotem. Łgarstwo stało się chlebem powszednim. Nigdy
wcześniej umysły i ciała ludzi nie były
karmione tak obficie i tak zmodyfikowaną strawą. Prawda, czyli zgodność sądów z
faktycznym stanem rzeczy - podstawa wszystkiego co buduje życiodajność - jest
dobrem deficytowym.
W skameleonizowanym świecie trudno się rozeznać. Za dobrą monetę bierze
się podróbki. Coś, co w rzeczywistości nie istnieje, a jest chciane, nabiera
statusu prawdy. Sztuczność daje obietnicę czegoś wiecznego i jest chroniona. Nic
nie zaowocuje ale i nic nie zwiędnie. Gardzi się życiem, które przemija. W
rozemocjonowanym odurzeniu niektórzy budują relacje ze zmyślonymi
obiektami i obdarzają miłością
dziwne twory - chimery. Upozorowane wiosny
kwitną w głowach. Perfekcyjne jest szermowanie hasłami i gestami, które pięknie wyglądają
lecz z których nie urodzi się jakiekolwiek dobro. Z samego
podniecenia nie powstanie nowe życie.
Niefrasobliwość otwiera ludzi na niebezpieczeństwa. Zdarza się, że pasażerowie
nie reagują na niebezpieczną jazdę prowadzących. Dają się wieźć opilcom,
oszustom, gwałcicielom. Wyborcy dają się wieść szkodzącym im wybrańcom.
Potrafią na swych partnerów i władców wybierać tych, którzy pozorując dobre
zamiary, nienawidzą ich i eliminują. Wspólnie chcą utrzymać oszukańczy, swojski świat. Dochodzi do nieświadomego
samookaleczania. Ożywione truchła są akuszerami cywilizacji śmierci.
Im
większy chaos i rozbicie, tym silniejsza jest podatność na kolonizację przez
pasożyty. Skażone wirusami kłamstwa i pozoranctwa organizmy przechodzą przez
życie jak po tafli lodu. Nie znajdując
oparcia w sobie szukają poręczy. Odejście od naturalnych podwalin życia,
kompensowane jest mnożeniem procedur i formalizmem. Żywotność kostnieje.
Budowniczowie nieznośnego systemu z entuzjazmem witają każdy element, który
może przyczynić się do jego rozerwania. Nieświadomy, w dużym stopniu popyt na
destrukcję, zaspokajany jest przez odurzacze, choroby, „obce ciała” (dla
niektórych są nimi obozowiska romskie, bądź muzułmańscy imigranci). Tłumy
ekscytują się tyrańskimi przywódcami i ideologiami.
Kłamstwo
wraz z perwersyjnymi nowotworami: nowomową, nowomyśleniem,
nowologiką, nowoetyką, nowopotrzebami (płeć kulturowa),
nowopolityką, nowokulturą, nowowychowaniem, nowoniewolnictwem,
nowoteologią, nowomitologią, nowotożsamością, jak
złośliwy rak rozrastają się i dążą do zapanowania nad życiodajnymi
częściami osobowości. Zło stało się „poprawne”. Socjopatyczni włodarze panoszą
się i roznoszą wirusy złoczynienia. Zażyłe kontakty z nosicielami zarodków
destrukcji prowadzą do ich namnażania i epidemii.
Przyzwolenie dla kłamstwa (np. katyńskiego – smoleńskiego, wołyńskiego,
o "polskich obozach koncentracyjnych") rozplenia zło.
Relatywizowanie, utylitaryzowanie i wyszydzanie prawdy niszczy instynkt
samozachowawczy. Jak kamień w wodę przepada pamięć, która jest potrzebna do
dobrych wyborów. Społeczeństwa odzierane z macierzystej tożsamości chaotyzują
się i nie rozpoznają zagrożeń. Rozwija się tragiczna
zdolność wynaturzania funkcji psychologicznych i biologicznych. Króluje
nienormalność.
