piątek, 7 lutego 2014

A teraz, drogi dzieci, nauczymy się rysować pentagram

Jak już tu kiedyś wspominałem, mam ucznia, który mieszka w Białymstoku, a więc od Katowic daleko bardzo, ale dzięki zdobyczom współczesnej techniki, możemy się regularnie spotykać za pomocą Internetu i spędzać czas miło i pożytecznie. Otóż wczoraj, podczas wspólnej – słowo „wspólnej” chciałbym tu podkreślić szczególnie mocno – nauki języka angielskiego, on mi wspomniał o tym, jak to dostał ofertę, by kupić sobie komórkowy telefon firmy Pentagram, który podobno nie dość, że jest w ogóle dobry, to dodatkowo trzyma baterię przez aż cztery dni. Ponieważ jednak przede wszystkim niezbyt mu się podobała sama nazwa, a poza tym, w ramach rutynowego sprawdzenia oferty, obejrzał sobie jakiś filmik reklamujący produkty firmy Pentagram, którego cała warstwa estetyczna oparta była na obrazkach prosto z piekła, z kupna telefonu zrezygnował.
To co mnie zainteresowało w tej historii, to akurat może nie tyle ów oczywisty satanizm promowany przez firmę Pentagram, co fakt, że ja również miałem ostatnio kontakt z ową firmą, i jeśli nawet niedobrowolny, to jak najbardziej praktyczny, i o nim właśnie dziś chciałem opowiedzieć.
Otóż ponieważ zbliżał się ku końcowi mój abonamentowy okres w Orange, zadzwoniła do mnie pani z firmy z Orange biznesowo stowarzyszonej, z propozycją przedłużenia umowy na kolejne dwa lata, za co, jeśli tylko ich propozycję przyjmę, otrzymam od nich telefon Sony Xperia Z1 za jedyne 49 złotych, plus całą kupę darmowych połączeń i esemesów. Ponieważ ja jestem już tak zepsuty, że, jeśli idzie o usługi tego typu, nie zgadzam się na nic powyżej złotówki, ostatecznie utargowałem następującą ofertę: ja przyjmuje abonament nie dwu, ale trzy letni, natomiast oni za złotówkę dają mi nie tylko ową Xperię, ale jeszcze wypasiony tablet.
Wprawdzie tablet, i mnie osobiście, jak i również mojej żonie, że już nie wspomnę o moich dzieciach, był jak psu na budę, niemniej ofertę przyjąłem i stałem się – to muszę przyznać bez awantur – bardzo szczęśliwym posiadaczem telefonu komórkowego Sony Xperia Z1. Ponieważ jednak wraz z telefonem dostaliśmy ów tablet, rzuciliśmy na niego okiem, i pierwsze co się okazało, to – macie Państwo rację – to, że mamy do czynienia z produktem firmy Pentagram. Następne, co udało nam się tam zauważyć, to to z kolei, że tablet już na drugi dzień, jak to się popularnie mówi, zdechł. Ponieważ w firmowym pudełku znajdowała się instrukcja obsługi, gwarancja, i jeszcze jakieś papiery, a informacja na gwarancji informowała, że należy wszystko w komplecie spakować i zamówić kuriera, który uszkodzony sprzęt odbierze, wszystko śmy odpowiednio skompilowali i zaczęliśmy szukać odpowiedniego adresu.
Już wkrótce okazało się, że firma Pentagram nie świadczy usług gwarancyjnych, bo tym akurat zajmuje się firma o nazwie APN Service. Żeby jednak skontaktować się z tymi ludźmi, należy odnaleźć w Internecie ich stronę, zalogować się tam, ustaliwszy wcześniej swoją osobistą nazwę i hasło, wypełnić bardzo dokładną ankietę, no i czekać na pojawienie się kuriera. Wszystko zrobiłem jak należy, kurier przyszedł, tablet odebrał, po krótkim czasie wrócił, naprawiony tablet oddał… i tym razem również, po zaledwie paru godzinach działania, tablet zdechł ponownie.
