piątek, 31 stycznia 2014

Czy Włodzimierz Pawlik jest gender?

Ponieważ w Salonie24 zamieściłem tekst dotyczący spraw wyłącznie wewnętrznych, którymi nie chciałbym tu zawracać nikomu głowy, a z drugiej strony, nie mogę tego bloga pozostawić bez opieki, wklejam tu felieton, który ukazuje się dziś w „Warszawskiej Gazecie”. Bardzo dobry. Polecam.

Nie potrafię zgadnąć, jak duża grupa z czytelników „Warszawskiej Gazety” interesuje się filmem, a już tym bardziej, ilu z nich zna film Scorsesego „Król komedii”, niemniej opowiem krótko, w czym rzecz. Otóż Robert DeNiro jest bardzo zdolnym, niezwykle ambitnym komikiem, którego pierwszy problem polega na tym, że, niezależnie od swojego talentu, nie ma sposobu, by wybić się na sukces, a drugi, że jest, jak to lubią mówić niektórzy, psychicznie niezrównoważony.
Choroba, jaką cierpi, każe mu, z jednej strony, nie zważając na wszelkie, uważane za cywilizowane, zasady, walczyć o to, by dano mu choćby tę jedną szansę, a z drugiej, prowadzi go w pewnym momencie do miejsca, gdzie on już nie wie, co jest tylko jego fantazją, a co rzeczywistością. Podczas jednego z tych stanów zagubienia między rzeczywistością, a złudzeniem, wyobraża sobie, że zostaje zaproszony do bardzo słynnego telewizyjnego „talk show”, którego centralnym punktem staje się nieoczekiwanie ślub, jaki on bierze ze swoją ukochaną (swoją drogą, również wymyśloną), gdzie mistrzem ceremonii jest prowadzący program, a świadkiem największy mistrz w branży.
Przerażająco absurdalna jest scena tego ślubu, zorganizowanego w telewizyjnym studiu, na oczach zaproszonej publiczności i milionów telewidzów, a jej absurdalność jest tym większa, że swój film Scorsese nakręcił jeszcze w latach, kiedy można było mieć nadzieję, że świat zmierza w choćby częściowo rozpoznawalnym kierunku.
I wyobraźmy sobie, że oto nagle, nie dość, że pokazuje się nam najjaśniej i bez cienia litości, że tamta wizja Scorsesego wcale nie była tak absurdalna, to w dodatku robi się to tak, byśmy uznali, że ślub jakiegoś wariata i wymyślonej przez niego dziewczyny – choćby i zawarty podczas telewizyjnego programu rozrywkowego – nie jest wcale jeszcze czymś najgorszym. Oto podczas dorocznego wręczenia tak zwanych nagród Grammy, uroczystości w tym roku szczególnie dla nas ważnej, bo to tam właśnie nasz pianista, Włodzimierz Pawlik, został, jako pierwszy polski artysta, wyróżniony główną w swojej kategorii nagrodą, doszło transmitowanego na cały świat ślubu 33 par. Cała scena na tę okoliczność została zaprojektowana tak, by przypominała kościół, rolę księdza odgrywała prowadząca imprezę nieznana mi Murzynka, natomiast świadkami byli najbardziej aktualnie znani artyści muzyki popularnej. Zdobywca czterech statuetek, amerykański raper Mackelmore, razem z jakąś tłustą wytatuowaną lesbijką, śpiewał o tym, że każdy wolny w swoim sumieniu człowiek, powinien realizować się zgodnie ze swoją społeczną płcią, no i że woda świecona jest zatruta, przed nim stały wspomniane 33, głównie lesbijsko-gejowskie pary, po nich na scenę wyszła piosenkarka Madonna, wszyscy się w swoim religijnym uniesieniu popłakali, a uroczystość trwała w bardziej już, że tak powiem, tradycyjnym stylu.
Niedawno premier Tusk powiedział, że my mamy na punkcie tego „gender” prawdziwą obsesję. Ja zatem mam do niego jedno pytanie. Czy ów Pawlik odniósł jakiś sukces, czy to Grammy to jakaś nieistotna bzdura?

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

środa, 29 stycznia 2014

O toczącym się kamieniu i o tych, co oberwali nim po głowie

Przyznać muszę, cały zarumieniony od wstydu, że sprawę teledysku, a przy okazji najnowszego przeboju, wybitnej polskiej artystki estradowej Nataszy Urbańskiej zatytułowanego „Rolowanie” znałem na długo zanim na jego temat za stosowne uznał wypowiedzieć się piórem redaktora Łukasza Adamskiego tygodnik „W Sieci”. Wydaje mi się, że jeszcze gdzieś tak z początkiem roku przyszło do mnie jedno z moich dzieci i kazało obejrzeć ów występ, ja obejrzałem jego znaczną część, kiwnąłem głową ze zrozumieniem, i o zdarzeniu zapomniałem.
Czemu moje dziecko zainteresowało się tym klipem? Czemu pomyślało, że warto mi go pokazać? Czemu ja natychmiast o nim zapomniałem? Czemu wreszcie tygodnik „W Sieci” poświęca mu dziś cały, dwustronicowy artykuł? Odpowiedz na to pytanie wydaje się dość prosta, a stanowić ją może choćby tekst piosenki:

