czwartek, 5 kwietnia 2012

Don Paddington: Tadzik - część 1

Nasz Ksiądz Don Paddington postanowił nam pomóc w te trzy przedświąteczne dni i podarować nam tekst swojego kazania. A zatem, w tym czasie będziemy czytać słowa Księdza. Od siebie mogę tylko ponowić swoją stalą prośbę o wspieranie tego bloga. Jestem pewien, że sam Ksiądz nie będzie miał nic przeciwko temu, by tym razem taca została przeznaczona na cel, ze tak powiem, partykularny.
Zapraszam. Dziś część pierwsza.
Jasiu przygotowuje się do Pierwszej Komunii Świętej. W związku z tym, musi być dobry i mądry. Niestety, ks. Proboszcz jest niezadowolony z jasiowych postępów. Nie dość, że Jasiu źle się zachowuje, to jeszcze po prostu nic nie umie. Inne dzieci już dawno wszystko co trzeba pozaliczały, a on ciągle ma tyły.
Proboszcz - bardzo zdenerwowany - wzywa rodziców Jasia i tłumaczy im, że czasu zostało bardzo mało, a ich synek zamiast się uczyć, zbija bąki i jak nic nie umiał, tak nie umie.
- Nie dopuszczę go do Pierwszej Komunii! On nic nie wie, nic! – wykrzykuje gniewnie proboszcz – nie zna modlitwy Ojcze nasz, nie pamięta Dziesięciu Bożych Przykazań, ba – on nawet nie wie, że Pan Jezus umarł!
Ależ, księże Proboszczu – odzywa się tata Jasia – przecież my mieszkamy daleko za wsią, pod lasem. Nikt nas nie odwiedza żeby pogadać, gazet nie kupujemy, telewizor zepsuty, a zresztą ostatnio ciągle prąd wyłączają… No, Pan Jezus umarł, umarł… My nawet nie wiedzieli, że On chorował!
Mam na imię Tadeusz. Jestem alkoholikiem…
Spokojnie, proszę się nie obawiać. To nie będzie świadectwo Anonimowego Alkoholika, opowiadającego o swej walce z piciem. Też taką walkę prowadzę i chętnie o niej kiedyś opowiem, ale teraz chcę mówić o czymś innym. Uprzedzam, że jestem dość gadatliwy i stąd rzecz może być nieco rozwlekła, ale mam nadzieję, że nie będę przynajmniej przynudzał. A owo „Mam na imię Tadeusz. Jestem alkoholikiem…” – to tak na dobry początek, by w ogóle jakoś zacząć…
Mam 48 lat. Z wykształcenia jestem elektrykiem. Dyplomowanym. Ale w tej chwili pracuję jako stolarz. Jestem ramiarzem. To taka dziedzina stolarstwa. Po prostu robię ramki do obrazów. Pracuję w tej branży ledwie pół roku, ale sporo już umiem tym bardziej, że uczę się od najlepszego w mieście fachowca. Mój szef – nawiasem mówiąc: z zawodu muzyk, w stolarstwie samouk – to taki lokalny autorytet w dziedzinie ramiarstwa. O ramkach i ramach wie wszystko. Wie też bardzo dużo o tym, co oprawia, a współpracując na co dzień z konserwatorami zabytków przy rekonstrukcji starych ram obrazowych, ciągle swoją wiedzę o malarstwie poszerza. Lubi też sztukę nowoczesną, choć jak mawia, nowoczesność bywa zbyt cienka w ramkach i zbyt cienka w treści. Dopóki nie zacząłem u niego pracować, pojęcia nie miałem, ile się trzeba napracować, żeby zrobić porządną ramkę: klejenie płyt, to raz; potem trzeba pociąć na listwy i oheblować; później specjalną maszyną sfrezować pod odpowiedni profil. Następnie wszystko pociąć, skleić, pozłocić, czy jakąś patynę dać. Mnóstwo rzeczy. Szef mnie uczy, jest cierpliwy, ja – Bogu dziękować – trwam w trzeźwości… Może popracuję w tym warsztacie parę lat. Podoba mi się tam. Lubię zapach drewna.
