czwartek, 19 stycznia 2017

W barze "Mazur" na Fejsie

              Ponieważ w związku z zimowymi feriami, jakie akurat trwają tu w regionie, no a przede wszystkim przez niezwykły wręcz gest jednego z czytelników tego bloga, wybieramy się na parodniową wycieczkę do Zakopanego, nie zdążę już dziś napisać kolejnego tekstu. Ponieważ jednak ze względu na bieżące zawodowe zobowiązania, zabieram ze sobą laptopa, z pewnością znajdę czas, by się aż tak do końca nie wyłączać. A więc, do piątku. Dziś natomiast, przede wszystkim z myślą o tych, którzy są tu od niedawna, chciałbym przypomnieć jeden z rozdziałów mojej książki „Marki, dolary banany i biustonosz marki Triumf”. Bardzo proszę:

      To się zdarzyło dawno temu, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, a świat składał się wyłącznie z szarych ulic, odrapanych domów – ubarwianych jedynie raz do roku, w dzień święta 1 maja – no i z czarnobiałego telewizora w domu, marki nieistotnej, na którym można było obejrzeć absolutnie przebojowy serial produkcji amerykańskiej, zatytułowany „Koń który mówi”. I od razu nie potrafię uniknąć pewnej dygresji. Mniej więcej też w tamtym czasie na ekrany naszych kin wszedł film „The Beatles”, oryginalnie znany jako „A Hard Day’s Night” i gdy idzie o Katowice, wyświetlany był on w kinie „Światowid”, które wówczas nadawało w trybie non-stop. Tak się zresztą to kino nazywało – „Światowid – kino non-stop”. Poszedłem na tych Beatlesów z moim starszym bratem, a ponieważ, przez to właśnie, że „Światowid” puszczał ten sam film na okrągło, nie istniały godziny rozpoczęcia i zakończenia spektaklu, zaczęliśmy ów film oglądać dopiero od którejś tam minuty.
      Pamiętam tamten dzień z dwóch względów. Pierwszy to taki, że to jednak byli Beatlesi, a więc coś co dla nas, tamtych dzieci, mogło przypominać – i to też zaledwie pozornie – jedynie wąchanie kolorowych bibułek, w które zwykle były zawijane pomarańcze, a drugi już związany z Edem, czyli z gadającym koniem. No więc, w odpowiednim momencie ten film się skończył i projekcja ruszyła po raz kolejny. Oczywiście, zostaliśmy na swoich miejscach, bo chcieliśmy zobaczyć to, co nam umknęło wcześniej. I oto, kiedy zaczęły się pojawiać obrazy i piosenki, które znaliśmy z poprzedniego seansu, ja nagle sobie uświadomiłem, że za chwilę w telewizji będzie „Koń który mówi”, i zacząłem nalegać – niestety skutecznie – by wracać do domu. Wstyd mi za tę moją durnotę do dziś, a brat mój nie zapomni mi tego, co mu wtedy uczyniłem, do śmierci.
      A zatem, działo się to wszystko już bardzo dawno temu. I oto pewnego dnia gruchnęła wieść, że w naszej dzielnicy odkryto mieszkanie, w którym niejaki Arnold – to było nazwisko tego człowieka – w bardzo okrutny sposób mordował kobiety, kroił je na kawałki, a szczątki te trzymał tam do czasu aż całe mieszkanie już zaczynało cuchnąć, i jeszcze długo potem. Ponieważ ów adres został podany do publicznej wiadomości, pamiętam, jak poszedłem z moją mamą, żeby rzucić okiem na tę kamienicę, na to okno, i poczuć ten dreszcz. Pamiętam ten dzień do dzisiaj. Oczywiście Arnold został schwytany, osądzony, skazany na śmierć, a następnie powieszony. Po pewnym czasie o Arnoldzie zapomniałem.