Wartość normalności
Zainfekowany zezłośliwionymi emocjami układ obronny oszczędza chimery, a zwalcza to
co jest zdrowe. Imperium zła działa przy
odsłoniętej kurtynie oraz w sposób niewidoczny. W minionych wiekach przemoc
ukierunkowana była na ciało, np. wyrywano ludziom bijące serca i ofiarowano je
bogom - władcom. Obecnie, zmanipulowani ludzie „tracą” głowy i serca z miłości
do sił destrukcji. Świat staje się innym światem, nieludzką ziemią. Nie
wykonuje się audytu duszy społeczeństwa, ale na podstawie objawów można wnioskować o zasobach bezduszności. Rodzaj ludzki
wytwarza ogromne napięcia i szuka sposobności do jego rozładowania. Co jakiś
czas dochodzi do paraksyzmów agresji i panicznych lęków.
Ludzie zmęczeni cywilizacją, zwracają się ku naturze. Na łonie przyrody
ładują wewnętrzne akumulatory. Naturalność, będąca w
dzieciach, a także, w większym wciąż stopniu w kobietach niż w mężczyznach,
prawdopodobnie skuteczniej ich chroni
przed biologicznymi i psychicznymi chimerami. Twórczy chaos służy nowemu
porządkowi. Kataklizmy nadchodzą, gdy wygrywa negatywna strona natury. Uaktywniają się niskie instynkty i siły inercji
dążące do rozpadu. Podobnie jak człowiek nie radzi sobie ze swoimi negatywnymi
stronami tak i chrześcijańswo boryka się z różnymi formami „pogaństwa”.
Przed zarazami chroni skóra i jej ekstensje. Od dawien dawna w miastach,
klasztorach i państwach wznoszone są
zaporowe mury. Najpotężniejsze twierdze upadają, gdy nie ma
pragnienia odpierania zła.
Izolacja zewnętrzna skłania do zbliżenia z własnym wnętrzem. Ludzie
zazwyczaj unikają zaglądania do niebezpiecznych i wstydliwych miejsc. W
gettach zamykane są groźne i obrzydliwe „obce ciała”. Wyrzutki z krainy
jasności panoszą się w świecie ciemności. Prawdopodobnie, jak pisał Antoni
Kępiński „w układzie nerwowym nic nie ginie”. Niezmetabolizowane przeżycia istnieją w zmienionych, zakamuflowanych postaciach. Są w
stanie zatruwać i wytrawiać. Mogą działać jak konie trojańskie.
W Hiszpani, w XVI wieku wszyscy muzułmanie pod przymusem przyjęli
chrześcijaństwo. W rzeczywistości Maurowie nie dążyli do zasymilowania się i
przy każdej okazji stawali się wdzięcznym
komitetem powitalnym dla grabieżców i morderców chrześcijan. W konsekwencji ciągłych ataków
terrorystycznych doszło do ich deportacji.
Problem został jedynie przemieszczony. Przenikliwi obserwatorzy pouczali, że
warunkiem skutecznej obrony przed muzułmańskim terrorem jest także konieczność
poprawienia się moralnego. Erazm w 1530r. pisał: „Jeśli pragniemy, by udało nam się wyrwać gardło z tureckiego uścisku,
trzeba nam będzie... wydrzeć z serc naszych chciwość, ambicję, umiłowanie
władania innymi, ducha rozpusty, umiłowanie rozkoszy, oszustwo, gniew,
nienawiść, zazdrość...”.
Izolacja ma pozytywne aspekty. Ograniczenie zewnętrznej stymulacji pozwala na osiągnięcie
wewnętrznej wolności, przemyślenia, twórczość. Ludwig van Bethoven (1770-1827)
stworzył wielkie dzieła, gdy był całkowicie głuchy. Klauzura jak podkreślał Jan
Paweł II służy wewnętrznemu skupieniu się, „dyskusji motywów”, wyciszeniu
umysłu i działań oraz kontemplacji Czterdziestodniowa „kwarantanna” Pana Jezusa
(od łac., włoski: quaranta: czterdzieści) była czasem dawania odporu pokusom
konsumpcjonizmu, władzy i pychy (ŁK 4,1-13). Mieszkańcy Niniwy w danych im 40
dniach, (na jakiś czas) „zawrócili ze złej drogi” i ocaleli (Jon 3,4).
Choroby
mają przyczyny i cel. Pandemia koronawirusa SARS-CoV-2 wywraca globalny
porządek budowany na intensywnych interakcjach ze światem zewnętrznym i braku
granic. W pokusie omnipotencji ziemianie chcą za dużo mieć, wiedzieć, odczuwać.
