poniedziałek, 24 marca 2014

Jak się nie bać angielskiego listonosza, raz jeszcze

Zapowiadałem wprawdzie, że już nie będę nic pisał na temat książki o angielskim listonoszu, licząc na to, że to co napisałem dotychczas, wystarczy na tyle, by każdy zainteresowany resztę mógł sobie sprawdzić już indywidualnie. Jednak dziś z samego rana nasz kolega Gabriel Maciejewski poszedł na rozmowę do Radia Wnet, i zapytany w pewnym momencie o owego „listonosza”, niezależnie od komplementów, który sprawiły mi naturalną satysfakcję, powiedział, że książka ta opisuje problemy, z jakimi zmaga się w Polsce nauczyciel angielskiego i pokazuje, że język to jest coś, czego się nie trzeba bać, jednak z uwagi na ogólny temat owej rozmowy, tematu bardziej już nie rozwinął. A z mojego punktu widzenia, sprawa wymaga bezwzględnego wyjaśnienia, przynajmniej co do tego, o jakich problemach mówimy, jakim nauczycielu i czego dokładnie nie należy się bać i dlaczego.
Otóż pomysł na książkę, o której rozmawiamy oparty był na trzech podstawach. Przede wszystkim, tak jak każda z czterech poprzednich, ona ma przede wszystkim bawić i wzruszać. Czytamy książki, oglądamy filmy, słuchamy muzyki przede wszystkim po to, by się rozerwać i wzruszyć. Jeśli nie będzie nic ponad to, damy radę. Bez tej rozrywki natomiast i już bez tego wzruszenia, nie ma się w ogóle co napinać, i z jednej i z drugiej strony.
Ponieważ jednak moje plany jako autora zakreślone zawsze były znacznie szerszej, zależało mi również, by ta książka – podobnie jak wszystkie wcześniejsze – dostarczyła czytelnikowi refleksji, jakich on w przestrzeni, która go otacza na co dzień nie znajdzie. I tu dochodzimy do punktu, o którym Gabriel w Radio Wnet niestety tylko wspomniał. Książka o tym, żeby się nie bać angielskiego listonosza, ma za zadanie każdego kto już ją przeczyta zostawić bogatszego o pewne ważne przemyślenia.
No i wreszcie – i tu mamy do czynienia z wymiarem zupełnie nowym – ona ma spełniać funkcje czysto praktyczną, a więc zwyczajnie i po prostu uczyć. Ponieważ jednak ten wymiar został już tu wielokrotnie i wystarczająco jasno opisany, o nim ani słowa więcej. Chciałbym natomiast szerzej opowiedzieć o wszystkich tych wspomnianych wcześniej pułapkach i sposobach ich uniknięcia. Otóż chodzi o to, że organizacja całego systemu nauczania języka angielskiego – na innych się nie znam – w Polsce i na świecie jest dziś oparta na jednym podstawowym założeniu: ucznia należy przywiązać do szkoły językowej, lub do korepetytora na możliwie najdłuższy czas, a najlepszym sposobem osiągnięcia tego celu jest zorganizowanie nauki w taki sposób, by on z jednej strony nigdy się tego języka nie nauczył, a z drugiej nie porzucił choć na moment przekonania, że ów brak wyników to wyłącznie jego wina i tego że się albo za mało, albo za krótko stara. Cel ów realizowany jest wspólnie na wszystkich zaangażowanych w cały proces frontach i w pewnym sensie przypomina klasyczną pętlę, która polega na tym, że nauczyciele, którzy jako ostatnie ogniwo owej pętli realizują dziś ów plan, są wykształceni przez system, którzy następnie sami tworzą. I to by właściwie zamykało całą sprawę, gdyby nie należało się nam wyjaśnienie, o jak dokładnie zbudowanym systemie mówimy. Otóż jest to system złożony ze szkół językowych i wydawnictw, których jedynym sensem bytu jest nieustanne stwarzanie i mnożenie potrzeb, i to zarówno skierowanych do wewnątrz, jak i na zewnątrz. Wszyscy ci, którzy już ów system finansują, są przy użyciu wszelkich, choćby najbardziej nieuczciwych zabiegów, zachęcani do tego, by z owego finansowania nie rezygnować, a ci co wciąż jeszcze pozostają na zewnątrz, przez zastosowanie równie perfidnych metod – a systematyczne obniżanie poziomu szkolnictwa publicznego jest tylko jedną z nich – zmuszani do tego by się przyłączyć.
Jak to wygląda w praktyce? Otóż bardzo prosto. Do obsługi ucznia wyznacza się nauczyciela kiepskiego, ale za to młodego i sympatycznego, najlepiej jeśli jest to ładna i wesoła dziewczyna, lub jakiś długowłosy, lekko zdziwaczały chłopak, który ze wszystkimi natychmiast przechodzi na ty, wyposaża ich w jeden z setek obecnie funkcjonujących na rynku podręcznik, których zadaniem nie jest skuteczne uczenie, lecz wyłącznie robienie dobrego wrażenia, a dalej już się tylko pilnuje, by z każdym kolejnym rokiem sprzedać uczniowi kolejny, najlepiej jeśli wręczony przez nowego nauczyciela – równie ładnego czy ekstrawaganckiego, jak ten poprzedni, tyle że już nie tak zużytego.
I to jest właśnie system, który chciałem, i mam nadzieję, że bardzo dokładnie opisałem w książce o angielskim listonoszu, który wcale nie jest tak bardzo straszny. A żeby dowieść, jak to właśnie nie trzeba się go bać, znalazło się tam też kilka ściśle technicznie zorientowanych rozdziałów, które pokazują jakie to wszystko jest proste, jeśli tylko się skupimy na nauce, a nie na naiwnym i bezwolnym finansowaniu kolejnego biznesu.
I taka to jest ta książka, gdyby ktoś z nas jeszcze potrzebował się o to dopytywać. To jest coś co wynika prosto z zasady wyrażanej przy pomocy hasła przez wszystkie te lata tak już na wszystkie strony poobracanego, że dziś już nie przyjmowanego inaczej jak tylko z ironicznym przymrużeniem oka. Bardzo głupio i niesłusznie, bo cóż jest zasługującego na ironię w idei, że sztuka ma wzruszać, uczyć i wychowywać. Czyż nie?

