sobota, 15 lutego 2014

Gdy w karkówce trafiła się kość

Ponieważ sprawy w ogóle nie śledziłem, a wszystko co na ten temat wiem, to zaledwie z całkowicie wręcz przypadkowych przekazów, biorę pod uwagę, że moje oceny są głupie i niesprawiedliwie, ale, o ile się nie mylę, zaczęło się wszystko od tego, że Kuba Wojewódzki zadzwonił do redakcji „Super Expressu”, powiedział, że się nazywa Trynkiewicz, i zaproponował redakcji kupno swoich pamiętników. Redakcja na tę propozycję zareagowała wręcz entuzjastycznie i zapewniła Wojewódzkiego-Trynkiewicza, że za wspomnienia kogoś tak wybitnego i fascynującego, jak on, oni są w stanie zapłacić każdą sumę.
Wojewódzki rozmowę nagrał, wyemitował w swojej radiowej audycji, i – gdyby któryś z tych durniów, którzy go lubią słuchać, nie rozumiał, co się stało – postępowanie redakcji „Super Expressu” nazwał po imieniu, czyli, jak to on, zaczął rżeć. W tym momencie, czującco się święci, „Super Express” dostał cholery i ogłosił, że Wojewódzki to hiena, która żeruje na trupach chłopców 25 lat temu zgwałconych i brutalnie zamordowanych przez Trynkiewicza, a jakby tego było mało, skontaktował się nawet z rodzicami tych biednych dzieci, żeby i oni powiedzieli, co to za kanalia ten Wojewódzki.
To że Wojewódzki jest jedną z najbardziej odrażających postaci, na jakie można się napatoczyć w naszej publicznej przestrzeni, jest dla mnie kwestią poza wszelką dyskusją. Niekiedy wręcz mam wrażenie, że on na całej tej dziwnej galerii robi wrażenie postaci szczególnie odrażającej; bardziej nawet niż jego nowy kumpel Lizut, czy poseł Grodzka… co ja mówię, poseł Grodzka? On jest równie odrażający jak redaktor naczelny „Super Expressu”, Sławomir Jastrzębowski.
Dziś, kiedy obaj panowie wzięli się za swoje twarze, zastanawia mnie już nawet nie to, kto z tego pojedynku wyjdzie bardziej potłuczony, ale czy jest taka szansa, że oni obaj w pewnym momencie udławią się własnym złem i resztę życia spędzą w stanie wegetatywnym. Ale jest jeszcze coś. Otóż na jak najbardziej „naszym” portalu wpolityce.pl znalazłem tekst, broniący Jastrzębowskiego przed Wojewódzkim. Popatrzmy na to, jak w tym czarnym starciu odnaleźli się prawicowi publicyści:
Prymitywna prowokacja Jakuba Władysława Wojewódzkiego, który w skandaliczny sposób kpił z ofiar Mariusza Trynkiewicza, przyniosła szereg komentarzy. Na łamach ‘Super Expressu’ zachowanie 50-letniego śmieszka oceniają publicyści i działacze społeczni. Najostrzej postawę Wojewódzkiego ocenił Rafał Ziemkiewicz:
‘Z jednej strony stara się przekraczać granice i być politycznie niepoprawny, a z drugiej występuje jako jeden z najbardziej lizusowskich przydupasów władzy, który wpełza jej między pośladki i stamtąd rzuca obrzydliwe, ale utrzymane w poważnym tonie kazania. Albo chce się być poważnym człowiekiem, który wypowiada się o polityce i namawia młodzież, jak ma głosować, albo być wygłupiaczem, który robi sobie jaja ze wszystkiego i jest na kontrze do całego świata.[…]. Nie ma bowiem nic bardziej obrzydliwego niż kontestator na usługach wpływowej koterii’”.
I to, uważam, niezależnie już od tego, co ja sądzę zarówno o portalu wpolityce.pl, jak i o samym Ziemkiewiczu, jest coś, co każe nam się jeszcze raz zastanowić nad tym, co się dzieje w tych łbach. Oto Wojewódzki – po raz pierwszy w swoim parszywym życiu – zrobił coś pożytecznego, a mianowicie na nędzny ułamek chwili obnażył całą ową podłość, w jakiej zanurzone jest polskie dziennikarstwo, wystawiając przy okazji, owego Jastrzębowskiego na wieczne pośmiewisko, a nasi bojownicy o wolną Polskę, wpadają w stan takiej histerii, że na to co się stało, nie są w stanie zareagować inaczej, jak tylko nabijając się z tego, że Wojewódzkiemu jego ubeccy rodzice dali na imię Władek, no i oczywiście z tego, że on ma 50 lat, a jego zawodowy image każe mu pozować na nastolatka, tak jakby dopiero trzeba było być dziennikarzem tygodnika „W Sieci”, żeby chodzić w czapeczce z pomponem i się podpisywać „Arek”?
Swoją drogą, bardzo bym chciał wiedzieć, co mają za paznokciami nasi prawicowi Ninja, że tak nieprzytomnie bronią czegoś, czego się bronić nie da, ale za to daje owo poczucie wspólnoty losów?
No i jest jeszcze ten Ziemkiewicz. Przychodzi do niego jakiś cuchnący handlem cyngiel „Super Expressu”, wyciąga go na rozmowę, której jedynym celem jest ratowanie stada hien przed wstydem i hańbą, a ten przybiega na pierwszy gwizdek i bredzi coś na temat „wpływowych koterii, oraz „włażenia między pośladki władzy”.
W tej sytuacji, ja jemu też mam coś do powiedzienia. Otóż kiedy przyjdzie wiosna i Roman Giertych z Ryszardem Kaliszem urządzą imprezę, na którą, jako sprawdzonego kompana, zaproszą Ziemkiewicza, w momencie kiedy on zacznie żreć tę karkówkę, ja ze słodkim dreszczem na plecach cały zamienię się w słuch.

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

piątek, 14 lutego 2014

Romaszewski - Przedostatni walc

Zmarł Zbigniew Romaszewski i nie ma sposobu, by się w tej sprawie nie odezwać. Z drugiej strony, cóż tu mówić? W tej sytuacji, przedstawię może pewien stary już dość tekst, napisany jeszcze w roku 2011, a więc wtedy, gdy w Romaszewskiego wolno było walić jak, nie przymierzając, w kaczy kuper.