Weź mnie nie dancefloor
Zrobię ci hardcore
Tamten to asshole
Zero temptation


No i oczywiście sam clip, gdzie Urbańska, kompletnie zaćpana, a może tylko pijana, zwija się w dyskotekowym, jak to pięknie określiła niedawno minister Bieńkowska, kiblu.
Ktoś powie, że to faktycznie nie byle co, i że nawet na tle tego wszystkiego, co polska kultura i sztuka nam dostarcza od grubo ponad trzydziestu już lat, dzieło Nataszy Urbańskiej robi wrażenie. Ocena ta jednak byłaby bardzo niesprawiedliwa. Otóż, jak się okazuje, ten „dancefloor”, ten „hardcore”, ów „asshole”, by już nie wspominać o „zero temptation”, to ironia. Autorzy projektu pod tytułem „Rolowanie” nie mieli zamiaru traktować miłośników dobrej muzyki, jak idiotów, lecz, wręcz przeciwnie – ów przekaz był adresowany do bardziej wyrobionej publiczności, i miał na celu bezlitosne wykpienie pewnego rodzaju postawy kulturowej, polegającej na, krótko mówiąc, tak zwanym imprezowaniu, jaraniu i dupczeniu przy akompaniamencie muzyki najgorszej. No i, konsekwentnie, w celu wzmocnienia owego przekazu, Natasza Urbańska zaprezentowała się we wspomnianym klipie, jako zaćpana, gnijąca w dyskotekowej toalecie dziwka, a sama piosenka została wypełniona wszelkimi możliwymi atrybutami współczesnej zabawy, czyli wspomnianym „dancefloor” i „temptation”.
Jak się okazuje, problem z Urbańską – a przy okazji, z nami – jest taki, jak to dogłębnie wyjaśnił Janusz Józefowicz, mąż artystki i zapewne też jej promotor, że ona chciała zaledwie wyszydzić postkulturę, tyle że nikt owego szyderstwa nie zrozumiał. Intelektualiści, do których piosenka Urbańskiej była rzekomo adresowana, nie pojęli ironii i uznali, że to jest taki sam syf, jak Kylie Minogue, czy Miley Cyrus, a więc coś, co musi zwiastować ostateczny upadek polskiej, dotychczas naprawdę fantastycznej, rozrywki, wszyscy wyszydzani natomiast wpadli w zachwyt. Co gorsza, wyjaśnienia Józefowicza tylko sprawę dodatkowo skomplikowały, bo ci, co nową płytę Urbańskiej planują sobie kupić, lub ściągnąć z Internetu, Józefowicza mają, słusznie zresztą, w nosie, a intelektualiści się obrazili i zamiast uznać, że oni zrobili z siebie bałwanów, a piosenka „Rolowanie”, to kawał znakomitej publicystyki, publikują szalenie mądre recenzje, gdzie starają się albo udowodnić, że to całe gadanie o ironii, to zwykły wykręt, albo że wprawdzie piosenka Urbańskiej stanowi znakomitą publicystyczną ironię, jednak przez to, że za bardzo przypomina numer z kulą w wykonaniu Miley Cyrus, owa ironia jest wyjątkowo niesmaczna.
Redaktor Łukasz Adamski w tygodniku „W Sieci” idzie nieco dalej. On widzi, że piosenka Urbańskiej to gówno, przyjmuje do wiadomości, że jest to gówno zamierzone, załamuje ręce nad tym, że owo gówno spotkało się z tak dobrym przyjęciem ze strony wielbicieli gówna, natomiast w żaden sposób nie chce się zastanowić, dlaczego on i jego znajomi się wcześniej nie zorientowali? Dlaczego oni trafili na coś takiego, jak piosenka Urbańskiej, i zamiast wybuchnąć śmiechem, uznali, że to wszystko się dzieje naprawdę i na poważnie? Dlaczego żaden z nich nie krzyknął: „Panowie! To niemożliwe. U nas w Polsce coś takiego nie może mieć miejsca. Dla Miley Cyrus u nas nie ma miejsca, zwłaszcza gdy wszystko ma na oku tak wybitny artysta, jak Janusz Józefowicz. To musi być żart!”
Moim zdaniem, do tego typu reakcji ani dojść nie mogło, ani już nigdy nie dojdzie z jednego prostego powodu. Otóż polska kultura, i to niezależnie od tego, czy mówimy o piosence, literaturze, filmie, czy teatrze, osiągnęła stan, gdzie tak naprawdę nie ma sposobu, by uczciwie zdecydować, czy to co widzimy, słyszymy, czy czytamy, to wciąż sztuka, czy już wyłącznie kpina. Ktoś w tym momencie krzyknie, że tu mnie ma, bo sam sobie zaprzeczyłem. Skoro nie ma sposobu rozpoznać, czy mamy do czynienia ze sztuką, czy żartem, to dlaczego nigdy takich dylematów, jakie przeżywamy przy okazji produkcji Józefowicza i Urbańskiej, nie mamy, kiedy słuchamy na przykład Katarzyny Nosowskiej, oglądamy film „Drogówka”, czy czytamy najnowszą powieść Kuczoka? Dlaczego ani Kuczok, ani Smarzowski, ani Nosowska nigdy nie potrzebowali się tłumaczyć, że oni tylko tak żartowali i że ich film, książka, czy piosenka, to próba wyśmiania pseudokultury i gustów, które ową kulturę traktują z pełną powagą? A polskie kabarety? Czemu ich nikt nie pyta, czy to co oni robią to tak dla ja, czy na poważnie?
Otóż ja oczywiście mam na to odpowiedź. Moim zdaniem między piosenkami Nosowskiej, prozą Kuczoka, czy kinem Smarzowskiego, a klipem Nataszy Urbańskiej różnica jest tylko taka, że jedno i drugie jest kierowane do innego odbiorcy. Odbiorcy równie głupiego, równie niewykształconego, równie niewrażliwego, tyle że o różnego rodzaju pretensjach. Odbiorcy, który, z jednej strony, tak jak ledwo co wspomniane przez mnie dziewczyny z tramwaju, pragną tylko tego, by sobie potańczyć, pośmiać się i powspominać, a z drugiej… no właśnie, co z drugiej? Nic. Dokładnie nic – o ile nie uznamy, że czytanie gazet i oglądanie informacyjnych kanałów w telewizji to jest coś.
Jakiś czas temu poświęciłem tu kawałek miejsca na piosenkę wspomnianej Nosowskiej, zatytułowaną „Mimo wszystko”. Przypomnę, żeby było sprawiedliwie dla obu pań, fragment tekstu:

Jeśli zwątpisz choć jeden raz
Jeśli zwątpisz choć jeden raz
Jeśli zwątpisz choć raz
To choćbyś z pistoletem zaszedł mi drogę
Powrotów nie będzie
Czasem coś... tyci czort
Zdania szyk przestawi mi
Kochaj mnie mimo wszystko
”.