Wracając do tematu… Jestem żonaty i mam dwie córki. Żona i dzieci odeszły ode mnie 12 lat temu. Danka odeszła, bo nie mogła już ze mną wytrzymać, a córki się mnie bały. Cóż, trudno jest żyć z pijakiem, który prawie codziennie się awanturuje. Bo ja ciągle miałem pod adresem żony czy dzieci jakieś pretensje. Wiadomo jak to jest… Na początku niby wszystko ładnie, z dzióbków sobie spijaliśmy, a potem, ni stąd ni zowąd, żona przestała mi się podobać. I zacząłem się rozglądać za nowszymi modelami. Tyle tylko, że te nowsze modele nie chciały się zadawać z pijakiem. To było wkurzające. A winna wszystkiemu była oczywiście żona… W domu wygadywałem różne okropieństwa: na przykład, że dzieci nie są moje, albo że są głupie - po matce. I takie tam różne… Kiedyś jakiś ksiądz doradził żonie, że ma nie odpowiadać na moje zaczepki, bo co będzie z pijakiem gadać. Ma się modlić i Mszę w mojej intencji ofiarować. Powiedziała mi o tym teściowa, gdy kiedyś próbowała przemówić mi do rozumu. Wkurzyłem się wtedy mocno na Dankę. Ona w ogóle była zawsze bardzo pobożna, a mnie wydawało się to takie śmieszne i głupie… Ja wiarę miałem za nic, a na księży wyzywałem najgorszymi słowami. No to jak teściowa powiedziała mi o tej Mszy, to mówię Dance: „Jak ci się nie podoba, jak ci tak ze mną źle, to wypierdalaj kurwo do tych swoich katabasów”. Przepraszam, że pojawiają się w tym tekście wulgarne słowa, ale chcę pokazać jaki byłem. Może jeszcze jeden obrazek do kolekcji: kiedyś Danka straciła pracę. Przychodzi do mnie i mówi, że jest bez pieniędzy, a dzieci potrzebują. Ja wówczas na dom właściwie nic nie dawałem, tylko czynsz płaciłem i za prąd. Resztę przepijałem. No i żona mi mówi, że nie ma pieniędzy. „Twój problem – mówię – jak ci brakuje, to pożycz od swojej pierdolniętej mamusi, albo leć na trasę i dorabiaj jako tirówa”. Kawał chama był ze mnie. Nic jej wtedy nie dałem. A krótko potem, jak po jakiejś balandze nie mogłem doliczyć się kasy, to zrobiłem jej awanturę, że mi po kryjomu pieniądze podbiera. Zbiłem ją nawet wtedy… To wszystko trwało kilka lat. Zachowywałem się strasznie. Odeszła. Nawet się wtedy ucieszyłem – znowu życie kawalera: będzie można pić i bawić się, bez baby nad głową – tak myślałem. Potem, po raz kolejny, z powodu pijaństwa wyrzucono mnie z pracy. W międzyczasie był rozwód i podział majątku. Oddałem mieszkanie żonie, zamieszkałem z mamą i żyłem z jej renty. Byłem pasożytem na garnuszku matki, staruszki. I to przez kilka lat. Z żoną i dziećmi żadnego kontaktu nie utrzymywałem. Danka nie chciała. Nie dziwię się zresztą. Bała się mnie. I dzieci też się mnie bały. A mnie specjalnie nie zależało. Dużo wtedy piłem, bardzo dużo… Od czasu do czasu podłapywałem jakąś robotę, ale wystarczyło, że raz czy drugi zapiłem i wylatywałem. I tak żyłem, na łasce matki. I wtedy się to stało. Dziewięć lat temu, 25 stycznia. Tyle tylko, że ja z tego dnia mało co pamiętam. Wyszedłem rano na miasto – była ładna pogoda, odwilż – spotkałem się z kumplami i ostrośmy zapili: to wiem, a reszta… Reszty dowiedziałem się od innych. Według tych relacji, 25-tego po południu widziano mnie jak szedłem wzdłuż wylotowej trasy z miasta, konkretnie: wzdłuż ulicy Obornickiej. Jak już mówiłem, byłem całkiem pijany, ale pijak do domu trafi nawet narąbany jak stado zajęcy i ja w takim stanie, chociaż nic nie wiedziałem o Bożym świecie, idę tą drogą, bo gdzieś tam jest moje osiedle. Ta wylotowa trasa z Poznania jest bardzo ruchliwa, mnóstwo samochodów, a poboczem idzie sobie wesolutki Tadzik, to znaczy ja. Wesolutki, bo jak mi powiedziano, śmiałem się co chwila i coś tam sobie śpiewałem. Doszedłem już gdzieś na wysokość mojego osiedla. Tam jest taki przystanek autobusowy i stało trochę ludzi. I Tadzik, czyli ja, idzie i śpiewa i się zatacza. Auta dają po klaksonach, Tadzik nic nie słyszy, a ludzie na przystanku pokazują mnie palcami. Mówiono mi, że zatoczyłem się wtedy mocno na drogę. Prosto pod nadjeżdżającą ciężarówkę. A facet szybko jechał. Dzisiaj, na tym odcinku Obornickiej, co kawałek światła poustawiali i nie da się rozwinąć zbyt dużej szybkości, ale