wtorek, 7 lutego 2017

Jak jest po holendersku "siad"?

      Dziś chciałbym opowiedzieć o pewnej młodej kobiecie, córce przyjaciół, której prawdopodobnie akurat kiedy piszę ten tekst nie ma w domu, bo jest w pracy, a jest to informacja o tyle ciekawa, że jest właśnie godzina 1.15 w nocy.
  Jest to dziewczyna wykształcona, inteligentna, znająca języki, która znalazła pracę w zagranicznej korporacji, która postanowiła prowadzić ten swój outsourcing w Polsce z tego prostego powodu, że tam na miejscu nikt by się nie zgodził za jakieś głupie centy siedzieć w pracy trzy noce pod rząd po 12 godzin, następnie przed dwa dni wypoczywać, potem iść do pracy na cztery dni po 12 godzin, a następnie wypoczywać przez pięć dni, po to tylko, by po owych pięciu dniach znów wrócić do pracy na dwie kolejne noce, lub dwa kolejne dni.
Powiedziałem „centy”, ale to nie jest do końca prawda. Ona bowiem za tę swoją pracę dostaje wprawdzie poniżej tak zwanej „średniej krajowej”, niemniej jednak biorąc pod uwagę fakt, że owa średnia została sztucznie wywindowana do poziomu dla zdecydowanej większości pracowników abstrakcyjnego, ona jest z tego co dostaje zadowolona. Oczywiście wie też, jak bardzo jej sytuacja jest niestandardowa i zdaje sobie sprawę z systemu, jaki za nią stoi, ale, jak mówię, nie narzeka.
  Narzekają natomiast jej rodzice, kiedy widzą, jak ten system woła o pomstę do nieba. Otóż przez to, że życie ich córki jest w tak dramatyczny sposób pogrążone w chaosie, ona, jak mi opowiadają jej rodzice, albo pracuje, albo śpi, albo się bawi tabletem, czekając aż będzie znów szła do pracy. To prawda, że bywa i tak, że ona ma kilka dni wolnego, ale przez owe straszne sekwencje czterech nocy pod rząd po 12 godzin, dawno już zapomniała, co to znaczy dzień, noc, ranek, czy popołudnie. Jej życie to dziś albo odsypianie, albo przygotowywanie się do kolejnego maratonu. Za to, do czego została zmuszona, by mieć relatywnie dobrą, nie tak bardzo ciężką, ale też i dobrze, jak na jej aktualne potrzeby, płatną pracę, musiała jednak zapłacić cenę, której obywatele kraju który jej zlecił tę robotę nie przyjęliby nigdy. A pamiętajmy, ona nie jest jedyna. Takich jak ona w całej Polsce są grube dziesiątki tysięcy. Nawet ja sam, jak wiemy, mógłbym coś w tym temacie dorzucić.
 I to jest jeden aspekt sprawy, o której chciałem dziś opowiedzieć, i wcale, wbrew pozorom, nie najważniejszy. W końcu każdy niesie swój krzyż i niech Bóg nam pozwoli nie musieć zamienić tego obecnego na coś znacznie gorszego. Ja dziś chciałem porozmawiać o czymś zupełnie innym. Otóż znajomi rodzice opowiedzieli mi tę historię nie tyle po to, bym usłyszał, jak ich dziecko ma ciężką pracę, ale by wspomnieć o czymś znacznie ciekawszym. Otóż kilka dni temu jej ojciec był na tak zwanym zjeździe koleżeńskim, no i kiedy przyszło do wymieniania się informacjami, co tam u kogo słychać i jak się ułożyło życie, jeden z kolegów, kiedy dowiedział się, że córka znajomego pracuje dla poważnej zagranicznej korporacji, gdzie wszyscy rozmawiają w obcym języku i gdzie na co dzień człowiek ociera się o osoby pochodzące z krajów o znacznie lepszej pozycji w Unii Europejskiej, niż Polska, powiedział mu, że ona „powinna całować po rękach” tych, którzy ją zatrudnili, bo równie dobrze mogłaby wylądować w kasie w Tesco, czy w galerii przy dworcu, gdzie by była zaledwie jedną z wielu, a tak, to jest już kimś.
  No więc jest czas, bym i ja powiedział coś od siebie. Otóż ja znam polityczne poglądy wielu z nas, znam też poziom emocjonalnego zaangażowania, jakie u niektórych z nich wywołała ostatnia polityczna zmiana w naszym kraju, wiem też, co oni w większości sądzą o Polsce i jej pozycji przetargowej wobec takich krajów jak Francja, czy Niemcy. Ta jednak myśl, że my powinniśmy „całować po rękach” owych panów, którzy zgodzili się nas zatrudnić, jako swoich służących, zrobiła na mnie autentyczne wrażenie z tego względu, że moim zdaniem, wbrew temu czego byśmy sobie życzyli, ten sposób myślenia wśród wielu z nas, nie jest wcale tak bardzo wyjątkowy. Owa mentalność bitego batem Murzyna, nagle szczęśliwego, bo oto minął dzień, kiedy za dobrą pracę dostał dodatkową porcję zupy, to nie wyjątek, ale często reguła.
   Oto ledwo co wczoraj, w odpowiedzi na mój tekst o Beneluxie, nieznany mi komentator na Salonie24 wpadł w odpowiednio szyderczy ton i napisał następujące słowa: „A więc Benelux to dla pana polaczka z 'kulturowego zadupia Europy' [S. Lem] jednostka za mało poważna”. I tu znów, nie chodzi nawet o owego internautę, który, jak widzimy, sam na ten poziom się nie wspiął, ale został intelektualnie wyedukowany przez samego Stanisława Lema, ale o pewne bardzo smutne zjawisko, które korzysta z naprawdę przeróżnych inspiracji, a których wspólnym celem jest doprowadzenie nas wszystkich do stanu takiego zbydlęcenia, że naprawdę pełne szczęście poczujemy dopiero wtedy, gdy nasz pan pozwoli się nam napić ze swojego kubeczka.
   Dziś, jak wiemy, nie jest nagorzej. W ostatnich latach pokazaliśmy, jako Polacy, że z nami nie pójdzie im tak łatwo, i w związku z tym mamy naprawdę wiele powodów do dumy. Nie wolno nam jednak stracić czujności. Wśród nas wciąż jest bardzo dużo niezwykle entuzjastycznie zorientowanych i szczerych niewolników, i niech nas Bóg broni, by któregoś dnia oni się za nas nie wzięli, gdy przyjdzie nam do głowy coś tam szumieć na temat godności. Był czas, że próbowali i im nie wyszło. Ale nie łudźmy się. Oni tak łatwo nie odpuszczą.


