czwartek, 6 marca 2014

O artystach, żebrakach i ludziach z pieczątką

Wprawdzie ostatnio obiecywałem sobie, że o rynku książek pisać tu nie będę, zostawiając ów temat mojego koledze Gabrielowi Maciejewskiemu, który tu ma i lepsze pojęcie, no i też potrafi pisać ze swadą na jaką temat ten zasługuję, jednak dziś muszę słowa nie dotrzymać. Oto dziś właśnie u Gabriela na blogu, znalazłem link do niezwykle inspirującej wiadomości. Otóż okazuje się, że niejaka Kaja Malanowska, autorka powieści zatytułowanej „Patrz na mnie Klaro”, nominowanej do dwóch najbardziej prestiżowych nagród literackich w Polsce, czyli do Paszportu Polityki i Nagrody Nike, dotychczas na swojej książce zarobiła zaledwie 6800 złotych, z czego przez ostatnie pół roku marne 975. A ja już tylko mam nadzieję, że ona nie musiała, tak jak ja choćby, sama płacić za druk, bo wtedy przyszłoby jej ogłosić wyłącznie straty.
Skąd ta wiadomość? Otóż pochodzi ona od samej autorki, która owe wyliczenia, plus smutną bardzo refleksję, jak to za „16 miesięcy ciężkiej pracy” została potraktowana gorzej niż pomoc kuchenna w sieci hoteli Style, przedstawiła na swoim profilu na Facebooku. Ktoś pewnie w tym momencie pomyśli, że ja się zamierzam z pani Kai natrząsać, że ona niby to taka wielka pisarka, a za swoją książkę dostaje znacznie mniej od nikomu nieznanego blogera. Otóż mowy nie ma. Ja z autorki Malanowskiej nie zamierzam ani szydzić, ani nawet się na jej temat wyzłośliwiać, ani też, prawdę powiedziawszy, nie mam ochoty demonstrować jakiegoś tryumfu. Dlaczego? Choćby z tej prostej przyczyny, że ja – nawet nie znając jej książek –uważam siebie za znacznie lepszego autora od Kai Malanowskiej, a to mi wystarczy do tego, by się nią akurat zbytnio nie zajmować. Mam nadzieję, że to jest jasne. Nie poświęcałem dotychczas swojej uwagi ani Masłowskiej, ani Tokarczuk, ani innym wybitnym polskim pisarkom, więc nie ma powodu, bym tu robił wyjątek dla Malanowskiej.
To co mnie zachęciło do tego, by się sprawą rynku wydawniczego zająć, to to, że chyba nigdy dotąd w tak dramatyczny sposób nie potwierdziło się to, co na jego temat pisał u siebie wielokrotnie Gabriel, a więc fakt, że ani nagrody, ani promocje, ani stypendia, ani najbardziej chamska propaganda nie są w stanie zmusić czytelnika do kupowania czegoś, na co mu szkoda czasu i pieniędzy. On to pisał naprawdę wiele razy, a myśmy czuli, że pewnie ma rację, no bo nie trzeba nawet się na tym biznesie szczególnie wyznawać, by wiedzieć, że tu mamy do czynienia z jakimś ciężkim przekrętem. Wystarczy choćby zajść do pierwszej lepszej księgarni, spędzić tam z dziesięć minut, przyjrzeć się półkom z tymi książkami oraz ludziom, którzy tam przyszli razem z nami, a następnie to wszystko cośmy zobaczyli sobie poukładać w głowie, żeby zrozumieć choćby, co się takiego stało, że przed każdą z takich samych jak ta księgarni regularnie wystawiane są kosze z książkami najpierw po pięć złotych, a pod koniec już po złotówce.
Jakby mało jeszcze nam było utyskiwań Kai Malnowskiej, artykuł w Onecie, w którym one są opublikowane, wyposażony jest w serię komentarzy, z których wynika, że tak naprawdę nie bardzo wiadomo, czemu pani Malanowska tak bardzo się dziwi. Z tego co tam czytam, dowiaduję się – a to też przecież nie jest dla mnie szczególną nowością – że z tak zwanego „uprawiania literatury” dobrze żyje zaledwie paru polskich autorów, i to też wcale niekoniecznie przez to, że oni tych swoich książek sprzedali jakoś szczególnie duże ilości. Cała ta informacja, zaczynając od skargi pani Malanowskiej, przez komentarze jej kolegów pisarzy, po sam już komentarz Onetu, pokazują jedno: ten rynek to fikcja, i co gorsza fikcja o zasięgu ogólnoświatowym.