wtedy… Teraz, gdy jest już po wszystkim, idę od czasu do czasu popatrzeć na to miejsce. I zawsze wtedy myślę, czy ten kierowca mógł cokolwiek zrobić, żeby nie… No pewnie, mógł skręcić w prawo i pozabijać ludzi stojących na przystanku. Mógł też skręcić w lewo i zderzyć się z jakimś autem jadącym z naprzeciwka. Zresztą, co tam kierowca. Ważniejsze jest pytanie, czy ja – JA – mogłem coś zrobić, żeby nie… Ja, tam, w tym miejscu, nie mogę być zbyt długo. Gardło mam ściśnięte, łzy mi lecą. Zmówię zdrowaśkę i uciekam. Dosłownie uciekam. Bo przypominam sobie, że w tym momencie, gdy zatoczyłem się pod tira, nic nie mogłem zrobić. Nic... Ech, gadam jak potłuczony. Nic nie mogłem, bo spiłem się jak świnia i nawet do głowy mi nie przyszło, że coś trzeba robić, bo jeśli nie, to zginę. I co z tego, że walą na mnie tony żelastwa, że za chwilę będzie ze mnie miazga, skoro ja dzięki wódzie jestem w innym świecie, gdzie jest miło i sympatycznie – nic tylko śmiać się i śpiewać… Kierowca nic nie mógł zrobić, ja nic nie mogłem zrobić, a jednak, skoro piszę te słowa to znaczy, że żyję i w miarę dobrze się miewam. Dlaczego żyję? Bo zostałem uratowany. Nie, kierowca ciężarówki nie skręcił w lewo, czy w prawo. Uratował mnie Pan Krzysiu… Świadkowie nie potrafili sobie przypomnieć, czy stał wśród nich na tym przystanku, ale widzieli mężczyznę – Pana Krzysia jak się okazało – który podbiegł do mnie i z całej siły popchnął na drugą stronę drogi. Powinienem walnąć w samochód nadjeżdżający z przeciwnej strony, ale cudem jakimś, bez żadnego szwanku wylądowałem w rowie. Nic mi się nie stało. Nic! Żadnego złamania, obtarcia, potłuczenia. Nic! Ale Pan Krzysiu zginął na miejscu. Nie było ponoć co zbierać… Zrobiło się zamieszanie. Kierowca tira dał po hamulcach, facet przed którego szybą przeleciałem, spanikowany skręcił gwałtownie i wjechał do tego samego rowu, w którym moment wcześniej wylądowałem. Było kilka stłuczek i ogólny bałagan, a ja – w dalszym ciągu nieświadomy co się dzieje – przez nikogo niezauważony wygrzebuję się z rowu i odchodzę. Nim zaczęli szukać tego pijaka, który spowodował wypadek, mnie już tam nie było.
Obudziłem się wczesnym rankiem, w domu, z olbrzymim kacem. Leżałem na tapczanie, w ubraniu, butach i nieczystościach, a nade mną stała mama, narzekając na los, Boga i kogo tam popadło, że musi znosić i utrzymywać syna – degenerata. Krótko mówiąc: wszystko było tak jak zwykle. Jedyna różnica to ta, że kiedy wypiłem karton mleka, zaczęło mnie ostro czyścić. Leciało ze mnie górą i dołem – i tak przez pół dnia. Gdyby nie to, pewnie szybko wyszedłbym z domu, kaca sklinował i pogrążył się na powrót w błogiej nieświadomości. A tu – przepraszam za wyrażenie – sraczka. Musiałem siedzieć na miejscu – i to siedzieć dosłownie, na kibelku. Z łazienki właściwie nie wychodziłem. Siedziałem więc i trzeźwiałem, usiłując sobie przypomnieć co wczoraj robiłem, z kim się spotkałem, a przede wszystkim za co – albo dzięki komu – piłem. I co za świństwo piłem, skoro tak mi zaszkodziło. Coś tam sobie odtwarzałem w pamięci, ale zasadniczo niewiele tego było. Czarna dziura po prostu. Nie muszę chyba dodawać, że nie pamiętałem niczego, co dotyczyło Pana Krzysia. Po prostu nie byłem świadomy, że ktoś taki jak Pan Krzysiu istnieje i że w ogóle jest potrzeba, by na jego istnienie zwrócić uwagę. W końcu, z nudów, zacząłem czytać gazetę, którą mama rano przyniosła razem z bułkami i mlekiem. I pośród różnych informacji, natrafiłem na krótką notatkę, której treść pamiętam do dzisiaj i będę pamiętał do końca życia. Brzmiało to tak:
Wczoraj w godzinach popołudniowych, doszło do tragedii przy ul. Obornickiej. Pod kołami ciężarówki zginął na miejscu 34-letni mężczyzna. Jak wynika z zeznań naocznych świadków, ofiara wypadku poniosła śmierć, ratując życie człowiekowi, który – jak wszystko na to wskazuje – był pod silnym wpływem alkoholu i wszedł nieostrożnie na oś jezdni. Wskutek zdarzenia, doszło do karambolu kilku pojazdów. Korzystając z powstałego zamieszania, sprawca zbiegł z miejsca wypadku. Policja podjęła czynności zmierzające do jego zidentyfikowania i ujęcia.