Rzecz w tym, że ja mam już prawie 60 lat, kupę najróżniejszych doświadczeń, jeszcze większą kupę codziennych zmartwień, i nie bardzo mi się chce użerać w sprawie jakiegoś tabletu, który tak naprawdę w ogóle nie jest mi potrzebny, a za który na dodatek, przynajmniej teoretycznie, nie zapłaciłem złamanego grosza. Biorąc to pod uwagę, uznałem, że się nie będę wygłupiał, i ponownie wchodził w internetowe konszachty z firmą APN Serrvice, która reprezentuje firmę Pentagram, a z których obie reprezentują firmę Orange, tylko zajdę do człowieka, który tu w okolicy naprawia laptopy i zapytam go, w czym rzecz.
I proszę sobie wyobrazić, że ów miły, ciężko i uczciwie pracujący człowiek powiedział mi po pierwsze, że on się tego tabletu nawet nie zamierza dotykać, bo to jest coś, co jest produkowane w taki sposób, żeby działało przez chwilę i do jakiejkolwiek naprawy się nie nadawało, a po drugie, żebym machnął na to całe gówno ręką, bo z niego i tak już nic nie będzie. Ponieważ też całość owej transakcji handlowej jest oparta na jakiś bardzo skomplikowanych procedurach, ja nie dostanę za niego nawet grosza. No bo, jeśli tak, to ile? Złotówkę?
I oto całość historii związanej z tabletem, który otrzymałem za dodatkowy rok abonamentu od firmy Orange. Teraz jednak przychodzi czas na refleksje, i od razu muszę zapowiedzieć, że jeśli nawet ów Szatan się tu pojawi, to w sposób bardzo, ale to bardzo dyskretny – tak dyskretny, jak to, jeśli tylko zechce, potrafi jedynie on. Otóż mamy firmę o nazwie Pentagram, której cały publiczny wizerunek, jak słyszę, oparty jest na aluzjach do Szatana, a jej działalność biznesowa sprowadza się do tego, by produkować jakieś jednoznaczne i ewidentne gówno, podpinać się z tym gównem pod promocyjne oferty firm już bardzo poważnych, i żyć długo i dobrze. Ja, przygotowując się do pisania tego tekstu, trafiłem w Sieci na informację, że firma Pentagram ma odpowiednie kontakty już nie tylko z Orange, ale również z samą „Gazetą Wyborczą”. Ona również w swoich akcjach promocyjnych korzysta z usług tej dziwnej firmy. A więc, wygląda na to, że, jeśli idzie o produkcję gówna, mamy do czynienia z prawdziwym potentatem.
W tej sytuacji, ja już mam tylko jedną refleksję, i mam nadzieję, że ją zrozumieją wszyscy. Od czasu, gdy wraz z Okrągłym Stołem, którego rocznicę akurat obchodzimy, wkroczyliśmy w czas Nowej Polski, zmieniło się naprawdę wiele.
Oprócz tej refleksji, mam jeden żart, i tu, jak znam życie, może być różnie. Otóż mam propozycję, zarówno do francuskiej firmy Orange, jak i do polskiej firmy Agora. Jak powszechnie wiadomo, uczę angielskiego, i przędę jak przędę. Proponuję więc obu taki deal. Spróbujcie sprzedawać swoje produkty, obiecując, że za jakieś tam wyrzeczenia, każdy chętny otrzyma darmowy kurs języka angielskiego. Wy mi za te lekcje zapłacicie, a kiedy już oni wszyscy do mnie przyjdą, i ja im powiem, żeby spierdalali, bo jestem zajęty, może się zrobić pewien smród, jednak jestem pewien, że wszyscy Państwo sobie znakomicie poradzicie. W końcu, nie z takimi problemami mieliście do czynienia.