Zanim na dobre zacznę pisać te refleksje, muszę przyznać się do tego, że do osoby Zbigniewa Romaszewskiego, ich głównego bohatera, mam stosunek wręcz bałwochwalczy. Jest tak, że słyszę nazwisko Romaszewski i raptownie maleję. Widzę Romaszewskiego w telewizji i odkładam na bok wszystko co akurat mam pod ręką. Słyszę jak Romaszewski mówi – zamieniam się w słuch. Kompleks ten – bo z całą pewnością ma to wymiar kompleksu – towarzyszy mi jeszcze od lat 70-tych, a więc od czasu, gdy o istnieniu i o działalności Romaszewskiego dowiedziałem się po raz pierwszy.
Dowiedziałem się o nim, zobaczyłem go, usłyszałem jak i co mówi, i uznałem, że Romaszewski to jest ktoś, kto gdy wchodzi, wszyscy powinni się zamknąć i wstać.
I wcale nie mam na myśli tego, że Romaszewski jest dla mnie jednym z bohaterów polskiej walki o prawdę i wolność, i że na tej liście zajmuje pierwsze miejsce. Kandydatów do tego miejsca wcale nie jest tak mało. Uważam na przykład, że i Antoni Macierewicz i Anna Walentynowicz i Andrzej Gwiazda, nie mówiąc już o Jarosławie Kaczyńskim i tych wielu, dziś kompletnie zapomnianych, ludziach, są dla tej walki zasłużeni w nie mniejszym stopniu niż on, a jeśli ktoś chce, niech będzie, że i w większym. Rzecz w tym, że żaden z nich nigdy nie budził we mnie tak wielkiego, wręcz irracjonalnego, szacunku.
Zanim została wbita w tamto smoleńskie błoto, miałem szczęście i zaszczyt poznać Annę Walentynowicz. Miałem szczęście i zaszczyt mieć zapisany w swoim telefonie jej numer telefonu i z tego numeru z odpowiednio skromną częstotliwością korzystać. Miałem też szczęście i zaszczyt zachowywać świadomość, że kiedy do niej dzwonię, ona wie, kto dzwoni. Jednak, rozmawiając z nią, ani nie czułem tremy, ani nie zasychało mi w gardle, ani też nie miałem świadomości, że dzieje się w moim życiu coś rewolucyjnego. Ja w ogóle traktuję ludzi w sposób dość demokratyczny. Wszystkich. Wydaje mi się, że nawet gdyby mi się zdarzyło kiedyś wpaść w ten typ towarzyskiej bliskości z Jarosławem Kaczyńskim, też bym umiał zachować podstawowy spokój. Jak idzie o Romaszewskiego – sytuacja wygląda zupełnie inaczej. I to właśnie mam w głowie, kiedy mówię, że moje myśli na jego temat mają wymiar kompleksu.
Zbigniew Romaszewski był senatorem RP od 1989 roku bez przerwy. To że on jest senatorem, z mojego punktu widzenia, było czymś tak naturalnym, że aż trywialnym. Powiem więcej. Przy wszystkim moich zastrzeżeniach do tego, czym w dzisiejszej Polsce jest Senat i przy świadomości, czym on jest w istocie, ja zawsze miałem poczucie, że nawet gdyby on miał istnieć tylko ze względu na Romaszewskiego, byłby to powód jak najbardziej wystarczający. A gdyby Polska miała to szczęście, by takich senatorów jak Romaszewski mieć więcej, to taki Senat byłby tej Polski dumą i chwałą. I podkreślam to raz jeszcze. Nie chodzi mi tu o to, że senatorowanie Zbigniewa Romaszewskiego miało jakiś walor konkretny, że on, jako senator, dokonał czegoś epokowego. Ani ta epoka ani nawet on sam, ze swoimi możliwościami i swoją historią, nie stworzyły tu większych szans. Cały czas chodzi mi wyłącznie o ów wymiar symboliczny. O Romaszewskiego jako człowieka, który gdy wchodzi do pokoju, wszyscy milkną i wstają z miejsc.
Właśnie patrząc na Romaszewskiego z tej perspektywy, uważam wydarzenie sprzed czterech już lat, kiedy to Platforma Obywatelska, z szatańską wręcz beztroską, nie zgodziła się, by Zbigniew Romaszewski został nawet nie marszałkiem, ale choćby wicemarszałkiem Senatu, za znak czasów i to znak wyjątkowo paskudny. Najpierw moment odrzucenia jego kandydatury, a następnie te wszystkie dyskusje i targi, gdzie z jednej strony mieliśmy owo niezwykłe zdziwienie, że mogło dojść do czegoś tak niepojętego, a z drugiej tę zimną racjonalizację, że niby o co chodzi? Jest demokracja, czy jej nie ma? A w tym wszystkim, sama osoba Romaszewskiego, któremu tak niezręcznie było się choćby odezwać i to co się stało skomentować.
Zbigniew Romaszewski własnie przestał być senatorem. Jak tyle razy wcześniej, wystartował w wyborach i tym razem przegrał. Niektórzy mówią, że nie ma się czym przejmować, bo on dostał naprawdę bardzo dużo głosów i jego społeczna i historyczna pozycja pozostaje niezachwiana. Podobnie jak jego zasługi dla Polski. Mówią niektórzy, że to co się stało, to w gruncie rzeczy wypadek spowodowany nieudanym eksperymentem pod nazwą JOW. Poza tym, w końcu Romaszewski nie przegrał z byle kim, ale z samym Markiem Borowskim – człowiekiem, który dla wielu jest w ten sam sposób bohaterem i autorytetem, jak Romaszewski dla mnie.
No właśnie. To właśnie mnie dziś tak bardzo dręczy. Że przyszły czasy – czasy, które miały swój początek cztery lata temu, kiedy to zdominowany przez Platformę Obywatelską Senat odrzucił kandydaturę Romaszewskiego – gdy bohaterstwo stało się częścią popularnej kultury, a ludzka wielkość kwestią demokratycznego gustu.