Sięgając za wysoko upadają. Rajska harmonia i niewinność zostają utracone przez
nieposkromiony apetyt.
Wszystko co istnieje przechodzi w swoje przeciwieństwo, zgodnie z zasadą
enantiodromii opisaną przez Heraklita (540 p.n.e. - 480 p.n.e.). Przekraczanie
wszelkich barier i otwarcie na
destrukcyjne „obce ciała” kompensowane jest całkowitym zablokowaniem.
Beztroska zamienia się w zadręczanie. Zapusty i rozwiązłość przechodzą w post i
abstynencję. Bulimia przeplata się z anoreksją.
Gdy zostaje zburzona iluzja dotychczasowego życia, wszystko wydaje się
szare, nudne, beznadziejne. Maria Orwid
(1930-2009) pisała: „Sama zmiana układu
zastanego, do którego ludzie są przyzwyczajeni i który jest dla nich
codziennością, jest już przeżyciem traumatycznym, gdyż wymaga przystosowania
się do czegoś zupełnie nowego, wykreowania nowego stylu bycia, sposobu
myślenia, wychowania dzieci, zarabiania pieniędzy, a nawet nowego systemu
wartości i odmiennego formułowania życiowych celów”. Najbardziej gwałtowne
emocje i działania mają miejsce w okresie przemian. Kronikarz Jean de Venette w
XIV wieku pisał: „Kiedy epidemia, morowe
powietrze i zgony ustały, mężczyźni i kobiety, którzy uszli cało, pobierali się
bez żadnego umiaru (...). Niestety! Z
tego odnowienia świata swiat nie wyszedł poprawiony. Bowiem ludzie byli potem
jeszcze bardziej chciwi i skapi, bo pragnęli posiadać znacznie więcej niż
przedtem..., tracili spoczynek na spory, podstepy, waśnie i procesy”.
Ciężkie przeżycia i moralizatorskie apele okazują się niewystarczające
do przeprowadzenia wewnętrznych przemian.
Pojedyńcze osoby i narody bohatersko znoszą najtrudniejsze sytuacje.
Gorzej jest z wejściem na drogę psychicznego rozwoju. Potrzebna jest głęboka
psychoterapia.Wielu nieświadomie, bądź świadomie, jawnie czy skrycie sprzyja
siłom destrukcji powtarzając zgubne błędy. Od stuleci, tragiczne skutki
przynosi nam oczekiwanie na pomoc sojuszników w walce z wrogiem.
Przedstawiciele insurekcyjnego rządu polskiego w 1794r. zwracali się z gorzkimi wyrzutami do Francji:
„Cały plan insurekcji oparty był na nadziei,
że przyczyniając się do waszych powodzeń, możemy liczyć na rzeczywistą pomoc
jako zwycięzcy. Powstając, nie byli
Polacy ani tak lekkomyślni, ani tak nieprzezorni, aby mniemać, że zdołają się
utrzymać własną swoją mocą... Łudziliśmy się, że Rzeczpospolita Francuska
udzieli nam skutecznej pomocy... Oszukaliśmy się w tych rachubach...”.
Urazy powtarzają się... Podobnie jak krzyk noworodka sprowadza matkę do rzeczywistości, tak
dopiero ostry ból budzi ludzi. Aliści tylko na krótko. Wygrywa cynizm bądź
rozpacz. Męczeni mogą stać się umęczonymi i męczennikami. Człowiek pragnie spokoju, a w końcu
„świętego spokoju”. Zdrowe pragnienia aktywności i bierności przepoczwarzają
się pokusę wznoszenia Wieży Babel, bądź w „totalny luz”, bezwolność, gotowość do
rozkładu.
Przesłanie Pana Cogito
Zbigniewa Herberta:
„...Ocalałeś nie po
to by żyć
masz mało czasu
trzeba dać świadectwo
bądź odważny gdy
rozum zawodzi...
...strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne...”
Gerard Warcok
psycholog kliniczny
psychoterapeuta
Ośrodek Psychoterapii
Tychy
www.psychoterapia.iaw.pl
piątek, 3 kwietnia 2020
Czy to się nie dzieje naprawdę?