Przepraszam, ale w jaki sposób piosenka Urbańskiej, nawet jeśli uznamy, że Józefowicz gadaniem o ironii próbuje ratować reputację swoją i autorów tej piosenki, a kto wie, czy nie całej płyty, jest gorsza? Bo Nosowska zrzyna od PJ Harvey, a Urbańska od Kylie Minogue? To jest argument do niczego, choćby z tego względu, że zarówno Kylie Minogue, jak i PJ Harvey kumplują się z Nickiem Cavem, a Nick Cave z kolei jest kolegą Miley Cyrus i Toma Waitsa, podczas gdy Nosowska i Urbańska są znajomymi Józefowicza, i całej mniej lub bardziej anonimowej bandy sutenerów i alfonsów, którzy robią w tak zwanej „rozrywce”.
Jakaś dziwna grupa obstawiająca ową branżę wymyśliła, że skoro Miley Cyrus odniosła tak wielki, międzynarodowy sukces swoja nową płytą, to oni też tak potrafią, no i zatrudniono do tego projektu Urbańską, wynajęto tekściarza, kompozytora, producenta, reżysera , kamerzystę, studio, zorganizowano pieniądze na odpowiednie gaże i stało się, co się stało.
Mamy więc nową płytę Nataszy Urbańskiej, którą jedni się zachwycają, inni żenują, a jeszcze inni próbują się po niej przejechać publicystycznie. I żadnemu z nich nie przyjdzie do głowy, że oni sami tę nędzę i współtworzą i są jej bardzo znaczącą częścią. Weźmy tego Łukasza Adamskiego, który tak strasznie ubolewa nad tym, że piosenka Urbańskiej „Rolowanie” miała nas wszystkich rozśmieszyć, a tu nikt się nie śmieje. Wszyscy tylko tańczą, a jak się śmieją, to z czegoś zupełnie innego. A zatem ja już na sam koniec może wytłumaczę Adamskiemu, skąd to się wszystko bierze. Otóż, tekst w tygodniku „W Sieci” jest spięty bardzo efektowaną klamrą w z Bobem Dylanem w roli głównej. Otóż Adamski, aby jakoś fajnie ten swój tekst zacząć, trawestuje tekst Dylana o pukaniu do bram nieba, na pukanie do bram żenady, natomiast kończy – nie w pięć ni w dziesięć – tradycyjną sentencją o toczącym się kamieniu, który nie porasta mchem, której autorstwo Adamski przypisuje właśnie Dylanowi. Oczywiście, jeśli wziąć pod uwagę całe to nieszczęście, z którym się niemal każdego dnia zmagamy, czy to będzie proza Stasiuka, czy filmy Szumowskiej, to niekompetencja Adamskiego jest taka sobie. Jednak ona jest i rzuca się w oczy, jak jasna cholera. Rzuca się do tego stopnia, że nie mam wątpliwości, że gdyby zawodowe losy rzuciły tego wybitnego dziennikarza do branży rozrywkowej, to on by zapewne operował w rejonach wyznaczanych z jednej strony przez Urbańską, a z drugiej przez posła Kalisza, dziennikarza Kuźniara, reżysera Klatę, czy kompozytora Rubika. Wszyscy zawodowcy, jak jasna cholera!

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Jaka szkoda, że Weronika nie jest androidem!