Podajemy jego rysopis: wiek – ok. 40-45 lat; średniego wzrostu, krępej budowy ciała; mocno łysiejący; resztki włosów długie, związane w tzw. kucyk; bujny, lekko szpakowaty zarost na twarzy. Ubrany był w niebieską, sportową kurtkę, z naszytymi pomarańczowymi paskami odblaskowymi, oraz ciemne spodnie.
Wszystkich, którzy mogą pomóc w zidentyfikowaniu sprawcy wypadku, prosimy o kontakt z policją.
Przeczytałem ten tekst i początkowo właściwie nie zwróciłem na niego uwagi. Zacząłem czytać coś innego i jeszcze coś innego… i tak wertując ze wszystkich stron ową gazetę, znowu natrafiłem na tę notatkę. Coś kazało mi ją przeczytać powtórnie, a potem to już czytałem ją w kółko nie mogąc się zatrzymać – dopóki nie zrozumiałem, że to jest o mnie. Bez żadnych wątpliwości o mnie, bo w końcu ilu może być w rejonie Obornickiej takich jak ja czterdziestoletnich pijaków, jak ja mocno łysiejących, ale z kucykiem na łbie, jak ja z bujną, lekko szpakowatą brodą i jak ja ubranych w niebieską kurtkę z pomarańczowymi paskami? Z wrażenia się spociłem i nie powiem co jeszcze, siedząc w toalecie, zrobiłem…
Widzicie to? Siedzę na kibelku i czytam o sobie w gazecie! Czytam i dosłownie sram ze strachu… Może jednak – myślałem – nie chodzi o mnie. Może to jakiś inny pijak… No ale ta kurtka, ta broda, ten pierdolony kucyk. Przecież to ja, ja, ja! Zacząłem więc kombinować, co trzeba zrobić, żeby się z tego wszystkiego wywinąć. Mówiłem sobie: trzeba się ogolić, ostrzyc, kurtkę spalić i zniknąć na jakiś czas z miasta. Może sprawa przycichnie. Bo przecież ciągle słyszy się o tym, że w policji są same niedołęgi. Jeśli do tej pory po mnie nie przyszli, to znaczy, że nic o mnie nie wiedzą. No ale z drugiej strony – pytałem sam siebie - jak mogą nie wiedzieć? Przecież tyle razy spisywali mnie, gdy robiłem awantury żonie, mamie, sąsiadom, gdy się odlewałem na trawniku, albo spałem w piaskownicy… Nie, na pewno wiedzą o kogo chodzi i na pewno mnie znajdą. Ale jeśli wiedzą o kogo chodzi, to dlaczego w gazecie podają rysopis i proszą o pomoc w identyfikacji? No to chyba nie wiedzą. Nie, to niemożliwe, żeby nie wiedzieli… Takie właśnie myśli przelatywały mi wtedy przez głowę. Czy myślałem o Panu Krzysiu? Pewnie, że myślałem. Wyzywałem go najgorszymi słowami: „To wszystko przez niego. Po co jak głupi wbiegał pod tego tira? Porąbało go? Kto go w ogóle prosił? Tylko kłopotów mi narobił, kutas jeden. Za to, że komuś odpierdoliło, ja mam teraz odpowiadać?” Jeszcze raz przepraszam, że tak dosłownie o tym opowiadam, ale sądzę, że jest to potrzebne, by siebie z tamtych czasów dokładnie opisać.