Pojawiają się głosy, że Zbigniew Romaszewski nie został senatorem przez swoje zaangażowanie w obronie stadionowego bandyty, niejakiego „Starucha”. Że Romaszewski stracił swoją szansę i nie został wybrany senatorem niejako na własne życzenie, gdy, nie rozumiejąc logiki kampanii wyborczej i potęgi tak zwanego wizerunku, uznał, że wszystko dobrze, ale najlepiej jest jednak pozostać wiernym sobie. Obejrzałem sobie w Internecie rozmowę, jaką na parę dni przed wyborami, przeprowadziła z nim dla Radia Zet Monika Olejnik, i która to rozmowa jest dziś powszechnie traktowana, jako gwóźdź do jego senatorskiej trumny. Przez niemal całą rozmowę, Monika Olejnik próbuje z Romaszewskiego wydusić przyznanie, że „Staruch” to bandzior, bo jakże tak można uderzyć w twarz innego człowieka? Czy pan, panie senatorze, by chciał, żeby ktoś pana uderzył w twarz? Czy pan, panie senatorze, uważa, że to w porządku jest kopnąć kobietę w kręgosłup? W kręgosłup!!!
Słucham tych słów i przyznam szczerze, że już nawet nie interesuje mnie, co ma do powiedzenia na ten temat, jeszcze wciąż wtedy senator, Zbigniew Romaszewski, bo najważniejsze jest dla mnie przyglądanie się tym dwóm twarzom – twarzy Moniki Olejnik, która przez te wszystkie lata jest już tak wyćwiczona, że nie sposób zgadnąć, czy ona wie, czy nie wie, że kłamie, i twarzy Romaszewskiego, i jego oczom, które wyrażają już tylko najbardziej dramatyczne zdziwienie, że oto może istnieć aż taka plazma. Ale też nie słucham tego, co mówi Zbigniew Romaszewski, bo miałem okazję wielokrotnie wcześniej bardzo skutecznie zapoznać się jego w tej sprawie wyjaśnieniami, i wiem, że on zaangażował się w obronę „Starucha” na tej samej dokładnie zasadzie, na jakiej przed niemal już czterdziestu laty angażował się w obronę innych bandziorów – bandziorów z Radomia i Ursusa. Bandziorów. Nie robotników, a właśnie bandziorów. A prawdziwy dziś problem polega na tym, że kiedy Romaszewski tłumaczy tę kwestię najlepiej jak potrafi, wielokrotnie, do znudzenia, to z drugiej strony wciąż pada to samo pytanie: „Ale czy pan uważa, że to w porządku uderzyć kogoś w twarz?”
Pamiętam wywiad, jaki ze Zbigniewem Romaszewskim, przy aktywnym uczestnictwie ministra Kwiatkowskiego, przeprowadził Bogdan Rymanowski. Romaszewski, coraz bardziej zniecierpliwiony, powtarzał wciąż, że on w latach 70-tych również bronił bandytów, ludzi, którzy niemal bez wyjątku mieli kryminalną przeszłość i wieloletnie wyroki, i że to właśnie na tamtej obronie zbudował swoją dzisiejsza pozycję. A na to Kwiatkowski łapał się za głowę, że jak to w ogóle można porównywać „Starucha” do dzielnych robotników.
Przyznaję, że raz w życiu miałem do Zbigniewa Romaszewskiego pretensje. Za to, że zaangażował się w obronę Krzysztofa Piesiewicza. Bronił on go wtedy, wbrew faktom, wbrew dowodom, wbrew usprawiedliwionemu społecznemu oburzeniu, wbrew najbardziej podstawowemu moralnemu instynktowi. I oto dziś widzę Zbigniewa Romaszewskiego, jako człowieka, którego ja szanuję właśnie za to – również za to – że wtedy zdecydował się stanąć obok Piesiewicza. Bo na tanią publicystykę może sobie pozwalać choćby ktoś taki jak ja. Co tam ja? Niemal każdy z nas. Szczerze powiedziawszy, czasy są takie, że na tanią publicystykę pozwolić sobie może każdy. Nawet prezydent. Nawet premier rządu. I oczywiście, nic by nikomu nie zaszkodziło, gdyby i Zbigniew Romaszewski rozejrzał się wokół siebie, przyjął do wiadomości fakt, że pewna epoka się dawno skończyła i że wreszcie można sobie pozwolić na wesoły uśmiech. I uśmiechnąłby się, i zrzucił z siebie to napięcie, i rozsiadł się wygodnie w fotelu. A na jego twarzy, zamiast tej, dziś już tak bardzo nie do zniesienia, zawziętości, pojawiłyby się spokój i życzliwość. I zamiast się niepotrzebnie denerwować, opowiedziałby nam Zbigniew Romaszewski, jak to fajnie było być kiedyś w „Solidarności”.
I jestem pewien, że wtedy wszyscy ci, którzy zobaczyli nagle bohatera w Marku Borowskim, poszliby po rozum do głowy i zrozumieli, że nie warto robić z siebie idioty. Bo życie potrafi wybaczyć wiele, ale jest pewien rodzaj wstydu, który nie opuści człowieka do śmierci.
A zatem, Zbigniew Romaszewski nie jest już senatorem. Wreszcie, po tych wszystkich latach, nadszedł czas, kiedy on tym senatorem być przestał. Wczoraj widziałem w telewizji Marka Jurka. Marek Jurek też już nie jest bohaterem naszej zbiorowej wyobraźni, ale, jak widać, System uznał, że jest tam jeszcze wiele do wyciśnięcia. Obawiam się, że Zbigniewa Romaszewskiego prędko nie zobaczymy. Domyślam się oczywiście – wręcz jestem pewien – że on dalej, kiedy tylko „usłyszy głos prześladowanych i bitych”, znajdzie czas, by znaleźć się na miejscu i robić to, co robił zawsze. I znów pojawia się obawa. Obawa, że tym razem ani nikt już go nie będzie chciał słuchać, ani też nikt już nigdy nie poprosi go, by się przed okiem kamery wytłumaczył ze swoich horrendalnych zachowań. Świat bowiem nie potrzebuje ludzi o zawziętych i pomarszczonych wiekiem twarzach i ich nauk.