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

czwartek, 6 lutego 2014

Terlikowski atakuje

Swego czasu, po tym jak dowiedzieliśmy się, że w nowopowstałym tygodniku polskiej prawicy o nazwie „Wprost przeciwnie” – inna sprawa, że upadłym zanim jeszcze zdążył na dobre powstać – zatrudnił się Tomasz Terlikowski, napisałem na jego temat pewien tekst. Chodziło o dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że Terlikowski napisał do pierwszego numeru tego czegoś tekst pod tytułem "Kościół Tuska kontra Kościół Kaczyńskiego”, a redakcja tego dziwnego pisma postanowiła zilustrować ów tekst okładką ze zdjęciem Kaczyńskiego i Tuska, przebranych za biskupów, i udzielających sobie nawzajem komunii, co w odpowiednich środowiskach spowodowało tak duży szok, że cały interes w jednej chwili padł. Drugi powód, dla którego zająłem się Terlikowskim, to ten, że on, jakby tego było mało, również zgodził się na to by pisać dla owego „Wprost przeciwnie” stały felieton, pod tytułem „Z pamiętnika katolickiego taliba”, czy jakoś tak – nieważne.
Napisałem tamten tekst, sprawę zakończyłem, jednak Terlikowski nie dość, że pozostał, to jeszcze się rozpanoszył, jak nigdy dotąd. Dziś można odnieść wrażenie, że on jest wszędzie, a jego jedynym zadaniem jest pojawianie się na gwizdek ze strony Systemu i wygłaszanie opinii, które dla każdego przytomnie myślącego człowieka i katolika stanowią oczywistą oczywistość, ale z punktu widzenia Systemu właśnie tworzą doskonały pretekst do tego, by wszcząć kolejną awanturę. Wygląda na to, że Tomasz Terlikowski nadaje się do tej roboty, jak nikt inny. I ma nazwisko, i pewną popularność, również pewną pozycję w środowisku, no i oczywiście tak zwane „gadane”, więc można go wypuścić w każdym momencie, a on już zrobi resztę.
Na czym polega rola Terlikowskiego? Sprowadzając rzecz do karykatury, on się nadaje wyłącznie do tego, by pojawić się w którymś z głównych reżimowych mediów i powiedzieć na przykład, że homoseksualizm to grzech, i na tym koniec. W tym momencie, ludzie porządni i świadomi kwestii podstawowych, nie dowiadują się niczego nowego, natomiast ze wszystkich stron rusza propagandowa kampania wymierzona przeciwko już nie tyle Terlikowskiemu, co przeciwko Kościołowi i owym ludziom wierzącym, gdzie już nawet oryginalny temat się nie pojawia, ale jest natomiast bardzo dużo powodów, by tylko szydzić, szydzić i szydzić.
Bardzo niedawno przeczytałem na Onecie, że jacyś naukowcy za granicą odkryli, że mózg kobiety i mężczyzny się jednak różnią. Mnie oczywiście informacja ta w najmniejszym stopniu nie zainteresowała, choćby z tego względu, że aby to wiedzieć, ja nie muszę czytać Onetu; wystarczy, że każdego dnia mam przy sobie trzy kobiety i zachowuję podstawową przytomność umysłu. Wygląda też na to, że owa informacja nie zainteresowała tęż nikogo więcej, bo temat zszedł z tapety, i został zastąpiony przez coś nowego.
Tak się jednak stało, że szefostwo Onetu uznało, że szkoda tak fajny temat tak zostawić i o pomoc zwróciło się do samego Tomasza Terlikowskiego. Okazuje się bowiem, że kiedy on coś takiego wygłosi, owa – normalnie tak trywialnie nieciekawa – opinia natychmiast nabiera znaczenia szczególnego, i można się wtedy skutecznie ponabijać z „katoli”.
Teraz znowu, ten sam Terlikowski napisał przedstawił tekst, w którym poinformował nas wszystkich, że wedle badań naukowych dziecko poczęte jest człowiekiem. I znów, my to oczywiście wszyscy wiemy, ale Systemowi to nie wystarczy. Chodzi o to, by coś takiego powiedział Terlikowski. Dopiero wtedy jest o czym pogadać. W reakcji więc na tekst Terlikowskiego, wystąpił znany bloger Salonu24 Józef Moneta i opowiedział historię o tym, jak to w Ameryce pewna kobieta zaszła w ciążę i krótko potem, kiedy się okazało się, że ma bliźniaki, zachorowała i umarła. Ponieważ szpital, w którym ona zmarła, ani nie potrafił jej uratować, ani nie podjął nawet próby ratowania tych dzieci, one zmarły również. I oto Józef Moneta strasznie szydzi z tego, że ojciec tych dzieci postanowił zasądzić dla szpitala ciężkie odszkodowanie z powodu śmierci jego dzieci, twierdząc, że one, kiedy zmarły, były ludźmi, podczas gdy szpital – no i oczywiście każdy normalny człowiek – uważa, że nie. W ogóle tekst blogera Józefa Monety utrzymany jest w mocno prześmiewnym tonie, bo to, panie, tu jakieś embriony, tam jakiś obłąkany i pazerny pewnie ojciec, a tu jeszcze ten Terlikowski, który coś bredzi na temat życia.
A ja zaczynam już bardzo mocno podejrzewać, że ten Terlikowski jednak nie jest głupi. To jest zwyczajnie niemożliwe. Tam musi być jakiś plan. Tego typu rzeczy nie dzieją się w naturze. W związku z tym, bardzo serdecznie zachęcam wszystkich, byśmy mieli oko i na niego i na tę całą „Frondę”, która mu służy, jako narzędzie pracy. Pracy w sposób jednoznaczny zleconej.