Policjanci pojawili się jakoś tak w południe. Siedziałem w toalecie, z gazetą w ręku. A ponieważ na sam ich widok znowu zaczęło mnie czyścić i nie chciałem z kibelka zejść, więc mi przyłożyli. Bili tak, by bolało. Ale nie, nie mam pretensji. Tak właściwie, to powinni obić mi dupę do krwi. Czyśćca byłoby mniej…
Zostałem więc zatrzymany przez policję. Nie było przecież większych trudności, by mnie zidentyfikować i odnaleźć. Jako pijaczek, byłem na osiedlu dość znany. Świadkowie wypadku bez problemu mnie rozpoznali. W czasie śledztwa dowiedziałem się, że mężczyzna, którego śmierć spowodowałem, to właśnie Pan Krzysiu, nauczyciel wychowania fizycznego w jednym z poznańskich liceów. W końcu stanąłem przed sądem. Wyrok, potem odsiadka. Normalnie. Złość na Pana Krzysia stopniowo, w trakcie śledztwa i procesu, zaczęła ze mnie schodzić, za to zaczęła mnie wtedy nurtować pewna zagadka, której dość długo nie mogłem rozwikłać: otóż próbowałem zrozumieć, dlaczego Pan Krzysiu to zrobił; dlaczego mnie ocalił, siebie przy tym narażając? Przecież to było jasne, że on nie zginął przypadkiem, lecz całkowicie świadomie wystawił swoje życie na niebezpieczeństwo, by z kolei moje, nic nie warte, przegrane życie ratować. Był moim znajomym? Nie. Krewnym? Nie. Przyjacielem? Nie. Zresztą, przyjaciół nie miałem. Większość krewnych daleko i żaden z nich nie był trzydziestokilkuletnim mężczyzną, a ci, którzy są na miejscu to matka, była żona i córki. Znajomi? Jedyni, z którymi się nie skłóciłem i których do siebie nie zniechęciłem, to tacy sami pijacy i degeneraci jak ja, niezdolni do heroicznych czynów, ba, w ogóle niezdolni do życia. A więc nieznajomy. Ale dlaczego nieznajomy człowiek, miałby się dla mnie aż tak bardzo poświęcać? Właśnie dla mnie? To już lepiej dla kotów i psów. Co one mają z tym wspólnego? No, normalnie… Na drogach, pod kołami samochodów ginie ich mnóstwo. Pomyślałem sobie wtedy, że byłoby czymś bardziej zrozumiałym, gdyby ktoś narażał swoje życie dla ratowania tych psów i kotów, bo ratować mnie – akurat mnie! – to przecież absurd. I właśnie to zasadnicze pytanie: „Dlaczego – zamiast za psy i koty – Pan Krzysiu umarł za mnie?” – pozostawało pytaniem na które nie mogłem znaleźć odpowiedzi. Strasznie mnie to męczyło. Nie, to nie były wyrzuty sumienia. Jeszcze nie. One przyszły dopiero z Panią Zofią. Pani Zofia to matka Pana Krzysia. Pamiętałem, że śledczy, a potem pani sędzina coś tam o niej wspominali: że człowiek, którego zabiłem, to jej jedyny syn, że nikogo poza nim nie ma, bo mąż umarł w początkach małżeństwa, że bardzo schorowana, że na rencie inwalidzkiej i takie tam – jak myślałem wtedy – dyrdymały, żeby mnie zmiękczyć i sumieniem poruszyć. Nie zwracałem wtedy na to uwagi, zaprzątnięty – jedyną według mnie istotną – kwestią psów i kotów. Ni stąd ni zowąd, już po wyroku, Pani Zofia odwiedziła mnie w więzieniu. Wysoka, chuda jak szczapa, właściwie brzydka kobieta. Kiedy dowiedziałem się kim jest, chciałem oczywiście uciekać, ale powstrzymała mnie… powstrzymała mnie uśmiechem. Nie, nie chodzi o to, że byłem zaskoczony sytuacją, w której matka zabitego przez ciebie syna, serdecznie się do ciebie uśmiecha. Nie w tym rzecz… Ona po prostu uśmiechała się… jakby to powiedzieć? No po prostu, gdy Pani Zofia uśmiechnęła się do mnie, poczułem się… poczułem się jak w niebie. A ona dzięki temu uśmiechowi, z brzydkiej, zaniedbanej kobiety, przemieniła się w kogoś, na kogo chce się ciągle patrzeć i z kim się chce ciągle przebywać. Nie, to też nie to…Julia Roberts na przykład, gdy się uśmiecha, też fajnie wygląda, też chce się na nią patrzeć i z nią być. Ale tu nie chodziło o urodę, o ładny obrazek… Ja po prostu chcę powiedzieć, że gdy Pani Zofia uśmiechnęła się do mnie, ja rzeczywiście – czyli nie-metaforycznie – znalazłem się w niebie. Skąd to wiem? Ponieważ nigdy dotąd nie byłem tak szczęśliwy jak wtedy i wiem, że póki żyję tu na