środa, 14 lutego 2018

Co Kościół może dać tym, którzy Go nie potrzebują

       Wśród całego bezmiaru wydarzeń ważnych, bardzo ważnych i jeszcze ważniejszych, pojawiła się kwestia pogrzebu nastolatka, podczas którego miejscowy proboszcz odmówił odprawienia mszy za jego duszę i ów gest spowodował nielichą awanturę. Z tego co czytam tu i ówdzie wynika, że owo dziecko, jeszcze zanim wydało z siebie ostatnie tchnienie, nie dość, że demonstracyjnie odmawiało uczestniczenia w lekcjach religii, to jeszcze zorganizowało akcję, w wyniku której znaczna część klasy również przestała uczestniczyc w katechezie, no i to rzekomo stało za nerwowym – a moim zdaniem, jednoznacznie niemądrym – zachowaniem proboszcza. Nie znam ani szczegółów sprawy, ani nawet jego tła, nie wiem, co to było za ziółko z tego zmarłego dziecka, czy to był tylko jakiś miejscowy bałwan, czy może jeszcze jeden młody poeta z dobrego domu, który odkrył prawdę o tym, kto tak naprawdę panuje nad światem, czy może ewentualnie owe lekcje religii były tak do niczego, że nawet święty by ich nie wytrzymał – co jest najbardziej prawdopodobne – chciałbym jednak powtórzyć, że moim zdaniem ów proboszcz, niezaleznie od tego, jak bardzo się mógł czuć wzburzony sytuacją, postąpił podwójnie głupio. Przede wszystkim prowokując awanturę podczas pogrzebowych uroczystości, no ale też wyrażając przekonanie, że pewnym osobom Msza Święta zwyczajnie się nie należy. Rzecz bowiem w tym, że znaczna część nieskończonej potęgi naszego Koscioła polega własnie na tym, że stać Go na wszelkie możliwe gesty pod każdym możliwym adresem. Jeszcze w roku 2008 napisałem na ten temat tekst, którego przekaz moim zdaniem ma wartość uniwersalną na każdy czas, a dziś, w tej akurat sytuacji, przydaje się nam wyjątko bardzo. Proszę uprzejmie, zastanówmy się może nad tym bogactwem, jakie mieliśmy szczęście posiąść i spróbujmy je docenić.