czwartek, 13 lutego 2014

Czy Walt Disney próbuje zamordować Artura Wosztyla?

Okładka najnowszego numeru tygodnika „W Sieci”, tego samego, w którym Łukasz Adamski mądrzy się na tematy, o których nie ma pojęcia, przedstawia zdjęcie jakiejś zanurzonej w cieniu, pochylonej nad numerami tygodnika „Wprost”, z pistoletem pod ręką, sylwetki, oraz wielki tytuł: „Mówiąc wprost, były gangster jest dziś redaktorem naczelnym wpływowego tygodnika”.
Każdy kto się mniej więcej interesuje polskim życiem publicznym, a już z całą pewnością ktoś, kto miał okazję jeszcze wiele miesięcy temu czytać odpowiedni tekst na blogu naszego kolegi Coryllusa, doskonale wie, o co, a przede wszystkim, o kogo chodzi. Sprawa jednak jest przede wszystkim stara jak świat, a nasza polska sytuacja tak szczególna, że tu już doprawdy szkoda słów. Poza tym, kogo obchodzi Latkowski i jego historie? Czy on pierwszy? A może ostatni?
Nie zmienia to faktu, że zainspirować może wszystko, nawet coś tak fikcyjnego i sztucznego, jak tygodnik „W Sieci” i jego pokręcone interesy. Spójrzmy mianowicie na to, co redakcja tygodnika postanowiła umieścić na pasku na górze okładki. Czytamy po kolei: „Dojenie poczty; Kto chce zabić świadków Smoleńska; Tajemnice Disneya, Macierewicz: Powstaje partia WSI z Komorowskim, Schetyną, Palikotem”.
Zastanówmy się więc, co nam przynosi najnowszy numer naszego wspaniałego, prawicowego tygodnika. Główna wiadomość jest taka, że Latkowski jest redaktorem naczelnym „Wprostu”, druga (wybita na żółtym tle), że zdaniem Macierewicza, Komorowski, Schetyna i Palikot zakładają wspólny projekt pod nazwą „WSI”, dalej, że Poczta Polska jest „dojona”, że Disney ma tajemnice, no i że – z naszego akurat dziś punktu widzenia, najbardziej z nich wszystkich podstawowa – ktoś chce zabić świadków Smoleńska, a my nie wiemy, kto.
Na Latkowskiego, ze względów czysto estetycznych, nawet nie spojrzałem, o dojeniu Poczty Polskiej czytać mi się oczywiście nie chciało, o tajemnicach Disneya tym bardziej, wywiad z Macierewiczem przejrzałem, natomiast, owszem, przeczytałem cały, od deski do deski tekst Macieja Pawlickiego, zatytułowany: „Czy Artur Wosztyl musi zginąć?”
I dziś chciałem kilka słów właśnie na ten temat. Jeden z najważniejszych tygodników opinii w Polsce, pierwszy z tygodników prawicowo-konserwatywnych, pisze tekst o tym, że System próbuje zamordować człowieka, który 10 kwietnia 2010 był członkiem załogi Jaka-40, słyszał, jak Rosjanie kazali pilotowi Tupolewa zejść poniżej tak zwanego minimum lotniska, dzięki temu jest dziś bardzo wiarygodnym świadkiem smoleńskiego zamachu, a przez to, że wszyscy inne osoby, który mogłyby na ten temat wraz z nim świadczyć zostały skrytobójczo zamordowane, pozostaje świadkiem – ostatnim z żyjących.
Ja niczego nie zmyślam, w najmniejszym stopniu nie przesadzam. Pawlicki pisze, a redakcja „W Sieci” to publikuje, że są systematycznie mordowani ludzie, którzy mogliby zaświadczyć o smoleńskim zamachu, a Artur Wosztyl jest na celowniku Systemu i jego służb. Taki jest w całości przekaz najnowszego numeru tygodnika „W Sieci”. Zwracam uwagę raz jeszcze: nie mówimy o jakichś ukazujących się po prowincji gazetkach, o odbijanych na domowych drukarkach ulotkach, ale o oficjalnie wydawanym tygodniku. Jednym z największych w Polsce.
Będę to powtarzał do znudzenia, raz, że uważam to za wiadomość pierwszorzędną, a dwa, że w tekście Pawlickiego nie ma nic więcej. W ciągu ostatnich paru lat, służby w Polsce zamordowały… nich policzę: jeden, dwa, trzy… 21 osób, z czego większość po Smoleńsku. Wosztyl na tej liście ma numer 22, i Pawlicki nas o tym informuje.
Czy to co pisze Pawlicki to tylko takie sobie paplanie, czy on przedstawia jakieś dowody? A więc, dowody, a już z całą pewnością, solidne poszlaki, są, jak najbardziej. Otóż najpierw z samochodu, którym jechał Wosztyl, odpadło koło. Jak się okazało, wszystkie śruby były odkręcone. Innym razem, zanim ruszył w prawdopodobnie swoją ostatnią drogę, Wosztyl zauważył, że z uszkodzonego przewodu wyciekł cały płyn hamulcowy. Kolejnym znowu razem, okazało się, że ktoś – wedle relacji Pawlickiego, a i też policji, celowo – przeciął w samochodzie Wosztyla przewód hamulcowy.
Do czego zmierzam? Otóż jeśli przyjąć, że to wszystko nieprawda, a Pawlicki plecie, jak potłuczony, nie mamy problemu, o ile nie potraktujemy jako problem faktu, że w planie robienia nam wody z mózgu biorą już udział wszyscy, i nikomu, w tym przede wszystkim najbardziej zainteresowanemu, najwyraźniej nie przeszkadza to, że przy okazji okazuje się, że można zupełnie bezkarnie zohydzać ludziom polskie państwo.
Ale załóżmy, że to co pisze Pawlicki – a ja oczywiście jestem skłonny tę wersje przyjąć – to czysta prawda. Polskie państwo w istocie rzeczy pozwala na to, by jakieś bardziej, czy mniej tajne służby mordowały ludzi. Załóżmy więc, że jest faktem, że żyje sobie wśród nas ów Artur Wosztyl, i nikt z nas nie wie, jak on długo jeszcze pociągnie, bo przy pełnej wiedzy reżimu, i przy pełnej bezczynności aparatu sprawiedliwości, ktoś go chce zamordować. Oto Polska, oto Europa, oto świat. Pawlicki – zauważmy, jak odważnie i bezkompromisowo – pisze, że taka jest prawda, a tygodnik bliźniaków Karnowskich te słowa, równie odważnie, relacjonuje. I co? I nic? Tu ktoś doi Pocztę Polską, Disney ma swoje tajemnice, a, biorąc pod uwagę i to jeszcze, że zespół o nazwie Heart&Soul wydał właśnie fantastyczną płytę z coverami Joy Division, no i System, nie niepokojony przez nikogo, chce zamordować niewinnego człowieka. Wyobrażacie sobie państwo? A to się nam dzieje! Ho, ho!
Oto do czego doszliśmy przez te 20 lat nowej Polski. Ktoś doi Pocztę Polską, jacyś dziwni ludzie próbują zamordować człowieka, a media głównego nurtu relacjonują każdy krok zarówno jednych, jak i drugich. A swoją drogą, co tam słychać u mamy Madzi? Siedzi ona, czy nie? No i jak tam Bartek? To był naprawdę przystojny chłopak.

