piątek, 14 marca 2014

Viva Hate!

Nasz człowiek w Leeds (owszem, mamy swoich ludzi na całym świecie) podesłał mi link do króciutkiego wywiadu, jakiego telewizji BBC udzielił minister Sikorski, prosząc, bym ocenił jego angielski, bo jemu osobiście wydaje się, że z Sikorskim i jego językową sprawnością jest coś nie tak. Ponieważ ja, jak już zdołaliśmy wszyscy zauważyć, jestem wręcz obsesyjnie zapalony do tego, by Sikorskiego dręczyć przy każdej nadarzającej się okazji, poświęciłem całe dwie minuty z hakiem na obserwowanie owej zdemolowanej nikczemnością i kłamstwem twarzy, oraz wsłuchiwanie się w wypełzające z niej słowa, i muszę przyznać, że nie mam dobrych wiadomości. Tym razem, o ile czegoś nie przegapiłem, Sikorski do tego występu przygotował się starannie i nie zaliczył ani jednego głupstwa. Jego wypowiedź była do tego stopnia poprawna, że gdyby jakieś dziecko zdawało na tym poziomie ustną maturę, panie nauczycielki byłyby zachwycone. Oczywiście, mając na względzie tło, na jakim Sikorskiemu przyszło się prezentować, a mam tu na myśli obecność angielskiego dziennikarza, który siłą rzeczy niekiedy też się odzywał, i musiał dla Sikorskiego stanowić jakieś tam tło, nawet zupełny laik musiałby zauważyć, że z tym jego Oxfordem jest coś nie tak. No ale jak mówię, w tej formie on by maturę zdał na szóstkę.
Ja jednak zwróciłem uwagę na coś innego. Otóż Radek Sikorski wprawdzie po pierwszych paru dniach pajacowania zdjął z siebie ten idiotyczny zielony garnitur i założył to co nosi od dwudziestu już lat, natomiast, owszem, zachował ową białoczerwoną szachownicę, przy pomocy której w odpowiedzi na sławny już bardzo gest Stocha postanowił nam wszystkim pokazać, co on sobie o nas myśli. Patrzyłem na Sikorskiego, jak brytyjskiemu dziennikarzowi przedstawia swoją diagnozę sytuacji między Ukraina a Rosją, jak robi te strasznie mądre miny, jak marszczy czoło, jak starannie dobiera słowa, by to co mówi brzmiało poważnie i zdecydowanie, jak wreszcie się stara by ten jego akcent nie brzmiał zbyt obco, a tymczasem w klapie ma wpiętą tę nieszczęsną szachownicę.
Pamiętam jak pracowałem w szkole i większość uczniów, z którymi miałem do czynienia, to były dzieci może niezbyt starające się, nie bardzo też mądre, czasem mocno rozchuliganione, jednak każde z nich miało w sobie tę szczególną zdolność rozpoznawania czegoś, co oni określali wówczas jako obciach. Ile razy więc któryś z nich był świadkiem, lub tylko usłyszał o zachowaniu, które uznał za krępujące, reagował na to słowami: „Jeeee, co za ciuul!”. To „Jeeee, co za ciuul!” było z mojego punktu widzenia czymś tak przykrym, tak okropnie szyderczym i pełnym pogardy, że ja byłem gotów na wiele, nawet na to, by oni mnie sklęli, lub mi na łeb założyli kosz, bylebym tylko nie doczekał dnia, kiedy któryś z nich uzna za stosowne spojrzeć na mnie i krzyknąć: „Jeeee, co za ciuul!”. I z dumą stwierdzam, że przez te niemal dziesięć lat udało mi się zawsze ze wszelkich starć wyjść z tarczą.
Otóż ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby im pokazać Sikorskiego w BBC z tą szachownicą i wyjaśnić im skąd ona się tam wzięła, oni musieliby znaleźć na tę okazję coś kompletnie nowego. Gdyby im powiedzieć, że ten człowiek jest szefem polskiej dyplomacji i że on sobie wpiął w klapę tę szachownicę po to by w ten sposób wyszydzić wszystkich tych, którzy noszą tę szachownicę dla zademonstrowania swojego patriotyzmu, że tę szachownicę, która od pewnego czasu jest również symbolem protestu przeciwko zdradzie, której uosobieniem jest między innymi i on sam, on nosi po to, by tym wszystkim, którymi gardzi, pokazać, jak bardzo ma ich emocje w nosie, nie skończyłoby się na tym „ciulu”. A śmiech, który by temu szyderstwu towarzyszył dopadłby Sikorskiego na końcu świata.
Kamil Stoch, jadąc na zimowe igrzyska do Soczi, postanowił, że wystąpi w specjalnym lotniczym kasku z białoczerwoną szachownicą, by w ten sposób zademonstrować swój szacunek dla polskiego lotnictwa i polskich pilotów. Ponieważ ta szachownica, jak wiemy, od czterech już niemal lat jest oczywistym symbolem tego, co się stało pamiętnego poranka w Smoleńsku, w sposób całkowicie naturalny wielu polskich partriotów – możliwe, że mocno na wyrost – uznało, że Stoch to człowiek, dla którego świadomość 10 kwietnia jest czymś równie żywym, jak dla nich. Czy mieli prawo tak sądzić? Oczywiście że mieli. W końcu dlaczego mieli zakładać, że Stoch to wiejski głupek, który świat ogląda wyłącznie przez gogle, które zakłada przed każdym skokiem? Jest tak strasznie dużo ludzi w Polsce, dla których białoczerwona szachownica już do końca życia będzie przypominała o Smoleńsku, że naprawdę nie ma żadnego powodu, by Stocha spośród nich z automatu wykluczać. I na to przychodzi Sikorski, a więc człowiek, który dla tych samych ludzi już do końca ich dni będzie jednym z faktycznych sprawców tamtej tragedii, i też sobie każe przykleić tę szachownicę, a potem się z nią dumnie obnosi, chichocząc: „Widzicie, durnie, ile te wasze głupie symbole są warte?”
Rozmowę z Sikorskim dla BBC obejrzałem dziś rano i od rana mam w głowie tę tak szczególną twarz i ten białoczerwony znaczek w klapie jego marynarki. I od rana też chodzi mi po głowie myśl, że ten człowiek zasługuje na coś specjalnego. I dalej czuję już kompletną pustkę. I myślę sobie, że może to i dobrze. On zdaje się nie bardzo lubi być obiektem szczególnie ekstrawaganckiego traktowania, a diabli wiedzą, co mu może wpaść do łba, gdy mu się z niego skutecznie zmaże ów uśmiech.

Minął tydzień, a książki nie ma. Miejmy nadzieję, że w tym tygodniu już jednak nam ją wydrukują. Przypominam, że wciąż zbieramy pieniądze, które pokryją koszta jej wydania. Jednocześnie, ponieważ życia nas nie rozpieszcza, bardzo proszę o zwykłe wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz