sobota, 7 czerwca 2014

O Bronisławie Komorowskim i jego mózgu

Dziś, ponieważ pogoda piękna, a w Salonie pustki, proponuję zajrzeć do „Warszawskiej Gazety” i poczytać sobie coś lżejszego, a więc mój najświeższy felieton o Panu Prezydencie i o sygnałach wysyłanych spod jego czaszki.

Przy okazji zorganizowanej przez „Wyborczą” oraz TVN imprezy z okazji 25 rocznicy wyborów wyboropodobnych roku 1989, głos zabrała cała kupa znanych nam z telewizji osób, a wśród nich Adam Michnik i Bronisław Komorowski. Możliwe oczywiście, że coś fantastycznego powiedział Adam Małysz, czy Jerzy Owsiak, a kto wie, czy nie i Krystyna Janda, tyle że my akurat tego nie wiemy. No a skoro nie wiemy, to jesteśmy skazani na owe dwie wypowiedzi jakoś tam nagłośnione przez media, a więc te wysączone przez czarne usta Redaktora i Prezydenta.
Z tego co słyszymy, największe wrażenie zrobił Adam Michnik refleksją na temat Lecha Wałęsy, a zwłaszcza fragmentem sugerującym, że Wałęsa to człowiek, który „zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną”. Ja jednak przyznaję, że dla mnie te słowa są jak szum wody w rurach. Jeśli chodzi o Michnika, on równie dobrze mógł powiedzieć, że Wałęsa jest jak Mick Jagger, czy że Gdańsk bez Wałęsy znaczy tyle co Święta Trójca bez Jezusa, a nawet że w pewnych okolicznościach dwa i dwa równa się siedem, a ja bym nawet nie zmarszczył czoła. Dlaczego? Dlatego mianowicie, że Michnik to dziecko kompletnie psychicznie zdemolowanych francuskich marksistów, dla którzy język to jedynie narzędzie służące kłamstwu, i to nawet nie po to, by kogoś wprowadzić w błąd – co by mogło mieć jakiś sens – ale dla prostej, intelektualnej zabawy. On równie dobrze mógłby Wałęsę przyrównać do Kasi Tusk, czyli do Dalaj Lamy, albo Karola Wojtyły, a to i stanowiłoby zaledwie popis skutecznego niszczenia sensów i znaczeń, czyli zabawą na adekwatnym dla kojarzonego przez nas z Michnikiem poziomie.
O wiele bardziej poruszyła mną wypowiedź Bronisława Komorowskiego. On oczywiście nie próbował nas uwieść ani intelektem, ani wykształceniem, czy choćby jakąś szczególną inteligencją, ale powiedział to, co w jego mniemaniu powinno mu leżeć na sercu, a mianowicie to, że za sto czy dwieście lat, historycy będą opisywać lata 1989-2014, jako najlepsze w całej polskiej historii.
I znów, ja nie chcę Komorowskiego atakować za to, że on za najlepsze w całej polskiej historii uważa lata, w których nie tylko doszło do katastrofy w Smoleńsku, nie tylko polskie społeczeństwo, a co gorsza, polskie rodziny zostały skazane na wojnę domową, jakiej ten naród miał szczęście dotychczas nie znać, nie tylko wreszcie doszło do nieznanej w skali cywilizowanego świata ekonomicznej emigracji. Dla mnie Bronisław Komorowski to człowiek, który, gdyby miał okazję je czytać, powyższego zdania by nie zrozumiał. Jestem pod wrażeniem owej refleksji z tego powodu, że on przez nią – niezależnie od tego, jak blisko, czy daleko się znalazł od prawdy – pokazał, że jego mózg się ostatecznie skurczył do rozmiaru mózgu ryby, która zerwała się z haczyka i uznała, że świat jest piękny. Jak na prezydenta dużego europejskiego kraju, to naprawdę robi wrażenie.

Przypominam, że mamy konkurs. Chodzi o to, że zbliżają się wakacje, a z wakacjami sezon festiwalowy, w tym Orange Festival. Ponieważ cena karnetów jest dla normalnego człowieka nie do przejścia, dzieci biorą udział w serii organizowanych stale przez System konkursów. Otóż moja młodsza córka i jej koleżanka Daria wzięły udział w jednym z nich, na wykonanie najlepszego portretu jednego z artystów, i obie awansowały do ścisłego finału. Aby nie rozdrabniać głosów, postanowiły głosować na rysunek Darii, który jest zdecydowanie najlepszy. Karnet jest podwójny, więc jeśli Daria wygra, jadą obie. W związku z tym, że mamy jeszcze czas do jutra, bardzo proszę skorzystać z poniższego linku:

http://www.eska.pl/news/konkurs_wygraj_meet_greet_z_davidem_guetta_-_glosuj_na_najlepszy_portret/99902/5

i klikać: Daria Sznapka, pozycja nr 6. To zaledwie chwila, chwila, która w dodatku nic nie kosztuje, a wystarczy popatrzeć na ten obrazek, by sumienie mieć czyste. Bardzo proszę o ten gest. Dziękuję.