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

środa, 12 lutego 2014

O tym, jak dziennikarstwo rozbiło się o skaliste dno

Pamiętam, jak dawno, dawno temu, w czasach, gdy jeszcze oglądałem telewizję, w tym na pierwszym miejscu telewizję TVN24, któregoś dnia pojawił się na ekranie redaktor Jacek Pałasiński, pełniący tam funkcję specjalisty od przeglądu prasy międzynarodowej, i, obłożony stertą tytułów, poinformował nas o tym, że „późny” papież Jan Paweł II… dalej nie pamiętam. Nie pamiętam, bo wiadomość ta prawdopodobnie nie była niczym szczególnie interesującym, ale przede wszystkim przez owo użycie słowa „późny”, które mnie nieco przyblokowało, i już dalej nie słuchałem. Co bowiem miał oznaczać ów „późny papież”?
Wygląda na to, że, jak się możemy domyślać, korzystając z fragmentów jakichś artykułów napisanych w języku angielskim, Pałasiński znalazł tam frazę „late Pope” i uznał, że skoro late oznacza „późny”, owo late Pope musi oznaczać, cokolwiek by to było, „późnego papieża”. Oczywiście, ów ekspert nie wiedział, że wyraz late w języku angielskim może również odnosić się do osoby zmarłej, czy zjawiska minionego, a więc w tym wypadku late Pope, to po prostu „zmarły papież”. Taka to anegdota.
Przypomniał mi się tamten wypadek z Pałasińskim dziś rano, kiedy do porannej kawy otworzyłem sobie najnowszy numer tygodnika „W Sieci” i trafiłem na tekst czołowego eksperta pisma od spraw najszerzej pojętej kultury, Łukasza Adamskiego, stanowiący recenzję z filmu „Late Quartet”, ze zmarłym niedawno Seymourem Hoffmanem. Adamskiemu film bardzo się podoba, gorąco nam obejrzenie go poleca, tyle że nie dość, że przez cały tekst nie umie się zdecydować, czy to coś nosi tytuł „Late Quartet”, czy „Late Waltz”, to w dodatku owo late, tłumaczy, jako „późny”. Kwartet, walc – jeden czort.
Ponieważ z językiem angielskim zawodowo jestem związany przez całe dorosłe życie, dogadywanie obcym ludziom z powodu tego, że ktoś z nich czegoś nie wie, czy coś pomylił, nie sprawia mi żadnej ani przyjemności, ani satysfakcji. Wiedząc znakomicie, że nikt – włącznie ze mną – nie jest ani tak dobry, jak mu się wydaje, ale też tak zły, wolę się nie czepiać. Wyjątek robię tylko dla osób wybranych, a więc dla tych na przykład tefauenowskich dziennikarzy, którzy najpierw prowokują zaskoczonych polityków do popisywania się językiem angielskim, tylko po to, by się z nich później ponaśmiewać, z takiego Pałasińskiego, który nie mając pojęcia ani o języku, ani o sprawach międzynarodowych, ani tak naprawdę o niczym, w każdej z tych dziedzin potrzebuje uchodzić za pierwszego eksperta, no i wreszcie z dziennikarza Łukasza Adamskiego, którego teksty wypełniają każdy kolejny numer tygodnika, który, było nie było, czytam, a z których każdy jest przykładem tak straszliwej, i tak podstawowej niekompetencji, że to już zaczyna robić wrażenie jakiejś chorej kompletnie prowokacji.
Wspomniałem już o tym Adamskim przy okazji swojego tekstu na temat artystycznych ambicji małżeństwa Józefowiczów, gdzie on w pewnym momencie zasugerował, że fraza A rolling stone gathers no moss pochodzi z piosenki Boba Dylana. Rzecz w tym, że wprawdzie Dylan rzeczywiście ma w swoim dorobku piosenkę „Like a Rolling Stone”, tam jednak nie ma słowa na temat owego porastania mchem, natomiast owszem, owa fraza istnieje w anglosaskiej kulturze, tyle że stanowi cytat z tradycyjnego przysłowia. A zatem, wiele wskazuje na to, że ten Adamski to jest naprawdę zawodnik pierwszej klasy.
Ktoś powie, że no dobra. W końcu każdemu się zdarza, no a poza tym, chyba nie ma obowiązku znać tekstów do każdej piosenki Boba Dylana. Jest tytuł „Like a Rolling Stone” – mógł Adamski pomyśleć, ż skoro tak, to pewnie to nie jest piosenka o Rolling Stonesach, tylko o tym mchu i takich tam. Owszem, mógł Adamski tak pomyśleć, no i pomyślał. A ja z kolei mogę go wytargać za uszy. I to wcale nie koniecznie za to, że on gówno wie, ale za to, że pozycja, jaką zajmuje w owym prawicowo-konserwatywnym towarzystwie tak mu przewróciła w głowie, że on nie dość, że uznał, że jemu akurat na niczym się nie znać wypada, to w ogóle niczym się już nie musi przejmować.
Ostatni numer tygodnika „W Sieci” teksty Adamskiego wypełniają od początku do końca. Nie chciało mi się liczyć, ile ich jest dokładnie, ale trafiłem na cztery. Oto przed nami, niezależnie od wcześniej wspomnianej recenzji, wspomnienie o zmarłym aktorze Hoffmanie, które kończy się następującym akapitem:
Teraz dołączył [Hoffman] do innego charyzmatycznego mistrza drugiego planu Jamesa Gandolfiniego, który przeżył go o zaledwie pięć lat. Kino nie doświadczyło takich strat w przeciągu ośmiu miesięcy. Odczujemy to szybko”.
Przepraszam bardzo, ale co to, do ciężkiej cholery, ma być? Jakim to „mistrzem drugiego planu” był Seymour Hoffman, człowiek nominowany i nagradzany Oscarami za pierwszoplanowe role? Seymour Hoffman, to był mistrz drugiego planu??? No i znów, kto, do jasnej cholery, kogo przeżył o 5 lat? Gandolfini Hoffmana, który zmarł ledwo co, czy Hoffman Gandolfiniego, który zmarł latem zeszłego roku? Co się Adamskiemu porobiło z głową? No i ta końcówka: „Kino nie doświadczyło takich strat w przeciągu ośmiu miesięcy. Odczujemy to szybko”. Co odczujemy szybko? To że kino nie doświadczyło takich strat, czy może wielkość tej straty? No i w jaki sposób to odczujemy? Kino przestanie istnieć, bo dwóch drugoplanowych aktorów zmarło?
Jak można, będąc szanowanym, zawodowym publicystą, w niecałych 30 wyrazach pomieścić aż trzy tak wybitne idiotyzmy? Zapytam raz jeszcze: co ten Adamski ma w głowie? Jak on żyje? Jak wygląda jego praca? Ile mu wreszcie za to, co on wyprawia, płacą? Czemu nikt w redakcji mu nie powie, żeby on się choć na moment wziął w garść, bo w końcu wyleci stamtąd na mordę, i nie będzie mógł pisać nawet do swojej parafialnej gazetki?
Jak mówię, w numerze „W Sieci”, który leży przede mną jest cała kupa tekstów Adamskiego, w tym osobny, bardzo długi na temat Walta Disneya. Nawet go nie dotknę; nawet na niego nie spojrzę. Nie odważę się. Wiem bowiem, że to co tam znajdę może mnie oślepić, ogłuszyć, i pozbawić zmysłów.
A naprawdę głupio by było skończyć tak fatalnie przez kogoś tak do niczego, jak redaktor Łukasz Adamski.

