środa, 8 kwietnia 2020

Don Paddington: Rekolekcje Wielkopostne 2

Dziś zachęcam do wysłuchania drugiego z kolei kazania rekolekcyjnego Rafała Krakowiaka, duszpasterza poznańskich Pomocników Matki Kościoła, a przy okazji i naszego dobrego księdza. Trochę tu już na ten temat było, ale co żywe słowo, to jednak Słowo.


wtorek, 7 kwietnia 2020

Don Paddington: Rekolekcje Wielkopostne 1


Dziś nie będzie zwyczajowego tekstu, za to zamiast niego chciałem bardzo wszystkich zachęcić do wsłuchania się w słowa rekolekcji naszego drogiego księdza Rafała Krakowiaka. Tym razem nie w formie pisemnej, ale dźwiękowej; jeszcze bez obrazu, ale wszystko przed nami, prawda?



poniedziałek, 6 kwietnia 2020

O kurze i jajkach, czyli żeby już do szkoły


        Mam nadzieję, że przynajmniej ci z nas, którym udało się choć na chwilę przestać się rozglądać za wirusem, który nieoczekiwanie wyskoczy na nich zza rogu i ich zabije, zwrócili uwagę hejt jaki spadł na grupkę warszawskich nauczycieli, którzy zgodzili się zamienić klasę szkolną na telewizyjne studio i tym samym dokonali czegoś na kształt środowiskowego harakiri. Mam też nadzieję, że przynajmniej części z nas udało się obejrzeć choć część wspomnianych występów i na tyle dobrze wiedzą, co mam na myśli mówiąc o harakiri, że nie będę musiał opisywać tego nieszczęścia, z którym mieliśmy do czynienia. A nadzieja moja związana jest przede wszystkim z tym, że nie mam najmniejszego zamiaru znęcać się nad tymi biednymi nauczycielami i dołączać się do szyderstw, których dziś już jest wokół dużo za dużo, ale zwrócić uwagę na coś, co mogło stać się dziś tematem numer dwa – koronawirus pozostaje oczywiście niepokonany – niestety jednak zostało skutecznie przysypane kolejnymi popisami tych, którzy na temat stanu w jakim się znalazła polska szkoła – a o tym, że nie tylko polska wiem stąd, że miałem do czynienia z nauczycielami z Francji, Niemiec, Węgier, Hiszpanii i innych miejsc w Europie i wszystkiego doświadczyłem osobiście – nie mają bladego pojęcia, a co gorsza, sami się owego pojęcia przez swoje zgnuśnienie skutecznie pozbawili, i którzy jedyne co dziś wiedzą, to to, że oto PiS przedstawił właśnie publicznie swoje kadry.
       Przyznaję, że sam z przygotowanych przez TVP lekcji miałem okazję jedynie obejrzeć lekcję języka angielskiego. W dodatku – ze względu na obawę, że każda kolejna chwila tego czegoś spali mnie ze wstydu – zaledwie kilka pierwszych jej minut do momentu pojawienia się owej pszczoły. Natomiast przede wszystkim dotarły do mnie wszystkie ciekawsze relacje ze wspomnianego wydarzenia, a poza tym mam swoje osobiste doświadczenie, więc co mam wiedzieć to jak najbardziej wiem. A wiem choćby to, że jeśli poziom zaprezentowany przez owe telewizyjne nauczycielki w jakikolwiek sposób odbiega od poziomu, który ja jako nauczyciel od lat siłą rzeczy znam, to tylko w tym zakresie, że one nie dłubią podczas lekcji w nosie i mają ambicję wymyślić coś ponad to co jest w podręczniku, w tym wypadku tę nieszczęsną pszczołę. Problem bowiem polega na tym, że poziom zawodowy – ale i nie tylko ten – prezentowany przez dzisiejszych nauczycieli jest bliski mułu, a kto wie, czy nie skalistego dna. Jak mówię, oglądałem tylko fragment lekcji języka angielskiego i ze wstydu nie byłem w stanie tego doświadczenia dłużej kontynuować, natomiast wiem, że ta biedna kobieta przynajmniej się starała; ona coś na tę lekcję przygotowała; ona przez cały ten czas stawała na głowie, by te dzieci, które jej słuchały jakoś zainteresować. Czy ich czegoś nauczyła? Oczywiście że nie, ale przepraszam bardzo, czego dziś nasze dzieci uczą się od swoich nauczycieli gdy na świecie nie szaleje pandemia?
        Od kilkunastu lat jestem egzaminatorem maturalnym i jak dziś pamiętam jak to wszystko dopiero się zaczynało i musieliśmy zdać egzamin kwalifikacyjny. Dostaliśmy odpowiednie arkusze maturalne oraz zadanie poprawnego ich ocenienia i proszę sobie wyobrazić, że te wszystkie nauczycielki – ja tam byłem chyba jedynym mężczyzną – najzwyczajniej na świecie od siebie odpisywały. Prowadząca egzamin pani wciąż je upominała, by nie zgapiały – bez efektu. One wciąż, wbrew podstawowemu poczuciu wstydu, łypała za ramię, by sprawdzić, jak daną kwestię rozwiązała koleżanka, a ta z kolei odwrotnie. Od tego czasu – jak mówię od kilkunastu już lat – sprawdzam tę matury, rok w rok mam do czynienia z tymi nauczycielkami, które wówczas uzyskały stopień egzaminatora i widzę, jak one sobie radzą, no i, co nie najmniej ważne, co to za ludzie. I w związku z tym wiem wszystko.
        Mam troje dzieci, z których każde przeszło w swoim życiu szkolny – czy też uniwersytecki – kurs języka angielskiego; mam uczniów, którzy zdają mi relację z tego, co się wyprawia na lekcjach w ich szkole; mam znajomych nauczycieli, którzy przynoszą mi anegdoty ze zdarzeń jakich oni z kolei byli świadkami. I wniosek z tego mam jeden: nawet wykładowcy uniwersyteccy z tytułami doktorskimi mają mniejsze kompetencje niż ta biedna kobieta od pszczoły, którą TVP wystawiła na pośmiewisko.
       (Jeden z moich uczniów – co warto zauważyć uczeń jednej z najbardziej renomowanych szkół w mieście – poinformował mnie właśnie, że ich pani od historii notorycznie popełnia błędy, które regularnie dostrzegają nawet ci mniej zainteresowani tematem uczniowie, tyle że nie mają odwagi, by jej zwracać na nie uwagę).
        Dziś, kiedy przeglądam komentarze w Internecie, widzę że te nieszczęsne nauczycielki nie mają życia, a co gorsza, jeszcze nawet telewizja im za tę ich kompromitację nie zapłaciła. To co mnie jednak najbardziej w tej reakcji porusza, to fakt, że większość z komentujących nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich dzieci, spędzające całe dnie w szkole na lekcjach, ale też po lekcjach na tak zwanych „korkach”, są niezmiennie wystawieni na ten sam rodzaj oszustwa. I to jest coś, co bym proponował jako temat ogólnopolskiej debaty, a nie jakieś urojone kompromitacje publicznej telewizji.
        Na koniec mam pewne wspomnienie.  Otóż swego czasu trafiłem na matematyczno-fizyczną zagadkę polegającą na tym, by odgadnąć jaką grubość będzie miała zwykła higieniczna chusteczka złożona pięćdziesiąt razy. Znałem w życiu kilka nauczycielek matematyki i dwóm z nich zadałem ową zagadkę. Jedna z nich wzięła do ręki kalkulator i obliczyła, że to będzie odległość od Ziemi do Słońca, druga natomiast uznała, że odpowiednią odpowiedzią będzie osiem metrów. To są zaledwie dwa egzemplarze z całej tej sfory, jednak nie mam najmniejszych wątpliwości, że ja tu akurat miałem wyjątkowe szczęście, bo mogę przynajmniej uznać, że sytuacja jest pół na pół.