ziemi, nigdy już tak szczęśliwy nie będę. A oprócz tego czułem – czułem z namacalnym wręcz bólem – że nie jestem godny tego szczęścia doznawać… Jasne? Pewnie nie bardzo… No to nie wiem, jak to lepiej wyjaśnić. Tak czy inaczej – wracając do Pani Zofii odwiedzającej mnie w więzieniu – unieruchomiony jej uśmiechem słuchałem, co ma mi do powiedzenia. Mówiła niewiele. Powiedziała, że przeze mnie straciła jedynego syna. Że bardzo cierpi z tego powodu. Że mi przebacza. Że mnie kocha. Że pragnie, bym był szczęśliwy. Że myśli teraz o mnie, jak o synu. Że jestem jej synem. Że mam nie zmarnować śmierci Krzysia. Że się za mnie modli. Że Jezus mnie kocha. Że się już więcej – w tym życiu – nie zobaczymy. Potem jej uśmiech zgasł. Odeszła. Wróciłem do rzeczywistości i do celi. Nic z tego nie rozumiałem. Właściwie do dzisiaj niewiele z tego rozumiem… Nie, to nieprawda. Rozumiem już dużo. Ale jestem słaby i czasem, gdy robię coś złego, to wydaje mi się, że jak głupi byłem, tak głupim pozostałem…
Po wizycie Pani Zofii, nie myślałem już tylko o psach i kotach. W mojej głowie pojawiły się myśli także i o ludziach. Zaczęła mnie gnębić świadomość – wreszcie!!! - że ktoś przeze mnie poniósł szkodę. Mówię: wreszcie!!!, bo chociaż zasadniczo wyrzuty sumienia są czymś zwyczajnym i normalnym, to jednak w moim przypadku były czymś poniekąd nowym i zaskakującym. Ja przecież przez wiele lat znieczulałem swoje sumienie i właściwie doprowadziłem je do stanu całkowitego otępienia. Umiałem sobie wmówić, że za zło obecne w moim życiu są odpowiedzialni rodzice - bo za mało mnie kochali, żona - bo jest kurwą, dzieci – bo są, Bóg - bo Go nie ma i w ogóle wszyscy są winni, bo są głupi i bez sensu. No a Tadzik jest oczywiście bez zarzutu: cnót wszelkich bezdenna głębina. Tyle tylko, że życie mu nie wyszło. Kto więc tak naprawdę jest tutaj biedniutki i skrzywdzony? No kto? Jasne, że ja. Tak myślałem wtedy. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że jakoś tam siebie oszukuję, a krzywdy wielu ludziom przeze mnie wyrządzone, są najprawdziwsze w świecie. Ale potrafiłem sumienie wytresować w taki sposób, by siedziało cicho, by mnie nie niepokoiło. I ono posłusznie milczało. A gdy się odzywało, podsuwając mi przed oczy obrazy żony, dzieci, czy matki chociażby, to je zalewałem gorzałą i tyle. Tyle tylko, że w więzieniu trudno się było zalać. I gdy pojawiła się Pani Zofia i powiedziała co powiedziała, nie potrafiłem przed głosem sumienia uciec. Ono mnie męczyło…
Więzienie to pod wieloma względami wspaniałe miejsce. Jest wikt, opierunek, telewizja, filmy video, książki, a nawet – biorąc pod uwagę zasady, których przestrzegania więźniowie nawzajem od siebie wymagają – coś na kształt swoistego savoir vivre. Cele trochę ciasne, ale za to zaludnione znakomitymi w swej niewinności facetami. I w tej cudownej, radosnej, więziennej atmosferze siedzi osamotniony w swym smutku Tadzik, bo jest dręczony wyrzutami sumienia. Przesadzam oczywiście. Także i poza mną byli więźniowie, którzy podobnie jak ja dochodzili do prawdy o sobie, niemiłej prawdy… i bolesnej. Tym niemniej, pudło niekoniecznie sprzyja nawróceniu… Bywa, że jest wręcz odwrotnie. W więzieniu, gęstość zaludnienia metra kwadratowego przez bezkrytycznych względem siebie ludzi, jest największa na świecie. A są tam złodzieje, zabójcy, gwałciciele. Wśród nich ja, mały pikuś, siedzący za łażenie w mieście po pijaku. I patrzę z podziwem na tych bohaterów, którym sumienie nic nie wyrzuca poza tym, że dali się złapać. I przysłuchuję się ich radosnym planom, co zrobią – po wyjściu – facetom i babkom, przez których dali się zapudłować. A ja? Ja myślę ciągle o Panu Krzysiu, o Pani Zofii, o żonie, o dzieciach, o mamie… O krzywdach, które im wyrządziłem. W więzieniu widziałem straszne rzeczy i słuchałem o strasznych rzeczach, ale to było nic w porównaniu z tym, co działo się w mojej głowie. To była udręka. I nie mogłem