piątek, 6 czerwca 2014

Wolność? Wyeksportujcie ją sobie. Gdziekolwiek

Oto z wielkim hukiem minęła 25 rocznica wyborów 1989 roku, a jednocześnie – tyle że już, o dziwo, z pełna dyskrecją, ogłoszono nam powstanie nowego narodowego święta – Święta Wolności. A ja pamiętam, że w tamtym roku miałem o dwadzieścia pięć lat mniej i byłem bardzo szczęśliwy. Byłem szczęśliwy, ponieważ czułem ten wiatr, byłem pewien, że to jest dobry wiatr, a przede wszystkim czekałem na ten wiatr całe długie lata. Ciekawe jednak jest to, że w tamtym czasie byłem przy tym wszystkim jak najgłębiej przekonany, że moje emocje są dzielone przez niemal wszystkich Polaków. W tamtych dniach znajdowałem się w nastroju tak podniosłym, że nawet w głowie mi się nie mieściło, że ów nastrój święta mógłby przejść gdziekolwiek niezauważony. Byłem więc bardzo zdziwiony, kiedy się okazało, że w tych wielkich, wspaniałych wyborach wzięło udział mniej niż 63% uprawnionych obywateli. Jeszcze bardziej szokujące było to, że kiedy po tym pierwszym, cudownym i tak podnoszącym na duchu zwycięstwie, kiedy okazało się, że to wszystko się dzieje naprawdę, doszło do drugiej, uzupełniającej rundy 18 czerwca, i w tym głosowaniu wzięło udział już zaledwie 25% wyborców.
Proszę sobie wyobrazić sytuację, którą dziś mam w głowie. Po 50 latach niewoli, najpierw niemieckiej, a później sowieckiej, dochodzi do pierwszego, wreszcie przynajmniej pozornie, aktu demokracji i okazuje się, że – pomijając ten pierwszy nastrój emocji – całym tym wydarzeniem zainteresowanie wykazuje zaledwie co czwarty głosujący Polak. I nie mówię tu o najróżniejszego autoramentu intelektualistach – takich choćby jak Cezary Michalski – którzy cokolwiek robią, i tak jest pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. Nie mówię tu też o najbardziej zaczadzonych polityką obywatelach, którzy nie potrafią ani na chwilkę wyjść poza swoje najbardziej partykularne obsesje. Oni w tamtych dniach, naturalnie, zajęci byli czym innym. Ja mam na myśli ludzi. Zwykłych ludzi, którzy sobie żyją z dnia na dzień i – jak się wówczas, przed 25 laty okazało – nie ma takiej siły, która by ich zmusiła do jednego ludzkiego odruchu, o ile nie pokaże się im tego jednego ludzkiego powodu, dla którego ten ruch warto wykonać. Nie zrobią tego nawet po to, by jeszcze raz, demonstracyjnie choćby, skreślić całość tej cholernej listy krajowej. Tak jakby wiedzieli, że to i tak już jest bez sensu.
Dziś, kiedy za oknem – i tym realnym i tym sztucznym oknem telewizora – toczy się debata o tym, co się w Polsce wydarzyło dwadzieścia pięć lat temu i co w związku z tym słychać teraz, w roku 2014, bardzo chciałbym wiedzieć, co się stało z tymi wszystkimi ludźmi, którzy 18 czerwca 1989 roku, w tę piękną czerwcową niedzielę powiedzieli sobie i Polsce, że oni to wszystko mają, najzwyczajniej w świecie, w nosie. Ciekawy jestem, czy oni dziś żałują, że wtedy zostali w domu, czy może czują z tego powodu wyłącznie złośliwą satysfakcję, czy może nawet tamtego czerwca nie pamiętają? Chciałbym wiedzieć, czy oni dziś interesują się w ogóle polityką, czy głosowali na przykład w maju w wyborach europejskich i czy – jeśli oddali ważny głos – oddali go na Platformę Obywatelską, czy może na PiS, czy może na Korwina? I dlaczego tak, a nie inaczej? Bardzo bym chciał wiedzieć, co sobie myślą właśnie oni. Tamte 75 % Polaków, którzy w momencie gdy – jak się zdawało – przyszedł czas rewolucji, wzruszyli tylko ramionami. Ale nie wiem.
Mogę dziś mówić wyłącznie w swoim imieniu. W imieniu kogoś, kto właśnie w tej chwili pisze swój kolejny tekst, a jednocześnie gdzieś tam czyta słowa wypowiadane przez człowieka o nazwisku Bronisław Komorowski, który ogłasza, że minione 25 lat to najlepszy okres w całej polskiej historii. Człowieka, który – jestem głęboko przekonany – dwadzieścia lat temu głosował tak jak ja. Otóż ja sobie myślę nie najlepiej. I podobnie nie najlepiej się czuję. Przez te dwadzieścia pięć lat otrzymałem niemal wszystko to, na co liczyłem, że dostanę tamtej czerwcowej niedzieli. Mam dziś więc przede wszystkim wolność bezkarnego – przynajmniej jak na razie – pyskowana. Mam paszport – inna sprawa, że już od kilku lat nieważny – w pudełku na szafce. Mam również graniczące z pewnością poczucie, że mijający na ulicy policjant nie da mi bez powodu po pysku. No i przede wszystkim jednak – mam te już przysłowiowe banany. Banany wprawdzie ostatnio dwa razy droższe niż jeszcze parę lat temu, ale za to w ilościach dowolnych i w dowolnych niemal miejscach.
Czy to dużo? Skoro to jest – jak już wspomniałem – prawie wszystko, na co kiedyś liczyłem, to chyba bardzo dużo. W takim razie, czemu jestem dziś w tam marnym nastroju? Czemu się więc nie cieszę, tak jak choćby dziennikarze stacji TVN24, którą – tak na marginesie – dostałem wraz z całą resztą w komplecie? Czy jest tak, że to co dostałem, po tych dwudziestu pięciu latach okazało się wcale nie tak potrzebne, jak mi się wtedy wydawało? Czy może chodzi o to, że jakość tego co dostałem jest niższa od zapowiadanej? Czy może sęk w tym, że na miejsce ówczesnego milicjanta przyszedł ktoś zupełnie inny? O wiele straszniejszy? A może problem leży w tym, że właśnie ta jedna, jedyna rzecz, której tamten wiatr jednak nie przywiał, była tym jednym jedynym gwarantem tego, że cała reszta będzie w ogóle miała jakiekolwiek znaczenie? I sens? Czy to możliwe, że to czego – jak się w końcu okazało – jednak nam poskąpiono, załatwiło całą sprawę odmownie?
Czy może być tak więc, że te najpierw 35, a potem już 75% dorosłego społeczeństwa odmówiło udziału w wyborach w czerwcu roku 1989, bo oni wciąż czekali na ten jeden prosty – tak bardzo prosty – znak? I go nie zobaczyli?

Słuchajcie. Jest konkurs i trzeba głosować. Jest tak, że tam w tym finale znalazła się ta Daria i moja Zosia (z jakiegoś powodu przedstawiona jako Olesiejuk), ale ponieważ praca Darii jest znacznie mocniejsza, one – jako koleżanki – postanowiły nie rozdrabniać głosów, połączyć siły, nie rozbijać głosów i głosować tylko na Darię. Nagroda jest podwójna, a więc i tak się podzielą. Bardzo proszę wejść na link:

http://www.eska.pl/news/konkurs_wygraj_meet_greet_z_davidem_guetta_-_glosuj_na_najlepszy_portret/99902/5

i klikać pracę nr 6 Darii Sznapki. Mamy czas do 8 czerwca, Sprawa jest o tyle czysta, że już na pierwszy rzut oka widać, że ona jest najlepsza, no ale potrzebujemy mieć pewność. Dziękuję.