niedziela, 5 kwietnia 2020

O Jurku Owsiaku, prezydencie Trumpie i Andrzeju Dudzie


            W życiu bym się nie spodziewał, że w czasie zarazy będę miał choćby chwilową okazję do tego, by się zajmować Jerzym Owsiakiem, a tu tymczasem okazuje się, że ten cwaniak jest w stanie skorzystać z każdej możliwej okazji by się publicznie pokazać. Oto, jak się dowiaduję, nasz Jurek uznał że nie zaszkodzi swoim interesom, jeśli ze swojego starannie pilnowanego konta wyda jednak część na walkę z koronawirusem, następnie ogłosił że oto zakupił w Chinach maseczki, oraz rękawiczki dla polskich lekarzy, a teraz już tylko polski rząd ma to wszystko na swój koszt do Polski przetransportować i będzie git. I wszystko by się odbyło jak najbardziej gładko i zgrabnie, gdy nie fakt, że Owsiak zażyczył sobie, by owszem, koszta transportu pokrył polski rząd, natomiast cały towar ma zostać wysłany na adres jego fundacji, skąd on, jako Jurek, wszystko z odpowiednim rozgłosem rozdysponuje. Ponieważ system został zorganizowany tak, że walką z koronawirusem zajmuje się polski rząd i nie ma praktycznego sposobu, by jakiekolwiek związane z nią akcje były realizowane poza rządem, dowiedział się Owsiak, że, owszem, on może się popisywać, i jego udział zostanie odpowiednio uhonorowany, jednak nie ma formalnej możliwości, by za transport, który idzie na adres fundacji płacił rząd. I tyle.
        Dziś, z tego co obserwuję, odnoszę wrażenie, że wiele osób uważa, że po raz kolejny Jerzy Owsiak i jego fundacja próbowali zrobić coś dobrego dla Polski, jednak również po raz kolejny pisowska władza nie pozwoliła Jurkowi dobra czynić. I przypomina mi się owo wspominane tu już parokrotnie wydarzenie, kiedy to ciężarówki wypełnione pomocą WOŚP-u dla powodzian stały kilka dni na opłotkach miasta, czekając na telewizję, a wszystko z tego tylko względu, że Jurek zdecydował, że pomoc ma znaczenie tylko wtedy, gdy grają trąby. A stąd dochodzę do kolejnej konkluzji, że cały ten koronawirus – nie zapominając o tym, że moja wnuczka nie może się bawić na swoim ulubionym placu zabaw i chodzić po swoim ukochanym lesie – to wyłącznie polityka. Jeśli bowiem którakolwiek ze znanych mi osób  się nim tak naprawdę przejmuje, to moja żona i moja starsza córka, natomiast cała reszta, a już zwłaszcza Owsiak plus cała banda polityków doskonale wiedzą, że to wszystko stanowi oczywisty humbug i nam nic do niego.
       A skoro już doszliśmy do tego momentu, to nie pozostaje nam nic innego jak przejść do kwestii wyborów – co ciekawe zarówno tu jak i za morzem – i powiedzieć to jasno i wyraźnie: w tym całym szaleństwie chodzi wyłącznie o władzę i jeśli nawet dziś wszyscy się martwimy, że ludzie cierpią, a niektórzy z nich umierają, to nie wolno nam zapominać, że oni, podobnie jak i my, którzy tylko drżymy ze strachu, w tym całym przedsięwzięciu stanowimy zaledwie tak zwane mięso armatnie. Dziś bowiem nie chodzi wcale o te zamknięte parki, lasy i place zabaw, nie chodzi o tych meneli przesiadujących na okolicznych ławeczkach, nie chodzi nawet o te skretyniałe dzieci, które z tych nudów postanowiły się publicznie popisywać swoją rzekomą odwagą, ale o wybory, które muszą się odbyć w maju, bo każdy inny termin, pomijając fakt, że on jest realnie nawet nie do ustalenia, sytuację Polskiego Państwa wyłącznie pogarsza.