No a zatem, czemu, jeśli nie poszło o chęć dokuczenia pani Kai Malanowskiej, ani o powtarzanie truizmów, ja dziś postanowiłem zająć się tym tematem? Rzecz w tym, że artykuł w Onecie, po raz pierwszy chyba w sposób tak bezpośredni i szczery, pokazuje wspomnianą fikcyjność właśnie wydaniu ogolnoświatowym. Z artykułu dowiadujemy się na przykład, że w takiej Norwegii każdy pisarz ma zagwarantowany przez państwo byt i opierunek. Norweskie przepisy nakładają na przykład na wszystkie biblioteki obowiązek kupowania każdej świeżo wydanej książki, co sprawia że każdy autor niemal automatycznie ma zagwarantowaną sprzedaż (nie nakład, lecz sprzedaż!) na poziomie 5 tysięcy egzemplarzy, a w Niemczech pisarze mają zagwarantowaną opiekę zdrowotną i emeryturę. W Polsce akurat na szczęście jeszcze nie ma obowiązku kupowania książek pisarza Huelle, nie mówiąc już o pani Malanowskiej, natomiast istnieje system stypendiów, grantów i różnego rodzaju nagród, który sprawia, że niektórzy z nich nawet niekoniecznie muszą pisać. Na flaszkę zawsze starczy.
Co więc mamy? Otóż mamy tych pisarzy – a pamiętajmy, że dziś nie wspominam nawet o dziennikarzach, scenarzystach, rzeźbiarzach, malarzach, performerach, reżyserach filmowych i teatralnych – którzy zajmują się tą swoją sztuką, niepotrzebną nikomu i niczemu tak naprawdę nie służącą, i tylko się rozglądających za kimś, kto im da jakieś pieniądze. Nie za kimś, kto od nich ich produkt kupi – na to oni już dawno przestali liczyć – ale da im jakieś stypendium, grant, czy umowę na kolejne dzieło. I to są tak zwani artyści. I popatrzmy teraz na społeczną reakcję wobec tego dziwnego zjawiska. Czy oni może są w społeczeństwie postrzegani, jako banda darmozjadów i żebraków? Ależ skąd! Przecież to są artyści, niektórzy wręcz bardzo znani i wybitni, a część z nich wielokrotnie nagradzana i niekiedy nawet pokazywana w telewizji, by się wypowiedzieli na tematy ogólne.
Kto jest zatem tym złym? Otóż okazuje się, ze ci źli to jest Gabriel Maciejewski i Krzysztof Osiejuk. Maciejewski za to, że pisze marne książki historyczne, pełne nieścisłości oraz pospolitych błędów, ale przez to, że prowadzi na swoją rzecz bardzo agresywną reklamę, znalazł sobie grupkę naiwnych klientów. Jeśli chodzi o Osiejuka, z nim jest jeszcze gorzej. Ten to jest zwykły żebrak. Pisze te swoje głupie notki na blogu i prosi ludzi, by je od niego kupowali. A później, wykorzystując tych głupszych, którzy się dali nabrać na tę tandetę, za te pieniądze wydaje książki, które później każe im kupować, i nie robi tego przez zaprzyjaźnionych krytyków, czy wydawców, ale sam. Osobiście! A to dopiero bezczelność! Jak on śmie? Nie mógł się normalnie jak człowiek zwrócić na piśmie do ministra kultury o stypendium? Żebrak pieprzony!!!
Kończąc już te refleksje, chciałbym jednak się zwrócić do pani Kai Malanowskiej z pewną radą. Otóż, zakładając że ona ma jakiś tam talent i jest co do jego autentyczności szczerze przekonana, niech machnie ręką na te wszystkie granty, stypendia, wydawnictwa i nagrody i zwróci się wprost do czytelnika z prośbą o to, by zechciał te jej książki kupować wprost od niej. Ma, jak widzę, konto na Facebooku, więc może to robić i tą drogą. Oczywiście wtedy środowisko, w którym ona się obraca zwyczajnie ją pożre, jako osobę bez godności i honoru, ale ona przynajmniej będzie miała poczucie, że to co robi jest coś warte nie tylko dla niej. A wtedy, kiedy już wszyscy jej koledzy ugotują się z wściekłości, niech pójdzie do jednego z nich, człowieka o nazwisku Jakub Żulczyk, który dopiero co powiedział jej, by się nie mazgaiła, tylko przyjęła reguły, jakie ustalił System, i da mu zwyczajnie w pysk. Za co? Ot tak – za wyrachowaną i wyjątkowo śliską podłość.