O zimnych ślimakach na paryskich stołach

Miałem dziś pewne swoje plany związane z tym blogiem, tymczasem Coryllus przedstawił tekst pod wstrząsającym zupełnie tytułem „Lekcja sawuar wiwru” i o równie wstrząsającej treści, no i wszystko co sobie wymyśliłem wzięło w łeb. Można by było jeszcze to jakoś przeżyć, gdyby z tego szoku, w którym mnie ta dziwna lekcja wprawiła, mogło powstać coś adekwatnie dużego, a tymczasem ja siedzę wbity w to krzesło, mam w głowie tylko tę twarz, ten widelec i te ślimaki i nawet nie wiem, czy cokolwiek mądrego uda mi się napisać. No ale trzeba próbować.
Jak doniósł nam Coryllus, polskim ambasadorem w Paryżu jest niejaki Tomasz Orłowski, człowiek, który normalnie wygląda, mówi i zachowuje się jak trzeciorzędny aktor grający morderców-psychopatów w filmach z Jamesem Bondem, jednak przez to, że on jest ambasadorem, a więc tak zwanym dyplomatą, i to w samym Paryżu, polski MSZ postanowił wypożyczyć go nie do nowej wersji przygód agenta 007, ale do tego by w serii 10 filmów poglądowych na tematy „okołoparyskie” opowiedział nam, co mamy robić, żebyśmy się, gdy już się znajdziemy w tym Paryżu, nie zachowywali, jak bereciary z Torunia, ale co najmniej z Marsylii.
Mamy więc tego Orłowskiego, który albo opowiada o tym, ile ząbków ma mieć porządny widelec, jakie ostrze ma mieć nóż do ryb, jak nakładać masło na ser, jakie krawaty nosić latem, a jakie na pogrzebie, czy wreszcie skąd się biorą bąbelki w szampanie, a co pewnie najciekawsze, jak jeść, żeby okruszki chleba nie wypadały nam z naszych wieśniackich gęb, i ni stąd z owąd powstaje sytuacja, gdzie Monty Python nie byłby w stanie nakręcić kolejnego odcinka swoich skeczy, nie narażając się jednocześnie na zarzut gnuśności twórczej. A zatem, konsekwentnie, ja również nie będę teraz wymyślał kolejnych szalenie zabawnych rozwinięć tych scen nad kieliszkiem, talerzem, czy po prostu stołem, ale zwrócę uwagę na jeden jedyny szczegół, który zrobił na mnie wrażenie o tyle większe, że w pewnym sensie symboliczne.
Otóż Orłowski w jednym z tych filmów siedzi nad talerzem ze ślimakami, opowiada, że wbrew temu, co nam durniom z Torunia może się wydawać, one nie są surowe, zdjęte prosto z krzaka i umazane wymieszanym z ziemią śluzem, wyjaśnia nam cały długi proces uzdatniania ślimaków do spożycia, by wreszcie, już na samym końcu ostrzec nas, byśmy broń Boże nie brali takiego francuskiego ślimaka w palce, bo on jest gorący jak jasna cholera i nas poparzy, tylko korzystali ze specjalnych szczypczyków. Dokładnie w tym samym momencie, kiedy to mówi, bierze Orłowski ślimaka w dwa palce, wsadza go w te szczypczyki, następnie wygrzebuje widelczykiem zawartość, wsadza sobie w usta, robi minę typu „mniam” i pojawiają się napisy końcowe.
Otóż musze się tu przyznać do rzeczy wstydliwej. Ja mianowicie byłem raz w życiu we Francji, a jak by tego było mało, polazłem do francuskiej restauracji i dostałem do jedzenia – tak, tak – te ślimaki, wraz, jak najbardziej, ze szczypczykami i widelczykiem. Sprawa polega na tym, że dla kogoś, kto nie ma odpowiedniej wprawy w obsługiwaniu tych ślimaków, owe szczypczyki są całkowicie bezużyteczne. Raz, że aby je naciągnąć i przytrzymać, trzeba użyć bardzo dużej siły, następnie, żeby złapać tę skorupkę, która się albo nieustannie wyślizguje, albo obraca dziurką do dołu, trzeba się nagimnastykować dziesięć razy bardziej, niż tymi patykami do jedzenia sushi, no a w końcu, żeby ją wreszcie skutecznie przytrzymać, to już jest, przepraszam bardzo, ale senne marzenie. Proces spożywania tych ślimaków jest tak czasochłonny i bezsensowny, że po kilku minutach jedyne co pozostaje to rąbnąć im tę flaszkę z winem, wybiec z restauracji i się uchlać gdzieś pod mostem.
I oto mamy naszego Orłowskiego, którego MSZ filmuje nad tymi ślimakami, on nam mówi, co się stanie, jeśli naszego ślimaka weźmiemy w palce, bierze go w palce, naciąga szczypczyki, wsadza ślimaka w szczypczyki tak, by mu z nich nie wyskoczył i pokazuje, jak jeść nie ciamkając. Oczywiście, ja świetnie zdaję sobie sprawę z tego, jak to się odbyło. Orłowski najpierw męczył się z tym ślimakiem przez godzinę, a kiedy on mu już skutecznie wystygł, wsadził go sobie w te szczypce, wygrzebał ze środka to coś zielonego i zjadł z apetytem. Ponieważ jednak zarówno on, jak i pomysłodawcy tego żenującego projektu, i jego realizatorzy są jeszcze głupsi od tych ślimaków, wyszło jak wyszło, a nam się już nawet nie chce z tego śmiać. Bo myślimy już tylko o symbolicznym właśnie wymiarze całego przedsięwzięcia, a to już są rzeczy śmiertelnie poważne.
Trzeba kończyć, a mi już brakuje sił. Z jednej strony widzę twarz Orłowskiego, z drugiej te zimne ślimaki, a tu jeszcze jest ten tekst Coryllusa i te larwy czekające na brazylijskich drzewach aż je ktoś zechce zlizać. W pewnym momencie chciałem wręcz zażartować, że ten Orłowski to pewnie młodszy brat słynnej przed laty producentki filmów porno Teresy Orlovsky, no ale to byłoby zbyt proste. Powiem więc inaczej. Otóż oglądając któryś z tych filmów z Orłowskim zauważyłem, że on siedzi za stołem w zapiętej marynarce. Zastanawiałem się przez chwilę, jak to się stało, że oni przegapili tak ważny moment i to puścili. Otóż nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że on, zanim siądzie do stołu, specjalnie starannie zapina marynarkę, żeby nikt nie zobaczył broni, którą on tam pewnie ma pod spodem. Przede wszystkim Orłowski to poważny dyplomata, a nie jakiś ruski gangster, no a poza tym wsadzić sobie taki odbezpieczony rewolwer do kieszeni w spodniach może być jeszcze bardziej niebezpieczne, niż dotknąć ślimaka gołym palcem.

Jeśli ktoś lubi czytać te teksty, zapraszam do księgarni Coryllusa pod adekwatnym adresem www.coryllus.pl. Tam między innymi jest do kupienia wybór moich wczesnych felietonów po niezwykle atrakcyjnej cenie 15 złotych plus przesyłka. Oczywiście, jak zwykle, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 5 czerwca 2014