       I znów, muszę to powtórzyć, chodzi wyłącznie o majowe wybory. Proszę spojrzeć na Amerykę. Oto ledwie co wczoraj, czy może dzień wcześniej, szefowa Demokratów w amerykańskim parlamencie ogłosiła, że wybory korespondencyjne są jedynym warunkiem zachowania demokracji, a my się zastanawiamy, po cholerę ona się nagle uznała za stosowne odzywać. Odpowiedź jest prosta: ona już się nie może doczekać jesieni, a więc czasu gdy notowania Trumpa spadną na tyle nisko, że szansa na odsunięcie go od władzy stanie się naprawdę realna. Czy tak będzie, dziś nie wiadomo, ale szansa jest. W Stanach umierają ludzie, koronawirus szaleje, najwidoczniej, póki co, nie widać szans na pokonanie tej zarazy, a więc jedyne co pozostaje to liczyć na to, że to nieszczęście jeszcze trochę potrwa i Trump do jesieni politycznie zdechnie.
      Sytuacja w Polsce jest na szczęście dla nas nieco inna. Opozycja wie, że póki co, w wyniku skutecznej pracy rządu, poparcie dla władzy rośnie i już za chwilę może się okazać, że po tak zwanej opozycji nie zostanie nawet wspomnienie. Tu u nas nie ma powodu by na cokolwiek czekać – wszystko musi zostać załatwione już teraz, a to wszystko z czym mamy do czynienia i o czym każdego dania słyszymy, to wyłącznie walka o powstrzymanie Andrzeja Dudy przed wygraniem drugiej kadencji.
        W obecnej sytuacji przeprowadzenie wyborów 10 maja nie jest związane z jakimikolwiek problemami. Niedawna akcja Jarosława Gowina to wyłącznie dowód na jego kompletne już zidiocenie, 10 maja natomiast to – o ile oczywiście nasze ulice nie zostaną do tego czasu zasłane trupami – termin dokładnie tak samo odpowiedni jak każdy inny do przeprowadzenia skutecznego głosowania. Jeśli, jak wiemy, w niedzielę duże sklepy są i tak zamknięte, zamiast do sklepu będziemy mogli pójść do lokalu wyborczego, zrobić tam to co do nas należy i wrócić bezpiecznie do domu.
         A zatem, nie dajmy się oszukać. Wszyscy oczywiście życzymy sobie, żeby ten obłęd się już skończył, a warunkiem owego końca jest spadek zachorowań, natomiast nie wolno nam zapominać, że w tym szaleństwie naprawdę jest metoda i aby jej nie przegapić pamiętajmy też, że 10 maja muszą się odbyć wybory i Andrzej Duda musi je wygrać. Od tego momentu wszystko już pójdzie z górki.
      


sobota, 4 kwietnia 2020

Gerard Warcok: O dziwnej miłości ludzi do chimer, które ich niszczą


Plan był znów inny, jednak pokazał nam tu mój odwieczny kumpel, a jednoczesnie znany nam na tym blogu nieco wybitny psychoterapeuta, Gerard Warcok i zaproponował swoje najnowsze refleksje, napisane z okazji pandemii, która nas wszystkich właśnie złapała za gardło. Opublikowałem tu już swego czasu jego absolutnie wyjątkowy tekst zatytułowany „Opór przed zmianą na lepsze, czyli o dziwnej miłości ludzi do władzy, która ich niszczy” o sprawach, którymi od lat – niekiedy zupełnie wbrew sobie – żyjemy i to wydarzenie – bo było to wydarzenie – zawisło w powietrzu. Dziś ten tekst rozrósł się do rozmiarów książki, którą, na co w pewnym momencie bardzo liczyłem, wyda, choćby na koszt autora, Klinika Języka, jednak bez szczególnego zainteresowania ze strony wydawcy, a więc wygląda na to, że on już do końca świata będzie sobie żył sobie na tym blogu i tylko na tym blogu. Na szczęście Warcok wciąż stoi na obu nogach i stoi mocno, i zaproponował nam coś odpowiedniego do aktualnej sytuacji, a ja z największa radością ów tekst tu prezentuję. Jestem pewien, że dokonałem najlepszego wyboru.  