Postanowiłem nie czekać dłużej i już dziś wrzucić swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Mam tylko nadzieję, że wciąż jeszcze w miarę aktualny.
Nie wiem, czy to wrażenie jest
poprawne, jednak nic na to nie poradzę, że im dłużej trwa ta zaraza i im
bardziej nawet ja, ktoś dotychczas nadzwyczaj spokojny, zaczynam się tym
wszystkim denerwować, tym częściej też ogrania mnie podejrzenie, że panika,
jakiej w ostatnim czasie uległ niemal cały świat, jest częścią projektu,
którego ani natury, ani tym bardziej autorów nie znamy. A po raz pierwszy spadły na mnie owe
podejrzenia, kiedy siedzieliśmy tu sobie spokojnie, żona moja studiowała kolejne
liczby dotyczące nowych infekcji, a kiedy w końcu ze smutkiem oznajmiła, że w
Niemczech zachorowało już ponad 60 tysięcy osób, nasza córka z jeszcze większym
smutkiem odpowiedziała: „A 80 milionów wciąż ma się bardzo dobrze”. Bo,
pomijając wszelkie emocje – niezależnie od tego, czy nazwiemy je zdrowymi, czy
nie – związane z tym, że akurat padło na
Niemców, sytuacja gdy nagle uświadomimy sobie faktyczną skalę owego zjawiska,
które rzuciło cały świat na kolana i odebrało mu głos, nie może nie dać do
myślenia.
A skoro już zaczniemy myśleć, to pewnie zauważymy
kolejne elementy tego co nas otoczyło. Oto, proszę sobie wyobrazić, że znajomy
lekarz, pełniący służbę w jednym z polskich szpitali poinformował mnie, że zgodnie
z wytycznymi Ministerstwa Zdrowia jedna z dwóch tamtejszych jednostek została
przekształcona w szpital zakaźny i skierowana do obsługi osób zarażonych
koronawirusem. Podczas gdy zatem w drugim szpitalu ruch odbywa się jak
dotychczas, w szpitalu gdzie pracuje znajomy panują kompletne pustki, związane
bezpośrednio z faktem, że jak dotychczas lokalnie akurat nie zanotowano ani
jednego przypadku zakażenia. A zatem ów szpital, z całą obsługą i wszelkim
niezbędnym sprzętem, pozostaje w pełnym pogotowiu, czekając dzień i noc na
pierwszego pacjenta, a wokół głucha cisza. Gdybyśmy jednak zajrzeli na Izbę Przyjęć,
zobaczylibyśmy, że tam przez te same kolejne dni i noce, trwa prawdziwe piekło.
Tłoczące się po kątach tłumy pacjentów czekają aż ktoś się nimi zajmie i
przekaże im dobre lub złe wieści. Ktoś się zapyta, skąd oni się tam w ogóle
wzięli. Otóż są to ci wszyscy ludzie, którym w tych szczególnych dniach
przyszło dostać gorączki, kaszlu, czy niekiedy zaledwie kataru i zamiast wziąć
aspirynę, czy odpowiednio mocną dawkę witaminy C i położyć się do łóżka, z
polecenia lekarza pierwszego kontaktu stawili się na owej izbie przyjęć, a to tylko
po to, by się dowiedzieć, że mają wracać do domu i zwyczajnie, jak tyle razy
wcześniej, zdrowieć.
I tak się ów koronawirus kręci tu i
ówdzie, a jeśli ktoś mnie w tej chwili zapyta, czy ja chcę powiedzieć, że...,
to słowami Rusha Limbaugh bardzo go poproszę, by mi nie przypisywał tego, czego
nie powiedziałem. Ja mówię dokładnie to co chcę powiedzieć i uwielbiam słuchać tego
co mówię, ponieważ mam rację. A ja uwielbiam mieć rację.
czwartek, 2 kwietnia 2020
Peggy Noonan: Raising A Gentleman Son
Trafiłem
niedawno na tekst znanej nam tu troszeczkę Peggy Noonan i tak mi się on
spodobał, że, postanowiłem go specjalnie dla czytelników tego bloga
przetłumaczyć. Myślę, że szczególnie dziś, gdy czasem człowiek ma ochotę
pieprznąć tym wszystkim i zanurzyć się w muzyce – czy co tam kogo cieszy – i
próbować przeczekać jakoś ten trudny czas, może być przyjemnie poczytać sobie
tekst taki jak ten. Na pewno bardziej się to opłaci, niż choćby pieklenie się
apelem skierowanym przez pewną feministkę, niejaką Staśko, do innych feministek, by wpłacały pieniądze
na fundację dla ratowania zawodowych kurew, które przez tę zarazę, pozostały
bez środków do życia. A więc zapraszam.
