sobota, 23 lutego 2013

O nabytym zespole braku odporności na poważnie

Z tego co mówi najmłodsze moje dziecko, wynika, że ja to powinienem był wiedzieć już od lat, no ale fakt jest taki, że do wczoraj byłem ciemny jak tabaka w rogu. No i wczoraj właśnie dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak Kościół Latającego Potwora Spaghetti, i że Kościół ów właśnie złożył do odpowiednich instytucji wniosek o rejestrację jego lokalnej odnogi, pod nazwą Polskiego Kościoła Latającego Potwora Spaghetti. Sprawa stała się stosunkowo głośna z dwóch względów. Przede wszystkim, wbrew temu, co by się mogło wydawać, owo „latające spaghetti” nie jest zaledwie inicjatywą paru lokalnych wariatów z Warszawy, czy Krakowa, ale istniejące już od lat międzynarodowe przedsięwzięcie z siedzibą w Stanach Zjednoczonych, o pewnej bardzo wymiernej pozycji. Po drugie, z informacji jakie do nas docierają wynika, że, jak idzie o względy formalne, wniosek, jaki polscy organizatorzy projektu złożyli, spełnia wszelkie wymagania i nie bardzo widać możliwość, by ich nie zarejestrować, jako całkowicie równoprawnego w stosunku do innych, związku wyznaniowego. Czytam w jednym z komentarzy, że jakiś profesor z uniwersytetu, poproszony przez urzędników o prawną wykładnię sytuacji, w jakiej znajdują się owi dziwacy – skądinąd występujący pod nazwą „pastafarianie” – odpowiedział, że on jest całkowicie bezradny, ze względu na to, że istnieje zbyt wiele oficjalnie przyjętych definicji pojęcia „religia”, a przez to każda opinia będzie narażona na zarzut braku obiektywizmu.
Wspomniałem wcześniej o międzynarodowym wymiarze owego „wyznania”. Czytam oto w Sieci, że przed kilku laty, pewien obywatel Austrii nazwiskiem Niko Alm, deklarujący się właśnie jako „pastafarianin”, złożył oficjalną skargę do władz administracyjnych na to, że stosują wobec niego przepis wymagający od obywateli, którzy niezwiązani przepisami wiary, składają wniosek o wydanie dokumentu tożsamości, aby dołączali do wniosku zdjęcie bez nakrycia głowy. Do swojej skargi ów Alm dołączył deklarację, że on, jako członek Kościoła Latającego Potwora Spaghetti, ma obowiązek noszenia na głowie durszlaka, oraz żądanie, by i on, podobnie jak członkowie innych Kościołów, miał prawo do zdjęcia ze swoim „świętym” nakryciem głowy – durszlakiem do odcedzania makaronu.
I proszę sobie wyobrazić, że wprawdzie austriacki sąd z początku potraktował tego Ulma tak jak on na to zasługuje, a więc odesłał go precz, niemniej po serii trwających aż trzy lata apelacji, przyznał mu rację, i wówczas Niko Ulm mógł już tryumfalnie paradować z prawem jazdy ozdobionym zdjęciem łba z durszlakiem.
Być może ktoś się zastanawia, kto to taki ten Ulm? Czy to jakiś przygłup o twarzy nałogowego onanisty, jakich czasem zdarza się nam minąć na ulicy? Czy może jakieś dziwadło, na obraz i podobieństwo dawnych artystów cyrkowych, których język angielski obdarzył określeniem „freak”? Czy to może jakiś świeżoupieczony imigrant z Afryki, który jak najbardziej słusznie uznał, że odpowiednia porcja ekscentryzmu pozwoli mu zrobić w tej Austrii karierę? Czy może ktoś choćby o twarzy tego nauczyciela akademickiego z Wrocławia, który ostatnio dostał zarzut zmuszania swoich studentek do seksu? Otóż w żadnym wypadku. Niko Ulm to człowiek wedle wszelkich pozorów całkowicie normalny, a kto wie, czy nie z pewnym przechyłem w stronę takiej wręcz filmowej atrakcyjności. Z tego co widzę, to może być naprawdę bardzo miły, sympatyczny i inteligentny człowiek – tyle że ateista.