      Po raz kolejny usłyszałem o nim już w tak zwanej nowej Polsce, nie wiem, może dwa, a może pięć lat temu. Nie wiem, co to była za okazja, ale dowiedziałem się wtedy, że egzekucja Arnolda miała miejsce pewnego zimowego popołudnia – ciekawe, że popularny przesąd mówi, że ta sprawiedliwość przychodzi na nich zawsze nad ranem – w milicyjnych garażach na ulicy PCK w Katowicach. I powiem szczerze, że ta wiadomość zrobiła na mnie wrażenie największe. Otóż ja świetnie znam te garaże. One w tamtych latach stanowiły nieodłączną część mojego dzieciństwa, a to przez to, że znajdowały się dokładnie pod podwórkiem, na którym spędzałem większość mojego pozaszkolnego życia. Myśmy się tam bawili, a pod nami łazili ci milicjanci i jeździły te ich samochody z nieodłącznymi literkami M i O. Było nawet tak, że mogliśmy tam do tych korytarzy z góry zaglądać przez specjalne świetliki, które milicjantom trochę oświetlały te ich ciemne zaułki, a dla nas stanowiły okazję do tego, by ukradkiem zanurzyć się w ten egzotyczny podziemny świat Milicji Obywatelskiej.
      Dowiedziałem się więc nagle, że prawdopodobnie w momencie, kiedy myśmy się tam na górze bawili, lepiliśmy kulki, ślizgali – na dole przywieźli tego Arnolda i go przykładnie powiesili. Niemal na naszych oczach.
      Rzecz w tym, że myśmy tam wciąż zaglądali. Raz, pamiętam, mieliśmy nawet z tego dużą frajdę, bo tuż pod nami jeden z milicjantów sikał – zwyczajnie, na podłogę tego garażu. Stał tam i sikał. A myśmy patrzyli, jak on leje, i mieli z tego przednią zabawę. No a tu nagle pojawił się ten Arnold. Oczywiście, jest bardziej niż prawdopodobne, że on nie został zabrany z tego świata w tym samym miejscu, gdzie w innych zupełnie okolicznościach, milicjant oddawał mocz. Najpewniej, ówczesny wymiar sprawiedliwości przygotował mu na śmierć specjalne miejsce, w jakimś kącie, a może w jakimś osobnym pomieszczeniu. Diabli wiedzą, czy tam w ogóle jakieś osobne pomieszczenia były, czy może on tak zawisł między tymi milicyjnymi autami, wprost pod naszymi szczenięcymi bucikami.
      A ja się dziś zastanawiam, jak my wszyscy byśmy wtedy zareagowali, gdyby ktoś nam nagle powiedział: „Słuchajcie! W garażach właśnie wieszają Arnolda”? Czy byśmy się natychmiast rzucili do tych mikroskopijnych świetlików i usiłowali coś zobaczyć? Czy może odwrotnie – zamilklibyśmy przerażeni myślą o śmierci, która właśnie przechodziła obok nas tak bardzo blisko? A może byśmy zaczęli klaskać z radości w dłonie, że wreszcie tego bydlaka między nami nie będzie? A może któryś z nas by nagle poczuł żal, że, cholera, biedny wariat, właśnie umiera, i już nie ma dla niego ratunku? Tego się już nigdy nie dowiemy. Natomiast ja sam dziś, jak najbardziej realnie, widzę to podwórko i ten ciemny korytarz i wspominam tamten świat. Świat straszliwie surrealistyczny.
      Skąd mi nagle przyszedł do głowy ten Arnold i jego nędzna śmierć? Otóż pewnego dnia przyszedł do mnie mój syn i poinformował mnie, że Onet, kiedy już nadejdzie noc i zaczną wychodzić ze swoich nor te wszystkie złe duchy, zmienia się w portal pornograficzny. Oczywiście, znając moje dzieci, na tę pornografię musiałem wziąć pewną poprawkę, natomiast, ponieważ wiedziałem też, że coś na rzeczy musi być, sprawdziłem, o co chodzi, i rzeczywiście okazało się, że w godzinach nocnych tam króluje wyłącznie najbardziej tandetna erotyka. A więc przede wszystkim zdjęcia jakichś roznegliżowanych ciź, a do tego bardzo poważne analizy na temat dobrych i złych stron seksu pod prysznicem, korzyści z prostytucji, czy wad i zalet posiadania małego i dużego biustu.
      A zatem, okazało się, że tak naprawdę to, do czego Onet służy nam – zwykłym pasjonatom polityki, a więc do zdobywania codziennych informacji, i ewentualnie do tego, by się z kimś jak należy pokłócić, to zaledwie pretekst i wymówka, by dalej już zupełnie bezkarnie zaspokajać zwykłą klientelę handlowych galerii i telewizyjnych seriali. Że za tą dumną nazwą stoi wyłącznie to co zawsze i wszędzie. A więc kolorowe zdjęcie gołej pupy i pozory debaty.
