poniedziałek, 2 lipca 2012

O czarach, jak zawsze z nadzieją, że po raz ostatni

Rola pani Toyahowej w naszym domu sprowadza się w znacznej mierze do tego, że ona trzyma wszystko w tak zwanym pionie. Oczywiście, kiedy jest na miejscu, wszystkie nasze myśli skoncentrowane są na tym, by ona była zadowolona, co samo w sobie jest sytuacją dość niekomfortową, natomiast jak jej nie ma, to tak wyczekiwane poczucie wolności zaczyna już po paru godzinach zwyczajnie męczyć. A chodzi właśnie o ów wspomniany wcześniej pion. No bo w końcu – a nie zapominajmy, że to jest zaledwie pierwszy z brzegu przykład – jak długo można leżeć bezczynnie, tonąć w dodatku w brudnych kubkach i talerzach?
W miniony czwartek żona moja została przez swoją szkołę wysłana do Brukseli na jakieś szkolenie, z którego wróciła wczoraj. Przedwczoraj wszyscy, pozbawieni koniecznego nadzoru, znaleźliśmy się w takim stanie zidiocenia, że pod wieczór włączyliśmy telewizor, w którym najpierw obejrzeliśmy fragment zdubbingowanego w wersji niemieckiej filmu pod tytułem Gang Olsena, nadawanego – jakże by inaczej – przez telewizję Silesia, następnie parę fragmentów amerykańskiego „Mam Talent”, by wreszcie trafić na coś, co się nazywa Mango Telezakupy, a tam występ na żywo człowieka o imieniu David, który przez telefon odpędzał złe duchy. Wbrew temu co się może wydawać, ów David jest jak najbardziej Polakiem i obsługuje lokalną polską publiczność, a idea programu jest taka, że jeśli ktoś ma w rodzinie jakieś zmartwienie, dzwoni do tego Davida, a on za pięć złotych za minutę przy pomocy wahadełka, czterech kart i zaklęcia usunie szkodliwą energię.
Ktoś powie, że to nic takiego. Każdy kto ma w domu satelitę, wie że tego typu specjalistów jest wszędzie całe mnóstwo i oni na całym świecie, przez 24 godziny na dobę, ciągną pieniądze od durniów, których ileś tam zawsze musi się znaleźć. Z owym Davidem jednak sprawa jest szczególna. Otóż na mnie przede wszystkim zrobił wrażenie komunikat eksponowany przez cały czas trwania seansu na dolnym pasku” to jest ostania okazja by skorzystać z pomocy Davida zanim on się uda na urlop. A to moim zdaniem musi świadczyć o tym, że ten David to nie byle kto. To człowiek, który ogłasza: „Słuchajcie. Ja jutro jadę na urlop, więc kto nie zdąży, niech się spodziewa najgorszego. Macie jeszcze tylko 23 minuty, a dalej – przykro mi, ale nie będę mógł już nic zrobić”, a na to wszyscy rzucają się do telefonów i proszą: „Davidzie, błagam. Córka zakochała się w złym człowieku, i już nie wiem co robić”.
Druga rzecz to sam David. Otóż ten człowiek, jak idzie o elokwencję i ogólną prezencję, wygląda tak, jakby redakcja Mango Telezakupy przez rok szukała kandydatów do prowadzenia tego czegoś, i kiedy już wydawało się, że się nikt nie zgłosi, przylazł on, więc go od razu wzięli. Ja wiem? On przypomina aktora Henryka Gołębiewskiego, tyle że trochę bardziej jak z ulicy, no i o pustce w oczach jeszcze głębszej, niż ta, którą czasem widzimy u spikerek Superstacji. Siedzi więc ten David, tasuje karty i prosi, żeby dzwonić, bo on zaraz jedzie na urlop, więc go nie będzie. Dzwoni telefon, on pyta, w czym rzecz, dzwoniąca pani (kiedy oglądałem program, dzwoniły tylko kobiety) mówi o co chodzi, on układa na stole krzyż z czterech kart i mówi (za każdym razem niezmiennie tak samo), że w piątym pokoleniu wstecz doszło do wypływu złej energii, ale on ją zaraz usunie. Wyciąga wahadełko, zaczyna nim kręcić nad kartami, szepce jakieś niezrozumiale zaklęcia adresowane, jak sam mówi, do Archanioła Gabriela, następnie, jak ksiądz w konfesjonale, wykonuje znak krzyża i ogłasza, że sprawa załatwiona. No i prosi o kolejny telefon, bo on zaraz jedzie na urlop.
Otóż, jak idzie o poziom bezczelności, ja czegoś takiego nie miałem okazji doświadczyć od czasu lektury „Głowy na tranzystorach” Hanny Ożogowskiej, kiedy to Marcin z Kostkiem, aby zarobić na zwrot długu, urządzili małym dzieciom cyrk w którym sztuka pod tytułem „zdalnie-sterowany człowiek” polegała na tym, że kiedy Marcin się łapał za ucho, to Kostek pokazywał język, i ten numer kosztował każde dziecko 50 groszy. Ale nie o to najbardziej mi chodzi. Pisząc ten tekst, mam na myśli przede wszystkim tę parodię spowiedzi. Ów David, autentycznie, ile razy robił ten swój porządek na pięć pokoleń do tylu, udawał księdza, szepczącego modlitwę i wykonującego znak krzyża. I ja sobie wtedy powiedziałem, że tu w ogóle nie ma żartów. To jest bowiem czysty satanizm, który nawet nie jest skierowany do tych biednych dzwoniących tam pań (bo prawdę powiedziawszy, jeśli ktokolwiek tam dzwonił, to najczęściej tylko po to, by sprawdzić jedynie, czy to się dzieje naprawdę i się od razu rozłączyć), ani też i nawet do nas (bo nie sądzę, by ten program razem z nami oglądało więcej niż sto osób). Tam nie chodziło ani o propagandę, ani tym bardziej oczywiście pieniądze. Ten program sam w sobie stanowił czarnoksięski rytuał na cześć Szatana. Tylko tyle i aż tyle. Tam nie chodziło ani o te złotówki za minutę, ani o to wahadełko, ani o to co on tam gadał, ale tylko o te dwa elementy, tę szeptaną modlitwę i znak krzyża. Po co. Po nic. Żeby były.
I ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że poruszając się w znanym nam wszystkim napięciu, raz po raz narażam się na ryzyko ośmieszenia się. Wiem, że to moje dmuchanie na zimne niekiedy może wyglądać dość głupio, a moja reakcja na numer z Davidem może bardzo łatwo okazać się wybitną tego demonstracją. Stało się jednak tak, że jak już nas obleciał odpowiedni strach i to Mango zamknęliśmy w cholerę, przełączyliśmy kanały na końcowe może10 minut słynnego polskiego filmu „Wojna polsko-ruska”. Scena była taka, że po plaży biega aktor Borys Szyc z jakaś sepleniącą kurwą, oboje są albo zaćpani, albo pijani – nie wiem – Szyc jest ubrany w biało-czerwony dres z orzełkiem i napisem „Polska”, później oboje udają się na jakieś bardzo eleganckie typowo-warszawskie osiedle, niewiadomo dlaczego całe udekorowane biało-czerwonymi flagami, gdzie najpierw się pieprzą, a później on goły wyłazi na balkon i krzyczy, że jest dobrze.
Przypominam, że chodzi o kultowy polski film „Wojna polsko-ruska”, nakręcony według równie kultowej powieści jeszcze bardziej kultowej pisarki Masłowskiej, z papierami prosto z Agory. A więc nie mówimy w tej chwili o jakimś gównie zatytułowanym Mango Telezakupy nie wiadomo dla kogo. To jest poziom najbardziej elitarny, zapełniony takimi nazwiskami jak Kuczok, Krajewski, Koterski, czy Pilch. A mimo to, nagle stoimy w obliczu takiego oto faktu – to jest dokładnie ten sam rodzaj przekazu, jaki mogliśmy podejrzeć w przypadku udającego spowiednika Davida. Ten sam rodzaj przekazu, i skonstruowany na dokładnie tak samo co tamten amatorskim – amatorskim w sposób bezczelnie szyderczy – poziomie, Zarówno ten film, jak i tamte czary wyrastają z jednego źródła i mają tylko jeden cel. Rzucić urok na to wszystko co tradycyjnie było symbolizowane przez tę pierwszą i ostateczną jedność Bóg-Honor-Ojczyzna.
A więc, jak mówię, nie ma żartów. To w ogóle nie jest zabawa. I byłoby bardzo źle, gdybyśmy zupełnie niepostrzeżenie dali sobie wmówić, że nic się nie dzieje.