Pan Kukiz już się zbliża

W ciągu sześciu już lat prowadzenia tego bloga zanotowałem trzy poważniejsze sytuacje, kiedy to z dnia na dzień straciłem dziesiątki czytelników, a zyskałem mniej więcej tyle samo zażartych nieprzyjaciół. Pierwszy raz zdarzyło się to, kiedy zaatakowałem tu Stanisława Michalkiewicza, drugi raz, kiedy przedmiotem mojego ataku stał się, wówczas jeszcze bohater polskiej prawicy, Rafał Ziemkiewicz, no i trzeci raz – z jakiegoś, do dziś dla mnie niewyjaśnionego powodu, przypadek zdecydowanie najbardziej drastyczny – kiedy postanowiłem się rozprawić z Pawłem Kukizem za jego piosenkę o dwóch zapitych katyńskich enkawudzistach.
Wydawałoby się, że ów projekt był czymś tak oburzająco skandalicznym, że, pomijając osoby, których cieszy każdy przypadek kompromitacji polskiego patriotyzmu, nie znajdzie się jedna osoba, która miałaby potrzebę bronić Kukiza, a tym bardziej obrażać się na tych, którzy postanowili obnażyć czy to jego bezczelne cwaniactwo, czy porażające zgłupienie. Tymczasem stało się tak, że on najpierw napisał, a następnie wykonał to gówno, ja je obnażyłem, i w tym momencie cała kupa patriotów obłożyła mnie klątwą.
Od tego czasu minęło już kilka lat, sam Kukiz miał już parę razy okazję pokazać, kim jest i czego się po nim można spodziewać, a więc wydaje się, że nawet ci najbardziej zaczadzeni pragnieniem wyszukiwania „naszych” nawet w najbardziej odrażających zakątkach bezbożnej i głupiej Polski swoje nadzieje związane z osobą Kukiza radykalnie ograniczyli. Nawet ja sam, czyli ktoś, kto na Kukiza zawsze miał oko, z niejakim zdziwieniem zaobserwowałem, że kiedy on niedawno wystąpił u Moniki Olejnik, mając obok siebie samego Janusza Palikota, i obaj wspólnie, w pełnej zgodzie i porozumieniu, walili w Donalda Tuska, nawet mi się brew nie uniosła.
Przyznać jednak muszę, że kiedy wszystko wskazywało na to, że Paweł Kukiz wszystkie swoje możliwości wyczerpał i jedyne czym nas może jeszcze zaskoczyć, to udanie się do Rosji i zwrócenie się do Putina o przyznanie mu obywatelstwa, on bardzo aktywnie, choć oczywiście na swój szczególny sposób, przyłączył się do świętowania Dnia Wolności, napisał i wykonał kolejną piosenkę. Z pozoru nie stało się nic szczególnego. Od czasu, gdy Kukiz, w celu zaatakowania polskiej wiary, polskiej religijności, polskiego Kościoła, w więc de facto Polski, napisał i rozpowszechnił w publicznej przestrzeni osobistą parodię eucharystycznej pieśni „Pan Jezus już się zbliża”, wiadomo było, że on już do końca swojego nędznego życia będzie miał tylko jeden sposób na sukces: obudowywanie e najbardziej prymitywnej propagandy na rzecz tych lub tamtych – zależnie od tego, kto więcej zapłaci – równie prymitywną i tanią muzyczną tandetą i sprzedawanie tego na popularnym rynku. Ów atak na Kościół, który Kukizowi przyniósł popularność i pieniądze, a przy okazji sprawił, że podobnie jak sparodiowany swego czasu przez Zembatego „Marsz żałobny” Chopina już zawsze będzie budził ironiczny uśmiech, tak samo przyjmujące Pierwszą Komunię Świętą dzieci, a zwłaszcza ich rodziny, już nigdy nie będą potrafiły zachować odpowiedniej powagi, i tak – przyznaję to z prawdziwa przykrością – miał w sobie pewien artystyczny poziom; w porównaniu z nim, wszystko co Kukiz robił w kolejnych latach było już tylko gorsze, osiągając, wydawałoby się, skaliste dno piosenką o enkawudzistach, no i całą resztą, która się pojawiła chwilę później na zwiastowanej przez nią płycie.
I oto dziś Kukiz przedstawia swój kolejny utwór. Tym razem jest to parodia słynnej okupacyjnej piosenki „Dnia pierwszego września roku pamiętnego”, zaśpiewana oczywiście kpiąco, w znanym kukizowym stylu, w towarzystwie ruskiej harmoszki, z takimi oto słowami:

Dnia 4 czerwca roku pamiętnego
zebrała się banda stolca okrągłego.
Kiszczak i Jaruzelski moskiewskie pachołki
ze zdrajcami ludu podzielili stołki”.

Nie będę tej piosenki ani tu linkował, ani tym bardziej cytował dalszej części tego tekstu, natomiast chciałbym zwrócić uwagę na dwa elementy, które Kukiza, zapewne kompletnie wbrew jego woli, ostatecznie demaskują. I nie chodzi mi o to, że Kukiz najwyraźniej, czy to ze zwykłego dla siebie braku przytomności, czy może z jakiegoś ciężkiego upojenia, wszystko pomylił, bo akurat owa „banda stolca okrągłego” nie zebrała się 4 czerwca, tylko dużo wcześniej. To akurat, jeśli chodzi o ocenę stanu, w jakim znajduje się Kukiz, nie ma dla nas szczególnego znaczenia. Proszę zwrócić natomiast uwagę na trzecią linijkę tego tekstu. Otóż, mimo że było naprawdę parę wręcz narzucających się, jako oczywiście lepsze, rozwiązań tego fragmentu, Kukiz wybrał coś takiego. Przede wszystkim, historycznie rzecz biorąc, to nie Kiszczak z Jaruzelskim, ale Jaruzelski z Michnikiem nas tak wówczas załatwili. A zatem, o wiele lepsze, pod każdym, nie tylko merytorycznym, zresztą względem, byłoby „Michnik i Jaruzelski”, a nie „Kiszczak i Jaruzelski”. Tu jednak, w sposób oczywisty ze zwykłego cwaniactwa, Kukiz Michnika zastąpił Kiszczakiem. Jaruzelski nie żyje, Kiszczak Kukiza ma w swojej ledwo już żywej dupie, natomiast Michnik tego „moskiewskiego pachołka” Kukizowi by nie darował i by go zwyczajnie zniszczył.
Ale jest jeszcze coś. Widać to wyraźnie, kiedy się tej piosenki słucha, natomiast, jak sądzę, część Czytelników i tak już zauważyła, czytając już tylko te słowa, że tego „Kiszczak i Jaruzelski” nie da się zmieścić w melodii. Podobnie zresztą nie zmieściłoby się „Michnik i Jaruzelski”, właśnie przez to nieszczęsne „i”. Natomiast wystarczyłoby, żeby Kukiz owo „i” zastąpił przez „z”, i melodia linijki zostałaby zgrabnie zachowana. Kukiz jednak na to nie wpadł, no i mamy to co mamy, czyli „Kiszczak i Jaruzelski”, którego nawet tak wybitny pieśniarz, jak Kukiz zaśpiewać nie jest w stanie.
A ja sobie myślę, że to akurat już nie świadczy o jakimkolwiek cwaniactwie, ale wręcz przeciwnie – o czystym braku przytomności i zwykłej gnuśności tego dziwnego człowieka. Jemu się nawet nie chciało nad tym tekstem przez jeszcze jedną chwilę popracować. Nie chciało, albo zwyczajnie zabrakło sił. I to jest już właściwie moment, by o nim zwyczajnie przestać gadać, a nawet myśleć. Kukiz stanowi bowiem upadek w postaci równie karykaturalnej, co karykaturą są te jego piosenki. Jest jednak wciąż pewien problem. Z tego co słyszę i widzę, Kukiz to nadal liczący się bardzo element naszej prawicowej sceny politycznej. Nawet opisywana przeze mnie piosenka zyskała już pewną popularność, i to, o dziwo, wcale niekoniecznie popularność negatywną. A więc, wygląda na to, że Kukiz wciąż fika i naszym obowiązkiem owo fikanie jest jak najszybciej zatrzymać.
Rzecz bowiem w tym, że to właśnie osoba i działalność Pawła Kukiza dostarcza nam pełnej odpowiedzi na dręczące nas od pewnego czasu pytanie: czy to są durnie, czy cwaniacy? Chwile temu, w rozmowie z komentującym tu na blogu kolegą, zasugerowałem, że tu akurat mamy do czynienia z jednym i drugim – to są mianowicie jednocześnie durnie i cwaniacy. Durni cwaniacy. Wycwanieni durnie. Miejmy, proszę, na nich oko. Oni potrafią być naprawdę żywotni.