       Niedawno miałem okazję wziąć udział w spotkaniu towarzyskim, na którym, wśród wielu najróżniejszych osób, pojawili się pan i pani z planami małżeńskimi. Rozmowa kręciła się więc przez pewien czas wokół tematów zwykle pojawiających się w podobnych sytuacjach, czyli domu, pieniędzy, dzieci, przystojnych mężczyzn i ładnych kobiet, kiedy nagle pani z planami wyraziła zaniepokojenie sytuacją, w której będzie musiała pójść do spowiedzi.
       W tym momencie, dotychczas lekka wymiana lekkich myśli, zamieniła się w dość jednostronną ideologicznie debatę na temat niezrozumiałych represji, z jakimi kochający się ludzie muszą się potykać na drodze do szczęścia. Generalnie, wszyscy zabierający głos uczestnicy spotkania, bardzo współczuli pani prawie młodej i prawie młodemu panu, że będą musieli się zmierzyć z tak dramatyczną sytuacją.
       Nagle, któryś z uczestników spotkania, poinformował zainteresowana parę, że on słyszał o księdzu, który jest księdzem bardzo porządnym i za drobną łapówkę jest skłonny podpisać „karteczkę”, która, jak kolec w sercu, nie dawała spać zakochanej parze. Więc spróbuje się ten ktoś popytać i uzyskać odpowiednie namiary.
       Ponieważ to, co słyszałem stanowiło dla mnie absolutnie fascynująca egzotykę, zwróciłem się do przyszłej małżonki z pytaniem, dlaczego ona w ogóle pragnie wziąć ślub w kościele. Dlaczego nie zarejestruje po prostu małżeństwa w urzędzie i w ten sposób pozbędzie się kłopotu z bezwzględnym klerem, a przy tym zaoszczędzi na ewentualnym haraczu dla księdza o dobrym sercu.
        Zakochana pani była bardzo zdziwiona moim pytaniem, a ponieważ nie chciałem drążyć tematu, przyjąłem tylko uprzejmie wyjaśnienie, że przecież ślub musi być w kościele. Zaproponowałem tylko, żeby może poprosiła swojego tatę, albo kolegę, żeby złożył jakikolwiek podpis na karteczce, która stanowiła dla niej taki problem i dołączyła do innych dokumentów, ale to już było zdecydowanie za dużo, a ponieważ moja znajoma zaczęła węszyć prowokację, zamilkłem i temat zamknąłem.
        Pozostał problem. Po co ludzie, dla których kwestie wiary, religii, Kościoła są kompletnie obce, tracą czas na takie drobiazgi, jak to, czy ślub ma być kościelny, czy nie-kościelny?
       Od razu muszę też się przyznać, że to, co mnie spotkało podczas omawianego spotkania, owszem, było intrygujące, niemniej nie stanowiło jakiegoś bardzo dużego szoku. Niejednokrotnie w moim życiu, spotykałem się z ludźmi, którzy sprawy religii traktowali – że tak powiem – specyficznie. Koleżanka mojej córki, na przykład, kiedy ma mieć egzamin, zakłada na szyję łańcuszek z Matką Boską, a kiedy już się dowie, że zdała (a jak nie zdała, to tym bardziej), zdejmuje ten swój medalik, bo „to głupio wygląda”.
       Jestem też pewien, że choćby ta młoda osóbka, czy to przy okazji chrztu swojego dziecka, czy to jego Pierwszej Komunii, czy, wcześniej, przy okazji swojego ślubu, czy za wiele, wiele lat, widząc nadchodzącą śmierć, będzie się nieustannie zmagać z kwestią, jak tu poradzić sobie z kaprysami Kościoła.
        Umiera człowiek, który w życiu nie chodził do kościoła. Ba, człowiek, którego rodzina, od ślubu, właśnie, czy może wręcz od Pierwszej Komunii, nie miała z kościołem, zarówno z dużej, jak i małej litery, żadnego kontaktu. Człowiek, który niejednokrotnie Kościół i księży traktował wyłącznie, jako obiekt żartów i szyderstwa. Umiera ów człowiek, a ci z jego otoczenia, co jeszcze przez jakiś czas muszą tu pozostać, zaczynają podejmować zabiegi na rzecz zorganizowania dla zmarłego kościelnego pochówku.
        I dobrzy ludzie dręczą się myślą, po co? Gdyby chodziło o zwykły strach przed piekłem, to jeszcze rozumiem. Ale najczęściej wszystko wskazuje na to, że o piekle nikt nie myśli. Problem sprowadza się wyłącznie do żądania pięknej uroczystości i do pomstowania na bezdusznego księdza-służbisty.
       Myślałem więc sobie o tej dziwnej kwestii wielokrotnie. Ostatni raz podczas pogrzebu, jak się właśnie niespodziewanie okazało, świętej pamięci profesora Bronisława Geremka. I właśnie w trakcie minionych dni przypomniał mi się wywiad, który jeszcze przed laty opublikowała „Gazeta Wyborcza” z którymś z wyższych rangą polskich masonów. Mistrz ów, w wywiadzie, na pytanie, co przyciąga tak wielu wybitnych ludzi do Loży, wśród kilku powodów, wymienił coś, co, według mojej pamięci, brzmiało, jak „stara, ponad dwustuletnia tradycja wolnomularstwa”.
       Wówczas, kiedy jeszcze czytałem te słowa, czułem oczywiste rozbawienie, ale w miarę upływu lat, problemu tej – a przecież nie tylko tej – nędznej i żałosnej tradycji, mogłem doświadczać już wielokrotnie na własne oczy. Akurat nie trzeba być masonem, żeby raz na jakiś czas stanąć twarzą twarz z własną nędzą. Z mojego punktu widzenia, żeby poczuć tę samotność, wystarczy w ogóle oderwać się od czegoś, co bez narażania się na łatwe kpiny, można nazwać tradycją i historią. Z tego punktu widzenia, w którym się szczęśliwie znalazłem, sprawy się mają tak, że jeśli stracimy ten szczególny drogowskaz w postaci tego, co daleko za nami, stajemy się nikim. I wcale tym drogowskazem nie musi być religia rzymsko-katolicka. Wystarczy, żebyśmy w naszej świadomości mieli cokolwiek, na co będziemy się mogli powołać i do czego się odwołać, a co jednak będzie sięgało nieco dalej, niż marne dwieście lat wstecz. I to nam też powinno zdecydowanie wystarczyć.