Wszystkich czytelników tego bloga zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl i kupowania moich książek. Naprawdę warto.

poniedziałek, 6 lutego 2017

O Wielkim Cesarstwie Beneluxu, czyli Mars napada

             Wczoraj spadła nam na nasze biedne głowy informacja, że w Europie pojawił się nowy plan, by w związku z kryzysem, jaki ową Europę ogarnął, dokonać w niej podziału na część lepszą i gorszą w takiej proporcji, że lepszą część stanowić będą Belgia, Holandia, Luksemburg, Francja i Niemcy, gorszą natomiast cała reszta. Czy owo oświadczenie związane jest z najświeższą deklaracją niemieckiej prokuratury, że tamtejszy aparat bezpieczeństwa nie jest już praktycznie w stanie zagwarantować ludziom bezpieczeństwa, czy może z jakiś innych powodów, tego oczywiście nie wiem i szczerze mówiąc nie bardzo mnie to interesuje. Mam bowiem tu i tak swoją własną teorię, którą mi podpowiedział ów prosty fakt, że z tą szczególną propozycją nie wystąpili, wbrew temu, co by się nam mogło zdawać, ani Niemcy ani Francuzi, lecz owa wesoła trójka, znana nam pod nazwą „Benelux”, ukutą jeszcze w tych bardziej normalnych czasach, kiedy oni wszyscy mieli świadomość, że, poza może Holandią, żaden z nich samodzielnie nie jest w stanie zdobyć jakiejkolwiek pozycji gdziekolwiek. Otóż ja podejrzewam, że wobec nieuniknionego upadku Unii Europejskiej w dzisiejszym kształcie, oraz zarządzanej przez dotychczasowe towarzystwo, musieli jako pierwsi zareagować ci, którzy na owym krachu muszą stracić najbardziej, a więc jednocześnie ci, którzy na przekręcie, który do tego krachu doprowadził, zyskali najwięcej, czyli przede wszystkim Belgia – tak pięknie swego czasu określona przez Nigela Farage’a, jako „non-country” –  no i Holandia. O Luksemburgu, jak się pewnie wszyscy domyślamy, wspominać nie musimy.
     Ktoś powie, że no dobrze, wiadomo, że ten cały Luksemburg to kiedyś słup, na którym zawieszone były nadajniki pirackich rozgłośni radiowych, a dziś wyłącznie jeden wielki biurowiec, w którym ludzie pracują od 12 w poniedziałek do 12 w piątek, oraz hotele, w których trzeba ich wszystkich przez ten czas przenocować i knajpy, gdzie im można sprzedać flaszkę i dziwkę. No i niech będzie, że jeszcze ta Belgia, która faktycznie nie bardzo wiadomo skąd się wzięła i kiedy. No ale Holandia? Tu już chyba musimy przyznać, że mamy do czynienia z poważnym zawodnikiem.
     W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić do kupowania najnowszego, holenderskiego właśnie, numeru „Szkoły Nawigatorów”, kwartalnika wydawanego przez Klinika Języka i dostępnego w firmowej księgarni pod adresem coryllus.pl. Ów numer otwiera mój tekst, który, o czym jestem głęboko przekonany, wyjaśni nam tę zagadkę. Oto jego fragment:
      „Oczywiście kiedy jesteśmy u siebie w domu, lub rozmawiamy ze znajomymi, ewentualnie jemy holenderską czekoladę, możemy sobie pofolgować. Wydaje się jednak, że kiedy jesteśmy na miejscu, a akurat owym miejscem nie będzie ani Amsterdam, ani Rotterdam, ani Haga, powinniśmy bardzo uważać, by w żadnym wypadku nie używać nazwy Holandia. Z owych dwunastu bowiem prowincji Królestwa Niderlandów, zaledwie dwie oznaczają Holandię, natomiast cała reszta ma swoją historię, swoją tradycję, no a przede wszystkim swoją dumę, a ludzie, którzy tam mieszkają, niekoniecznie potrzebują, by ich określać mianem Holendrów, choćby dlatego, że dla wielu z nich Holendrzy to wyłącznie banda bezbożnych, zaćpanych zboczeńców.
      To jednak w żadnym wypadku nie jest koniec zmartwień. Kraj nosi nazwę Królestwa Niderlandów, jego mieszkańcy to tak zwani „Dutch” (wydaje się, że samym „Holendrom” nie chciało się nawet wymyślić odpowiedniego przymiotnika i tu stosują zamiennie nazwę „Netherlands”), a zatem trzeba uznać, że tak naprawdę kraju o nazwie Holandia na świecie nie ma, natomiast owszem, istnieją dwie prowincje Północna i Południowa Holandia. A że tam tak naprawdę jest wszystko, co się kojarzy z Van Houtenem, wiatrakami, tulipanami, oraz piłką nożną, to już inna sprawa.
       Przed nami jednak jeszcze większe zmartwienia. Oto, ponieważ, jak wiemy, Niderlandy stanowią część Królestwa o nazwie Królestwo Niderlandów, na czele którego stoi tak zwana Rodzina Królewska, czyli konkretnie Wilhelm Alexander oraz jego argentyńska żona nazwiskiem Máxima Zorreguieta Cerruti, a ile razy oglądamy w telewizji piłkę nożną, czy jakikolwiek inny sport, widzimy wyłącznie Holandię, nie mamy innego wyjścia jak wprowadzić do naszych rozważań termin w języku polskim nieistniejący, natomiast w angielskim, a więc powszechnie obowiązującym, owszem, a mianowicie wspomniane wcześniej „Dutch”. Cóż to jest owo „Dutch”? Dziś, jeśli na świecie – jak już wspomnieliśmy, w zdominowanym przez język angielski – pojawia się temat Holandii, lub Niderlandów, a więc The Netherlands, czy też Holland, musi się też pojawić ów Dutch, czyli po polsku „Holendrzy”, lub „holenderski”. Dlaczego? Skąd? Rzecz w tym, że w języku staroangielskim słowo „dutch” oznaczało naród, co też zresztą przy okazji może nam wyjaśnić, dlaczego Niemcy mówią o swoim kraju Deutschland, o sobie Deutschen, a o swoim języku Deutsch. A wszystko to z kolei musi nas doprowadzić do wniosku, że tak naprawdę wszystkie te Niderlandy, Holandie czy nawet Deutschlandy, nie istniałyby, gdyby nie Brytyjskie Imperium. Owo przekonanie może wyłącznie wzmocnić fakt, że jak powszechnie wiadomo, określenie Niderlandy od samego początku i to właśnie w języku angielskim oznaczało położone nisko regiony. Mało tego. Nawet owa skromnie brzmiąca nazwa Holandia również ma swoje źródło w języku angielskim, w którym oryginalnie oznaczała ona teren zalesiony i odnosiła się do wyżej położonych prowincji owych Niderlandów, a po latach nagle się okazało, że opisuje cały kraj. Absurd? Owszem, tyle że cóż z tego?
      I to oni właśnie nam dziś próbują urządzać życie? Osobiście dziękuję bardzo, ale wolę się kontaktować z jednostkami nieco bardziej poważnymi. Mogą być nawet Marsjanie.