Bardzo Wam wszystkim dziękuję za Waszą obecność i solidarną pomoc. Bez niej nie byłoby w ogolę o czym gadać. Nie byłoby nic.Proszę o mnie nie zapominać.

3 komentarze:

  1. Instead of watching MangoTV, reading Masłowska and writing about Bóg-Honor-Ojczyzna, why not do some washing up in the kitchen? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. @Mike
    Fragment o brudnych garach potraktowałeś zbyt dosłownie. Natomiast co do swobody, z jaką zestawiłeś czytanie Masłowskiej z pisaniem o Bogu Honorze i Ojczyźnie, wydaje mi się, że ulegasz dziwnej transformacji. Mam nadzieję, że następnym etapem nie będzie udział w spotkaniu z Leszkiem Millerem, z taką konkluzją, że co by nie mówić, to jednak Eurpejczyk. I że przynajmniej tu pozostaniesz pryncypialny.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Michael @toyah

    Zestawienie jest niesprawiedliwe dla garnków. One mogą być czasem brudne, ale się umyje i będą czyste.
    W przypadku garnka, jego okresowo brudna przeszłość nie wpływa bowiem na jego późniejsze losy (rzecz jasna, pomijając tutaj kwestie koszerności, z całym dla nich respektem).

    Natomiast dzisiejszego neoobskurantyzmu byle mydło nie zmyje, ani ekran nie zamaskuje, ani mikrofon nie zagłuszy. Jest on upierdliwy, niczym grzybica i równie zasługuje na publiczny podziw.

    U podłoża historycznych obskurantyzmów przynajmniej jakieś tam idee stały, a teraźniejszy sam jest ideą - idea obcura.

    -------------
    Wypisy z Kopalińskiego:

    obskurant: wstecznik, zacofaniec, przeciwnik oświaty i postępu.

    obskurny: brzydki, paskudny; lichy; nędzny.

    Etym. - łac. obscurans dpn. obscurantis p.pr. od obscurare 'zaciemniać' z obscurus 'ciemny; ukryty; skryty'

    z wyrazów bliskoznacznych brakuje mi przymiotnika: "ezoteryczny".

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.