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

Proszę Pani! Finiszujemy

Hurrrra! Jesteśmy naprawdę mocni! Dzięki naszym esemesom, nasza wspaniała nauczycielka i jej blog najpierw awansował na 16 pozycję, a od wczoraj, również, po wkroczeniu do akcji wczoraj po południu naszego kolegi Coryllusa, Nasza Pani jest już na 5 miejscu. Wbrew pozorom, to jednak wciąż nie jest nic bardzo pewnego. Pamiętam, jak w 2008, kiedy sam startowałem ze swoim blogiem w konkursie Onetu, w ciągu ostatniej doby, po akcji przeprowadzonej przez korwinowców, pod batutą Stanisława Michalkiewicza, przesunąłem się z drugiego miejsca na siódme. Dziękuje za dotychczasowy, i bardzo proszę o zdwojony wysiłek. Dziękuję.
Przypominam: Żeby zagłosować, nie trzeba wiele: wystarczy za jedyne 1,23 zł. wysłać SMS-a o treści B00131 na numer 7122. Zwracam tylko uwagę, że w numerze bloga znak "0" to cyfra zero. Trzeba też pamiętać, aby nie wstawiać w treść SMS-a spacji!
Mamy jeszcze tylko 2 i pół godziny.

środa, 5 lutego 2014

Proszę Pani - już prawie meta

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy odpowiedzieli na mój apel o poparcie bloga ProszęPani, o szkole i uczeniu. Od wczoraj awansowaliśmy na 16 miejsce, niemniej, aby trafić do półfinału, musimy jeszcze przegonić sześć innych blogów, między innymi blog doradców podatkowych, blog o pozycjonowaniu stron w Internecie, blog kołczów i trenerów, blog na temat handlu nieruchomościami, blog nieprzyjaciół firmy Apple, a nawet blog który „zamieszcza informacje o nowościach i promocjach, porady ekspertów, promuje ciekawe inicjatywy, prezentuje inspirujących”.
A więc, jak widzimy, może być ciężko. W końcu, kogo obchodzi jakaś głupia podstawówka i te dzieci, które się tam bez sensu kręcą, prawda?
Niemniej jednak, proszę o dodatkowy wysiłek, również wśród znajomych.Na moje oko, wystarczy jakieś sto głosów i jesteśmy w domu.
Przypominam: Żeby zagłosować, nie trzeba wiele: wystarczy za jedyne 1,23 zł. wysłać SMS-a o treści B00131 na numer 7122. Zwracam tylko uwagę, że w numerze bloga znak "0" to cyfra zero. Trzeba też pamiętać, aby nie wstawiać w treść SMS-a spacji!
Głosowanie niestety trwa już tylko zaledwie do czwartku, a więc do 6 lutego do godziny 12:00. Czasu więc bardzo mało.