Od czasu, jak, obok prowadzenia tego bloga, postanowiłem wydawać książki, siłą rzeczy zacząłem zwracać staranniejszą uwagę na to, jak ów rynek działa. Mam zatem wrażenie, i nie sądzę, żebym się mylił, że przy tej wręcz nieprawdopodobnie szerokiej ofercie – ofercie tak absurdalnej, że aż robiącej wrażenie jakiegoś ciężkiego przekrętu – nie ma dziś praktycznie sposobu, by sprzedać coś, co nie jest adresowane do czytelnika z góry przygotowanego. Chodzi mi o to, że nie bardzo widzę możliwość, by ktokolwiek – poza może jakimiś kompletnymi maniakami – kto wejdzie do księgarni i ujrzy te tony papieru, zechciał w tym wszystkim przebierać, w nadziei znalezienia czegoś, co go nagle i nieoczekiwanie zainteresuje. To wszystko, bowiem, co się tam znajduje, jest tak jednakowe, tak równie interesujące, i tak samo nieciekawe, że nie ma sposobu, by, przede wszystkim, w tym wszystkim znaleźć tę jedną książkę, która nas zachwyci, a tym bardziej, by, jeśli już ją weźmiemy jakimś cudem do ręki, przyjrzeć się jej na tyle uważnie, by ów zachwyt z siebie wykrzesać.
A zatem, mam wrażenie graniczące z pewnością, że jeśli wchodzimy do księgarni, to albo po to, by zobaczyć, czy nie rzuci nam się w oczy, coś, co znamy, tylko że jakimś cudem o tym zapomnieliśmy, albo dostrzec nazwisko ulubionego pisarza i jego nową książkę, o której jeszcze nie słyszeliśmy, albo wreszcie, i po prostu, kupić to, co nas w pierwszej kolejności tam przywiodło. Cała reszta, te setki ton nikomu niepotrzebnego papieru zostanie tam już do czasu, gdy wszyscy, poczynając od autora, a kończąc na wydawcy, uznają, że ta książka tak naprawdę była tylko jeszcze jednym smutnym kaprysem.
Doświadczenie, jakie uzyskałem przez ten cały czas, gdy wspólnie z Gabrielem sprzedajemy nasze książki, jest takie, że w moim wypadku, niemal 100, a w przypadku Gabriela może 90 procent sprzedaży, trafia do osób, które już wcześniej albo o nas, albo o naszych książkach słyszeli, i jeśli do nas przyszli, to doskonale wiedzieli gdzie się znaleźli i po co. Z Gabrielem sytuacja jest trochę inna, bo on ma ów niezwykły dar opowiadania o sprawach, o których pisze, i faktycznie jest tak, że niekiedy na targach podejdzie ktoś zupełnie obcy, zwróci uwagę na jedną z tych książek, zapyta Gabriela, o czym to, a on już załatwi resztę. No i, przyznaję, że niekiedy się zdarzy, że ktoś posłucha, zaduma się, i powie: „To poproszę. Jeśli można, z podpisem”.
Jeśli idzie o mnie, zdarzyło mi się coś takiego zaledwie trzykrotnie, z czego tylko raz z wyraźnym efektem finansowym. Otóż na targach w Krakowie podszedł do naszego stoiska pewien człowiek, wziął do ręki książkę o zespołach, poprosił, żebym mu o niej opowiedział, a potem tę moją książkę wziął i kupił. Innym razem, na targach w Warszawie, podeszła do stoiska dziewczynka ze swoją mamą i też akurat zainteresowała się książką o zespołach. Obejrzała ją, powiedziała, że bardzo ją cieszy, że ładnie napisałem o zespole Arctic Monkeys, bo ona ich widziała na żywo w minione wakacje, i bardzo ich lubi, spytała o cenę, zapytała mamę, czy może jej tę książkę kupić, mama jej powiedziała, że nie, bo jest za droga, a więc dałem jej tę książkę w prezencie.
Ciekawa bardzo historia zdarzyła się na targach we Wrocławiu. Podeszła do nas pewna elegancka pani i zaczęła oglądać książkę o biustonoszu. Zapytała, co to takiego, a ja pomyślałem, że jej nie będę opowiadał, tylko dam jej do przeczytania fragment rozdziału o Weronice: ten, gdzie ja idę na spacer z moim psem, wszędzie widzę samotne dziewczyny, jak wracają z kolejnej nieudanej randki, a na chodnik tuż obok mnie spada kromka chleba wyrzucona z okna przez Weronikę, która powoli umiera.
Kobieta przeczytała ten kawałek i powiedziała, że w takim razie ona tę książkę poprosi. No i wówczas ja, zupełnie nieopatrznie, powiedziałem jej, że na pewno jej się ta książka spodoba, bo tam jest cała kupa takich historii, a każda bardziej prawdziwa od poprzedniej. W tym momencie, ona nieruchomieje i pyta: „To wszystko, co tam jest, to prawda?” Ja na to, że owszem. Prawda najprawdziwsza. „Nic pan nie wymyślił?” Nic, mówię. „To wszystko fakty?” Jak najbardziej, odpowiadam. „A, to w tej sytuacji, jeszcze się zastanowię”. I poszła sobie ta pani i już nie wróciła.
Od targów we Wrocławiu minęło już dość dużo czasu, a ja wciąż wspominam tamto spotkanie. I nawet nie ze względu na to, że straciłem te swoje 20 złotych, ale przez to, że ja nie jestem w stanie rozgryźć tej zagadki: dlaczego ta kobieta, której tak bardzo spodobała się moja historia, że postanowiła niemal w ciemno kupić tę książkę, w momencie, gdy się dowiedziała, że to wszystko się dzieje naprawdę, straciła dla tego wszelkie zainteresowanie? Ona widzi te biedne, pięknie ubrane, wystrojone, wymalowane dziewczyny, jak wracają samotnie do domu, bo właśnie się dowiedziały, że nikt ich nie chce, po chwili słyszy odgłos owej kanapki wyrzuconej przez inną z nich, tę, która już nawet nie chodzi na randki, bo nie ma na to siły, a po chwili słyszy oddech tego psa, który jest zwyczajnie szczęśliwy, bo i dostał jeść, i wyszedł sobie na spacer, a za chwilę wróci do domu i pójdzie spać; i to wszystko ją zachwyca od czubków włosów na jej głowie do koniuszków palców u jej stóp, pod jednym jedynym warunkiem – że to nie jest prawda.