A zatem, zachęcam serdecznie do kupowania książki o angielskim listonoszu, do nabycia na stronie www.coryllus.pl i wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

8 komentarzy:

  1. Poruszyłeś w swojej książce problem słyszenia i rozumienia "angielskich dżwięków?".
    Spotykam często ludzi uczących się całe życie, świetnie piszących, ale przyznają iż angielski jest im przydatny po to by rozmawiać z Mongołem, Japończykiem lub Niemcem. W takich przypadkach rozumieją każde słowo natomiast oryginalna wymowa angielska jest dla nich niezrozumiałym bełkotem. Łapią sens z kontekstu, nic więcej.

    OdpowiedzUsuń
  2. @Chlor
    Ja mam tak bardzo często. Łapię sens z kontekstu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Uczyć tak, żeby nie nauczyć i w dodatku, żeby jeszcze się wydawało, że to wina ucznia. No to mi co nieco wyjaśniłeś.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Iza
    Oczywiście. Nawet nie wiesz, ile osób recytuje to jak mantrę: "Bo ja się tego angielskiego po prostu nie potrafię nauczyć".

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja mam specyficzne doświadczenie: nigdy w zasadzie angielskiego sie nie uczyłem, a w kazdym razie nigdy się nie uczyłem w "klasycznym" rozumieniu, a posiadam ten język w stopniu, w którym moge spokojnie stwierdzić, ze jestem dwujęzyczny polsko - angielski, lub angielsko - polski, zależnie od tego , którego języka w danym momencie intensywniej uzywam. Natomiast odkąd pamiętam zawsze się uczyłem francuskiego, poprzez wszystkie stopnie szkoły i studiów wyższych i do dziś potrafię się nim posługiwać w bardzo ograniczony sposób. Krótko mówiąc angielski na skutek zyciowych okoliczności nabyłem i go znam bez uczenia się, a francuskiego sie uczyłem i nic. To jest chyba dowód na słuszność tezy w Twoim wpisie. Aby uściślić, angielskiego oczywiście się uczyłem ale w okolicznościach znalezienia się w środowisku (szkole) angielskojęzycznym i absolutnego przymusu jak najszybszego nabycia sprawności w kontaktowaniu się. I to w zasadzie wystarczyło aby po trzech miesiącach swobodnie się dogadywać, dalej już było normalne stopniowe nabywanie sprawności i poprawnosci w uzywaniu tego języka.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Sąsiad Grula z Sieprawia
    Podstawowym mottem mojej książki jest wymyślona przez mnie osobiście teza, że nikt nie jest tak dobry i tak zły, jak mu sie wydaje.
    Natomiast osoby dwujęzyczne zawsze mi bardzo imponowały. Też bym tak chciał. Pozdrowienia dla Grula, no i przy okazji dla wszystkich bliskich z całego Siperawia.

    OdpowiedzUsuń
  7. Tak sobie zerknąłem na razie na okładkę - czy wiesz, że listonosz Pat to jedyna znana mi bajka, w której występuje chrześcijański duchowny?

    OdpowiedzUsuń
  8. @joahim
    Nie pomyslałem o tym, ale wiem, że tam jest ksiądz.

    OdpowiedzUsuń