wtorek, 4 lutego 2014

Proszę pani, czyli przygoda

Jak może niektórzy z nas zauważyli, na moim blogu www.toyah.pl, od dłuższego czasu jest link do bloga pewnej nauczycielki, który, kiedy go pierwszy raz zobaczyłem, zrobił na mnie takie wrażenie, że moją pierwszą myślą, było: „Jaka szkoda, że ja tak nie potrafię. I to niekonieczenie nie potrafię pisać – choć to też – ale tak czuć, tak myśleć i tak być.
I oto, okazuje się, że nasza nauczycielka wystartowała w tym roku w konkursie Onetu o tytuł Blogu Roku 2103. W związku z tym, zachęcam wszystkich do głosowania na blog proszepani.blogspot.com.
Żeby zagłosować, nie trzeba wiele: wystarczy za jedyne 1,23 zł. wysłać SMS-a o treści B00131 na numer 7122. Zwracam tylko uwagę, że w numerze bloga znak "0" to cyfra zero. Trzeba też pamiętać, aby nie wstawiać w treść SMS-a spacji!
Głosowanie niestety trwa już tylko zaledwie do czwartku, a więc do 6 lutego do godziny 12:00. Musimy więc się bardzo spieszyć. W związku z tym, przepraszam wszystkich, którzy czekają na kolejny tekst, ale w tej sytuacji, do czwartku do 12.00 zostajemy tylko z tym apelem.
I niczym więcej. A ja w tym czasie zajmę się może pisaniem książki o języku. Jedną czwartą już mamy.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Weselmy się i radujmy! Niemcy sprzedają taniej.

Jak mogłoby być powszechnie wiadomo, ale z całą pewnością nie jest, jeśli idzie o produkcję i sprzedaż energii elektrycznej w Polsce, a więc dostarczanie prądu do mieszkań i wszędzie, gdzie on jest używany ów interes kontrolowany jest przez cztery potężne firmy, które podzieliły sobie kraj na cztery, mniej więcej równe, części. Polska północno-zachodnia obsługiwana jest przez dwie wielkie firmy: Enea i Energa, Polska wschodnia i centralna przez Polską Grupę Energetyczna, południe natomiast, od Wrocławia po Tarnów, przez Tauron.
I oto, proszę sobie wyobrazić, że, obok owych czterech gigantów, działa sobie też niemiecki koncern o nazwie RWE, którego ambicje dotychczas nie sięgały poza granice Warszawy, i to nie Warszawy, jako całego rejonu, ale wyłącznie miasta z najbliższymi przyległościami, takimi jak Piaseczno, Zielonka, czy Sulejówek. Już taki choćby Grodzisk Mazowiecki, czy Wołomin, płacą Polskiej Grupie Energetycznej, i RWE ich, podobnie zresztą, jak całej Polski, w ogóle nie dotyczy.
Ja wiem, że kiedy się to opowiada, sprawa nie robi może takiego wrażenia, ale proszę sobie wyobrazić mapę Polski, podzieloną na cztery wielkie obszary, gdzie nagle, w samym środku jednego z nich mamy małą różową plamkę, i to jest Warszawa, i okazuje się, że, właśnie jeśli chodzi o Warszawę, to tam nie dotarł ani Tauron, ani Enea, ani Energa, ani cała ta Polska Grupa Energetyczna, bo Warszawę mają Niemcy z RWE. I daję słowo, że kiedy to zobaczyłem, dreszcz mi przeszedł po plecach.