niedziela, 5 lutego 2017

Obywatelski donos o tym jak Bartłomiej Misiewicz wywiózł mnie do Żor

       Długo zastanawiałem się, czy powinienem o tym pisać tu na swoim blogu, ale ostatecznie uznałem, że dobro państwa wymaga bym się wykazał obywatelską postawą i dmuchnął w ów przysłowiowy gwizdek. Otóż rzeczy mają się tak, że szedłem sobie kilka dni temu z moim psem na poranny spacer do miejscowego parku im. Tadeusza Kościuszki, kiedy obok nas zatrzymała się czarna limuzyna z charakterystycznym kogutem na dachu, a z limuzyny wysiadł człowiek, którego w jednej chwili rozpoznałem, jako znanego nam wszystkim z telewizji rzecznika ministra Macierewicza, Bartłomieja Misiewicza. Ów Misiewicz podszedł do mnie i zapytał, czy wiem, kim on jest. Oczywiście odpowiedziałem mu, że wiem jak najbardziej, bo oglądam codziennie telewizję TVN24 i wiem wszystko, co się w Polsce dzieje. Wtedy on mnie zapytał, dlaczego mu nie salutuję i polecił mi, żebym zostawił psa na drodze, wsiadł do limuzyny i udał się z nim do znanego mu lokalu w Żorach na wódkę. Dodatkowo wspomniany Misiewicz obiecał mi, że jeśli nasze spotkanie upłynie w sympatycznej atmosferze, on mi załatwi, że cały nakład moich książek zostanie w jednej chwili wykupiony przez Ministerstwo Obrony Narodowej, a koszt dodruku zostanie pokryty z tego samego budżetu.
      Oczywiście propozycję Misiewicza przyjąłem i udaliśmy się wspomnianą wcześniej limuzyną do nieznanej mi restauracji w Żorach, gdzie Misiewicz się bardzo upił, zaczepiał w cleach romantycznych kelnerki, a następnie próbował mi się oświadczyć. Na szczęście, mówił tak niewyraźnie, że mogłem z czystym sumieniem powiedzieć mu, że nie wiem, o co mu chodzi, a on sam zaraz zasnął, a ja musiałem się dalej bawić sam. Nie muszę oczywiście wspominać, że kiedy nad ranem się żegnaliśmy, on o swojej obietnicy dotyczącej wsparcia dla mojej działalności literackiej, już nie pamiętał.
     Ostatecznie za pieniądze, które otrzymałem od jego ochrony, wróciłem do domu taksówką i dziś szczęśliwie mogę jak zawsze relacjonować to wszystko, co się dzieje w świecie i okolicach.
     Korzystając z okazji zwracam się do redaktorów „Gazety Wyborczej” i wszystkich pozostałych zaprzyjaźnionych mediów, by kiedy już uporają się ze smogiem, który po raz pierwszy od roku 2006 zaatakował Polskę, zechcieli zapoznać się z moją historią i odpowiednio ją nagłośnili na cały nasz piękny, choć obecnie częściowo sparaliżowany przez rząd tak zwanej dobrej zmiany, kraj. No i proszę coś zrobić z tą sprzedażą.