I tu dochodzimy do sedna i do faktycznego przesłania dzisiejszego tekstu. Otóż jest tak, że od pewnego czasu coraz częściej zdarza nam się spotykać na swojej drodze zjawiska może nie tak szokujące jak ów Kościół Latającego Potwora Spaghetti, jednak wciąż często autentycznie szokujące. I niejednokrotnie podstawowy sens owych zjawisk sprowadza się przede wszystkim do szydzenia z chrześcijaństwa, ale nie tylko. Owe ruchy mają na uwadze wszelką religijność, tyle że może ze względów usprawiedliwianych polityką, czy osobistym bezpieczeństwem szydercy, chrześcijaństwo jest tu szczególnie popularne. Niezależnie od tego jednak, kto jest na celowniku, ci którzy trzymają palec na spuście, to autentyczni i nieustannie walczący ateiści.
Myślę, że dobrze by było się zastanowić, co takiego się stało, że oni się tak ostatnio rozpanoszyli, i że odnoszą jedno zwycięstwo za drugim. Czy może ostatnie lata przyniosły nam jakieś nowe dowody na to, ze Bóg umarł i pozostała już tylko wolność? Nie sądzę. W historii świata było zawsze bardzo dużo powodów, dla których człowiek mógł zwątpić w Jego istnienie, i to wcale powodów nie byle jakich. A mimo to, naprawdę nie było łatwo spotkać kogoś, kto publicznie i otwarcie szczycił się tym, że jest ateistą. Agnostykiem – owszem. Człowiekiem wątpiącym – jak najbardziej. Ale ateistą? Do tego trzeba było być naprawdę kimś. Dziś pierwszy lepszy, średnio rozgarnięty internauta, ma pod ręką całą garść bon motów skierowanych przeciwko ludziom, którzy wierzą. I jeśli spotykają go jakiekolwiek nieprzyjemności, to z wielu bardzo przyczyn, ale na pewno nie dlatego, że on uważa, że nie ma nic.
Otóż ja uważam, że kiedy wraz z inwazją postmodernizmu, którą przyniósł nam wiek XX, pojawiło się przekonanie, że naprawdę wszystko podlega dekonstrukcji, w tym momencie prawda stała się słowem powszechnie uważanym za obelżywe. I kiedy to piszę, wcale nie uważam, że przesadzam. Dziś, słowo „prawda” jest słowem obelżywym, i to nawet z punktu widzenia osób, które na co dzień ani się nad takimi kwestiami nie zastanawiają, ani też, w konsekwencji, nie zdają sobie nawet ze swoich przekonań sprawy. Gdyby ich zapytać, czy uważają, że prawda istnieje, oczywiście większość z nich gorąco by przytaknęła, jednak gdyby już chwilę później postawić ich wobec szeregu różnych zjawisk istnienie tej rzekomo nienaruszalnej prawdy kwestionujących, nie zauważyliby jakiegokolwiek dysonansu.
I ja dziś jestem przekonany, że ateizm ów stan rzeczy w jednej chwili zauważył, zidentyfikował ją i odpowiednio ocenił. A oceniając ją, doszedł do jedynego logicznie nasuwającego się wniosku, że świat który zaakceptował sytuację gdzie prawda nie istnieje, stał się światem pozbawionym jakiejkolwiek ochrony. No i ten świat zaatakował. Ostatnim tego przykładem tu u nas w Polsce, stał się wybór na posła człowieka ucharakteryzowanego na kobietę i wymagającego, by go jak kobietę traktować, a następnym krokiem, jak wiele dziś już na to wskazuje, będzie objęcie oficjalną autoryzacją przekonania, że durszlak może być w takim samym stopniu obiektem kultu religijnego, jak różaniec, czy krzyżyk na szyi.
Oto do czego doszliśmy. Nie ma już nic. Można wszystko. Niedawno w którymś z telewizyjnych programów wystąpił człowiek, ni to kobieta ni to mężczyzna, podpisany – inaczej niż to zwyczajowo ma miejsce – nie imieniem i nazwiskiem, ale jakimś dziwnym słowem-tytułem, którego nazwy i sensu nie umiałem spamiętać, i przedstawił się jako rzecznik któregoś z ruchów na rzecz promocji transeksualizmu. Mieliśmy więc ten telewizor, to studio, tę dziennikarkę, tego jakiegoś kosmitę, no i ten absurdalny tytuł na dole ekranu.
Myślę że czas to sobie powiedzieć. Nie oszukujmy się. Znaleźliśmy się w narożniku, skąd już nie ma ucieczki. Za nami już tylko ściana. I módlmy się o to, by się okazało, że jest ze skały. Najlepiej z jaspisu.