się od niej wyzwolić, bo niby jak? Modlitwą? Spowiedzią? Przecież byłem niewierzący. Rozmową? Z kim? Mama mnie nie odwiedzała, bo mówiła, że boi się samego widoku więzienia. Zadzwoniłem do niej parę razy. Była dla mnie bardzo dobra. Prosiła, bym przestał pić. Jak zwykle zresztą. Potem płakała i kończyła rozmowę. Raz jeden rozgadała się, gdy poinformowała mnie, że nasze stare, duże mieszkanie na tzw. Piątkowie, zamieniła na mniejszą i tańszą kawalerkę, gdzieś na Ratajach. I długo mi opowiadała o firankach, dywanikach, doniczkach i filiżankach. I o dwóch papużkach, które ktoś jej – na nowe mieszkanie – sprezentował. Ale słuchać to mnie nie słuchała. Nie była w stanie. Gdy próbowałem mówić o swoim zmarnowanym życiu, o wyrzutach sumienia, o krzywdach, które ludziom wyrządzałem, zaczynała szlochać i odkładała słuchawkę. Mogłem jeszcze porozmawiać z kapelanem, albo z psychologiem. Kapelana szybko sobie odpuściłem. Zobaczyłem go pierwszy i chyba ostatni raz, gdy dla rozrywki poszedłem kiedyś na więzienną Mszę. I od początku ksiądz mi podpadł. Bo się głupio, według mnie, uśmiechał. I miał taką nalaną gębę. I pewnie z ust mu jechało. I był spocony. I był stary. I miał takie małe, rozbiegane oczka. I na pewno przychodził tu tylko i wyłącznie dla kasy. I jeszcze robił ludziom wodę z mózgu. I te gusła głupie odprawiał. I w ogóle był taki jakiś… dziwny? Tak go widziałem. A potem, po Mszy, podszedł do mnie, poklepał mnie po ramieniu, wyzwał od swego brata i zaczął gadać, że zauważył mój wielki smutek, że rozumie jak mi jest ciężko, ale trzeba to wszystko przyjąć, i że mam się nie załamywać, bo jeśli chcę, to mogę zacząć życie na nowo. Muszę tylko uwierzyć i zdać się na Jezusa. Coś we mnie wstąpiło, bo wydarłem się wtedy na niego: „Co ty pierdzielisz? Jakie nowe życie? A co ty w ogóle, bucu jeden, wiesz o moim życiu? I nie opowiadaj mi kurwa tych głupot o wierze i Jezusie!” W końcu nawkładałem mu od głupich, obleśnych pedałów i złodziei. Ksiądz nie poskarżył się na moje zachowanie, ale i tak nie chciałem go więcej widzieć. Pozostał psycholog. Pani psycholog. Tak w ogóle pełen profesjonalizm. Żadnego spoufalania się z więźniem, sucha rozmowa, surowe spojrzenie znad okularów i kilka analitycznych pytań, a w końcu podsumowanie: „Jesteście typowym przykładem alkoholika. Alkoholizm to choroba. Można to leczyć. Leczenie może być skuteczne tylko pod warunkiem, że alkoholik uzna, że jest alkoholikiem. Powinniście rozpocząć terapię. Terapia to takie leczenie. Jest to możliwe także w więzieniu. Będę o to wnioskować. Najpierw detoks. Potem spotkania w grupie terapeutycznej. No i przed wyjściem esperal, na wszelki wypadek. Że co? Dusza was boli? Idźcie do spowiedzi. Jesteście niewierzący, a kapelan to stary pierdziel? No to macie problem.” I tyle.
Terapię podjąłem. Bardzo mi to wtedy pomogło. Psychotropy zawsze pomagają, gdy człowieka trzęsie, choć tak samo jak alkohol uzależniają. Cóż, przynajmniej nie zwariowałem, gdy byłem na głodzie. Ale dusza bolała coraz bardziej.
Któregoś dnia wyszedłem na wolność. Niechcianą wolność. Bo niby co na tej wolności, będąc alkoholikiem i lekomanem, miałem robić? Zresztą, po co w ogóle cokolwiek robić? Wyszedłem bez radości. Z dużym lękiem. Z bluzgami na ustach. Bo gdy się jest bezradnym, to się bluzga (albo modli – ale tego jeszcze wtedy nie umiałem).
Do domu (siedziałem poza Poznaniem) dotarłem po trzech dniach. W tak zwanym międzyczasie próbowałem się utopić (nie wyszło: umiem pływać i zwyciężał odruch wychodzenia na powierzchnię); dwukrotnie (w mękach) się upiłem; spotkani po drodze jednodniowi koledzy od taniego wina, poranili mi plecy, gdy pijani, blachą konserwy (do dzisiaj nie wiem, dlaczego były trudności z użyciem zwykłego noża) wycinali mi esperal (nieskutecznie); w końcu jakieś wyrostki – dla zabawy – napadły na mnie i mnie skopały, słowem: smak wolności był rzeczywiście jedyny w swoim rodzaju.