Ponieważ na pewien czas, moje obowiązki zawodowe rzuciły mnie w okolice związane z energetyką, i to okolice tego choćby rodzaju, że miałem tam właśnie miałem okazję widzieć zobaczyć wyżej opisaną mapę, i z osobami odpowiednio kompetentnymi udało mi się troszkę porozmawiać na temat tego przedziwnego RWE. Przy pierwszej więc okazji, zapytałem jednego z moich uczniów, jak to jest, że tu nie nastąpiło coś, co wydaje się stanowić wręcz standard w tak zwanej gospodarce rynkowej, zwłaszcza gdy chodzi nie o symbole, ale o realne pieniądze: przychodzi duży, bierze małego za kark, i małego w jednej chwili nie ma. Przecież tu by wystarczył jeden szybki ruch i do widzenia się z państwem. A tu tymczasem mamy tę potężną PGE z prawej, Eneę z Energą z góry i z boku, a stolica jak gdyby nigdy nic sobie sama przysłowiową rzepkę skrobie.
Odpowiedział mi uczeń, że, owszem, oni by bardzo chcieli tę Warszawę mieć dla siebie, choćby po to, żeby ta mapa tak głupio nie wyglądała, ale się nie da. Były podejmowane najróżniejsze próby, i każda z nich odbijała się od RWE, jak piłka od ściany. RWE ma Warszawę i to im wystarczy. Zwłaszcza że oni wcale nie są tacy mali. To jest wielka niemiecka firma, i oni swoje interesy prowadzą w skali o wiele szerszej, niż wyznaczanej przez szosę prowadzącą od Legionowa do Piaseczna. Dalej już nie rozmawialiśmy, bo i ja wiedziałem, że niczego się nie dowiem, a on sam, na moje pytanie, dlaczego, odpowiedział krótko „Polityka, panie Krzysztofie. Polityka”.
I oto, proszę sobie wyobrazić, że kiedy ja już tylko czekałem aż coś się jednak stanie i Warszawa zostanie odbita, do naszych drzwi zapukał bardzo miły człowiek z zawieszonym na szyi identyfikatorem z nazwiskiem i zdjęciem, przedstawił się, że on jest z firmy energetycznej RWE i ma dla nas niezwykle interesującą ofertę. Otóż oni właśnie podpisali z polskim rządem umowę, która im pozwala przejmować od innych firm sprzedaż energii, a ponieważ oni dają cenę niższą, mają nadzieję, że niedługo przejmą całą sprzedaż, innym pozostawiając produkcję i ewentualnie remonty sieci.
Jak się pewnie domyślamy, ja nie mogłem go nie zapytać, jak to się stało, że RWE, które dotychczas obstawiało tylko Warszawę, i robiło wrażenie kogoś, kto raczej powinien dbać o to, by go polscy partnerzy nie wystrzelili w kosmos, nagle próbuje, i to najwyraźniej całkiem skutecznie, przejmować całą sprzedaż. No ale tu też się niewiele dowiedziałem, poza tym, że oni – co już wspomniałem – właśnie podpisali tę umowę z rządem i mogą działać, jak działają.
Stało się jednak coś jeszcze. Otóż jego bardzo zainteresowało, skąd ja znam tę mapę. Z tego bowiem, co on wie, ta mapa nie jest jakoś szczególnie szeroko publikowana. Powiedziałem mu więc, zgodnie z prawdą, że to przy okazji tych lekcji ją zauważyłem, no a on się bardzo ucieszył i powiedział mi, że jego dziewczyna dostała pracę, jako specjalistka od zaparzania kawy i takich tam, w pewnym, mieszczącym się akurat w Katowicach, klubie, który nie ma ani adresu, ani szyldu, ani oficjalnej nazwy, ale za to o wyjątkowej, z uwagi na towarzystwo, które się tam spotyka, pozycji. Tam się dużo mówi po angielsku, no i ona ostatnio szuka jakichś dobrych lekcji.
Ponieważ ja temu RWE podałem swój numer telefonu, to niewykluczone, że jeszcze się czegoś ciekawego dowiem, a ja nie omieszkam o tym poinformować czytelników tego bloga. W końcu, z kim mam o tym gadać? Z kolegami z katowickiego oddziału Prawa i Sprawiedliwości?