Postanowiłam
ostatnio podjąć wielkie wyzwanie i nauczyć mojego syna bycia dżentelmenem – nadzwyczaj
ciężkie zadanie w dzisiejszym świecie. Zaczęłam od przedstawienia definicji.
Dżentelmen, powiedziałam swojemu dziecku, to przede wszystkim człowiek
uprzejmy. W tym momencie jego oczy przybrały przeszyty desperacją kształt – ma
dopiero 10 lat i bycie uprzejmym nie stoi zbyt wysoko w jego hierarchii
wartości – a więc poinformowałam go, że bycie uprzejmym wymaga prawdziwej
odwagi. Ponieważ w tym momencie zaczął węszyć podstęp, zmieniłam taktykę. W
Anglii, powiedziałam, powszechnie się uważa, że dżentelmen nigdy nie obrazi
nikogo przez nieuwagę. I w tym momencie temat nabrał barw, gdyż mój syn zaczął
się zastanawiać nad sposobami obrażenia kogoś jak najbardziej celowo.
I on i ja,
przez minione lata, omówiliśmy sobie kwestię podstawowej grzeczności. (Jak
głoszą sondaże, większość Amerykanów życzyłaby sobie, by stało się to
powszechnym zwyczajem: wedle tych danych, 67 procent mieszkańców Stanów odbiera
dzisiejszych nastolatków jako „nieokrzesanych” i „chamskich”, podczas gdy 61
procent uważa, że młodzież nie wie, czym jest uczciwość i odpowiedzialność, a
szacunek z ich punktu widzenia nie jest niczym co by zasługiwało na poważne
potraktowanie). Syn mój wie na przykład, że o ile oni sobie tego nie zażyczą, nie
wypada zwracać się do dorosłych po imieniu, że odbierając telefon nie mówi się
„Co?”, lecz „Słucham”, że nie przerywa się innym o ile sytuacja nie jest
naprawdę konieczna, a więc gdy mówimy: „Przepraszam, ciociu Patty, ale pali ci
się nos”. Nie należy też zwracać się do osoby, która właśnie kichnęła słowami:
„O! Masz coś lepszego?” Nie wchodzi się też do kościoła w szortach, a podczas
kazania nie należy się drapać w roztargnieniu po pupie, czego akurat byliśmy
świadkami w minioną niedzielę.
To jednak są
zaledwie zakazy, podczas gdy wypadałoby również przedstawić nakazy, które
zwykle jest znacznie trudniej sprzedać. Mówię więc swojemu dziecku: Dżentelmen
stara się zawsze przepuszczać inne osoby; kiedy wpadnie na kogoś w przejściu,
mówi „Przepraszam” i odsuwa się, by druga osoba mogła przejść; zanim porwie
ostatnią puszkę napoju z lodówki, pyta kolegę „Co dla ciebie?”, a jeśli kolega
ma ochotę na ten właśnie napój, częstuje go, nie zaznaczając jednocześnie, jak wielkie
to było dla niego wyrzeczenie. Dżentelmen podróżujący zatłoczonym pociągiem,
wstaje i ustępuje miejsca starszej osobie. Dżentelmen przytrzymuje drzwi
kobiecie. I muszę przyznać, że choć większość owych zaleceń syn mój przyjął z
umiarkowanym niezadowoleniem, w tym ostatnio wypadku fuknął z oburzeniem. „Mamo”, powiedział. „To
jest tak, jakby uznać, że dziewczyny są lepsze. Jesteś zwykłą... feministką!”