       Walka z pandemią COVID-19 toczy się wewnątrz i na zewnątrz człowieka. Opiekuńczość i samoleczenie organizmu są szczególnie ważne, ponieważ nie ma skutecznego leku. Na funkcjonowanie układu immunologicznego wpływ ma psychika, zarówno jej świadoma, jak i nieświadoma część. Sprawnie funkcjonujący aparat psychiczny umożliwia identyfikowanie i zwalczanie chorobotwórczych czynników. Rozchwiana psychika destabilizuje układ obronny i  nie jest on w stanie stawiać czoła fizycznym, biologicznym i psychicznym patogenom. By uniknąć zarażenia, ludzie izolują się i dezynfekują ciała. Potrzebne jest także  oczyszczanie z psujących umysł emocjonalnych i mentalnych wirusów. Wspólne dobro oparte jest o jednoczesną dbałość o stronę cielesną i psychiczną.


Epidemia chimer

      Ludzie umęczeni i upokarzani trudami dnia codziennego, absurdalnością, pozoranctwem, niesprawiedliwością, napuszczani jedni na drugich, są w stanie chronicznego wzburzenia. Funkcje umysłu: percepcja, myślenie, intuicja, uczucia, wiara, zostają zmącone. Brakuje sił i ochoty, by iść pod prąd dominującego nurtu. „Fakty prasowe”, „fake newsy”, bałamutna „poprawność”, „postprawda”, jak promienie X penetrują głębokie warstwy umysłu. Słowa tracą właściwe znaczenie. Nowomowa, oparta na odwracaniu znaczeń i dezinformacji pustoszy umysły. Negatywnym faktom nadaje się pozytywne znaczenie. Przyzwoitość mieszana jest z błotem. Łgarstwo  stało się chlebem powszednim. Nigdy wcześniej  umysły i ciała ludzi nie były karmione tak obficie i tak zmodyfikowaną strawą. Prawda, czyli zgodność sądów z faktycznym stanem rzeczy - podstawa wszystkiego co buduje życiodajność - jest dobrem deficytowym.
      W skameleonizowanym świecie trudno się rozeznać. Za dobrą monetę bierze się podróbki. Coś, co w rzeczywistości nie istnieje, a jest chciane, nabiera statusu prawdy. Sztuczność daje obietnicę czegoś wiecznego i jest chroniona. Nic nie zaowocuje ale i nic nie zwiędnie. Gardzi się życiem, które przemija. W rozemocjonowanym odurzeniu niektórzy budują relacje ze zmyślonymi obiektami  i obdarzają miłością dziwne twory -  chimery. Upozorowane wiosny kwitną w głowach.  Perfekcyjne jest szermowanie  hasłami i gestami, które pięknie wyglądają lecz z których nie urodzi się jakiekolwiek dobro. Z samego podniecenia  nie powstanie nowe życie. Niefrasobliwość otwiera ludzi na niebezpieczeństwa. Zdarza się, że pasażerowie nie reagują na niebezpieczną jazdę prowadzących. Dają się wieźć opilcom, oszustom, gwałcicielom. Wyborcy dają się wieść szkodzącym im wybrańcom. Potrafią na swych partnerów i władców wybierać tych, którzy pozorując dobre zamiary, nienawidzą ich i eliminują. Wspólnie chcą utrzymać  oszukańczy, swojski  świat. Dochodzi do nieświadomego samookaleczania. Ożywione truchła są akuszerami cywilizacji śmierci.
      Im większy chaos i rozbicie, tym silniejsza jest podatność na kolonizację przez pasożyty. Skażone wirusami kłamstwa i pozoranctwa organizmy przechodzą przez życie jak po  tafli lodu. Nie znajdując oparcia w sobie szukają poręczy. Odejście od naturalnych podwalin życia, kompensowane jest mnożeniem procedur i formalizmem. Żywotność kostnieje. Budowniczowie nieznośnego systemu z entuzjazmem witają każdy element, który może przyczynić się do jego rozerwania. Nieświadomy, w dużym stopniu popyt na destrukcję, zaspokajany jest przez odurzacze, choroby, „obce ciała” (dla niektórych są nimi obozowiska romskie, bądź muzułmańscy imigranci). Tłumy ekscytują się tyrańskimi przywódcami i ideologiami.
      Kłamstwo wraz z perwersyjnymi nowotworami: nowomową, nowomyśleniem, nowologiką, nowoetyką, nowopotrzebami (płeć kulturowa), nowopolityką, nowokulturą, nowowychowaniem, nowoniewolnictwem, nowoteologią, nowomitologią, nowotożsamością, jak złośliwy rak rozrastają się i dążą do zapanowania nad życiodajnymi częściami osobowości. Zło stało się „poprawne”. Socjopatyczni włodarze panoszą się i roznoszą wirusy złoczynienia. Zażyłe kontakty z nosicielami zarodków destrukcji prowadzą do ich namnażania i epidemii.
      Przyzwolenie dla kłamstwa (np. katyńskiego – smoleńskiego, wołyńskiego, o "polskich obozach koncentracyjnych") rozplenia zło. Relatywizowanie, utylitaryzowanie i wyszydzanie prawdy niszczy instynkt samozachowawczy. Jak kamień w wodę przepada pamięć, która jest potrzebna do dobrych wyborów. Społeczeństwa odzierane z macierzystej tożsamości chaotyzują się i nie rozpoznają  zagrożeń. Rozwija się tragiczna zdolność wynaturzania funkcji psychologicznych i biologicznych. Króluje nienormalność.