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

niedziela, 2 lutego 2014

Ich oczy nucą: "Sorry"

W ostatnich dniach, wbrew wcześniejszym obietnicom, zamieściłem dwa teksty na Salonie24, jednocześnie zaniedbując nieco ten blog. We wstępie do poprzedniej notki starałem się tę kwestię wyjaśnić, jednak cały wczorajszy dzień przyniósł tyle wrażeń, że chciałbym dziś sytuację opisać bardziej szczegółowo. Otóż, jak niektórzy z nas wiedzą, swego czasu w Salonie24 udzielał się bloger, podpisujący się, jako Pantryjota. Charakter jego działalności sprowadzał się do bardzo agresywnego ataku na Kościół i Wiarę na poziomie ogólnym, natomiast, jeśli idzie o sprawy bieżące, z szydzenia z Katastrofy Smoleńskiej i jej ofiar.
Blog Pantryjoty, pewnie trochę ze względu na ów nieustanny rechot, który zawsze przyciąga bardzo określony rodzaj publiczności, a trochę też przez pewien autentyczny zmysł przywódczy autora, zgromadził wokół owego bloga dość liczną, jak na standardy panujące w blogosferze, grupę fanów.
Po pewnym czasie jednak Pantryjota ogłosił, że ze względu na zajęcia zawodowe i bardziej poważne od prowadzenia bloga zobowiązania, on się ze swoimi fanami żegna, jednocześnie, a jednocześnie, nieco nawet już wcześniej, uruchomił nowy blog, jako Ruhla – kobieta wyjątkowa. Blog dokładnie taki, jak poprzedni, pisany tym samym stylem, z tym samym zacięciem i tym samym przedmiotem ataku.
Po pewnym czasie jednak, blog Ruhli również został zlikwidowany, rzekomo w proteście przeciwko zalewowi reklam w Salonie, i niemal natychmiast ruszył projekt kolejny, tym razem podpisywany nickiem Orwocolor, wciąż prowadzony tą samą ręką, tą samą głową i tym samym, że tak to ujmę, sercem.
Ktoś spyta, czemu ja się akurat zająłem owym Panryjotą/Ruhlą/Orwocolorem? W końcu jest tyle różnych blogów w Salonie24 i nie tylko, że naprawdę jest z czego wybierać. Otóż ja nie miałem możliwości, by owego bloga nie zauważyć, ze względów zupełnie szczególnych. Otóż, jak wiele na to wskazuje, poza dotychczas wymienionymi celami, jakie stały za tymi tekstami, był jeden, z mojego punktu widzenia, decydujący. Rzecz mianowicie w tym, że prawdopodobnie cała działalność owego dziwnego człowieka w pierwszym rzędzie była nastawiona na tępienie mnie i Coryllusa. Jeśli on uznał za stosowne zakładać owe blogi i poświęcać im niemal cały swój czas, to przede wszystkim ze względu na mnie i Coryllusa. Niemal każdy opublikowany przez Pantryjotę tekst, nawet jeśli dotyczył tematów bardzo neutralnych, i tak w efekcie prowadził do tego, że pod spodem rozpętywała się dyskusja na temat tego, kim jestem ja, moja rodzina, mój kumpel Coryllus, i co należy z nami wszystkim zrobić, żeby zapanował porządek. A więc, tak czy inaczej, lekceważyć się tego nie dało.
Kilka dni temu bloger – zostańmy może przy nicku oryginalnym – Pantryjota podczas dyskusji ze swoim stałym komentatorem Vic-Thorem, rzucił w jego stronę, jak najbardziej szydercze, „Bóg z tobą”, na co Vic-Thor odpowiedział mu: „Wolę z panią Bozią; przynajmniej jest za co złapać”, na co Pantryjota zapytał: „Masz na myśli bobra?” i w ten sposób ruszyła lawina najbardziej obscenicznych żartów z Matki Boskiej. Zgłaszałem sytuacje do Administracji – bez rezultatu. W nadziei, że w ten sposób Administracja otrzeźwieje, napisałem bardzo prowokacyjną notkę zatytułowaną „Czy wolno złapać Bognę Janke za bobra?”– zero reakcji. Wreszcie, najbardziej jednoznaczne i obrzydliwe komentarze z blogu Pantryjoty zostały usunięte, natomiast całość owego przekazu została skierowana na kompletnie nowy tor. Otóż Pantryjota potraktował słowo „bóbr”, jak hasło, i zaczął publikować serię notek i komentarzy z bobrem w tytule, by na koniec ogłosić powstanie Kościoła Świętego Bobra, czy jakoś tak, opartego na Dziesięciu Przykazaniach, sparodiowanych w taki sposób, że słowo „Bóg” zostało tam zastąpione słowem „bóbr”.
I ten tekst zgłosiłem do Administracji, jednocześnie poświęcając sprawie kolejną swoją notkę, w efekcie czego, zarówno obie moje notki, podobnie jak i wszystkie bieżące wpisy Pantryjoty, zostały przez Administrację usunięte, Pantryjota się obraził i ogłosił koniec blogowania, a ja otrzymałem ostrzeżenie od Administracji, że jeśli kiedykolwiek użyję słowa „bóbr”, moje konto w Salonie24 zostanie zamknięte. Naprawdę.