I co w tej sytuacji może człowiek, który odnalazł w sobie potrzebę opowiadania historii, publikowania tych opowieści w książkach, i wychodzenia z tym wszystkim do każdego, kto zechce słuchać? Tu nie ma dobrego wyjścia. Prawdy niektórzy się boją, fikcja, jak wiemy, nie istnieje, pozostaje więc milczeć. Albo robić to, co dotychczas, licząc na tych, którzy wiedzą, po co przyszli i na pewno nie będą rozczarowani.
W minioną sobotę, ja i pani Toyahowa zostaliśmy zaproszeni na kolację do bliskich przyjaciół. Jechaliśmy sobie tramwajem, a obok nas siedziały dwie dziewczyny, w wieku może 20 lat, może mniej. To były dwie, zwykłe, bardzo przeciętnej klasy dziewczyny, jednak bardzo elegancko wyszykowane, pięknie uczesane, mocno umalowane, i, z tego co słyszeliśmy, udawały się na sobotnią imprezę gdzieś na Osiedlu Tysiąclecia. Ponieważ ani nie bardzo mnie interesowało to, o czym one rozmawiają, ani też nie chciałem zachowywać się zbyt obcesowo, starałem się na nie nie zwracać uwagi, jednak w pewnym momencie usłyszałem to jedno zdanie:
…by sobie potańczyć, pośmiać się i powspominać”.
I, powiem szczerze, zdrętwiałem. Usłyszałem te słowa, spojrzałem jeszcze raz na te biedne, tak pięknie umalowane panienki i zdrętwiałem. Bo nagle sobie uprzytomniłem, że jest dokładnie tak, jak jedna z nich powiedziała: chodzi tylko o to, by potańczyć, pośmiać się i powspominać. Oto prawdziwy geniusz. A oni nawet tego im nie dali.
I jak tu pisać ów „romans ciekawy”? No jak?

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

niedziela, 26 stycznia 2014

Za kim kibicuje minister Bieńkowska?

Z minister Bieńkowską, miałem kłopot przez wiele lat; jeszcze od czasu, kiedy ona była zaledwie jakimś urzędnikiem tu w Katowicach, a ja o jej istnieniu nawet nie wiedziałem. Otóż wracałem z synem pociągiem z Warszawy, w pewnym momencie zaszliśmy do „Warsu”, i tam ją zauważyliśmy. Przede wszystkim pewnie przez to, że trudno nie zauważyć ładnej, samotnej blondynki z laptopem, a poza tym dlatego, że ona od samego początku stała się obiektem bezpośredniego zainteresowania ze strony dwóch podpitych żuli.
W pewnym momencie, prawdopodobnie zachęceni jej uprzejmym uśmiechem, żule się do niej dosiedli, i cała trójka zaczęła sobie wesoło gawędzić. Ja oczywiście, jak już powiedziałem na samym początku, nie miałem pojęcia, że owa sympatyczna pani to przyszła minister w rządzie Donalda Tuska. Mimo to jednak, to, że ona tak łatwo się z nimi zaprzyjaźniła, zrobiło na mnie wrażenie.
Wrażenie bardzo mieszane. Przede wszystkim oczywiście, trudno jest mieć szacunek do eleganckiej kobiety, która zaczepiana przez dworcowe męty, nie powie im, żeby się od niej odpieprzyli, ale przeciwnie, robi wrażenie , jakby ich towarzystwo zupełnie jej nie przeszkadzało. Z drugiej strony, było w tym coś imponującego. W końcu ja sam, jak wiemy, na widok snujących się w mojej okolicy meneli, ani nie uciekam, ani się od nich nie odganiam, ale zawsze znajduję dla nich czas i owego czasu nie uważam za stracony. A więc, kiedy Elżbieta Bieńkowska przestała być osobą anonimową, myślałem sobie o niej raczej dobrze, niż źle. Ile razy ją widziałem, patrzyłem na nią, jak na kobietę, która zaczepiona w pociągu przez dwóch pijaczków, nie spojrzała na nich z pogardą z nad swojego laptopa, ale odłożyła robotę i z nimi zwyczajnie pogadała. Przyzna chyba każdy, że coś takiego potrafi uwieść.
Po raz pierwszy, jak pomyślałem sobie, że tamten incydent w pociągu jednak chyba świadczy o Bieńkowskiej bardziej źle, niż dobrze, a więc to, iż ona tak chętnie zgodziła się zaprzyjaźnić z tymi żulami, wynikało nie z jej otwartości na świat, ale wręcz przeciwnie, to było wtedy, gdy Donald Tusk uczynił ją drugą osobą w rządzie, a, ostatnio niezbyt przyjazne władzy, media ujawniły, że ona nosi tatuaże. Przepraszam bardzo, ale, przy całym moim zrozumieniu dla dzieci, które potrzebują się dziarać, ja nie jestem w stanie pojąć, co stoi za tym, że się tatuuje kobieta niemal 50-letnia. Tu musi się dziać coś bardzo szczególnego. Coś, wobec czego tamto zdarzenie z pociągu już nie wygląda tak egzotycznie.
No i nagle Elżbieta Bieńkowska odsłoniła się kompletnie, rzucając to swoje „No, sorry”. Tu więc te tatuaże, tam znowu tych dwóch pijaczków, tu to „sorry”… Przepraszam bardzo, ale wygląda na to, że nasz premier ma niezwykły talent do wynajdywania prawdziwych okazów. I to naprawdę bez znaczenia, czy mówimy o kobietach, czy mężczyznach.