      Pragnę jednak wrócić do kwestii tych wszystkich uroczystości na styku religii i życia codziennego. Chodzi o to mianowicie, że jakkolwiek by na to nie patrzeć, w kulturze, w której wszyscy żyjemy, jeśli chcemy prawdziwego święta i prawdziwej uroczystości, to musimy zawsze zwrócić się do Kościoła. Czy to jest Boże Narodzenie, czy to są Święta Wielkanocne, czy zwykła „powszednia” niedziela, za tym wszystkim zawsze stoi Kościół.
       Pamiętam, jak kiedyś, bardzo już dawno temu, któryś z działaczy Kongresu Liberalno-Demokratycznego z Gdańska – może to był nawet sam Donald Tusk – przechwalał się, że oni w niedzielę nie chodzą do kościoła, ale idą pograć w piłkę. I ani mu do głowy nie przyszło do głowy, że po to, żeby pograć w piłkę, też musi poczekać do niedzieli, która na przykład w języku rosyjskim do dziś oznacza Zmartwychwstanie.
       Więc nie ma najmniejszej wątpliwości, że jeśli chcemy liczyć na prawdziwie uroczysty pogrzeb, czy ślub, czy jakąkolwiek inną okazję, musimy zwrócić się o pomoc do Kościoła. Bo tylko Kościół może się wykazać odpowiednio długą tradycją, a dzięki niej właśnie, odpowiednio bogatymi środkami, żeby nadać jakiemukolwiek wydarzeniu prawdziwie piękną oprawę. Bez tego, co może nam zapewnić tylko Kościół, możemy się co najwyżej najeść i napić wódki. A jeśli mamy trochę więcej pieniędzy, to jeszcze zamówić sobie występ piosenkarki.
        Właśnie dlatego, kiedy zapragniemy zawrzeć związek małżeński, a chcemy, by ten dzień zapisał się w naszej pamięci, jako dzień szczególny i kiedy chcemy, żeby był i welon i żeby była biała suknia i żeby sypano na nas czy to kwiaty, czy to ryż, czy zwykłe grosiki i kiedy chcemy, żeby nam grały prawdziwe organy, a nie tandetny keyboard, musimy zwrócić się do Kościoła.
        I właśnie dlatego też, kiedy umrze nam osoba bliska, albo kiedy umrze człowiek wybitny, godny wielkiego gestu i wielkich słów, wiemy, że ten gest i te słowa mogą paść tylko z ust księdza.
        Wielu moich znajomych zadawało sobie i mi pytanie, dlaczego rodzina i przyjaciele zmarłego tragicznie Bronisława Geremka, człowieka, który zdawał się stać bardzo, bardzo daleko od Kościoła, człowieka, który najprawdopodobniej absolutnie nie uważał za konieczne uczestniczyć w niedzielnych nabożeństwach, po jego śmierci poprosili o najbardziej uroczystą mszę w warszawskiej katedrze, z udziałem trzech wybitnych katolickich biskupów, z odpowiednimi pieśniami, z odpowiednimi modlitwami i z pełną oprawą eucharystyczną. Czy dlatego, że ktoś, kto zmarłego Profesora kochał, wystraszył się nagle, że bez tego wszystkiego pan Profesor nie zostanie zbawiony? Ależ co za bzdura! Chodziło dokładnie o to samo, o co chodziło podczas organizacji pogrzebowych uroczystości księżnej Diany i tylu innych zmarłych osób, masonów, ateistów, gangsterów, ale również najzwyklejszych, bardzo porządnych ludzi, których jedynym grzechem było to, że nie zaznali łaski wiary. Ludzi. dla których niedziela nigdy nie stanowiła pretekstu do udania się na Mszę Świętą, ale którzy zawsze pragnęli mieć piękny pogrzeb.
       Zastanówmy się, jakiż to miałby pogrzeb wspomniany już profesor Bronisław Geremek, czy, jeszcze wiele lat jeszcze przed nim, Jacek Kuroń, gdyby zamiast w warszawskiej archikatedrze, został pożegnany w Pałacu Kultury, albo w budynku Sejmu, albo choćby i na brukselskich salonach, a mistrzami ceremonii byłby były premier Bielecki, red. Michnik i ewentualnie - jako osoba pobożna - Lech Wałęsa?
       Dlatego więc, kiedy słyszę tu i tam różne głosy sprzeciwu, czy wręcz oburzenia, a choćby tylko zwykłego zdziwienia, odpowiadam: A jakże inaczej?
       I niech już tak będzie. Po tych wszystkich latach, kiedy nikt z nich od Kościoła nie chciał nic, to o to jedno mogą się zwrócić. A my szczodrą ręką możemy im to dać.
       A modlitwę możemy dorzucić nawet i bez proszenia.

Wszystkim Czytelnikom przypominam, że moją, być może najlepszą, książkę „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” można zamawiać bezpośrednio u mnie. Wszystkich zainteresowanych proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl. Dedykacja w cenie.


5 komentarzy:

  1. Tekst uniwersalny, zawsze aktualny. To w sumie bardzo poważny temat teologiczny.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedyś mój bardzo trydencki znajomy z wielka niechęcią burknął- I po co Benedykt polazł do synagogi?
    A obecny wtedy ksiądz odpowiedział lekko - wkroczył Andrzejku, wkroczył.
    I tyle.
    Serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Marta Nowicka
      Ładnie ksiądz powiedział. Swoja drogą, ciekawe co dziś wspomniany Andrzejek mówi na temat Benedykta. Domyślam się, że stawia go Franciszkowi za przykład.

      Usuń
  3. Wszystko,tylko czy potrafimy i chcemy z Niego brać? Tak jak w okopach nie ma ateistów tak w chwili ostatecznej nie ma ,a może jest niewielu,którzy Go nie potrzebują.Takie tam przemyślenia...

    OdpowiedzUsuń