Dziękuję wszystkim za wszelkie dotychczasowe wsparcie. Bez niego nie bylibyśmy w stanie przeżyć. Bardzo proszę o dalszą pamięć.

5 komentarzy:

  1. Bardzo trafnie opisałeś nam ten dzisiejszy świat, gdzie wszystko wokół jakieś popieprzone i nienormalne.
    A o tych od spaghetti też słyszałam od syna. Wydawałoby się, ze to takie śmieszne, na pewno nie jeden by tak stwierdził. My wiemy jednak, że to naprawdę nic śmiesznego.
    Oj widać tę dynamikę. Jeszcze nie tak dawno, gdyby ktos nam powiedział, że facet przebrał się za babę, zalożył kieckę, perukę na głowę, kupił sobie torebkę i w takim widzie przyszedł do sejmu, to byśmy pomyśleli, że to coś w rodzaju "pomarańczowej alternatywy', a teraz nie dość ,że śmiać się z tego nie sposób, to nawet NIE WOLNO się śmiać, bo możesz być ukarany.
    Jakoś tak ciasno się robi.....

    OdpowiedzUsuń
  2. @Eliza
    No właśnie. Śmieszne. Do tego sprowadza się cały ten plan. Do rechotu. To jest wszędzie, i boję się, ze niedługo nie będzie nic więcej. Tylko wesoła zabawa.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja również o tej spaghetti-religii słyszałem już dawno. Myślę, że ta sprawa jest dobrze znana w kręgach akademickich humanistycznych w USA, tradycyjnie lewicowych. Traktują oczywiście z sympatią to zjawisko. Nakłada się ono tam na trochę dziwną dla mnie walkę darwinistów i zwolenników tzw. inteligentnego projektu. Na podstawowym poziomie kult Flying Spaghetti Monstera to oczywiste szyderstwo z religii monoteistycznych. Mają nawet swoją biblię przetłumaczoną też na polski. Szydercze odwrócenie rytuałów chrześcijańskich kojarzy się z satanizmem. Jednak w przypadku satanizmu kult traktuje się poważnie, natomiast w przypadku FSM ważne jest zachowanie wszystkich urzędowych pozorów religii, właśnie po to, by ogłupić biurokrację, co nie jest trudne... Ważne tylko, by nie przyznać się otwarcie, że robi się jaja. Natomiast cała reszta to czysta zabawa formą. Muszę dodać, że poziom tego humoru jest jednak niski. Oczywiście przez pierwszy dzień różne teksty o "świętym makaronie" może są trochę śmieszne, ale ile można? Biblia FSM jest napisana na tragicznym poziomie, humor przedszkolny. Zresztą najlepszy komik wyczerpałby temat na kilku stronach, a oni spłodzili chyba kilkadziesiąt stron.

    Zmierzam do tego, co na tym blogu zostało już chyba nie raz zauważone. Otóż System - ktokolwiek/cokolwiek za nim stoi - nawet się zbytnio nie stara, tak jakby nie było takiej potrzeby. I jest to niezmiernie smutne. Poziom różnorakich ataków na podstawowe ludzkie wartości to poziom Harrego Pottera i lalek Monster-coś-tam; poziom pseudofilozofa na P. tańczącego z tym panem ucharakteryzowanym na panią, którym przyklaskują Biedroń z Kaliszem. Dlaczego tak jest? Czy tak niewiele trzeba, by ogłupić ludzi? A może chodzi o uśpienie czujności?

    Jeśli chodzi o FSM, to walka z tym zjawiskiem nie ma najmniejszego sensu. Im dokładnie o to chodzi. Szum wokół nich ułatwi im dotarcie do publiczności. Wszelkie urzędy powinny postawić im stosowne pieczątki w przepisowych terminach i tyle. Potem nie zwracać na nich uwagi - tylko to może popsuć im zabawę. Bo przecież oni de facto nie czczą tego potwora, tylko właśnie o ten szpan, zamieszanie i zwrócenie na siebie uwagi im chodzi. Tylko czekają na możliwość dyskusji o tym, dlaczego można wierzyć w jakiegoś Boga, a w Spaghetti-potwora już nie. Niech ktoś im spróbuje wyjaśnić różnicę. Na taką dyskusję mają przygotowane wszelkie argumenty. Dlatego ja im mówię: wierzcie sobie i idźcie z Latającym Potworem Spaghetti.