Oczywiście, moje książki są nadal jeszcze do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.  

     

sobota, 4 lutego 2017

Gdy nasi biorą się za nas

       Dziś proponuję, byśmy jak co tydzień zajrzeli do „Warszawskiej Gazety”, gdzie się troszkę rozliczam z tym i owym.

       Nie wiem, na ile czytelnicy „Warszawskiej Gazety” się orientują, ale może przypomnę, że obok tego felietonu i większych artykułów dla takich pism, jak „Polska bez Cenzury”, „Polska Niepodległa”, czy „Tajna Historia”, każdego dnia pod adresem toyah.pl zamieszczam bieżące komentarze na tematy polityczne, społeczne i kulturalne. Komentarze te są publikowane jednocześnie w Salonie24, oraz na nowopowstałym portalu NSZZ Solidarność tysol.pl.
      Parę dni temu, w odpowiedzi na dość szeroko dyskutowany popis – przepraszam za brzydkie słowo, ale innego na opisanie tego nie znam – liżydupstwa, do jakiego doszło podczas zorganizowanej przez tygodnik „W Sieci” uroczystej gali z okazji wręczenia Jarosławowi Kaczyńskiemu tytułu „Człowieka Roku 2016”, opublikowałem tekst, w którym przedstawiłem tezę, że dziś w obliczu niczym nieograniczonej władzy Prawa i Sprawiedliwości, władza jest w stanie wprowadzić coś, co – jakże głupio i nieroztropnie – dla części politycznych komentatorów wydawało się być wymarzoną perspektywą dla Polski, a co Paweł Śpiewak swego określił jako „miękki reżim”, a co sprowadza się do tego, że opozycja nie ma praktycznych możliwości reagowania, natomiast społeczeństwo, jako całość, nie widzi w tym najmniejszego problemu.
      Aby opisać ową sytuację jak najbardziej obrazowo, odwołałem się do dwóch przykładów. Pierwszy z nich, to następujący komentarz wicemarszałka Sejmu Ryszarda Terleckiego: „Wreszcie główny nurt, mainstream, przeniósł się na właściwą stronę”, drugi to lista instytucji, które zasponsorowały ową galę, na której znalazły się tacy potentaci, jak Tauron, Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych, Totalizator Sportowy, PGNiG, PGE, PKO, PZU, T-Mobile, Poczta Polska, czy wreszcie TVP2.
     Sens mojego tekstu był taki, że w obliczu szerokiego poparcia dla uhonorowania Jarosława Kaczyńskiego  nagrodą tygodnika „W Sieci” przez największe polskie spółki, diagnoza Ryszarda Terleckiego, że dziś „mainstream przeniósł się na właściwą stronę”, jest wybitnie celna i że jedno i drugie wyłącznie potwierdza fakt, że władza Prawa i Sprawiedliwości ma przed sobą przyszłość, której końca nie widać.
     I oto, proszę sobie wyobrazić, że chwilę po tym, jak wysłałem swój tekst do portalu tysol.pl, otrzymałem od administratora prośbę, by ze swojego tekstu usunąć listę wspomnianych spółek. Dlaczego? Dlatego, że część z nich, obok wspierania braci Karnowskich, wspiera również portal tysol.pl i umieszczenie ich w tym kontekście może negatywnie wpłynąć na interesy jednej i drugiej strony. Moja reakcja była oczywista: nie ma takiej możliwości, by ów akapit został z notki usunięty, natomiast ja sam oczywiście nie mam ani prawa, ani możliwości, by przeciwstawić się temu, co tysol.pl uważa za swój interes. W efekcie, wspomniany tekst został z portalu tysol.pl usunięty.
      W tej sytuacji, mam jeszcze tylko jedną uwagę. Ponieważ znalazłem się w miejscu, gdzie moje teksty zaczęła cenzurować władza, dla doprowadzenia której do ostatecznego sukcesu poświęciłem kawał życia, od dziś deklaruję swoją neutralność. Jestem pewien, że realizacja tej obietnicy przyjdzie mi tym łatwiej, że jestem głęboko przekonany, że ostatecznie to my wygraliśmy.

Zachęcam wszystkich do kupowania moich książek, które są stale dostępne w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

      