Wartość normalności

      Zainfekowany zezłośliwionymi emocjami układ obronny oszczędza chimery, a zwalcza to co jest zdrowe. Imperium zła działa przy odsłoniętej kurtynie oraz w sposób niewidoczny. W minionych wiekach przemoc ukierunkowana była na ciało, np. wyrywano ludziom bijące serca i ofiarowano je bogom - władcom. Obecnie, zmanipulowani ludzie „tracą” głowy i serca z miłości do sił destrukcji. Świat staje się innym światem, nieludzką ziemią. Nie wykonuje się audytu duszy społeczeństwa, ale na podstawie objawów  można wnioskować  o zasobach bezduszności. Rodzaj ludzki wytwarza ogromne napięcia i szuka sposobności do jego rozładowania. Co jakiś czas dochodzi do paraksyzmów agresji i panicznych lęków.
      Ludzie zmęczeni cywilizacją, zwracają się ku naturze. Na łonie przyrody ładują  wewnętrzne akumulatory. Naturalność, będąca w dzieciach, a także, w większym wciąż stopniu w kobietach niż w mężczyznach, prawdopodobnie skuteczniej ich chroni  przed biologicznymi i psychicznymi chimerami. Twórczy chaos służy nowemu porządkowi. Kataklizmy nadchodzą, gdy wygrywa negatywna strona natury.  Uaktywniają się niskie instynkty i siły inercji dążące do rozpadu. Podobnie jak człowiek nie radzi sobie ze swoimi negatywnymi stronami tak i chrześcijańswo boryka się z różnymi formami „pogaństwa”.
      Przed zarazami chroni skóra i jej ekstensje. Od dawien dawna w miastach, klasztorach i państwach wznoszone są  zaporowe mury. Najpotężniejsze twierdze upadają, gdy nie ma pragnienia  odpierania zła.
      Izolacja zewnętrzna skłania do zbliżenia z własnym wnętrzem. Ludzie zazwyczaj unikają zaglądania do niebezpiecznych i wstydliwych miejsc. W gettach zamykane są groźne i obrzydliwe „obce ciała”. Wyrzutki z krainy jasności panoszą się w świecie ciemności. Prawdopodobnie, jak pisał Antoni Kępiński „w układzie nerwowym nic nie ginie”. Niezmetabolizowane przeżycia istnieją w zmienionych, zakamuflowanych postaciach. Są w stanie zatruwać i wytrawiać. Mogą działać jak konie trojańskie.
      W Hiszpani, w XVI wieku wszyscy muzułmanie pod przymusem przyjęli chrześcijaństwo. W rzeczywistości Maurowie nie dążyli do zasymilowania się i przy każdej okazji stawali się wdzięcznym komitetem powitalnym dla grabieżców i morderców chrześcijan. W konsekwencji ciągłych ataków terrorystycznych doszło do ich deportacji. Problem został jedynie przemieszczony. Przenikliwi obserwatorzy pouczali, że warunkiem skutecznej obrony przed muzułmańskim terrorem jest także konieczność poprawienia się moralnego. Erazm w 1530r. pisał: „Jeśli pragniemy, by udało nam się wyrwać gardło z tureckiego uścisku, trzeba nam będzie... wydrzeć z serc naszych chciwość, ambicję, umiłowanie władania innymi, ducha rozpusty, umiłowanie rozkoszy, oszustwo, gniew, nienawiść, zazdrość...”.
      Izolacja ma  pozytywne aspekty. Ograniczenie zewnętrznej stymulacji pozwala na osiągnięcie wewnętrznej wolności, przemyślenia, twórczość. Ludwig van Bethoven (1770-1827) stworzył wielkie dzieła, gdy był całkowicie głuchy. Klauzura jak podkreślał Jan Paweł II służy wewnętrznemu skupieniu się, „dyskusji motywów”, wyciszeniu umysłu i działań oraz kontemplacji Czterdziestodniowa „kwarantanna” Pana Jezusa (od łac., włoski: quaranta: czterdzieści) była czasem dawania odporu pokusom konsumpcjonizmu, władzy i pychy (ŁK 4,1-13). Mieszkańcy Niniwy w danych im 40 dniach, (na jakiś czas) „zawrócili ze złej drogi” i ocaleli (Jon 3,4).