Wszystkim przyjaciołom tego bloga dziękuję za pamięć, szczególnie w tych dniach, i proszę o dalszą obecność. Zachęcam niezmiennie do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Tam już są do nabycia ostatnie egzemplarze wyboru moich wczesnych felietonów, pod tytułem „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie” i po niezwykle atrakcyjnej cenie 15 zł. plus wysyłka. Naprawdę warto.

środa, 4 czerwca 2014

O ataku gazem i innych cywilizacyjnych niespodziankach

Niedawno, przy okazji, której już w tej chwili nie pamiętam, moje najmłodsze dziecko zapytało mnie, co jest gorsze – „Polityka”, czy „W Sieci”. Wbrew temu, co mogą sobie myśleć stali czytelnicy tego bloga, odpowiedź na to pytanie wcale nie przyszła mi tak łatwo. Główny problem, przed jakim stanąłem, związany był z tym, że przez ostatnie 25 lat ja „Politykę” miałem w ręku zaledwie kilka razy, natomiast tygodnik „W Sieci” czytam na okrągło, i jeśli za każdym razem dochodzę do wniosku, że oto trzymam w ręku coś absolutnie najgorszego, to nie mogę wiedzieć, czy akurat „Polityka” nie jest jeszcze gorsza. Jednak przyznaję, że przed własnym dzieckiem zaświadczyłem, że „W Sieci” to wprawdzie gówno straszne, zle za to od „Poltyki” przynajmniej bardziej inspirujące. „Polityka” – nie tylko zresztą przy tygodniku Karnowskich – robi wrażenie wyłącznie kawałka papieru, którym można by co najwyżej umyć okno, gdyby lepiej się do tego nie nadawała „Gazeta Wyborcza”.
No ale nie da się ukryć, że każdy dzień przynosi nowe niespodzianki i zawsze się znajdzie dobry powód, by krzyknąć: „Zaraz, wróć! Może jeszcze raz. Jakie było pytanie?” Oto wczoraj wieczorem, kiedy już wyglądało na to, że najnowszy numer tygodnika „W Sieci” został omówiony od początku do końca, jakimś nierozpoznanym cudem zajrzałem na ostatnią stronę przed zamykającą numer okładką, gdzie wcześniej zawsze mieliśmy felieton Andrzeja Zybertowicza, a tam naszym oczom ukazał się, owszem, felieton, tyle że nie Zybertowicza, lecz żony Profesora, Katarzyny Szymańskiej-Zybertowicz.
Cóż to za tekst, ktoś zapyta, i cóż to za kobieta, która jest w stanie ot tak, jednym krótkim gestem, zastąpić swojego wybitnego męża w tej jakże istotnej dla Polski robocie? Otóż tego, kim jest żona prof. Zybertowicza nie wiemy, natomiast możemy krótko spróbować opisać ów tekst. Otóż jego sens sprowadza się do tego, by nas wszystkich poinformować, że Andrzej Zybertowicz to, podobnie jak Jarosław Kaczyński, fantastyczny człowiek i bez niego „archipelagi polskości” nie mają szansy ani na z dawna wyczekiwane powstanie, ani tym bardziej na rozwój. Pisze Katarzyna Zybertowicz:
Rodzina, Polska, Europa. Taki był tytuł konwencji podsumowującej wyborczą kampanię Andrzeja Zybertowicza. Jasne, że można na te hasła popatrzeć jak na banał. Ale czy nie za dużo ważnych części życia oddaliśmy na pastwę banalizacji? Nie trzeba być socjologiem, aby widzieć siłę zasobu, jakim są polskie rodziny. Przecież to w nich zapadają najpoważniejsze z punktu widzenia jednostki decyzje, tworzą i rozstrzygają się konflikty, powstają plany. A co gdyby tak spojrzeć dalej, poza pułap troski o własne dzieci, ich wychowanie, ułatwienie startu w dorosłe życie. Nasze rodziny nie muszą być samotnymi wysepkami.
Tak. Archipelag Polskości jest. Zybertowicz już się nie wymiga (nomen omen). A jego rodzina jest z nim”.
We wczorajszym tekście i w komentarzach pod nim zastanawialiśmy się wspólnie, jak mogło dojść do tego, że najpoważniejszy tygodnik prawicowej opinii w Polsce, nie dość, że kompletnie zlekceważył ostatnio najważniejsze, i to najważniejsze w sposób zupełnie oczywisty, dla naszego wspólnego powodzenia wydarzenie, to jeszcze je piórem dwóch swoich czołowych dziennikarzy wykpił i wyszydził. No i z tych naszych rozważań wyszedł wniosek taki jak zawsze: Wszystko się rozbija o budżet, którego się nie da w nieskończoność naciągać, a brzuchów do wypasienia wciąż tylko przybywa.
Wszyscy też pamiętamy, co się niemal na samym finiszu kampanii do europarlamantu przytrafiło Andrzejowi Zybertowiczowi, więc nie ma sensu, by całą tę smutną historię tu od nowa opowiadać. Wystarczy przypomnieć, że, jako niemal pewny kandydat do zdobycia mandatu, Zybertowicz w pewnym momencie, zamiast pilnować interesu, postanowił wyskoczyć na jednego, i w tym czasie wszystko zostało dokończone już bez niego, z efektem takim, że jemu się już najwyraźniej nawet odechciało pisać tych swoich fantastycznych felietonów dla Karnowskich, ze nie wspomnę o kolejnych odcinkach „alfabetu”.
A ja sobie już tylko myślę, że trudno o lepsze podsumowanie tego, o czym sobie wczoraj rozmawialiśmy, zastanawiając się, dlaczego nasze prawicowe media zlekceważyły tak cudownie się rodzący „archipelag polskości”, jakim okazała się Marysia z Gorzowa Wielkopolskiego, niż ów felieton żony Zybertowicza, która musiała się aż tak upokorzyć, by w jego imieniu prosić o tę jeszcze jedną szansę, a redakcja tygodnika „W Sieci” tak się wczuć w to nieszczęście, by się najzwyczajniej w świecie jeszcze raz skompromitować. I myślę, że to jest już punkt tak straszny, że tam nie można się ani śmiać, ani szydzić, ani tak naprawdę się mądrzyć, bo wszystko wskazuje na to, że oto się dzieją rzeczy, przy których nawet te 850 złotych, które gwałtownie musiałem pożyczyć z samego rana, by mi gazownicy nie zdjęli licznika, robią wrażenie jakiegoś żartu. I jestem teraz jak najbardziej poważny, co poświadczam tym, że na tym kończę. O tak.