piątek, 3 lutego 2017

Sędzia Tuleya, moja nadzieja, daj Panie Boże, niech się rozmnoży

    Zamykając swój tekst z minionego wtorku o czarnej testarossie Ryszarda Boguckiego napisałem co następuje:
      „Mam nadzieję, że rząd Prawa i Sprawiedliwości, tak głęboko zajęty sprawami bieżącymi, znajdzie gdzieś też i ten moment, by zatroszczyć się o sprawy bliskie ludziom wrażliwym, jak my. Daję słowo, że ja już naprawdę nie liczę na wiele więcej”.
       Pisząc te słowa oczywiście ani nie mogłem wiedzieć, że wyrok w sprawie odszkodowania dla Boguckiego za rzekome tortury, jakim ten ciekawy człowiek jest poddawany w czasie swojego pobytu w więzieniu, będzie wydawał słynny sędzia Igor Tuleya, ani tym bardziej, że owo odszkodowanie zostanie mu jednak przyznane, jednak proszę zwrócić uwagę, że moje myśli wcale nie dotyczyły zapowiadanej decyzji sądu, lecz polityki, jaką rząd Prawa i Sprawiedliwości winien moim zdaniem realizować, gdy chodzi o owo prawo właśnie i o ową sprawiedliwość. Ja nie zastanawiałem się nad tym, czy sędzia rozpatrujący sprawę dusznej celi Boguckiego w warszawskim więzieniu stanie po stronie prostej sprawiedliwości, czy może postąpi zgodnie z duchem czasu i każe nam się z Boguckim naszą forsą podzielić, z tego prostego powodu, że ja akurat od obecnie funkcjonującego w Polsce tak zwanego „systemu sprawiedliwości” naprawdę już niczego nie oczekuję.  Swoje nadzieje na to, że dane mi będzie przynajmniej kilka lat mojego życia spędzić w kraju, gdzie zło zostaje publicznie i oficjalnie nazwane złem, a dobro dobrem, wiążę nie z tym czy tamtym sędzią, lecz z tym, co wciąż jeszcze grzecznie nazywamy „rządem dobrej zmiany”.
      A zatem, kiedy dowiedziałem się, że oto właśnie decyduje się to, czy osadzony Bogucki wyjdzie na wolność, jako człowiek majętny, czy jako klient miejscowego domu pomocy społecznej, ani przez chwilę nie zastanawiałem się nad wynikiem tej rozgrywki, lecz nad tym, co polskie państwo powinno zrobić, jeśli się okaże, że piłka znalazła się po jego stronie. Przyznaję jednak przy tym, że jednej rzeczy się nie spodziewałem, a mianowicie tego, że wspomniany „system sprawiedliwości” do tej akurat roboty wyznaczy samego Tuleyę. Mimo że, jak mówię, nie mam wobec nich już żadnych oczekiwań i nadziei, tego poziomu bezmyślnej arogancji w tej akurat sprawie się nie spodziewałem. Przecież musiało być czymś absolutnie oczywistym dla każdego uważnego obserwatora polskiej sceny politycznej, że wystawienie kogoś takiego jak Tuleya na pierwszą linię w sprawie tak społecznie wrażliwej, jak więzienny los zawodowego mordercy, musi się skończyć katastrofą. Gdybym ja na przykład wiedział, że o odszkodowaniu dla Boguckiego będzie decydował sam Tuleya, spodziewałbym się, że on akurat nie dość, że będzie kazał polskiemu państwu wypłacić Boguckiemu ze świeżo uchwalonego budżetu nie jakieś głupie 250 tysięcy, ale całe dziewięć milionów, to jeszcze w ramach nawiązki każe Kancelarii Prezydenta opublikować w „Gazecie Wyborczej” indywidualne przeprosiny. W końcu znakomicie  sobie zdaję sprawę z tego, w jak strasznym psychicznym stanie znajduje się dziś znaczna cześć elit, a już zwłaszcza elit prawniczych, i że dziś rząd Prawa Sprawiedliwości naprawdę nie musi robić nic więcej, jak tylko pozwalać tym nieszczęśnikom chodzić po mieście i korzystać do woli z konstytucyjnej wolności ekspresji.
      Ale jest jeszcze coś. Gdybym pisząc swój tekst o czarnym ferrari wiedział, że oni wystawią Tuleyę, tamten tekst byłby znacznie weselszy. Prawie tak wesoły, jak ten dzisiejszy. Bo w rzeczy samej mamy naprawdę bardzo dobre powody do optymizmu. Wystarczy że spojrzymy na tego tak dramatycznie poskręcanego w swoim obłąkaniu Tuleyę, jak gada coś o tym, że dziś on, jako ostatni już strażnik Konstytucji, nakazuje polskiemu państwu, za moralne krzywdy na jakie owo państwo Boguckiego naraziło, wpłacenie na podany przez tego mordercę numer konta 250 kawałków – a jestem pewien, że świeżo odzyskane media nie omieszkają przez najbliższych kilka dni pokazywać tego ujęcia w nieskończoność – byśmy wiedzieli, że kwestia prawdziwie skutecznej reformy polskiego sądownictwa tym samym została zaparafowana. Po tym występie pana Igora – nie mam co do tego wątpliwości – nawet jeśli nowy prokuratorem generalnym zostanie Bartłomiej Misiewicz i jego pierwszą decyzją będzie polecenie, by Tuleyę i jego kumpli zacząć kolejno bez wyroku zamykać, w reakcji na tę wiadomość społeczeństwo otworzy flaszkę i puści sobie kolejny odcinek programu „Jeden z dziesięciu”. Dzyń!


Zapraszam wszystkich do naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. 

czwartek, 2 lutego 2017

Czy Diego Costa może otrzymać Order Brytyjskiego Imperium?