           Choroby mają przyczyny i cel. Pandemia koronawirusa SARS-CoV-2 wywraca globalny porządek budowany na intensywnych interakcjach ze światem zewnętrznym i braku granic. W pokusie omnipotencji ziemianie chcą za dużo mieć, wiedzieć, odczuwać. Sięgając za wysoko upadają. Rajska harmonia i niewinność zostają utracone przez nieposkromiony apetyt.
      Wszystko co istnieje przechodzi w swoje przeciwieństwo, zgodnie z zasadą enantiodromii opisaną przez Heraklita (540 p.n.e. - 480 p.n.e.). Przekraczanie wszelkich barier i otwarcie na  destrukcyjne „obce ciała” kompensowane jest całkowitym zablokowaniem. Beztroska zamienia się w zadręczanie. Zapusty i rozwiązłość przechodzą w post i abstynencję. Bulimia przeplata się z anoreksją.
      Gdy zostaje zburzona iluzja dotychczasowego życia, wszystko wydaje się szare, nudne, beznadziejne.  Maria Orwid (1930-2009) pisała: „Sama zmiana układu zastanego, do którego ludzie są przyzwyczajeni i który jest dla nich codziennością, jest już przeżyciem traumatycznym, gdyż wymaga przystosowania się do czegoś zupełnie nowego, wykreowania nowego stylu bycia, sposobu myślenia, wychowania dzieci, zarabiania pieniędzy, a nawet nowego systemu wartości i odmiennego formułowania życiowych celów”. Najbardziej gwałtowne emocje i działania mają miejsce w okresie przemian. Kronikarz Jean de Venette w XIV wieku pisał: „Kiedy epidemia, morowe powietrze i zgony ustały, mężczyźni i kobiety, którzy uszli cało, pobierali się bez żadnego umiaru (...). Niestety! Z tego odnowienia świata swiat nie wyszedł poprawiony. Bowiem ludzie byli potem jeszcze bardziej chciwi i skapi, bo pragnęli posiadać znacznie więcej niż przedtem..., tracili spoczynek na spory, podstepy, waśnie i procesy”.
      Ciężkie przeżycia i moralizatorskie apele okazują się niewystarczające do przeprowadzenia wewnętrznych przemian.  Pojedyńcze osoby i narody bohatersko znoszą najtrudniejsze sytuacje. Gorzej jest z wejściem na drogę psychicznego rozwoju. Potrzebna jest głęboka psychoterapia.Wielu nieświadomie, bądź świadomie, jawnie czy skrycie sprzyja siłom destrukcji powtarzając zgubne błędy. Od stuleci, tragiczne skutki przynosi nam oczekiwanie na pomoc sojuszników w walce z wrogiem. Przedstawiciele insurekcyjnego rządu polskiego w 1794r.  zwracali się z gorzkimi wyrzutami do Francji: „Cały plan insurekcji oparty był na nadziei, że przyczyniając się do waszych powodzeń, możemy liczyć na rzeczywistą pomoc jako zwycięzcy. Powstając, nie byli Polacy ani tak lekkomyślni, ani tak nieprzezorni, aby mniemać, że zdołają się utrzymać własną swoją mocą... Łudziliśmy się, że Rzeczpospolita Francuska udzieli nam skutecznej pomocy... Oszukaliśmy się w tych rachubach...”.
      Urazy powtarzają się... Podobnie jak krzyk noworodka  sprowadza matkę do rzeczywistości, tak dopiero ostry ból budzi ludzi. Aliści tylko na krótko. Wygrywa cynizm bądź rozpacz. Męczeni mogą stać się umęczonymi i męczennikami.  Człowiek pragnie spokoju, a w końcu „świętego spokoju”. Zdrowe pragnienia aktywności i bierności przepoczwarzają się pokusę wznoszenia Wieży Babel, bądź w „totalny luz”, bezwolność, gotowość do rozkładu.
Przesłanie Pana Cogito Zbigniewa Herberta:
...Ocalałeś nie po to by żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo
bądź odważny gdy rozum zawodzi...
...strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne...