Wszystkich zainteresowanych informuję, że każdą z czterech moich książek, poczynając od starych felietonów, a kończąc na książce o zespołach, a od przyszłego tygodnia również książki o języku angielskim, można zamawiać bezpośrednio u mnie pod adresem toyah@toyah.pl, lub na stronie www.coryllus.pl. Tam też można znaleźć mnóstwo innych rzeczy, bez których, jak się prędzej czy później okazać musi, żyć nie jest już tak łatwo. Jeśli ktoś jednak woli kupować w sposób tradycyjny, może się wybrać do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy Warszawie, do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 też w Warszawie, albo do księgarni wojskowej w Łodzi przy Tuwima 33, ewentualnie do księgarni „Latarnik” w Częstochowie przy Łódzkiej 8. No i byłbym zapomniał o Katowicach: Księgarnia „Wolne Słowo” na ulicy 3 maja. Jesli ktoś juz książki ma, i nie widzi potrzeby, by kupować nastepne, prosze wspierać ten blog zwyczajnie, pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

6 komentarzy:

  1. Zauważyłeś, że mimo wszystko ta trollownia chwilowo Wam odpuściła? Nawet na SG częściej się pojawiacie. Sytuacja na Ukrainie trochę wszystko wypionowała. Pokazała przy okazji jaki jest kaliber tych wszystkich hejterów z mlekiem pod nosem. Widzimy nieopisaną wprost nędzę tego co w tym szumie siedzi. Ja myślałem, że to tak się rozwiąże choć liczyłem że się udławią własnymi ogonami. A tu trzeba było konfliktu zbrojnego o rzut beretem od nas by trochę spoważnieli. Miejmy nadzieję, że tak im zostanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. @crimsonking
    Myślę, że większość z nich jest po prostu zbanowana, więc stąd ten spokój. Pantryjota też stracił trzy kolejne blogi, resztę zamknął sam. Został mu tylko jeden, na którym udaje normalnego.

    OdpowiedzUsuń
  3. No zgoda ale do zbanowania też trzeba kogoś z administracji. A po kolejne wielu jeszcze jest ale nikt już w to nie idzie. Ta ich ludzka małość wylazła ze zdwojoną siłą i myślę że kilku to mimo wszystko zauważyło. Jak się ktoś uprze to może iść do kafejki i założyć kolejne konto. Oko Saurona patrzy gdzie indziej i jego hordy chwilowo są bezrobotne. Co nie znaczy że sprawa może powrócić za jakiś czas.

    Zauważyłem, że niemiecki Onet jest maksymalnie prorosyjski. Niby nie dziwi ale jednak nas walcują ostro. Mamy też mocno prorosyjskich narodowców prawdziwych patriotów, którzy w sprawie Ukrainy mogą sobie podać rękę z Krytyką Polityczną. Zupełnie jak JKM z L.Millerem.
    Co oni żrą tam u Giertycha na tym grillu?

    OdpowiedzUsuń
  4. @crimsonking
    Z tego co wiem, Onet ma ważniejszych od Springera mocodawców.

    OdpowiedzUsuń
  5. To, co Orban z Putinem wyprawia, musiało mocno wstrząsnąć Igorem Janke. Może stąd to odpuszczenie.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Przemek
    Orban dba o interes swojego kraju. A my tego nie chcemy zrozumieć.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.