Powyższy tekst ukazał się w ostatnim numerze "Warszawskiej Gazety", a więc ja już swoje za niego dostałewm, niemniej jednak, jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

sobota, 25 stycznia 2014

Z notatnika dupy - nie kibica

Kiedy chodziłem do liceum, miałem fantastycznego kumpla o imieniu Zbyszek, na którego akurat i tak wszyscy i tak mówiliśmy nie inaczej, jak tylko „Stopa”. Stopa był moim serdecznym kolegą, z którym moja przyjaźń oparta była tak naprawdę nawet nie na wspólnej miłości do Beatlesów, ale na czymś, co jest wręcz niemożliwe do określenia. Jak to w życiu.
Oprócz tego, że Stopa grał na gitarze tych Beatlesów, on miał kompletną szajbę na punkcie angielskiej ekstraklasy piłkarskiej, i nie dość, że znał nazwy wszystkich angielskich drużyn, a prawdopodobnie też ich składy, to regularnie i na bieżąco – kupując w KMPiK-u, w nowej Polsce zamienionym na EMPiK, co tydzień „Daily Mirror” – śledził tamte rozgrywki. Ulubioną drużyną Stopy był West Ham, a ponieważ ja z jednej strony o stanie piłki nożnej na Wyspach miałem pojęcie znikome, a z drugiej owa sytuacja dla Stopy była nie do zniesienia, uznał on za stosowne zrobić dla mnie przynajmniej tyle, by uczynić mnie kibicem konkretnej drużyny. I to wtedy dowiedziałem się o istnieniu Evertonu. Któregoś dnia Stopa przyszedł do mnie i powiedział: „Kibicuj za Evertonem. Oni są fajni”. Do dziś więc, moją drużyną jest Everton.
Od czasu, gdy skończyłem liceum, ze Stopą się nie widziałem. Wiem, że mieszka dziś w Kanadzie i to wszystko. Któregoś dnia napisał do mnie na Naszej Klasie, ja mu natychmiast odpisałem, wymieniliśmy się numerami telefonów, umówiliśmy się na rozmowę, no ale, jak to w życiu, jakoś nam zeszło, i dziś, poza tym, że on mieszka w tej Kanadzie, nie wiem o nim nic. Nie wiem też oczywiście, jak tam wygląda aktualna sytuacja w Evertonie, które oni zajmują miejsce w lidze, a już z całą pewnością nie umiem wymienić nazwiska choćby jednego ich piłkarza, ale to wiem z całą pewnością: jeśli ktoś mnie spyta, komu kibicuję, to bez mrugnięcia okiem, odpowiem – Evertonowi. A jeśli ktoś będzie dociekał, i zapyta, dlaczego, udzielę odpowiedzi oczywistej: „Bo Stopa mi ich polecił”.
Co mi strzeliło do głowy, by po raz drugi w ciągu jednego tygodnia pisać o sporcie? Otóż wcale nie chodzi o piłkę nożną, ale, tak jak poprzednio, o tenis. Rzecz w tym, że ja się na tenisie, i w ogóle na sporcie, znam dokładnie tak, jak na piłce nożnej, natomiast zarówno, jak chodzi o tenis, piłkę nożną i w ogóle sport, moje serce jest tak samo dokładnie otwarte, jak to się dzieje w przypadku piłkarzy z Liverpoolu. Mam na głowie mnóstwo różnych rzeczy, ale, jeśli tylko nadarzy się okazja, jestem gotów naprawdę na wiele.
Piłka nożna zatem, to Everton, natomiast co do tenisa, również nie mam żadnych dylematów. Oto dwoje tenisistów, którym bezwzględnie kibicuję. Przede wszystkim, jak już pisałem wcześniej, Agnieszka Radwańska, a zaraz po niej – Rafael Nadal. Dlaczego lubię Radwańską, nie muszę wyjaśniać, a jeśli idzie o Nadala, tak się jakoś w pewnym momencie stało, że go polubiłem, postanowiłem mu kibicować, i od tego czasu życzę mu wszystkiego najlepszego, niezależnie od tego, jak mu idzie na tych kortach. Pamiętam, jak w pewnym momencie on zaczął robić wrażenie kogoś, kto lada chwila będzie zmuszony zakończyć tę karierę, czy to ze względu na naturalną obniżkę formy, czy może z powodu fatalnie zrujnowanego zdrowia, a ja nadal kibicowałem Nadalowi. Radwańskiej i Nadalowi.
W stylu absolutnie mistrzowskim wrócił Nadal na pierwsze miejsce w rankingu. Wczoraj w półfinale turnieju w Melbourne pokonał w trzech setach Federera, jutro zapewne wygra z Wawrinką, i na swoim koncie zapisze 14. wielkoszlemowe zwycięstwo.
Oglądałem wczoraj pojedynek Nadala z Federerem. Kto ten mecz oglądał razem ze mną, wie wszystko. Nadal to tenisowy geniusz w wymiarze niemal surrealistycznym. Ja bym jednak chciał zwrócić uwagę na dwa elementy, który, być może nie są już tak dyskutowane, jak jego kolejne zwycięstwa. Pierwszy z nich to ten, że w ciągu minionego roku, ów słynny, nerwowy nawyk Nadala, polegający na tym, że on przed każdą kolejną piłką, całkowicie bezwiednie, musi dotknąć swojego nosa, uszu, policzków, poprawić włosy, koszulkę i spodenki, wzmocnił się o tyle, że on to wszystko musi powtórzyć jeszcze raz, a niekiedy dwa razy. Pytano o to szczególne natręctwo samego Nadala w którymś z wywiadów, no i on odpowiedział, że on sobie w ogóle nie zdaje sprawy z tego, że to robi.
A więc, to jedno. Druga rzecz, która mnie przy okazji tego kolejnego już zwycięstwa poruszyła, to fakt, że on kilka ostatnich pojedynków, w tym wspomniany z Federerem, rozegrał z bardzo ciężkimi ranami na lewej dłoni – dłoni, w której on trzyma rakietę. Widziałem te pęcherze, fizycznie niemal czułem ten ból, który on musiał czuć w każdej sekundzie meczu, patrzyłem na niego, jak wygrywa kolejne piłki, i jedyne co sobie myślałem, to to, że ja oczywiście jestem dla niego pełen podziwu i zachwytu, ale byłoby mi bardzo przykro, gdyby do takiego stanu doprowadziła się Agnieszka Radwańska. Nawet za cenę zostania najwybitniejszą tenisistką wszechczasów. Jeśli ona ulegnie podszeptom, z jednej strony, kibiców, a z drugiej, tych wszystkich biznesów, które ją otaczają, jak sępy, i, owszem, stanie się wreszcie niepokonana, ale za to zacznie się zachowywać jak japońska zabawka za milion dolarów, na moment przed nieuchronną i ostateczną awarią, będzie mi bardzo, ale to bardzo przykro.
A zatem, moje kibicowanie pozostanie na poziomie ustalonym przed wielu już laty: kiedy się dowiem, że Everton zdobył wreszcie mistrzostwo, bardzo mi będzie miło; kiedy Nadal wyprzedzi wszystkich i zostanie ogłoszony największym tenisistą w historii, poczuję wielką satysfakcję, a ile razy Agnieszka Radwańska wyjdzie na kort, a cały stadion będzie jej wiwatował, bo jest świetną tenisistką i mądrą, piękną dziewczyną, może sobie nawet od czasu do czasu przegrać. To nie jest jakaś szczególnie wygórowana cena za te chwile satysfakcji.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