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

poniedziałek, 10 lutego 2014

O rękach zanurzonych we krwi po pachy

Nie wiem, ilu z nas było kiedykolwiek w Katowicach, i ilu z tych, którzy byli, podniosło choć na chwilę wzrok znad chodnika, by obejrzeć sobie dachy katowickich kamienic, ale zapewniam, że warto. Cokolwiek by nie mówić o Katowicach, jedno jest pewne: katowickie kamienice to w większości czyste i całkowicie unikalne piękno.
I oto któregoś dnia jeden z tych najpiękniejszych budynków, na rogu ulicy Mickiewicza i Stawowej został niemal w całości zasłonięty potężną reklamą czegoś, co się nazywa ShowUp TV. Co to takiego? Odpowiedź na to pytanie można częściowo uzyskać już z samej reklamy. Jej podstawowy przekaz oparty jest na konflikcie piekło-niebo, estetycznie wzmocniony przez rysunek rogów i aureoli, obok, w dodatku, gdyby ktoś jeszcze nie rozumiał, co się dzieje, jest wyraźnie podana informacja, że ShowUp TV jest przeznaczona tylko dla osób powyżej 18 roku życia.
Więcej dowiemy się wpisując nazwę owego przedsięwzięcia w internetową wyszukiwarkę. Jako pierwsza, wyskakuje następująca informacja: „Darmowe sex kamerki, chat na żywo, sex pokazy”. I dalej:
ShowUp.tv to miejsce gdzie znajdziesz darmowe sex kamerki na żywo a na nich wiele ciekawych osób. Wszystkie kamery dostępne są online. Seks na żywo jeszcze nigdy nie był tak przyjemny, a to wszystko za darmo. Webcams chat to innowacyjny sposób na poznanie nowych osób - pokazy live show naszych użytkowników. Jeżeli znudziły Cię portale YouShow, goShow czy Zbiornik to seks randki na ShowUp.tv są najlepszym rozwiązaniem gwarantującym Ci więcej przyjemności niż odloty. Wejdź i przekonaj się czym jest ostry seks online. Serwis jest przeznaczony tylko dla dorosłych, może zawierać treści o charakterze erotycznym lub uznane za obraźliwe”.
Gdyby ktoś sądził, że to jakaś nisza, można też w Sieci znaleźć fachowe, dziennikarskie omówienia zjawiska:
Reklamy w największych miastach, 6 mln użytkowników i ponad 160 milionów odsłon w miesiąc. Na stronie obrazy z kilkudziesięciu kamerek. Mają nieco domowy klimat. Na niektórych widać atrakcyjne dziewczyny, na innych dojrzałych mężczyzn, na jeszcze innych same genitalia. W tle regały, sofy, fotele. To nie są profesjonalne filmy nagrane w studio. To erotyczne pokazy amatorów w internecie, na których i serwis porno-erotyczny ShowUp.tv, i użytkownicy zarabiają naprawdę dobre pieniądze”.
A więc pieniądze. Aby dowiedzieć się coś na temat tych pieniędzy, można wejść na portal natemat.pl, i tam przeczytać rozmowę z twórcą i właścicielem owej „telewizji”:
Jesteśmy pośrednikiem finansowym między użytkownikami i udostępniamy im platformę do czatu i wideo czatu. Na stronie głównej są darmowe pokazy erotyczne, ogólnie dostępne i nie trzeba mieć konta, żeby je oglądać. Jest również możliwość pokazów prywatnych.[…]
Organizujący pokazy zarabiają dzięki żetonom. Żetony to wirtualna waluta, która obowiązuje w ShowUp. Jeden żeton przy wypłacie to 10 groszy. Każdy użytkownik transmisji może sobie przygotować swoją ofertę transmisji prywatnych – cenę żetonów za pokaz prywatny oraz czas jego trwania.
Na pokazach ogólnych użytkownicy nagradzają występujących napiwkami lub płacą również w formie żetonów na określony przez transmitującego cel („bluzka out”, „mandat”).
Użytkownicy doładowują swoje konta pakietami żetonów. Można kupić różne pakiety. Najmniejszy kosztuje 18 zł.
8 zł dostaje serwis, w tym są podatki, które jak legalna spółka musimy płacić, koszty utrzymania serwerów, nietania reklama, ciągłe programowanie (na dniach wprowadzimy nową wersję serwisu napisaną całkowicie od nowa) oraz ludzie, którzy serwis nadzorują. 10 zł dostaje użytkownik.
Są transmisje, które kosztują 10-20 żetonów, bo ktoś chce tylko porozmawiać, ale są pokazy, za które się płaci kilkanaście tysięcy żetonów. Dla przykładu podam środową transmisję. Dziewczyna w 2,5 godz. zarobiła 13 tys. złotych. Zysk użytkowników na pewno przekracza średnią krajową”.
Tak. Polska to piękny kraj, ze wspaniałymi – jak to wczoraj ładnie bardzo określił nasz Kamil Stoch – ze pilotami. A Katowice to bardzo piękne miasto. Dokładnie naprzeciwko wspomnianej reklamy wznosi się jeden z najpiękniejszych budynków w mieście – budynek Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Mickiewicza. Okna klas wychodzą prosto na te aureole i te rogi.
Parę metrów od tego miejsca wznosi się piękna Galeria Katowicka, a w środku, cuda, panie, cuda. Nieco dalej, w drugą stronę, powstaje kolejna – a co tam nas czeka, nawet nie mam odwagi myśleć. Od dłuższego czasu trwa przebudowa tak zwanego Rynku, gdzie też powstaje nowy budynek Urzędu Miasta…
Skończę już może, bo jeszcze coś chlapnę i mi zamkną ten blog. Powiem już tylko: Wasze ręce są w tym umoczone po pachy. Wasze, wasze i wasze. Niech was piekło pochłonie!