Niestety i przez ten niespodziewany atak gazowy i całą kupę innych okoliczności, wciąż muszę apelować o wsparcie dla tego bloga. Jeśli ktoś ma jakieś luźne zapasy i żadnych szczególnych wobec nich planów, bardzo proszę o tę pomoc. Numer konta jest tuż obok. Dziękuję.

wtorek, 3 czerwca 2014

O archipelagach polskości i głupiej ludowej satysfakcji

Powiem zupełnie uczciwie, a przy tym przyznam się do pewnej naiwności, że przez kilka dni zeszłego tygodnia byłem dość mocno przekonany, że tygodnik „W Sieci” wykona gest, jakiego dotychczasowa polityka redakcji nawet nie brała pod uwagę, a który moim zdaniem powinna wykonać, jeśli tylko zależy mu na sukcesie tak zwanej „polskiej prawicy”. Mam tu na myśli wyjście z ofertą do ludzi, na początek może przez wysłanie braci Karnowskich wraz z redakcyjnym reporterem do Gorzowa, przeprowadzenie rozmowy ze znaną nam wszystkim licealistką, Marysią Sokołowską i zamieszczenie jej w stałym, przeznaczonym na główne redakcyjne wywiady, miejscu.
Dlaczego uważałem, że wywiad z Sokołowską powinien otworzyć nowy rozdział w podejściu prawicowych mediów do czegoś, co one same swego czasu lansowały jako „archipelagi polskości”? Otóż dlatego, że moim zdaniem nie ma żadnej możliwości, by udało się pobudzić do życia nasze polskie społeczeństwo, ograniczając debatę do paru redakcji i kilku współpracujących z nimi osób. Nie ma żadnych szans na poruszenie emocji uśpionej części społeczeństwa, dopóki jedyną na to metodą ma być dzielenie redakcyjnych budżetów w ramach „rodziny”, z takim oto założeniem, że jeśli się ludziom po raz kolejny pokaże pisarza Rymkiewicza, czy prof. Nowaka i każe się im mówić to, co każdy z nich mówił już i tak dziesiątki razy, to Polacy któregoś dnia uznają, że są rzeczy ważniejsze, niż sklep i telewizor, otworzą szeroko okna i zaczerpną świeżego powietrza. Wydawało mi się, że skoro jakimś zupełnie niewiarygodnym i szczęśliwym trafem owa siedemnastolatka z Gorzowa pokazała nam wszystkim, jak wygląda ów dotychczas mityczny, a tu tak bardzo autentyczny „archipelag polskości”, nie ma już na co czekać, tylko iść za tym ciosem.
To, jeśli idzie o pytanie, dlaczego chciałem, żeby się tak stało. Teraz pora na to, by odpowiedzieć na kolejne, a mianowicie, dlaczego naiwnie uznałem, że tak się faktycznie stanie? Otóż, jak już pisałem wcześniej na tym blogu, ja dość dokładnie czytam dyskusję, jaką na swoim profilu na ask.fm prowadzi ze światem Marysia Sokołowska, i w ramach owego zaangażowania w pewnym momencie trafiłem na jej wypowiedź, w której obiecała, że więcej na temat jej ideowych i politycznych wyborów będziemy mogli się dowiedzieć w najbliższym wydaniu tygodnika „W Sieci”. Ktoś się Marysię Sokołowska spytał, co ona miała na myśli, mówiąc o zdradzie Tuska, a ona odesłała go do najbliższego numeru „W Sieci”. A ja sobie wówczas pomyślałem, że dobrze jest. Karnowscy po raz pierwszy zareagują, jak przystało na pierwszej klasy dziennikarzy i powiedzą Rymkiewiczowi, Nowakowi, Krasnodębskiemu, Hofmanowi, czy Rokicie, a przy okazji Łozińskiej, Adamskiemu i Feusette, że czas jest taki, że oni muszą poczekać, a co gorsza, że zupełnie nie wiadomo, ile to czekanie może potrwać, i zwrócą się z ofertą prosto do społeczeństwa.
Przyszły mi do głowy tego typu myśli i właściwie od razu wiedziałem, że nic z tego nie będzie. Dlaczego? Bo oto niemal w tym samym momencie odezwał się Łukasz Warzecha i zakomunikował, że z tą Marysią Sokołowską to jest jakiś humbug, że to co ona zrobiła to rzecz bez znaczenia i że jeśli się mamy zajmować jakąś nieznaną nikomu licealistką z Gorzowa, która coś tam chlapnęła na Premiera, to równie dobrze możemy się emocjonować tym, co na czyjś temat uważa jakaś sprzedawczyni warzyw na placu. Dokładnie było tak:
Sprowadzanie debaty o polskiej polityce do tego, czy Tuska można nazywać zdrajcą czy nie, oraz co można myśleć o autorce takiej opinii, będącej osobą całkowicie prywatną - jest, by tak rzec, ciut niepoważne. Czy jeśli pani Henia ze sklepu w sąsiedztwie też powie o Tusku, że jest zdrajcą, zrobimy jej podobną reklamę?
Nie minął dzień, jak obok Warzechy pojawił się Łukasz Adamski, człowiek, któremu redakcja „W Sieci” regularnie odstępuje pół numeru na jakieś dyrdymały o tym, że zbawienie świata przyjdzie z Hollywood, i poparł go w całej rozciągłości. Tym razem jednak było jeszcze lepiej i jeszcze mocniej:
Niemniej jednak zdumiony jestem przykładaniem aż takiej uwagi mediów do opinii młodej dziewczyny, której można jedynie z ludową satysfakcją przyklasnąć, że miała cojones by w twarz naubliżać samemu premierowi. Co jednak wynika z jej słów? Kompletnie nic. Co wnoszą do debaty publicznej na istotne polityczne kwestie? Kompletnie nic. Co czytelnicy i dziennikarze o konserwatywnych poglądach by zrobili, gdyby premierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu jakiś małolat powiedział, że jest zdrajcą Polski na usługach obcego państwa, powiedzmy o nazwie Watykan? To oczywiście pytanie nie wymagające odpowiedzi”.
Oczywiście, już pewnie w tym momencie wszyscy widzimy, na co z naszej strony sobie zasłużył Adamski, choćby w związku z ową „ludową satysfakcją”, ale nie mogę się powstrzymać przed jeszcze jednym fragmentem:
Mamy problem z publiczną debatą, skoro prywatne opinii nieznanej szerzej licealistki wzbudzają taką dyskusję”.
A więc tu, jak widzimy wszystko się zaczyna i kończy – na „ludowej satysfakcji” i „nieznanych szerzej licealistkach”. Problem polskiej debaty, której w rzeczywistości nie ma, sprowadza się do tego, że społeczeństwo, zamiast kupować książki Adamskiego, czytać felietony Warzechy i pochłaniać z bijącym sercem diagnozy Rymkiewicza i Krasnodębskiego rejestrowane przez bliźniaków Karnowskich, czerpie „ludową satysfakcję” z jakichś dziwnych popisów „nieznanych szerzej” siedemnastolatek, i to w dodatku nawet nie z Warszawy.
To co odstawiło tych dwóch durniów jest dla mnie czymś tak wstrząsającym, że, prawdę powiedziawszy, nie mam już siły, żeby dalej pisać, no ale co się zaczęło, trzeba skończyć, a więc słuchajmy dalej. Otóż zgodnie z moimi obawami, „W Sieci” dała wywiady z Rymkiewiczem, z Krystyną Prońko, z Wojciechem Cugowskim, Janem Pietrzakiem, historykiem Eislerem, poza tym mamy cztery teksty Adamskiego, analizy Zaremby, Skwiecińskiego, młodego Łysiaka, Wencla, Pawlickiego, no i na koniec (jakżeby inaczej) kolejny „alfabet”, tym razem socjologa Żukowskiego. Jest też i owszem tekst Doroty Łosiewicz dotyczący „kwestii Marysi”, tyle że z niego ani nie wynika dla nas jakakolwiek dodatkowa wiedza poza tą, którą i tak już znamy z Internetu, ani nawet nie ma tam jednego śladu osobistej pracy Łosiewicz. Ona najwidoczniej nawet z Marysią Sokołowska nie miała okazji porozmawiać. Każde wypowiedziane przez Marysię słowo jakie ona cytuje, pochodzi z jej wypowiedzi dostępnych w Internecie, a jedyny przekaz tekstu Łosiewicz jest taki, że „licealistka z Gorzowa” z charakterystycznym dla siebie „młodzieńczym urokiem” dokuczyła Tuskowi i reżimowe media dostały w związku z tym cholery. To wszystko.
Jak już wielokrotnie pisałem, cała moja wiedza na temat Marysi Sokołowskiej i tego, co nią może kierować, oparta jest na bieżącym przekazie i własnej intuicji. Ze wspomnianego przekazu jak najbardziej dowiedziałem się najpierw, że ona dokładnie opowie, co miała na myśli, mówiąc, że Tusk to zdrajca w wypowiedzi dla tygodnika „W Sieci”, następnie, że ona jednak nie udziela na razie nikomu żadnych wywiadów, a dziś czytam na jej blogu, że wszystkie redakcje z jakimi ona rozmawiała ocenzurowały jej słowa, w których chciała wyjaśnić kwestię owej zdrady.
A więc wciąż jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Sam napisałem do Marysi Sokołowskiej dwukrotnie, raz bez szczególnego powodu, drugi raz z prośbą o dłuższą wypowiedź, odpowiedziała mi dwukrotnie, grzecznie dziękując za pamięć i dobre słowo, prośbę o wypowiedź pomijając milczeniem. Uważam, że jej zachowanie jest, jak na obecną sytuację, wyjątkowo mądre. Ani my nie znamy jej, ani ona nie zna nas, i póki co, tak musi pozostać. No może, z drobną zmianą z jednej strony. Ona pomału, mam wrażenie, coraz więcej się dowiaduje o nas. I tak, uważam, jest bardzo dobrze. Nie dla nas, bo my na nic dobrego już nie zasługujemy. Natomiast jak najbardziej dobrze dla niej.