piątek, 24 stycznia 2014

Powrót do szpitala "Europa"

Przed wielu już laty, zamieściłem na swoim blogu notkę, która następnie znalazła się w książce o siedmiokilogramowym liściu, zatytułowaną „Witamy w szpitalu Euro”. Mówiąc bardzo krótko, tytuł tego tekstu, ale i także jego podstawowy pomysł, oparty był na starej jeszcze bardzo piosence Wojciecha Młynarskiego „Hotel Europa”, gdzie Młynarski nam przedstawia bardzo nowoczesny i elegancki hotel, w którym wszystko niemal jest na swoim miejscu, z tym jednym wyjątkiem, że mianowicie neon z nazwą hotelu się zepsuł i zamiast „Europy”, mamy to nieszczęsne „Euro”.
Korzystając z tego wręcz niezwykłego pomysłu, wymyśliłem sobie taką sytuację, że oto mamy Polskę, która jest już pełnoprawnym członkiem europejskiej cywilizacji, w każdym kranie, jak to zapowiadał premier Tusk, od rana do wieczora leci już tylko ciepła i żadna inna woda, no a jeśli komuś się coś jeszcze nie podoba, zostaje natychmiast ze wspólnoty ludzi zadowolonych wyłączony i skazany na wieczną samotność. I oto w tej naszej Polsce wybudowany zostaje wielki wspaniały szpital, do którego każdy członek wspólnoty ma dostęp wyłącznie teoretyczny, i jedyne, co mu pozostaje to w tępym zadowoleniu wpatrywać się w wielki kolorowy neon „Szpital Euro”, w którym wprawdzie akurat nawaliły dwie literki, ale w końcu przecież i one zostaną naprawione, i wszystko będzie, jak to niedawno ładnie określił rzecznik Michalski – grało.
Minęło trochę czasu, i oto w moim mieście wybudowany został faktycznie nowy, elegancki, prywatny szpital, wprawdzie nie o nazwie „Europa”, ale „Euro Medic”. Na szczęście jednak owa nazwa nie została ogłoszona przy pomocy neonu, lecz wielkiego kolorowego logo, no i, co najważniejsze, dostęp do niego, o ile się orientuję, jest póki co, nie tylko teoretyczny, ale także, jak najbardziej praktyczny, ograniczony jedynie posiadanym przez chorego zabezpieczeniem finansowym.
Nawet się nie obejrzałem, jak już po powstaniu szpitala „Euro Medic” pojawiła się kolejna sieć usług poświęcona ochronie naszego zdrowia, obsługiwana tym razem już nie przez pojedynczych przedsiębiorców, ale przez biznesowe porozumienie między bankami, a prywatnymi ośrodkami zdrowia, o równie spektakularnych nazwach, co wspomniany wcześniej „Euro Medic”, nawet jeśli bez Europy w tytule, to brzmiących naprawdę po europejsku. I kiedy wydawało się, że granicę dla owych pomysłów innowacyjnych, mających na celu ochronę naszego zdrowia, stanowi już tylko horyzont i błękitne niebo nad głowami, okazało się, że System zdecydowanie przekalkulował ludzkie oczekiwania i postanowił wszystko sprowadzić do rozwiązań podstawowych i najprostszych. Któryś z nich celnie zauważył, że kiedy tak naprawdę chodzić już może tylko o przeżycie, nie są potrzebne ani neony, ani z obca brzmiące nazwy, ani nawet owa „Europa”, a zaledwie szara kwadratowa bryła plus maksymalnie jednoznaczna informacja o ofercie.
Oto szliśmy sobie dziś, ja pani Toyahowa i nasz labrador, do parku na spacer i z prawdziwą satysfakcją stwierdziliśmy, że szpital „Euro Medic” niewątpliwa chluba zarówno naszego regionu, jak i całego kraju, zdecydował się zmienić wizerunek. Wprawdzie sama nazwa pozostała jak dotychczas, tyle że jest zaprezentowana mikroskopijną czcionką gdzieś na boku, w rogu, podczas gdy niemal cały front szarej bryły budynku zajmuje wielki, szary napis „Szpital”. I tyle. „Szpital”.
A ja sobie myślę, że to jest coś fantastycznego. Oto doszliśmy, jako kraj i jako naród, na razie przynajmniej, jak idzie o ochronę zdrowie, do punktu, gdzie doprawdy szkoda czasu, wysiłku i pieniędzy na nicnieznaczące bzdury. Jeśli ktoś jest chory, i to chory na tyle poważnie, by wiedzieć, że już naprawdę nic poza tym zdrowiem się nie liczy, szuka szpitala, i jeśli tylko umie składać literki i kojarzyć nazwy z odpowiednimi przedmiotami, znajduje go bez najmniejszego kłopotu, a tam już odpowiedni fachowcy odpowiednio fachowo się nim zajmą. Szpital o nazwie „Szpital”. Czyż nie o to nam od początku wszystkim chodziło?
Uważam, że przed nami już wkrótce kolejne równie spektakularne wrażenia. W każdym mieście, oprócz owego „Szpitala”, powstanie jedna przychodnia zdrowia podstawowego o nazwie „Lekarz”, będzie też jeden wielki sklep o nazwie „Sklep”, dworzec kolejowy o nazwie „Pociąg”, a dla ludzi spragnionych rozrywki, ogromne kino o nazwie oczywiście „Kino”. Oczywiście pozostaną banki, wszystkie o nazwie „Bank”, a będzie ich więcej, niż szpitali, sklepów, pociągów i kin, bo to i świat cały, no i oferta prawdziwe poważna. Myślę, myślę, myślę, i naprawdę nie widzę nic więcej, co by tak naprawdę było potrzebne. W końcu telewizor każdy ma w domu, a jak nie ma, to kupi sobie w „Sklepie”, choćby i na raty uzyskane w jednym z „Banków”.
I, żeby skończyć te niezwykłe rozważania, jakimś optymistycznym akcentem, myślę, że to wszystko następuje w samą porę. Oto nie minął nawet tydzień, jak w Zabrzu pewien staruszek, poczuł, że mu jakoś ciężko na sercu, udał się do szpitala o zupełnie niepotrzebnie długiej i trudnej do zapamiętania nazwie, z prośbą, by mu tam zmierzono ciśnienie, oni mu kazali czekać, więc on czekał, czekał, czekał, aż sobie cichutko zmarł, gdy dziś, tym razem w Poznaniu, rodzice przywieźli do innego, o równie zapewne długiej i niepotrzebnie skomplikowanej nazwie, szpitala, swoje trzyletnie dziecko, które również nie doczekało się pomocy i, podobnie jak ów staruszek z Zabrza, cichutko zmarło. Oba te zdarzenia świadczą o tym, że, jeśli się zastanowić, to tak naprawdę nam wiele nie potrzeba. Wystarczy to zdrowie i żeby mieć coś do ust i na grzbiet włożyć. I to zupełnie niezależnie od wieku. Jeśli się naprawdę solidnie zastanowić, to i nawet to kino nie jest nikomu potrzebne. W końcu, kto ma ochotę na iluzje, kiedy wokół sama, goła prawda?