Teraz to ja
prychnęłam. „Owszem, jestem feministką w tym sensie, że uważam iż kobiety
powinny być równe wobec prawa oraz że są równe w oczach Boga, poza tym jednak
uważam, że kobiety i mężczyźni, chłopcy i dziewczęta są bardzo różni i często
potrzebują innego traktowania, i myślę, że tak samo uważa każdy, kto ma oczy by
widzieć i uszy by słyszeć”.
Tu jednak
syn mój postawił sprawę jasno. W telewizji, powiedział, kobiety są zawsze
lepsze i mądrzejsze i wszystko się dzieje wedle ich życzenia. W programie Home Improvement, telewizyjna żona Tima
Allena wciąż go ustawia i jest zawsze szefem. Dziewczyny są wciąż puszczane przodem,
a chłopcy zostają z tyłu.
Mówię mu
więc, że faktycznie feministki uważają, że chłopcy nie powinni się kłaniać
kobietom, bo to by mogło sugerować, że kobiety są słabsze, a poza tym one
rzeczywiście nie chcą, by kobiety były damami; one chcą, by ich traktowano jak
osoby, która wołają: „Jestem kobietą, posłuchaj mojego ryku”. Jednak moim
zdaniem, on akurat powinien traktować kobiety ze szczególnym szacunkiem, a jeśli
tak mu zależy, by dokuczać feministkom, to powinien je przepuszczać w drzwiach jak
najczęściej.
Jednak moje
dziecko upiera się, że niezależnie od wszystkiego dziewczyny i tak nie są
prawdziwymi damami. Dziewczyny są twarde i nieustępliwe; są gwiazdami w
drużynach piłki nożnej; to one najpierw cię upiją, a potem wykorzystają;
owszem, mają babskie zainteresowania, ale ogólnie wcale nie są takie słabe, a
więc powinny być traktowane tak jak wszyscy inni.
Ja zdaję
sobie sprawę, że go namawiam do tego, by przestrzegał zasad świata, który już
przeminął. Wolę jednak owe dawne zasady i uważam, że należy je utrzymać. A
jeśli to stoi w sprzeczności z tym co realne, to niech ów realny świat nauczy
się żyć z naszym sprzeciwem.
Mój syn i ja
doszliśmy do porozumienia. Powiedziałam mu, że faktycznie zapomniałam
zaznaczyć, że grzecznie jest też przytrzymać drzwi również drugiemu mężczyźnie.
Na co on: „Super! To już do końca życia będę wchodził ostatni”.
A ja na to:
„Wcale niekoniecznie. Może się zdarzyć, że i ciebie jakiś mężczyzna zaskoczy i
wpuści przed sobą. A jeśli nawet stanie się tak, że już zawsze będziesz
wchodził jako ostatni, w sercu twojej biednej mamy będziesz zawsze na pierwszym
miejscu, a ponadto zostaniesz wysoko postawionym członkiem niewidzialnej, ale bardzo
szanowanej grupy o nazwie Ludzie Grzeczności, gdzie wszyscy, gdziekolwiek się
spotkają, będą się rozpoznawali i pozdrawiali dyskretnym skinięciem głowy”.
I w ten
sposób będę się dalej upierać. Mam bowiem poczucie, że uczenie manier
przypomina nauczanie Wiary. Nie da się zmusić dziecka by uwierzyło, można
jednak nauczyć je odpowiednich rytuałów i dróg wiary, no i pokazać mu, dlaczego
coś jest właściwe i dobre. Podobnie, nie da się zmusić dziecka do przestrzegania
dobrych manier, gdy akurat nie ma cię w pobliżu, możesz jednak nauczyć je,
dlaczego powinno je zachowywać – no i możesz też spróbować sprawić, by ono ów
styl polubiło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Czekając na ruską brzozę
Dziś już niemal 15 lat temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „Józek, czyli Polska w budowie”, o pewnym moim znajomym, tak zwanym fachowc...
-
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, z tego, że ten typ skojarzeń ma się tu trochę jak pięść do nosa, jednak ze skojarzeniami już tak jest, że ...
-
Mając już swoje jako takie doświadczenie, nie mam najmniejszych wątpliwości, że dziś zaledwie garstka z nas pamięta, jak to jeszcze...
-
Miałem już gotowy na dziś tekst, w którym pragnąłem ponownie zachęcić do kupowania mojej książki „Marki, dolary, banany i biustonosz...