Wszystkich zainteresowanych tymi tekstami zachęcam do zajrzenia na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić wybór moich wcześniejszych felietonów pod pięknym tytułem „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie” i po niezwykle atrakcyjnej cenie 15 złotych. Nakład na ukończeniu, kolejny nie jest planowany. Polecam serdecznie. I wciąż proszę wszystkich przyjaciół tego bloga o wspieranie go pod podanym obok numerem konta. Jak zwykle walczymy z rachunkami i dna nie widać. Dziękuję.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

O 10 Żydach i dwóch plasterkach kiełbasy

W odpowiedzi na pojawiający się tu i ówdzie w reżimowych mediach propagandowe grillowanie licealistki z Gorzowa Wielkopolskiego Marysi Sokołowskiej, gdzie to zarzuca się jej typowo polski antysemityzm, głos wreszcie zabrali sami zainteresowani, czyli Żydzi, akurat skupieni w znanym nam z Salonu24 projekcie pod nazwą Forum Żydów Polskich. Ja sam, wiedząc doskonale, że zarówno w Polsce, jak i na świecie, organizacji przedstawiających się, jako reprezentujące interesy Żydów, jest mniej więcej tyle samo, co samych Żydów, a każda z nich jest skłócona z kolejną w takim stopniu, że można podejrzewać, że świat nie zna antysemityzmu o takim natężeniu, jakie panuje wśród samych Żydów, miałem ochotę na ten tekst machnąć ręką, ale zwyciężyła we mnie naturalna ciekawość świata, choćby tak fikcyjnego, jak się to dzieje w przypadku owego Forum, no i sprawą się zainteresowałem.
To czego się dowiedziałem z lektury samego oświadczenia Żydów skupionych w Forum, oraz z komentarzy Żydów wprawdzie nigdzie niezrzeszonych, ale za to równie poruszonych opinią wyrażoną przez jedno polskie dziecko, niestety nie wykracza poza standard, do którego zdążyłem się przyzwyczaić przez całe moje długie życie. Dowiadujemy się bowiem po raz już tysięczny, że Żydzi, podobnie jak wszystkie inne narody na świecie, tworzą piękną różnorodność i jeśli ich obejmuje jakikolwiek stereotyp, to tylko ten, że ich, w odróżnieniu od całej reszty świata, nie wolno nie lubić. No bo popatrzmy na mnie. Poza – jak się można domyślić – Żydami, ja mam dziesiątki różnych powodów, żeby mieć jakieś tam pretensje do (wymieniam ich, aby nikt się nie poczuł ani pokrzywdzony, ani wyforowany, w kolejności alfabetycznej) Amerykanów (tu zresztą chyba należę do ogromnej większości wykształconej części międzynarodowej społeczności), Arabów, Austriaków, Cyganów, Francuzów, Kaszubów, Niemców, Rosjan, mieszkańców Sopotu, Ślązaków, i Ukraińców. I teraz, jeśli ktoś mnie spyta, czy uważam, że Arabów trzeba tępić, odpowiem mniej więcej tak, jak na podobne pytanie odpowiedziała Marysia Sokołowska:
Arabów nie wolno 'tępić', przecież to ludzie, jak wszyscy inni. Nie wolno być germanofobem. Większość ludzi starszych, ma w sobie niechęć do Arabów, ale to nic złego. To naturalna rzecz w człowieku, że kogoś darzy sympatią, a kogoś innego wręcz odwrotnie. Ale to nie jest żadne ich obrażanie, czy nasza arabofobia. Prawdą przecież jest, że Arabowie u Polaków zapracowali sobie porządnie na taką opinię, ale trzeba im wybaczyć, jak na chrześcijan przystało. W żadnym wypadku, jak już wspomniałem wcześniej, nie można Arabów szykanować, obrażać”.
No dobra, niech będzie, że ja od Marysi Sokołowskiej byłbym bardziej jednoznaczny i gruboskórny, zwłaszcza gdyby tam zamiast tych Arabów wstawić Niemców, czy Rosjan, ale gdybym miał się pod tym co wyżej podpisać, to bym to zrobił z czystym sumieniem.
Ktoś mnie pewnie teraz zapyta, co ja bym powiedział, gdyby na te moją wypowiedź odezwało się Polskie Forum Muzułmańskie plus jakaś grupa Arabów niezrzeszonych, a na doczepkę jeszcze pokaźna gromadka oburzonych polskich arabofilów, z blogerem Xipon Jan Itor jako jednoosobową instytucją, i by mi powiedzieli, że moja opinia jest skandaliczna, że mam Arabów natychmiast przeprosić i się zamknąć. Otóż ja bym na to powiedział, żeby oni się ode mnie odpieprzyli, bo jeszcze chwila, a powiem im coś takiego, że dopiero wtedy zobaczą, czym jest prawdziwa arabofobia.
No ale złóżmy, że nikt by się na nikogo nie obrażał, natomiast członkowie Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Arabskiej chcieliby ze mną podyskutować na temat arabskiej wrażliwości, gościnności, serdeczności i w ogóle szacunku dla człowieka. Załóżmy, że któryś z nich zapytałby mnie, jak ja bym się poczuł, gdyby ktoś wygłosił powyższą tyradę, tyle że dotycząca już nie Arabów, tylko wieśniaków z Podlasia i ich potomków? Czy mi by nie było przykro, gdyby ktoś o mnie i moich rodzicach powiedział, że my ludzie z nas Buga jesteśmy źli, gnuśni i głupi, a w dodatku dla nas zabić kogoś wyrwaną z płota sztachetą to tyle co splunąć? Otóż nie. Ja bym nawet na taką informację nie mrugnął okiem. Nawet bym brwi nie uniósł. Powiem więcej: ja bym nawet nie miał ochoty, by się tu angażować w jakikolwiek spór. Dlaczego? Bo ja wiem, że każdy odpowiada za siebie i nikt nie ma obowiązku reprezentować kogokolwiek poza samym sobą, a jeśli obowiązuje go patriotyzm, to też taki, który się sprowadza do odpowiedzialności osobistej, a nie do bicia się w cudze piersi.