      Ale oprócz tych dup, trafiłem na coś jeszcze. Moim oczom, mianowicie, najpierw ukazał się duży tytuł „Bestia z Katowic. Horror na poddaszu”, a następnie bardzo pojemny tekst właśnie o Bogdanie Arnoldzie, niegdysiejszym mordercy kobiet. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że stało się coś przełomowego. Że może ten Arnold był niewinny, natomiast dziś się okazało, że tamte kobiety dręczył jakiś dziś już emerytowany oficer UB? Lub że może właśnie po latach wyszło na jaw, że tych kobiet było więcej, lub że wnuk tego Arnolda jest dziś przewodniczącym młodzieżówki PiS-u gdzieś na Śląsku. A może mamy jakąś okrągłą rocznicę tamtej egzekucji pod moim podwórkiem? Nic z tego. Żadnych rewelacji. Onet zwyczajnie, ot tak, bo akurat nie było lepszego materiału, postanowił zwrócić się do jednej ze swoich dziennikarek, by się zajęła tamtą sprawą. No i powstał tekst szczególny.
       Już wspomniany tytuł mówi o nim wystarczająco dużo, ale jednak wciąż nie wszystko. Bo oto tam mamy jeszcze wiele prawdziwej poezji. Oto same tylko podtytuły. Proszę posłuchać: „Sadystyczne orgie”, „Horror na strychu”, „Perwersje samotnego mężczyzny”, „Nie chciał płacić za seks”. To dla chamów. Jednak są też zagadnienia dla lepszych klientów: „Dlaczego to zrobił?” No i już dla osób staranniej wykształconych – może nawet nauczycieli języka polskiego renomowanych warszawskich liceach – tych którzy również potrafią czytać teksty bardziej skomplikowane leksykalnie: „Na moje zachowanie miało wpływ szereg okoliczności”.
       A w środku? W środku też jest jak należy. Oto pierwszy z brzegu fragment onetowej relacji:
      „Pięć miesięcy później, 12 marca 1967 roku w barze ‘Mazur’, Bogdan Arnold poznał kolejną ofiarę – około 40-letnią kobietę, której tożsamości nigdy nie udało się ustalić. Pili razem wódkę, a potem kobieta zgodziła się spędzić z nim noc. W mieszkaniu Arnold znęcał się nad nią, bił batem i pięściami, torturował. Oprócz tego zmuszał ją do uprawiania perwersyjnego seksu. Kiedy kobieta chciała wezwać pomoc, nacisnął ręką na jej krtań, powodując zgon. Następnie zwłoki pokroił, wnętrzności wrzucił do rury kanalizacyjnej, korpus umieścił w wannie, a głowę w garnku z gorącą wodą”.
       To oczywiście już wystarczy, ale nie mielibyśmy pełnego obrazu tego, co się porobiło w Polsce od czasu, gdy w tamto zaśnieżone pewnie popołudnie, w ciemnych korytarzach milicyjnych garaży na ulicy PCK w Katowicach, Bogdan Arnold zakończył swoje smutne życie. Oto w pewnym momencie, między tymi podtytułami i wśród tych pokrojonych, cuchnących ciał, pojawia się podświetlony tekst: „Dołącz do nas na Facebooku”. I to, jak sądzę, stanowi doskonałą puentę tej dzisiejszej notki. Ten Onet, ten Facebook i ten piękny świat dookoła. Jak gdyby nigdy nic się nie stało. I jak gdyby już nigdy nic się stać nie miało.
      Mój syn po raz kolejny powiedział mi: „Ależ ty miałeś młodość! Jak ja ci zazdroszczę”. Czy ja wiem, czy jest tu czego zazdrościć? Tego podwórka? Tych brudnych śmierdzących krwią kamienic? Czy ja wiem? Ja bym tam na jego miejscu nie zazdrościł. Inna sprawa, że zamienić to wszystko na tego Facebooka też jakoś głupio. Zwłaszcza że, jak doskonale widać na przedstawionym powyżej przykładzie, ani Facebook, ani tym bardziej Onet, nie wiedzieliby, co ze sobą począć, nawet jak zaczerpnąć powietrza, gdyby nie tamta krew. Ten Zuckerberg to o ile mi wiadomo był wybitny student. A ci co robią Onet? Ciekawe.