Gerard Warcok
psycholog kliniczny
psychoterapeuta
Ośrodek Psychoterapii Tychy
www.psychoterapia.iaw.pl

piątek, 3 kwietnia 2020

Czy to się nie dzieje naprawdę?


Postanowiłem nie czekać dłużej i już dziś wrzucić swój najnowszy felieton z Warszawskiej Gazety. Mam tylko nadzieję, że wciąż jeszcze w miarę aktualny.

 Nie wiem, czy to wrażenie jest poprawne, jednak nic na to nie poradzę, że im dłużej trwa ta zaraza i im bardziej nawet ja, ktoś dotychczas nadzwyczaj spokojny, zaczynam się tym wszystkim denerwować, tym częściej też ogrania mnie podejrzenie, że panika, jakiej w ostatnim czasie uległ niemal cały świat, jest częścią projektu, którego ani natury, ani tym bardziej autorów nie znamy.                A po raz pierwszy spadły na mnie owe podejrzenia, kiedy siedzieliśmy tu sobie spokojnie, żona moja studiowała kolejne liczby dotyczące nowych infekcji, a kiedy w końcu ze smutkiem oznajmiła, że w Niemczech zachorowało już ponad 60 tysięcy osób, nasza córka z jeszcze większym smutkiem odpowiedziała: „A 80 milionów wciąż ma się bardzo dobrze”. Bo, pomijając wszelkie emocje – niezależnie od tego, czy nazwiemy je zdrowymi, czy nie –  związane z tym, że akurat padło na Niemców, sytuacja gdy nagle uświadomimy sobie faktyczną skalę owego zjawiska, które rzuciło cały świat na kolana i odebrało mu głos, nie może nie dać do myślenia.
       A skoro już zaczniemy myśleć, to pewnie zauważymy kolejne elementy tego co nas otoczyło. Oto, proszę sobie wyobrazić, że znajomy lekarz, pełniący służbę w jednym z polskich szpitali poinformował mnie, że zgodnie z wytycznymi Ministerstwa Zdrowia jedna z dwóch tamtejszych jednostek została przekształcona w szpital zakaźny i skierowana do obsługi osób zarażonych koronawirusem. Podczas gdy zatem w drugim szpitalu ruch odbywa się jak dotychczas, w szpitalu gdzie pracuje znajomy panują kompletne pustki, związane bezpośrednio z faktem, że jak dotychczas lokalnie akurat nie zanotowano ani jednego przypadku zakażenia. A zatem ów szpital, z całą obsługą i wszelkim niezbędnym sprzętem, pozostaje w pełnym pogotowiu, czekając dzień i noc na pierwszego pacjenta, a wokół głucha cisza. Gdybyśmy jednak zajrzeli na Izbę Przyjęć, zobaczylibyśmy, że tam przez te same kolejne dni i noce, trwa prawdziwe piekło. Tłoczące się po kątach tłumy pacjentów czekają aż ktoś się nimi zajmie i przekaże im dobre lub złe wieści. Ktoś się zapyta, skąd oni się tam w ogóle wzięli. Otóż są to ci wszyscy ludzie, którym w tych szczególnych dniach przyszło dostać gorączki, kaszlu, czy niekiedy zaledwie kataru i zamiast wziąć aspirynę, czy odpowiednio mocną dawkę witaminy C i położyć się do łóżka, z polecenia lekarza pierwszego kontaktu stawili się na owej izbie przyjęć, a to tylko po to, by się dowiedzieć, że mają wracać do domu i zwyczajnie, jak tyle razy wcześniej, zdrowieć.
        I tak się ów koronawirus kręci tu i ówdzie, a jeśli ktoś mnie w tej chwili zapyta, czy ja chcę powiedzieć, że..., to słowami Rusha Limbaugh bardzo go poproszę, by mi nie przypisywał tego, czego nie powiedziałem. Ja mówię dokładnie to co chcę powiedzieć i uwielbiam słuchać tego co mówię, ponieważ mam rację. A ja uwielbiam mieć rację.





czwartek, 2 kwietnia 2020

Peggy Noonan: Raising A Gentleman Son


Trafiłem niedawno na tekst znanej nam tu troszeczkę Peggy Noonan i tak mi się on spodobał, że, postanowiłem go specjalnie dla czytelników tego bloga przetłumaczyć. Myślę, że szczególnie dziś, gdy czasem człowiek ma ochotę pieprznąć tym wszystkim i zanurzyć się w muzyce – czy co tam kogo cieszy – i próbować przeczekać jakoś ten trudny czas, może być przyjemnie poczytać sobie tekst taki jak ten. Na pewno bardziej się to opłaci, niż choćby pieklenie się apelem skierowanym przez pewną feministkę, niejaką Staśko,  do innych feministek, by wpłacały pieniądze na fundację dla ratowania zawodowych kurew, które przez tę zarazę, pozostały bez środków do życia. A więc zapraszam.    