    Nie znaczy to, że zjawisko FSM lekceważę. Na poziomie głębszym w tym "kulcie" i w innych przypadkach promowania antywartości chodzi właśnie o agresywną promocję nihilizmu. Niestety, mimo ogólnie niskiego poziomu wszystko to w przypadku dzieci i młodzieży trafia na podatny grunt, ponieważ ich psychika jest odpowiednio urabiana od małego.

    OdpowiedzUsuń
  4. @filozof grecki
    Ale mnie tak naprawdę nie chodzi o tych pajaców. Ja mam na uwadze świat, w którym oni są traktowani poważnie. I to nawet nie dlatego, że światu na nich jakoś tam zależy, ale dlatego, że on jest wobec nich bezbronny. Mnie chodzi o sytuację, kiedy to świat, uznawszy, że są jednak granice, powie im "dość"... i w tym momencie okaże się, że oni są nie do ruszenia.

    OdpowiedzUsuń
  5. No tak, nie chodzi o nich, tylko o to, że doszliśmy do tej ściany, o której piszesz. Może jednak jest jeszcze gorzej. Może eksperyment trwa w najlepsze i jeszcze wiele przed nami. Przecież to, co widzimy dziś, nie stało się z dnia na dzień. Pojęcia są odwracane język modernizowany od dawna. Weźmy np. słowo 'tolerancja', którego znaczenie zmieniono. Tolerancja jest, gdy nie obchodzą mnie praktyki seksualne różnych mniejszości, o ile się z tym nie afiszują, siejąc zgorszenie. Nie ekscytuję się też różnymi dziwnymi pogańskimi praktykami religijnymi, o ile wyznawcy ci nie zakłócają nimi przestrzeni publicznej w katolickim kraju. I teraz okazuje się, że ja jestem 'faszystą' nie dlatego, że nagle zmieniłem poglądy na ekstremistyczne, ale dlatego, że przesunięto znaczenie słowa 'tolerancja'. Dziś tolerancja to obowiązkowo entuzjastyczna akceptacja dla wymienionych odmienności. Zgoda na wszelkie przywileje. Homoseksualiści mają mieć przywileje równe rodzinie założonej przez kobietę i mężczyznę. Inne religie mają mieć przywileje równe Kościołowi katolickiemu. Okazuje się jednak, że ta nowa tolerancja to jeszcze za mało. Następny krok to pary homoseksualne adoptujące dzieci i wyznawcy FSM ze świętym prawem do szyderczego durszlaka na głowie.

    Najgorsze jest to, że świat nawet nie dojrzał do tego, by powiedzieć "dość", a ja nie wiem, czy to już ta ściana, czy jeszcze wiele przed nami.

    A przecież nie chodzi tylko o tę nową 'tolerancję'. Przykładów odwrócenia pojęć jest tyle, że trzeba uważać, by nie zwariować od tego. Weźmy osiągnięcie cywilizacyjne, z którego my i nasi rodzice byliśmy wręcz zobowiązani do dumy: bieżąca woda, prąd i gaz w każdym domu - wygody, o których kilka pokoleń wcześniej nie było mowy. I dziś okazuje się, że wielu ludzi z drżeniem włącza jakikolwiek sprzęt elektryczny, a kąpiele i zmywanie naczyń preferuje raczej w misce. Toyahu, czy u Ciebie są liczniki zużycia wody? Ja wiem, że bardzo wielu ludzi żyje dziś na krawędzi a rachunki za prąd i wodę są koszmarne i zmuszają do takiego oszczędzania, że aż stawia to pod znakiem zapytania wspomniane osiągnięcia cywilizacyjne.

    Inna sprawa to ekologia spod znaku świetlówek energooszczędnych. Oszczędności energii zarówno globalne jak i oszczędności finansowe w budżecie domowym są co najmniej dyskusyjne. Natomiast zagrożenie dla środowiska jak również dla zdrowia rodziny, jeśli taka żarówka stłucze się w domu - jest drastyczne i o tym w ogóle się nie mówi.

    Można by długo jeszcze wymieniać. A ja cały czas boję się, że do ściany jeszcze daleko...

    OdpowiedzUsuń