Jakiś czas temu zamieściłem tu tekst o potędze Brytyjskiego Imperium obserwowanej z punktu widzenia języka angielskiego. Krótko mówiąc, chodziło o to, że popularna kultura na całym świecie została zorganizowana – ewentualnie zorganizowała się sama – w taki sposób, że to, iż ów świat stara się mniej lub bardziej nieporadnie wyrażać swoje myśli w języku angielskim, dla każdego Brytyjczyka od urodzenia do śmierci, jest równie oczywiste, jak to, że słońce świeci, a wiatr wieje. Problem, który chciałem przedstawić, sprowadzał się do tego, że jeśli oto mamy społeczeństwo, które w sposób absolutnie naturalny wychodzi z założenia, że język, jakim ono się posługuje, jest jednocześnie językiem, do którego reszta świata wyłącznie, i to w sposób równie naturalny, aspiruje, to owo społeczeństwo znajduje się w pozycji na tyle uprzywilejowanej, że nikt już do końca świata nie jest w stanie go pokonać.
Aby to pojąć na poziomie praktycznym, spróbujmy sobie wyobrazić, jak by to było, gdyby Polska nagle uzyskała taką pozycję, że pracownicy stacji o nazwie Eurosport zaczęliby przekazywać swoje relacje w języku polskim, którym staraliby się posługiwać najlepiej jak tylko potrafią, a my tu byśmy ze zrozumieniem kiwali głowami i nawet by nam nie przyszło do głowy, że dzieje się coś szczególnego? Jak by to było, gdyby w ramach festiwalu Eurowizji większość uczestników konkursu śpiewałaby swoje piosenki po polsku, z akcentem niemieckim, francuskim, czy właśnie angielskim, a my tu w naszych domach byśmy nawet nie mrugnęli okiem, uznając, że tak właśnie wygląda nasz świat? O jakim rodzaju narodowej świadomości tego typu podejście by świadczyło i na ile skutecznie by to wszystko nas ustawiało w dominującej pozycji do reszty świata?
Ponieważ ze względu na presję ze strony naszej starszej córki, cała nasza rodzina już jakiś czas temu gorliwie bardzo zaczęła kibicować piłkarskiej drużynie Liverpool FC w walce o jak najlepsze miejsce w corocznych rozgrywkach, to co się dzieje na poziomie angielskiej Premier League śledzimy zawsze z dużą uwagą. Otóż proszę sobie wyobrazić, że angielska liga piłkarska – prawdopodobnie najlepsza piłkarska liga na świecie – zatrudnia całą kupę piłkarzy i trenerów, którzy z Brytyjskim Imperium mają tyle wspólnego, że wedle rankingu przedstawionego przez niesławnego Johna Dee, pochodzą z zakątków świata, które od początku świata stanowią jego faktyczną i jak najbardziej realną część. Z takim Diego Costą jest sprawa prosta. Jemu wystarczy rozumieć, co się do niego mówi i tu sobie jakoś radzi. On w końcu ma za zadanie grać i albo strzelać bramki, albo dbać o to, by ich za dużo nie stracić. Inaczej jest z trenerami. To są prawdziwe gwiazdy. To oni tak naprawdę odpowiadają za poziom tej ligi i to oni ostatecznie po każdym kolejnym meczu pojawiają się na konferencjach prasowych i przez 15, czy 20 minut starają się tworzyć ową historię. I oto mamy tę Premier League – jak już wspomnieliśmy, najlepszą ligę na świecie, te pieniądze, ten prestiż, a w tym wszystkim – daje słowo, że to jest zaledwie pierwszy z brzegu przykład, a osobiście pod ręką mam kilka równie dobrych – pojawia się nagle trener obecnie przewodzącej w tych rozgrywkach Chelsea, który prezentuje się ni mniej ni więcej, tylko tak:



O co chodzi? Otóż chodzi o to, w jaki sposób to wystąpienie odbierają Brytyjczycy? Co oni czują, kiedy widzą człowieka, który tworzy ich imperialną historię i jedyne, co potrafi powiedzieć w ich języku, to parę najprostszych i kompletnie chaotycznych słów. Oni nie mają pojęcia, co on do nich mówi, oni nawet nie próbują go słuchać, a wszystko i tak gra jak należy, bo chodzi wyłącznie o ten gest. No a co czuje on, kiedy siedzi tam przed nimi i nie może nie mieć przecież świadomości, że oni tak naprawdę nie rozumieją słowa z tego, co on do nich mówi? On zapewne też zdaje sobie sprawę z tego, że oni mają to głęboko w nosie, bo tak naprawdę chodzi wyłącznie o to, by podtrzymać powszechną świadomość, że nie ma potęgi ponad Brytyjskie Imperium.
Żona moja uczy w szkole, gdzie jednym z nauczycieli jest obywatel Zjednoczonego Królestwa. Otóż proszę sobie wyobrazić, że całkiem niedawno, przy którejś z okazji, on jej z dumą powiedział, że historia Wielkiej Brytanii to jest odwieczne zmuszanie świata, by pracował na jej rzecz. Obejrzałem wyżej przedstawioną konferencję prasową trenera londyńskiego Chelsea – którego, tak na marginesie, właścicielem jest Rosjanin – ale też przy okazji posłuchałem, co mają mi do powiedzenia trenerzy Tottenhamu, Leicester, czy choćby słynny Pep Guardiola, i pomyślałem sobie, że tu nawet palca nie ma gdzie włożyć. John Dee miał rację. Imperium obejmuje cały świat, a to co ów świat za swoje starania na rzecz owego Imperium dostaje, to tolerancję dla swojej słabości, demonstrowanej choćby przez nieumiejętność wysławiania się w jego języku. W końcu ci wszyscy Hindusi czy Nigeryjczycy też sobie radzili tak sobie.
Na koniec tego dość szczególnego tekstu mam też równie szczególny, bo skierowany do tych wszystkich z nas, którzy próbujemy nauczyć się języka, a nam to z różnych powodów nie wychodzi, apel, byśmy machnęli na to ręką. Taki Antonio Conte jest od nas bez porównania gorszy, a popatrzcie tylko, jak tym cwaniakom to w ogóle nie przeszkadza.