Z Żydami, z którymi z powodów, które sam oczywiście znam bardzo dobrze, których nie szanuję i które uważam za wyjątkowo fałszywe, jest zupełnie inaczej, i to stąd właśnie wziął się medialny atak na Marysię Sokołowską. Z Żydami jest, powiedziałbym, trochę, jak ze znanymi mi aż nazbyt dobrze Ślązakami. Jestem pewien, że gdyby Marysię Sokołowską ktoś spytał, czy należy tępić Francuzów, albo Irlandczyków, a ona z jakiegoś powodu powiedziałaby, że, choć oni sobie na złą opinię jak najbardziej zasłużyli, to trzeba ich kochać, nikt by na nią nawet palcem nie kiwnął. Natomiast nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że gdyby na miejscu Francuzów pojawili się Ślązacy, to mielibyśmy dziś – przynajmniej tu na blogach – prawdziwe trzęsienie ziemi. I ja oczywiście zdaję sobie sprawę z proporcji. Ja wiem, że kwestia żydowska, w odróżnieniu od kwestii śląskiej jest rozgrywana głównie politycznie, a sami Żydzi – w odróżnieniu od Ślązaków – to, co mówi o nich jakieś dziecko z Gorzowa, mają najczęściej głęboko w nosie, tu jednak akurat mam na myśli prawdziwych patriotów – z jednej i z drugiej strony. Jeśli chodzi o Żydów, to dajmy na to, naszą koleżankę Kaśkę, czyli Pyzola z Kanady. Ona akurat robi wrażenie, jakby refleksje owego dziecka z Gorzowa stanowiły dla niej szok porównywalny z wyborczym fałszerstwem sprzed tygodnia.
Ja wiem, że Pyzol to Żydówka, w dodatku Żydówka bardzo ze swoim żydostwem duchowo zasymilowana, i ona pewnych historii słuchać nie lubi, ale chciałbym jej opowiedzieć coś, co, jak na ironię przeczytałem przed laty jeszcze w „Gazecie Wyborczej”, a konkretnie w rozmowie, jaką oni – Żydzi jak najbardziej – przeprowadzili z Gustawem Herlingiem Grudzińskim, również z Żydem z krwi, kości i chyba też talentu. Otóż opowiedział nam gojom Herling, jak to podczas II Wojny Światowej grupa bardzo wysoko postawionych amerykańskich, czy może szwajcarskich Żydów, przez ambasadę niemiecką w Szwajcarii właśnie, zwróciła się do władz niemieckich z prośbą, podpartą oczywiście odpowiednim argumentem finansowym, o zwolnienie z Auschwitz 10 Żydów, na których komuś tam bardzo zależało. Argument był na tyle dźwięczny, że Niemcy nie dość, że natychmiast tych 10 Żydów zwolnili, to jeszcze – w ramach polityki dobrych usług – jak to sam określił Herling, „jak dobry rzeźnik dodający lepszemu klientowi dwa dodatkowe plasterki kiełbasy”, dorzucili do tej dziesiątki dwie jeszcze, tym razem już zupełnie przypadkowe, żydowskie dusze. I proszę sobie wyobrazić, że owo amerykańscy (czy szwajcarscy) Żydzi, którzy zgłosili się ze sprawą do niemieckiego ambasadora, bez mrugnięcia okiem powiedzieli, żeby Niemcy sobie tych dwóch zabrali z powrotem i zrobili z nimi, co uważają za stosowne, bo oni nie są przedmiotem geszeftu.
Pamiętam rozmowę z Herlingiem bardzo dobrze do dziś, a z niej równie dobrze moment, kiedy on mówi nam, że on nie ma nic przeciwko temu, byśmy tę historię traktowali nie jak lekką anegdotę, ale jak informację.
Nie wiem, czemu Herling-Grudziński uznał za stosowne to coś opowiedzieć, i dlaczego tak mu zależało, żebyśmy jego słowa uznali za ważne przy formułowaniu ocen na przyszłość. Domyślam się, że, choć sam pewnie jakimś wściekłym antysemita nie był, to niewykluczone, że antysemityzm rozumiał inaczej, niż inni Żydzi, skupieni akurat w innym niż on Forum. Inna sprawa, że mnie to nawet za bardzo nie interesuje, bo ja – nawet nie ze swojego doświadczenia, bo ono jest żadne, ale z pewnych naturalnych przemyśleń – mam wrażenie, że ja to co opowiedział Grudziński wiedziałem i bez niego. Skąd? Nie umiem powiedzieć. Jakoś to wiedziałem. Pewnie trochę tak, jak wiedziała to Marysia Sokołowska, licealistka z Gorzowa Wielkopolskiego, mimo że znacznie od nas wszystkich młodsza, wyposażona w coś absolutnie bezcennego. W umiejętność patrzenia mianowicie i wyciągania wniosków. Jeśli to komuś się nie podoba, to, przepraszam bardzo, ale to już naprawdę nie mój problem. A jeśli moja koleżanka Pyzol powie mi teraz, że ja niczego nie rozumiem, to ja już jej tylko mogę odpowiedzieć: „I get by. Like you”. A ona to z pewnością zrozumie. W końcu Żydzi, jak mi mówili u mnie na Podlasiu, są językowo wyjątkowo uzdolnieni.

Wszystkich zainteresowanych moim pisaniem, zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie po wyjątkowo atrakcyjnej cenie można nabyć pierwszy zbiór felietonów Toyaha, pod fantastycznym tytułem: „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”. O Żydach tam wprawdzie nic nie ma, o Arabach też nie, ale za to o Niemcach, Ruskich i nas Polakach jak najbardziej. Polecam – to już resztka nakładu. Tych z kolei, którzy lubią te teksty, spędzają tu swój czas i czują z tego powodu dobrą satysfakcję, a książki juz mają, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...