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

czwartek, 23 stycznia 2014

O prawicy bez rozumu, bez ducha i bez charakteru

Wspominałem już o tym parę razy, ale ponieważ głupio tak lekceważyć czytelników, którzy są albo nowi, czy może się zagapili, powtórzę. Otóż, jeśli po naszym mieszkaniu wszędzie walają się numery tygodnika „W Sieci”, to głównie ze względu na sentymenty i emocje naszej najstarszej córki. Ona kiedyś, jeszcze przed laty, uznała, że bliźniacy Karnowscy to porządni, uczciwi i utalentowani dziennikarze, w obliczu znanej nam wszystkim sytuacji w polskich mediach, uczepiła się owej myśli jak pijany płotu, no i dziś, przez to, że już ma swoje pieniądze, kupuje ten tygodnik, i to niezależnie od tego, ile tam pojawi się tekstów sygnowanych przez Łukasza Warzechę, Krzysztofa Feusette, czy tę nieszczęsną Dorotę Łosiewicz.
Mieliśmy ostatnio wymianę, która zapowiadała się, jak wielka awantura, ale, choć obie strony pozostały na ustalonych z góry pozycjach, jakimś cudem zakończyła się pokojowo. Skoro jednak nie udało mi się wygrać tam, spróbuję powiedzieć, o co mi chodzi, tutaj. Otóż, jak z pewnością pamiętamy, dość niedawno, dziennikarz TVP Andrzej Turski, jeden z ostatnich, że tak to określę, autentycznych dinozaurów późnego PRL-u, prowadząc kultową gdzieniegdzie audycję pod nazwą „Panorama”, robił wrażenie słabo przytomnego, czego nie omieszkał zauważyć portal wpolityce.pl, i napisał w tej sprawie niezwykle prześmiewny komentarz, sugerując, że Turski występował po pijaku.
Stało się jednak tak nieszczęśliwie, że, jak się okazało, zachowując się tak, jak się zachowywał, Turski nie był wcale pijany, tylko bardzo ciężko chory, co zresztą niemal natychmiast udowodnił, umierając, no i pozostawiając redaktorów wpolityce.pl w sytuacji co najmniej niezręcznej.
Ktoś powie, że trudno. Shit happens. Dziennikarze generalnie chleją, wielu z nich chleje w sposób skandalicznie wręcz oficjalny, są tacy, którzy ze swoim stanem nie ukrywają się nawet w obliczu ogólnopolskiej kompromitacji, padło akurat na Turskiego, no a ponieważ ktoś taki jak on musiał budzić różnego rodzaje emocje, prawicowe dziennikarstwo w sposób naturalny połknęło haczyk… no i stało się. Otóż nic z tego. Tak to ewentualnie – choć i tu nie mam pewności – mógłbym się zachować ja, który jedyne, co ma, to ten telewizor i swoje nędzne doświadczenie. Jeśli jednak mówimy o firmie w rodzaju wpolityce.pl, można by się spodziewać, że oni akurat wiedzą więcej, a nawet, jeśli nie wiedzą, to mają różne sposoby, żeby sprawę zbadać. Jeśli jednak redakcja portalu wpolityce.pl rzuciła się na temat jak pijak na flaszkę żołądkowej gorzkiej, to akurat o nich świadczy to jak najgorzej.
I oto stała się rzecz absolutnie niezwykła. Władze TVP zrobiły coś, czego my od lat nie jesteśmy się w stanie doczekać ze strony tak zwanych „naszych”, a mianowicie, uznając, że ich kolega i przyjaciel został potraktowany w sposób rażąco niesprawiedliwy, i to na poziomie nie zwykłego politycznego mordobicia, ale życia i śmierci, postanowiło, że redaktor Jacek Karnowski dostaje dożywotni zakaz wstępu za próg firmy.
Ja Turskiego, jak większości prawdziwych funkcjonariuszy Systemu, szczerze nie znosiłem. Karnowskiego też nie lubię, choćby od czasu, gdy któryś z nich, wraz z Erykiem Mistewiczem i Janem Hartmanem, podczas mojego występu w programie Jana Pospieszalskiego, potraktował mnie, jak szmatę, jednak w konfrontacji Turski – Karnowski zdecydowanie chciałbym stać po stronie Karnowskiego. Niestety, nie mogę. Przede wszystkim dlatego, że Karnowski, jako pierwsza twarz portalu wpolityce.pl, jak również jego partnerka w interesach, wspomniana wcześniej Dorota Łosiewicz, prowadząca, nieznany mi akurat kompletnie, portal wsumie.pl, który, jak się okazuje był pierwszym dostarczycielem newsa na temat rzekomego pijaństwa Turskiego, zrobili z siebie kompletnych idiotów, i zamiast przeprosić i się zamknąć, nie dość, że postanowili udawać, że nic się nie stało, to jeszcze dziś rwą sobie włosy z głowy, drąc mordy na temat cenzury.
I oto mamy najnowszy numer tygodnika „W Sieci”, i bliźniaków Karnowskich, którzy tym razem do swojej cotygodniowej pogawędki zaprosili Jana Pospieszalskiego i Pawła Nowackiego, autorów programu TVP Info „Bliżej”. Tematem rozmowy jest rzekomy skandal związany z decyzją władz TVP, by za jego zaangażowanie w sprawę, wystawić Jackowi Karnowskiemu czarne papiery i go do firmy nie wpuszczać. Rozmowa jest odpowiednio długa, ilustrowana odpowiednimi zdjęciami, na których widzimy wszystkich czterech bojowników o wolność słowa w Polsce i na świecie, i żaden z nich ani jednym zdaniem nie wspomina o tym, co tak naprawdę stało za zorganizowanym przez TVP bojkotem osoby Jacka Karnowskiego. Cała czwórka aż kipi z oburzenia na antycywilizacyjne i antywolnościowe praktyki TVP, jednak choćby na krótki moment nie pojawia się w rozmowie nazwisko Andrzeja Turskiego. Jedyne, czego się dowiadujemy, to to, że TVP jest rzekomo w jakimś prawnym sporze z Karnowskimi, co w dodatku jest podobno bezczelnym kłamstwem. Pojawiają się wszelkie możliwe tematy, zaczynając od lasów państwowych, a kończąć na oczywiście Smoleńsku, nazwiska Barbary Fedyszak Radziejowskiej, Ryszarda Legutki, Zdzisława Krasnodębskiego, Mariana Brandysa, Herberta, abp Hosera, nawet księdza Popiełuszki – o Turskim ani słowa. Przepraszam, że to powtarzam już po raz setny, ale zupełnie jakby cała czwórka uznała, że czytelnicy tygodnika „W Sieci” to banda idiotów, którym wystarczy nawrzeszczeć do ucha, żeby przyjęli wszystko, co im się każe.
No, ale, tak naprawdę, nie chodzi nawet i o to. To że oni uważają nas wszystkich za durniów, to sprawa stara i wyjątkowo już nudna. Ja dziś chciałem naprawdę stanowczo wyrazić swoje poparcie dla postawy zaprezentowanej przez władze TVP. Oczywiście nie mam pewności, na ile intencje, jakie stoją za tą decyzją są czyste, a na ile wynikają one z prostej chęci dokuczenia komuś, kogo się szczerze nie znosi, niemniej jednak ja jestem pod autentycznym wrażeniem. Sępy należy tępić, a jeśli są to sepy szczególnie bezczelne, to tępić bez litości. To, co zrobiła TVP w stosunku do Jacka Karnowskiego, to jest coś, co od lat stanowi moje najskrytsze marzenie: doczekać czasów, kiedy oni – i tym razem nie mówię o „naszych”, ale jak najbardziej o „onych” – wszyscy z dnia na dzień zostaną zrzuceni z tego miejsca, które zajmują, do publicznego niebytu. Gdyby to ode mnie zależało, gdybym ja po raz pierwszy zobaczył jakiegoś Jacka Żakowskiego, Katarzynę Kolendę, Grzegorza Miecugowa, Monikę Olejnik, Jarosława Kuźniara, czy dziesiątki innych, jak przychodzą, by się lansować w miejscu, gdzie ja podejmuję decyzję, każdego z nich bym zwyczajnie wystawił za drzwi, z osobnym dla każdego oświadczeniem, informującym go, że za to, co zrobił, do końca życia będzie się mógł najwyżej produkować u siebie w domu. Gdybym był szefem telewizji o pewnej podstawowej autonomii, każdy człowiek na portierni zostałby bardzo starannie przeszkolony, by w momencie, gdy do budynku będzie próbował wejść którykolwiek z nich – Knapik, Kuźniar, Pałasiński… można wymieniać – wołał ochronę. I to, uważam, byłoby z mojej strony zachowaniem jak najbardziej naturalnym.
Na sam koniec jeszcze jedno konieczne wyjaśnienie, na wypadek, gdyby ktoś uznał, że ja uważam Jacka Karnowskiego, Dorotę Łosiewicz, czy całe to nasze prawicowe towarzystwo za równie zepsute, jak wspomniani wcześniej Żakowski, czy Kolenda-Zaleska. Nie. Ja wciąż wierzę, że oni są zepsuci jednak mniej, rzecz natomiast w tym, że ja przede wszystkim postępowanie władz TVP rozumiem, a poza tym, obawiam się – i daje słowo, że, kiedy to piszę, jest mi niewyobrażalnie przykro – że oni, nawet jeśli sa od nas podlejsi, mają znacznie więcej zwykłego ludzkiego charakteru, niż którykolwiek z nas. I to jest dopiero smutne.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym nie mam niemal już nic. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...