Wszystkich czytających ten tekst zachęcam niezmiennie do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Naprawdę warto.


środa, 1 lutego 2017

O błękitnym turbodoładowaniu i palącym smaku Komuni, czyli pożegnanie z Bolkiem

       Kiedy czytam komentarze na temat ostatecznego ogłoszenia przez Instytut Pamięci Narodowej faktu współpracy Lecha Wałęsy z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa, odnoszę wrażenie, że główny ich nastrój jest taki, że co z tego? Czy myśmy o tym całym Bolku nie słyszeli przypadkiem wielokrotnie wcześniej? Czy dla nas fakt, że Bolek to Wałęsa jest jakąś sensacją? Oczywiście że nie. Myśmy to wszystko wiedzieli oczywiście już od dawna, natomiast ja mam wrażenie, że chyba nigdy wcześniej owa prawda nie uzyskała aż tak oficjalnego potwierdzenia.
      Ja oczywiście nie mam złudzeń. To, że fakt owej współpracy nabrał kształtu aż tak oficjalnego, nie sprawi, że z dnia na dzień cała ta straszna propaganda nagle umilknie, a następnie się bez pamięci rozpierzchnie. Dopóki z tego strasznego nieszczęścia da się wysysać całe to kłamstwo, oni nie ustąpią i będą tego durnia wyciągać za to co zostało z jego słynnego wąsa. Jeszcze wczoraj wieczorem w telewizji TVP Info wystąpili Janusz Onyszkiewicz i Jan Rulewski i wspólnie i w porozumieniu ogłosili, że wprawdzie Wałęsa faktycznie sprzedawał kolegów, ale on to robił po to, byśmy dziś mieli tę wolność, którą mamy, no a poza tym, jeśli ktoś zgłasza jakiekolwiek pretensje, nich się z nimi uda do Lecha i Jarosława Kaczyńskich.
     No ale my nie musimy się dziś jakoś szczególnie zadręczać, w związku z czym nie zaszkodziłoby strzelić choćby jednym korkiem. Myślałem zatem o tym, co by tu napisać i, tak jak to już bywało, pomyślałem, że przypomnę tekst sprzed lat. Ja o Wałęsie pisałem wielokrotnie, jednak wydaje mi się, że jeden z nich na okoliczność, którą dziś przeżywamy, robi wrażenie szczególne. Proszę więc, powspominajmy czasy szczęśliwie minione.