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

sobota, 8 lutego 2014

Mikołaj Lizut wyszedł brzydko

Zgodnie z weekendową tradycją, przedstawiam swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Mam nadzieję, ze będzie wesoło:

Jest bardzo prawdopodobne, że kiedy „Warszawska Gazeta” ukaże się w kioskach, sprawa będzie nieaktualna, choćby z tego względu, że panowie Kuby Wojewódzkiego, Tomasza Lisa i Mikołaja Lizuta wezwą ich do siebie, powiedzą im, żeby przestali pajacować, uściskali się i wrócili do przepisanych zajęć, bo za chwilę dostaną w ryj tak, że się nie pozbierają, niemniej jednak to, co się stało na linii Kuba Wojewódzki – Tomasz Lis robi pewne wrażenie. Otóż, jak mi doniesiono, pewnego razu Kuba Wojewódzki zapragnął, by na okładce „Newsweeka” ukazało się wspólne zdjęcie jego i Mikołaja Lizuta, jego kumpel Tomasz Lis wstępnie ową koncepcję zaakceptował, tymczasem, kiedy Wojewódzki obudził się w poniedziałek w południe i udał się do lokalnego kiosku po fajki, dostał ciężkiej cholery, bo okazało się, że Mikołaj zniknął.
Ja wiem oczywiście, że to, co piszę, brzmi, jak jakieś szaleństwo, jednak mamy tu fakt równie realny, jak realna jest dzisiejsza Polska. Na okładce „Newsweeka” ukazało się zdjęcie Wojewódzkiego bez Lizuta, w związku z czym, Wojewódzki na Facebooku opublikował oświadczenie, w którym zadeklarował, że Lis nie jest już jego kumplem. Na to, Tomasz Lis, przerażony możliwością, że jego pierwsza gwiazda może się obrazić, opublikował kolejne oświadczenie, gdzie wyraża ciężkie ubolewanie, a jednocześnie wyjaśnia, że – i tu muszę się odwołać do cytatu:
Sesja fotograficzna Mikołaja Lizuta i Kuby Wojewódzkiego, podczas której miały powstać zdjęcia do ich tekstu dla »Newsweeka«, została umówiona z autorami na piątek na godzinę 10. Poprzedzającego wieczora do redakcji dotarła informacja, że pan Wojewódzki nie pojawi się na sesji. W trakcie realizacji zdjęć z p. Lizutem dostaliśmy wiadomość, że p. Wojewódzki jest gotów przyjść na sesję na godzinę 15. Redakcja dostosowała się do nowego terminu. O godz. 15 pojawili się: p. Lizut oraz p. Wojewódzki i jego stylista fryzur”…
I tak dalej, i tak dalej.
Ja bardzo czytelników zarówno „Warszawskiej Gazety”, jak i mojego dla „Warszawskiej” felietonu przepraszam, że oto dziś, ni stąd ni z owąd, zajmujemy się czymś tak żenującym i idiotycznym, ale, mam wrażenie, że nieczęsto się zdarza, by całe to towarzystwo, które trzęsie naszą publiczną przestrzenia z taką mocą, że wielu z nas zwyczajnie od tego oszalało, aż tak się odsłoniło. Oto bowiem widzimy najpierw Tomasza Lisa, jak zaprasza Kubę Wojewódzkiego i Mikołaja Lizuta do tego, by napisali dla „Newsweeka” tekst na temat chamstwa w mediach, obiecuje im wspólną okładkę, Kuba Wojewódzki zgłasza się do redakcji ze swoim „stylistą fryzur”, i w tym momencie następuje jakiś kataklizm, który wysadza Lizuta w powietrze, a Wojewódzkiego odcina od dostępu do własnego mózgu.
Daję słowo, że przynajmniej ja jestem pod wrażeniem. Tyle wszystkiego, że widzę już tego Lizuta, jak ustawia się do owej sesji, a wszyscy rwą włosy z głowy i jęczą: „Słuchajcie, to nie przejdzie”.
Dobrze jest.

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

piątek, 7 lutego 2014

Alleluja! Wykończyliśmy Owsiaka.