Wspomnianą książkę można kupić w księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/products-page/books/marki-dolary-banany-i-biustonosz-marki-triumph/

21 komentarzy:

  1. Może nawet nie całkiem offtopic... pamiętasz jak pisałeś o synku z kasty?

    "Jakbyście nie wiedzieli: ten gość, co jeździł autem po Monciaku i po ludziach, to już jest gotowy żeby się leczyć w domu, bez szpitala..."

    https://twitter.com/emkow/status/821828013142798348

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Aember
      Oczywiście że pamiętam. Tu jednak wolałbym przeczytać coś bardziej wiarygodnego niż Twitter.

      Usuń
    2. OK, przepraszam za lenistwo. Z krótkiej kwerendy - obrońca, mając opinie dwóch biegłych psychiatrów, że oskarżony jest gotowy do leczenia poza zakładem, odwołał się od postanowienia sądu rejonowego o kontynuacji leczenia w zakładzie. Sąd okręgowy nakazał ponowne rozpatrzenie sprawy.

      Obrońca jest bardzo zadowolony z treści opinii biegłych i uważa, że "jest to zupełnie dobrze funkcjonujący młody człowiek [...]. Oceniając zebrany materiał, w szczególności opinie lekarskie, stoimy na stanowisku, że to już jest ten moment, kiedy w sposób bezpieczny dla siebie i całego społeczeństwa Michał L. może funkcjonować na wolności."

      Usuń
  2. Udanego pobytu w górach.
    Jak z marihuaną - przecież seks jest fajny, o co chodzi? Straszne musi być teraz dzieciństwo i młodość.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wlasnie czytam te Pana ksiazke teraz. Taki ogolny wniosek, ktory widze nie do konca nawet miedzy wierszami, to ze z tym calym swiatem w naszej Polsce jest tak, ze porownujac ostatnie 30 lat z poprzednimi ma sie jednak nieco wrazenie, ze kulturowo i obyczajowo to "zamienil stryjek". I ja niestety tez czuje ciagle ten upadek i w pewnych sprawach (czesto bardzo podstawowych) tesknie niezmiernie np. do lat 80-tych. Ot pewnie tez glupi sentyment, ktory przychodzi z wiekiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @marcin d.

      Właśnie tak. W pewnych, często bardzo podstawowych.

      Usuń
    2. Panie Marcinie, napomkne tylko przy okazji w sprawie wczorajszego "W tyle wizji" (wlasnie zerknelam w sieci). W pewnym momencie dzwonil jakis starszy sluchacz krzyczac do telefonu w kwestii: "kobiety powinny chodzic po damsku!", z czym pani Magda slicznie sie zgodzila, zas pan Swietlik zostal przez nia leciutko zgaszony:)
      Prosze zreszta zerknac w ten konkretny fragment. Wyglada na to, ze wszyscy juz widza ten razacy kontrast, cala Polska za Toyahem o tym wspomina, pani Magda aluzje co i rusz do tych panow (bo do Ziemkiewicza tez probowala), a oni wciaz jak ten beton.

      https://youtu.be/FpI3hFX5Hmc?t=443

      Usuń
    3. Widziałem, to było na samym początku. Ja mam tylko nadzieję, że pani Ogórek nie jest tam podstawiona w jakimś niecnym nieznanym nam jeszcze celu. Bo jeśli ma tylko tych niechlujnych panów przywracać do porządku to bardzo dobrze. Rzecz jasna lepiej byłoby ich wymienić, tylko na kogo.