      Gdyby ktoś mnie poprosił, bym jak najkrócej opisał swoje najbardziej istotne wspomnienie jak idzie o prezydenturę Lecha Wałęsy, prawdopodobnie powiedziałbym, że wciąż mi chodzi po głowie ów obraz, kiedy to widzę prezydencką kaplicę, za ołtarzem stoi ksiądz Franciszek Cybula, w pierwszym rzędzie siedzą Wałęsa i Wachowski, gdzieś trochę dalej Drzycimski, a obok Drzycimskiego któryś z wezwanych na poranne przesłuchanie ministrów.
      Ktoś kto jest zbyt młody, by te czasy pamiętać – dziś pytałem o to Coryllusa, i on przyznał, że nie bardzo wie, o czym ja w ogóle mówię – prawdopodobnie czyta te słowa jak jakąś abstrakcję, natomiast dla mnie jest to wciąż bardzo żywe wspomnienie. Spróbuję bardzo krótko opowiedzieć, o co chodziło. Otóż prezydent Wałęsa miał tego swojego kapelana, księdza Franciszka Cybulę, najważniejszego ministra, Mieczysława Wachowskiego, oraz rzecznika prasowego, Andrzeja Drzycimskiego. O ile sytuacja nie wymagała tego, by Wałęsie towarzyszył tylko Wachowski, cała ta czwórka wszędzie poruszała się razem. Wałęsa, tych dwóch, no i ksiądz. Skąd ja wiem, jak wyglądało w tej kaplicy? Otóż zwyczaj był taki, że każdego dnia, z samego rana, Wałęsa wzywał do siebie któregoś z ministrów, czy szefów którejś z państwowych instytucji, opieprzał go za to, że źle pracuje, a wszystko to nagrywała specjalna ekipa, zatrudniona przez Wałęsę po to, by rejestrować każdy jego krok. Następnie materiał był puszczany w wieczornych wiadomościach.
      Zanim jednak dochodziło do bezpośredniego spotkania z ministrem, wszyscy schodzili na dół do kaplicy i uczestniczyli w porannej Mszy Świętej. To o tych właśnie nabożeństwach swego czasu wspominał Mieczysław Wachowski, opowiadając, jak to on je bardzo lubi, bo może wtedy sobie „pojeść komunię”. Wspomniane Msze również były filmowane, a następnie, choćby w drobnym fragmencie, pokazywane w telewizji. Tak by każdy wiedział, że Lech Wałęsa, to człowiek bardzo religijny.
      Powiem szczerze, że dla mnie zawsze największą zagadką z tej grupy był ksiądz Cybula – oficjalny kapelan Lecha Wałęsy. Przede wszystkim dlatego, że ja nigdy nie potrafiłem zrozumieć, jak to się stało, że on był przy Wałęsie zawsze. Wałęsa spotykał się w jakiejś bardzo oficjalnej sytuacji z kimś równie oficjalnym, a obok Wałęsy już był ksiądz Cybula i go nie opuszczał nawet na krok. Ale było coś jeszcze. Ksiądz Cybula nigdy chyba się nie odezwał. Z nim nigdy nie ukazał się żaden wywiad, żadna choćby króciutka rozmowa. Ja przez te wszystkie lata chyba nawet nie zdążyłem się zorientować, jaki ten ksiądz ma w ogóle głos. To jedno. Druga rzecz była taka, że on robił wrażenie osoby wręcz karykaturalnie niesympatycznej. Nigdy się nie uśmiechał, nigdy nie spojrzał z jakimś weselszym błyskiem w oku. Był wiecznie ponury i zimny jak skała. A przez to, że siłą rzeczy kojarzył się bardziej z urzędem niż z kościołem, robił wrażenie przebranego za księdza urzędnika. I ja, powiem szczerze, zawsze się go bałem.
      Oczywiście, była jeszcze cała ta polityczna część prezydentury Wałęsy, a więc prześladowanie opozycji, kwestie związków Wałęsy ze służbami, ten nieszczęsny Wachowski, o którym powstawały wręcz legendy. A na tym tle postać księdza Cybuli robiła wrażenie jeszcze bardziej złowieszcze.
Ponieważ właśnie jestem w trakcie pisanie tej nowej książki, potrzebowałem w pewnym momencie poszukać czegoś na temat dzisiejszych losów księdza Franciszka Cybuli, byłego kapelana prezydenta Wałęsy. Niestety tu akurat panuje dość jednoznaczna nędza. Co dziś robi ksiądz Cybula – nie wiadomo. Najbliżej jak udało mi się sięgnąć, to wywiad, jakiego on udzielił portalowi Opoka jeszcze w roku 2009, zatytułowany „Jestem zwykłym księdzem”, w którym opowiada on, że pracuje gdzieś na jakiejś parafii w Sopocie no i że dla niego wzorem księdza jest ksiądz Wojtyła. Ale są też i wspomnienia. I oto, ksiądz Cybula poproszony o wyjaśnienie, czemu on stał się w praktyce kolejnym prezydenckim urzędnikiem, odpowiada w ten oto sposób:
      „Prezydent chciał, abym był z nim wszędzie, nawet na konferencjach prasowych. Buntowałem się, nie chciałem w nich uczestniczyć. – Szefie, to jest źle odbierane – przekonywałem. A on: chcę mieć zawsze duchowe wsparcie.
      Przed jednym z prestiżowych spotkań powiedział mi: nie mam dziś weny. Ja na to: włączam więc turbodoładowanie niebieskie. Zacząłem się modlić. Przerwałem modlitwę, gdy otrzymywał owacje na stojąco. Połączenie sił duchowych z jego intuicją, oryginalnym podejściem do wielu spaw, dawało efekty zaskakujące. Gdy rozmawiałem o tym z prof. Franciszkiem Gruczą, językoznawcą, germanistą, mówił o nim, on i jego koledzy po fachu: Das ist eine politische Tier – to jest polityczne zwierzę”.
      Trochę przydługi ten cytat i wcale nie wiem, czy w całości potrzebny. Bo tak naprawdę chodzi mi tylko o jeden fragment. Mianowicie o tego „Szefa”. Dla mnie świadomość, że kapelan prezydenta Wałęsy zwracał się do niego per „Szefie” jest autentycznie porażająca. Proszę zrozumieć, o co mi chodzi. Ksiądz Cybula prosi Wałęsy, by ten go ze sobą wszędzie nie ciągał, bo to jest publicznie źle odbierane, na co Wałęsa mu tłumaczy, że mowy nie ma, bez dyskusji, ksiądz ma być i kropka! Na co Cybula – jakoś tym razem, słowo „ksiądz” mi nie przeszło przez gardło – prosi, „Ale, Szefie!”, na co Wałęsa: „A co z niebieskim tubodoładowaniem?” No i sprawa załatwiona.
      Franciszek Cybula w wywiadzie dla Opoki nie wspomina, jak się do niego zwracał Wałęsa. W ogóle, mało już mówi. Tym bardziej też nie opowiada, jak wyglądała na przykład taka spowiedź i czy, kiedy on karmił Wachowskiego opłatkami, to Wachowski był wyspowiadany, czy mówił Księdzu, żeby dawał tę komunię i nie robił cyrku. No i może nie mniej ważne – czy on do Wachowskiego też się zwracał per „Szefie”?
      Myślę o tej całej przedziwnej sytuacji, i nie mogę przestać myśleć, że oto mamy za sobą 2000 lat Kościoła, a ksiądz Franciszek Cybula jest jednym z tego Kościoła kapłanów; że być może, teraz, kiedy piszę ten tekst, on tam siedzi na tej swojej sopockiej parafii i wspomina, jak to miał kiedyś swego szefa. Nie jakiegoś proboszcza, biskupa, czy papieża, a może nawet i bezpośrednio Jezusa Zmartwychwstałego, ale samego Lecha Wałęsę.
      I nagle przychodzi mi do głowy myśl taka oto, że, jak nam wiadomo, minister Wachowski to był z pewnością wesoły człowiek. I czy w tej sytuacji nie jest przypadkiem możliwe, że ta spowiedź, nad którą przez chwilę się tak zadumałem, nie wyglądała tak, że to Cybula przychodził do Wachowskiego, który – już najedzony tymi komuniami – siedział sobie w konfesjonale, a Cybula klękał i mówił „Ostatni raz spowiadałem się wczoraj rano”?
Na co Wałęsa odwracał się od telewizora i krzyczał do swojego duchowego przewodnika: „Ciszej tam, bo za cholerę nic nie słychać!”


Zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl  i kupowania moich książek. Naprawdę warto.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...