      Postanowiłam ostatnio podjąć wielkie wyzwanie i nauczyć mojego syna bycia dżentelmenem – nadzwyczaj ciężkie zadanie w dzisiejszym świecie. Zaczęłam od przedstawienia definicji. Dżentelmen, powiedziałam swojemu dziecku, to przede wszystkim człowiek uprzejmy. W tym momencie jego oczy przybrały przeszyty desperacją kształt – ma dopiero 10 lat i bycie uprzejmym nie stoi zbyt wysoko w jego hierarchii wartości – a więc poinformowałam go, że bycie uprzejmym wymaga prawdziwej odwagi. Ponieważ w tym momencie zaczął węszyć podstęp, zmieniłam taktykę. W Anglii, powiedziałam, powszechnie się uważa, że dżentelmen nigdy nie obrazi nikogo przez nieuwagę. I w tym momencie temat nabrał barw, gdyż mój syn zaczął się zastanawiać nad sposobami obrażenia kogoś jak najbardziej celowo.
      I on i ja, przez minione lata, omówiliśmy sobie kwestię podstawowej grzeczności. (Jak głoszą sondaże, większość Amerykanów życzyłaby sobie, by stało się to powszechnym zwyczajem: wedle tych danych, 67 procent mieszkańców Stanów odbiera dzisiejszych nastolatków jako „nieokrzesanych” i „chamskich”, podczas gdy 61 procent uważa, że młodzież nie wie, czym jest uczciwość i odpowiedzialność, a szacunek z ich punktu widzenia nie jest niczym co by zasługiwało na poważne potraktowanie). Syn mój wie na przykład, że o ile oni sobie tego nie zażyczą, nie wypada zwracać się do dorosłych po imieniu, że odbierając telefon nie mówi się „Co?”, lecz „Słucham”, że nie przerywa się innym o ile sytuacja nie jest naprawdę konieczna, a więc gdy mówimy: „Przepraszam, ciociu Patty, ale pali ci się nos”. Nie należy też zwracać się do osoby, która właśnie kichnęła słowami: „O! Masz coś lepszego?” Nie wchodzi się też do kościoła w szortach, a podczas kazania nie należy się drapać w roztargnieniu po pupie, czego akurat byliśmy świadkami w minioną niedzielę.
       To jednak są zaledwie zakazy, podczas gdy wypadałoby również przedstawić nakazy, które zwykle jest znacznie trudniej sprzedać. Mówię więc swojemu dziecku: Dżentelmen stara się zawsze przepuszczać inne osoby; kiedy wpadnie na kogoś w przejściu, mówi „Przepraszam” i odsuwa się, by druga osoba mogła przejść; zanim porwie ostatnią puszkę napoju z lodówki, pyta kolegę „Co dla ciebie?”, a jeśli kolega ma ochotę na ten właśnie napój, częstuje go, nie zaznaczając jednocześnie, jak wielkie to było dla niego wyrzeczenie. Dżentelmen podróżujący zatłoczonym pociągiem, wstaje i ustępuje miejsca starszej osobie. Dżentelmen przytrzymuje drzwi kobiecie. I muszę przyznać, że choć większość owych zaleceń syn mój przyjął z umiarkowanym niezadowoleniem, w tym ostatnio wypadku  fuknął z oburzeniem. „Mamo”, powiedział. „To jest tak, jakby uznać, że dziewczyny są lepsze. Jesteś zwykłą... feministką!”
      Teraz to ja prychnęłam. „Owszem, jestem feministką w tym sensie, że uważam iż kobiety powinny być równe wobec prawa oraz że są równe w oczach Boga, poza tym jednak uważam, że kobiety i mężczyźni, chłopcy i dziewczęta są bardzo różni i często potrzebują innego traktowania, i myślę, że tak samo uważa każdy, kto ma oczy by widzieć i uszy by słyszeć”.
       Tu jednak syn mój postawił sprawę jasno. W telewizji, powiedział, kobiety są zawsze lepsze i mądrzejsze i wszystko się dzieje wedle ich życzenia. W programie Home Improvement, telewizyjna żona Tima Allena wciąż go ustawia i jest zawsze szefem. Dziewczyny są wciąż puszczane przodem, a chłopcy zostają z tyłu.
       Mówię mu więc, że faktycznie feministki uważają, że chłopcy nie powinni się kłaniać kobietom, bo to by mogło sugerować, że kobiety są słabsze, a poza tym one rzeczywiście nie chcą, by kobiety były damami; one chcą, by ich traktowano jak osoby, która wołają: „Jestem kobietą, posłuchaj mojego ryku”. Jednak moim zdaniem, on akurat powinien traktować kobiety ze szczególnym szacunkiem, a jeśli tak mu zależy, by dokuczać feministkom, to powinien je przepuszczać w drzwiach jak najczęściej.
       Jednak moje dziecko upiera się, że niezależnie od wszystkiego dziewczyny i tak nie są prawdziwymi damami. Dziewczyny są twarde i nieustępliwe; są gwiazdami w drużynach piłki nożnej; to one najpierw cię upiją, a potem wykorzystają; owszem, mają babskie zainteresowania, ale ogólnie wcale nie są takie słabe, a więc powinny być traktowane tak jak wszyscy inni. 
       Ja zdaję sobie sprawę, że go namawiam do tego, by przestrzegał zasad świata, który już przeminął. Wolę jednak owe dawne zasady i uważam, że należy je utrzymać. A jeśli to stoi w sprzeczności z tym co realne, to niech ów realny świat nauczy się żyć z naszym sprzeciwem.
       Mój syn i ja doszliśmy do porozumienia. Powiedziałam mu, że faktycznie zapomniałam zaznaczyć, że grzecznie jest też przytrzymać drzwi również drugiemu mężczyźnie. Na co on: „Super! To już do końca życia będę wchodził ostatni”.
       A ja na to: „Wcale niekoniecznie. Może się zdarzyć, że i ciebie jakiś mężczyzna zaskoczy i wpuści przed sobą. A jeśli nawet stanie się tak, że już zawsze będziesz wchodził jako ostatni, w sercu twojej biednej mamy będziesz zawsze na pierwszym miejscu, a ponadto zostaniesz wysoko postawionym członkiem niewidzialnej, ale bardzo szanowanej grupy o nazwie Ludzie Grzeczności, gdzie wszyscy, gdziekolwiek się spotkają, będą się rozpoznawali i pozdrawiali dyskretnym skinięciem głowy”.
       I w ten sposób będę się dalej upierać. Mam bowiem poczucie, że uczenie manier przypomina nauczanie Wiary. Nie da się zmusić dziecka by uwierzyło, można jednak nauczyć je odpowiednich rytuałów i dróg wiary, no i pokazać mu, dlaczego coś jest właściwe i dobre. Podobnie, nie da się zmusić dziecka do przestrzegania dobrych manier, gdy akurat nie ma cię w pobliżu, możesz jednak nauczyć je, dlaczego powinno je zachowywać – no i możesz też spróbować sprawić, by ono ów styl polubiło.




Czekając na ruską brzozę

  Dziś już niemal 15 lat temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „Józek, czyli Polska w budowie”, o pewnym moim znajomym, tak zwanym fachowc...