      Usuń
    4. @marcin d.
      Przepraszam Cię bardzo, ale kto by miał ja podstawiać i po co? Wystarczy, że wiemy, kto i po co podstawiił tam Warzechę i Ziemkiewicza.

      Usuń
    5. Nie mam pojęcia, po prostu ciężko już uwierzyć w coś dobrego w tych wszystkich strukturach. Jeśli jest to jakiś wyjątek i po prostu jest ona postacią szczerze pozytywną, to tylko się cieszyć. Ja nie analizowałem nigdy dokładniej historii tej pani, jednak przejście z kandydata SLD na prezydenta (dość egzotycznego) do tzw. mediów prawicowych musi być zastanawiające, prawda?

      Usuń
  4. @toyah

    Tak w ramach cd. "nauki życia" :)
    http://www.news.va/en/news/pope-luthers-intention-was-to-renew-the-church-not
    To też należałoby potraktować jako... najoględniej mówiąc... dyplomację?

    OdpowiedzUsuń
  5. @Sławomir Kuglarz
    On tego nie mówił ani do mnie ani do Ciebie. To były słowa skierowane do delegacji luteran z Finlandii. Ja wiem, że Ty byś wolał, żeby on go przeczytał fragmenty z Baśni jak niedźwiedź, ale tak się nie da. Apeluję o opamiętanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie, żeby się "opamiętywać", to trzeba najpierw wiedzieć z czego :) Dlatego najpierw nauka.
      Przyjmuję to i mam tylko nadzieję, że kiedyś łatwiej mi będzie ową dyplomację identyfikować i właściwie odczytywać. Najzwyczajniej w świecie na dziś nie wiem "czemu" miałby służyć taki sposób zwracania się do Luteran, ale oczywiście TO NIE ZNACZY, że Franciszek zrobił to bezmyślnie, ani co gorsza - w złej wierze.
      Twierdzę, że to Pan ma rację i nawet wcale nie musimy się dowiedzieć (w dającej się przewidzieć przyszłości) po co to było, wystarczy domniemanie, że było to potrzebne.
      A na "Baśń" to przyjdzie czas pewnie dopiero na "1000 lat Królestwa Chrystusa" :)

      Ps. Przyznam się, że owo domniemanie chyba łatwiej mi przychodzi w przypadku papieża, niż w przypadku PiSu.
      Chociaż, z drugiej strony... to jednak może być podobny level...
      Łatwo nie jest. Ale skoro po drugiej stronie jest Obóz Zdrady Narodowej, to robi się zdecydowanie łatwiej.

      Usuń
    2. @Sławomir Kuglarz
      To wszystko przez to, że ja jestem mocno uczulony na tę nieustanną podejrzliwość wobec tego co mówi Franciszek. On naprawdę ma ważniejsze rzeczy na głowie niż wspierać nasze kompleksy.

      Usuń
  6. Ja bym sie odniosl na chwile do wczorajszego slowa w temacie. Dobrze, ze w jablka sie nie ubieramy bo byloby juz po jablkach pewnie..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @red cloud
      Pan nas przecenia. My aż tak mądrzy nie jesteśmy.

      Usuń
  7. Tu nie chodzi o maryjane. Farma zaczyna tracic dzieki net.

    OdpowiedzUsuń
  8. Mamy prawo, ktore udostepnia koszmar chorym gratis a nawet za doplata. Naturalna roslina wzbudza zawsze niechec "aptek". Alors...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @red cloud
      Chyba już rozumiem. Czy ta czerwona chmurka, to odpowiedź na Purple Haze?

      Usuń