I to byłby właściwie koniec całej tej historii, gdyby nie pewna jej część, która mnie zainspirowała do refleksji bardziej ogólnej. Otóż mi bardzo zaimponował niezwykle przebiegły zabieg propagandowy, zastosowany przez Pantryjotę, a polegający na tym, by owego „bobra”, który rozpoczął całą dyskusję, a jednocześnie powinien się stać oczywistym powodem dla wiecznego potępienia człowieka, który go w pierwszej kolejności wyciągnął, nagle uczynić częścią osobnej debaty, gdzie on już nie będzie funkcjonował, jako znak pewnej kompromitacji, ale wyłącznie, jako dowcipne hasło do wykorzystania nawet przeciwko tym, którzy jako pierwsi przeciwko niemu zaprotestowali.
Oto całkiem niedawno minister Elzbieta Bieńkowska, poproszona o komentarz w sprawie zimowej zapaści na kolei, odpowiedziała „Sorry, ale taki mamy klimat”, co stało się natychmiast celem ataku ze strony zarówno antyrządowej opozycji, jak i nawet osób zachowujących dotychczas pozycję politycznie neutralną. Owo „sorry” Bieńkowskiej stało się w jednym momencie obiektem takiego szyderstwa, że moment, kiedy ono zniesie Bieńkowską z powierzchni ziemi, wydawał się już być tylko kwestią czasu. I oto nagle okazało się, że to nieszczęsne „sorry” zostało przejęte przez kulturę popularną, jednak już nie w kontekście wystąpienia Bieńkowskiej, lecz jako hasło i żart, które mogą być użyte w jakichkolwiek kontekstach, w tym, nawet jako argument w walce z opozycją.
Parę dni temu, o ile pamiętam, na portalu wpolityce.pl, znalazłem tekst o tym, jak to tygodnik „Polityka”, zamieścił owo „sorry” Bieńkowskiej na okładce, natomiast sam okładkowy artykuł w głównej jego części poświęcił atakowaniu Prawa i Sprawiedliwości, jako pierwszego retorycznego narzędzia używając właśnie słowa „sorry”. Efekt tego jest taki – a obserwując choćby cały rynek medialnej propagandy, widzimy, że to już osiągnęło wymiar publiczny – że nie ma już ani Bieńkowskiej, ani nieudolnego rządu, ani stojących w śniegu i mrozie pociągów, z ich bezradną do końca zawartością, ani przede wszystkim owej niebywałej wręcz kompromitacji, lecz tylko słowo-klucz, które jest w stanie otworzyć autentycznie każde drzwi, jakie reżimowa propaganda będzie chciała otworzyć. Wychodzi na to – po raz nie wiem, który już z kolei – że skuteczność propagandowa kultury pop bije na głowę wszystko, co tak zwane „siły ciemności” były w stanie wymyślić, żeby nam, ludziom biednym i niewinnym, zawrócić w głowie.
Ja się nie zdziwię, jeśli któregoś dnia, Donald Tusk, w jakimś nieoczekiwanym ataku załamania nerwowego, podczas którejś z kolejnych konferencji prasowych rzuci nie stąd ni z owąd: „Muszę się iść wysrać”, i nie miną trzy dni, jak owo zdanie zostanie wchłonięte i przetworzone przez kulturę pop w taki sposób, że nikomu do głowy nie przyjdzie nie dość, że sądzić, że jego autorem jest pan premier, ale większość społeczeństwa uzna je za bardzo zabawny bon mot, który będzie można nawet wykorzystać w debacie o pedofilii w Kościele.
Nie zdziwię się, jeśli tefauenowskie fakty przeprowadzą uliczną sondę, gdzie będzie się pytało przechodniów, o to, czy im się zdarzyło korzystać z publicznych toalet, albo czy lubią czytać w trakcie korzystania z ubikacji, lub wreszcie, co mówią, kiedy chce im się kupę. Ewentualnie nawet, w pewnym momencie może się pojawić kwestia, czy Jarosław Kaczyński używa brzydkich słów.
Ja się nie zdziwię, kiedy już w kolejnym tygodniu ukaże się stały zestaw tygodników, z których każdy na okładce będzie miał wypisane wielkimi literami owo „Idę się wysrać”, a my wszyscy będziemy już tylko mruczeli z zadowolenia, że co by nie powiedzieć, to należy przyznać, że przynajmniej jest co poczytać.
Ten blog wystartował w roku 2008, i już jeden z pierwszych tekstów dotyczył sposobu, w jaki kultura pop jest wykorzystywana w medialnej propagandzie. Wygląda na to, że przez te niemal już siedem lat, nie zmieniło się nic. Oni przez te siedem lat nie wymyślili nic nowego. To jest wciąż ten jeden stary numer, nudny do porzygania, numer. Nie do wiary, jak on wciąż odnosi sukcesy.

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...