Z pełnym szacunkiem, muszę przyznać, że bloger Matka Kurka, nie dość, że był pierwszym blogerem, o jakim w życiu słyszałem, to był jeszcze pierwszym internetowym komentatorem, na jakiego trafiłem jeszcze zanim dowiedziałem się, że coś takiego, jak blogi w ogóle istnieje. Jeszcze zanim zacząłem prowadzić ten blog, by poczytać sobie najnowsze informacje, wchodziłem na stronę Onetu, no i tam oczywiście, siłą rzeczy, trafiałem na zamieszczone pod kolejnymi informacjami komentarze. Matka Kurka był komentatorem pierwszym, i, tak naprawdę jedynym, który robił wrażenie kogoś, kto wie, czego chce. W dodatku, jego komentarze były bardzo starannie i bardzo sprawnie napisane, a poza tym zawsze długie, o długości przeciętnych felietonów, co wciąż mi się kazało zastanawiać, skąd ten człowiek ma na to wszystko czas, i czemu on ów czas poświęca na, było nie było, zwykłe onetowe pyskówki.
Zwróciły też owe teksty moją uwagę z jeszcze jednej przyczyny. Otóż teksty Kurki, nie dość były tak pełne nienawiści do Jarosława i Lecha Kaczyńskich i tego co oni reprezentują, że nawet mnie to imponowało, to jeszcze były pisane z równie imponującą sprawnością, na każdym możliwym poziomie. A więc, w tamtych czasach, Matka Kurka to był dla mnie ktoś naprawdę specjalny.
Po pewnym czasie zacząłem prowadzić ten blog i na Matkę Kurkę trafiłem ponownie, już jako na blogera Salonu24. W tamtych czasach System był reprezentowany przez wielu drobnych internetowych publicystów, pierwszą trójkę jednak stanowili Matka Kurka, Azrael i Galopujacy Major. Dwaj ostatni jeszcze parę lat pociągnęli, natomiast Kurka, przez to, że swoją działalność w znacznym stopniu skoncentrował na zakładaniu fikcyjnych kont i konstruowaniu kolejnych prowokacji, został zmuszony do usunięcia się z Salonu24 i założenia osobnego, prywatnego już zupełnie, bloga.
Z Matką Kurka miałem jedną okazję. Otóż któregoś dnia on postanowił uruchomić blog rzekomo prowadzony przez słodką naiwną studentkę, która jest wprawdzie zwolenniczką Prawa i Sprawiedliwości, jednak bardzo ją boli, że ten PiS jest tak agresywny, i że jego zwolennicy są tak okropni. Ów blog w jednej chwili zdobył sobie ogromną popularność w Salonie24, do tego stopnia, że nawet sam Igor Janke zechciał zaszczycić go swoją obecnością i pogratulować owemu „dziecku” wrażliwości i mądrości.
Wyszło jednak tak, że ja zorientowałem się, że ten blog to prowokacja, napisałem na ten temat tekst, no i sprawa się wysypała. Potem okazało się, że za ową prowokacją stał bloger Matka Kurka, którego jedynym celem było pokazanie, jaka to hołota ci zwolennicy PiS-u, zwłaszcza ci, którzy atakują Bogu ducha winne dziecko. Sam Kurka wszystko opisał w osobnym wpisie na swoim blogu, w którym nie dość, że opublikował moje imię i nazwisko plus zdjęcie, to obrzucił zarówno mnie, jak i Prawo i Sprawiedliwość stekiem obelg.
Po 10 kwietnia 2010 roku, ni stąd ni z owąd, Matka Kurka zmienił sojusze, i postanowił – jak się okazuje, bardzo skutecznie – zyskać opinię wybitnego publicysty prawicowego. To co mnie tu akurat uderzyło, to przede wszystkim fakt, że, choć Matka Kurka o 180 stopni zmienił poglądy, to nie zmienił formy i sposobu owych poglądów prezentowania. Z mojego punktu widzenia, teksty, które dziś pisze Matka Kurka, są pisane dokładnie przez takiego – nie tego, ale takiego – samego człowieka, co przed laty, tyle że prezentują diametralnie odmienne poglądy. I z tym samym, co wtedy sukcesem.
Ja Matce Kurce nie wierzę. Uważam, że on jest nieszczery i, co gorsza, całkowicie niesamodzielny. Dlaczego? Już wyjaśniam. Otóż ja sobie nie wyobrażam, by człowiek tak głęboko błądzący, a jednocześnie tak inteligentny i publicystycznie sprawny, jak Matka Kurka z roku 2008, potrafił się aż tak zmienić, zachowując dokładnie ten sam co wtedy typ sprawności i inteligencji, co wtedy. To jest zwyczajnie niemożliwe. Ja wiem, że ludzie się zmieniają. Zmienił się choćby inny bloger, Cezary Krysztopa. Jednak Krysztopa, to przy Kurce prosty, skromny, ciężko naiwny chłopak, który, cokolwiek o nim nie mówić, zwyczajnie budzi zaufanie, jako przynajmniej ktoś szczery. Kurka nawet nie zadał sobie trudu, żeby swoją przemianę uwiarygodnić psychologicznie. A więc, powtarzam, ja mu nie wierzę.
Ale było coś jeszcze. Wszyscy pamiętamy, jak Matka Kurka w którymś ze swoich już nowych tekstów nazwał premiera Tuska i prezydenta Komorowskiego słowami „ruskie cwele”, no i to go zaprowadziło przed sąd. Ja sobie bardzo łatwo wyobrażam, co ja bym poczuł, gdybym któregoś dnia oszalał i o czy to Prezydencie, czy Premierze wypowiedział się w ten sposób, i za to zająłby się mną prokurator. Ja bym najzwyczajniej w świecie – pardon my French – posrał się ze strachu. Nie Kurka. Ten ani na moment nie stracił rezonu, a wręcz przeciwnie, niezmiennie głosił, że on się niczego nie boi, a wręcz tej rozprawy się nie może doczekać. No i się doczekał, i skończył jako bohater. Sąd uznał, że nie stało się nic.
Przepraszam bardzo, ale ja nie wierzę, żeby Matka Kurka, dziś już znany publicznie jako jakiś Wielgucki, był samotnym jeźdźcem, walczącym o wolną Polskę, z wyłącznym wsparciem swoich czytelników. To jest zwyczajnie niemożliwe. Zwyczajnie i po prostu.
A więc, kiedy dotarły do mnie wiadomości o tym, jak to Wielgucki obraził Jerzego Owsiaka i za to Owsiak podał go do sądu, nie miałem żadnych wątpliwości, że nadchodzący proces to koniec Owsiaka, a nie Wielguckiego. Kiedy dotarły do mnie informacje, że Wielgucki pozostaje równie spokojny o dzisiejszy wyrok, jak był spokojny w przypadku sprawy o brzydkie potraktowanie Prezydenta i Premiera, wiedziałem, że on nie jest sam. Kiedy wreszcie parę dni temu pojawiły się rewelacje, że sąd odrzucił wszystkie wnioski strony skarżącej, a przyjął wszystkie strony pozwanej, wiedziałem, że jest już po Owsiaku.
Dzisiejsze doniesienia o tym, że Owsiak rzuca w cholerę całą tę swoją Orkiestrę, bo nie może już znieść hejterstwa uprawianego przez blogera Matkę Kurkę, mnie, owszem, nieco zaskoczyły, jednak głównie z tego powodu, że nie spodziewałem się, że wszystko pójdzie tak szybko. Z mojego punktu widzenia, to wszystko było do przewidzenia od pewnego już czasu. Ktoś mnie teraz może poprosić o to, bym powiedział, kim jest moim zdaniem Piotr Wielgucki i jakie interesy stoją za akcją, by zakończyć ostatecznie projekt Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Na to pytanie odpowiadam z prawdziwą radością. Otóż ja tego nie wiem, i nic mnie to nie obchodzi. Jeśli będę się miał tego dowiedzieć, to się dowiem. Powiem jednak szczerze, że jest mi to doskonale obojętne.

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...