Mama mnie przyjęła. Miałem nadzieję, że po raz pierwszy od wielu, wielu lat, porozmawiam z nią szczerze o sobie, o moim życiu, o tym jak krzywdziłem ludzi, o moich pretensjach do niej, do Danki, do Boga, do całego świata… Niestety, nie dało się. Nie, nie chodzi o to, że się do mnie nie odzywała. Odzywała się, i to nawet często, ale były to monologi. Trudno jej się ze mną rozmawiało, bo straciła słuch. Nie całkowicie, ale na tyle mocno, że trzeba było krzyczeć, aby coś zrozumiała, a trudno się zwierzać krzycząc. Mama mówiła, że pod koniec mojego pobytu w więzieniu, zachorowała na grypę. Zamiast się położyć, chodziła i jak to się mówi, „grypę przeziębiła”. Wdały się powikłania i ogłuchła. Postarała się o aparat słuchowy, ale nie lubiła go nosić. Była bardzo nieszczęśliwa, bo przez tę swoją dolegliwość nie mogła się z nikim dogadać. Dla mnie jej głuchota też była udręczeniem, bo poza tym, że nie mogła w pełni zrozumieć wszystkich moich „spowiedzi”, to jeszcze na dodatek z wielkim zacięciem, z potencjometrem na maxa a uchem przy głośniku, słuchała Radia Maryja. Myślałem, że zwariuję, bo i głośno i bzdurno… Tak to odczuwałem… Raz jeden, na początku, chyba nawet pierwszego dnia po moim powrocie, zrobiłem mamie małą awanturę o radio. I o papużki, bo też były hałaśliwe, a w bonusie śmierdziały. Mama zrozumiała o co chodzi, bo się na nią głośno wydzierałem. Pokiwała głową i powiedziała: „Oho, wróciły stare dobre czasy z kłótniami i przekleństwami. Myślałam, że skoro ja niczego dobrego cię nie nauczyłam, to więzienie cię nauczyło. I przestań krzyczeć. To mój dom i będę słuchać tego, co mi się podoba. A radio mi się podoba. I papużki też! Jeśli ci to przeszkadza, włóż sobie watę w uszy. A od smrodu jeszcze nikt nie umarł. Idź spać i nie dyskutuj. Jutro pojedziemy na cmentarz. To cię uspokoi.” Rzeczywiście, pobyt na cmentarzu mnie uspokoił, a nawet więcej niż uspokoił… Pojechaliśmy na cmentarz na Miłostowie, gdzie są pochowani mój ojciec i zmarła w dzieciństwie siostra. Od początku jednak przeczuwałem, że mamie zależy byśmy odwiedzili inne groby – groby Pana Krzysia i Pani Zofii. Doprowadziła mnie do nich, zostawiła samego i poszła do ojca i siostry. Wróciła tak jakoś po godzinie, chwyciła mnie za rękę i jak małego chłopca wyprowadziła z cmentarza. Po drodze opowiedziała, jak to Pani Zofia, po widzeniu się ze mną w więzieniu, tego samego dnia, późnym wieczorem pojawiła się w naszym mieszkaniu. Zrobiła na mamie takie samo niesamowite wrażenie jak na mnie i to samo mniej więcej powiedziała. Także to, że w tym życiu już się więcej nie zobaczą. I prosiła, żeby od czasu do czasu, mama zapaliła świeczkę na ich grobach, żeby w modlitwie pamiętała. „Bo wie pani – mówiła – ja mam raka. Moje dni są policzone. Mąż nie żyje, Krzyś nie żyje, a teraz umrę ja. A w Poznaniu mam tylko kuzynkę. Ona zajmie się moim pogrzebem i powiadomi panią o mojej śmierci. Poproszę ją o to. Mam nadzieję, że nie zapomni. Ale to jest starsza kobieta, schorowana. O nasze groby nie będzie w stanie zadbać, a jej dzieci o mnie i o Krzysiu szybko zapomną. I tak sobie pomyślałam, że może pani… Zresztą, mniejsza o groby, zależy mi na modlitwie…” I wyszła. Mama nawet nie zdążyła się odezwać. Miesiąc później przyszedł od owej kuzynki telegram, z powiadomieniem o śmierci i pogrzebie Pani Zofii. Mama była na pogrzebie i od tamtego czasu, odwiedza groby Pani Zofii i Pana Krzysia przynajmniej raz w tygodniu.
Przez następne trzy dni, nie wychodziłem z domu, nic nie jadłem, ani nie piłem. Nie mogłem też zasnąć. Przeważnie siedziałem na krześle i gapiłem się przez okno. Czwartego dnia rano, razem z Radiem Maryja nuciłem Godzinki. Słów nie znałem i nie rozumiałem, ale melodia mi się podobała. A potem była transmisja Mszy Świętej. Też nic z Niej nie zrozumiałem, ale spodobały mi się usłyszane słowa pieśni: Idźmy tulmy się jak dziatki, do serca Maryi Matki: czy nas nęka życia trud, czy to winy czerni brud. Idźmy, idźmy ufnym krokiem, z rzewnym sercem, z łzawym okiem: serce to zna dzieci głos – odwróci bolesny cios. Spodobały mi się te słowa, bo słuchając ich, miałem przed oczyma Panią Zofię. Zjadłem śniadanie i pokazałem mamie kartkę z napisanym trzy dni wcześniej pytaniem: „Mamo, co ja mam robić?” Mama przeczytała, uśmiechnęła się i powiedziała: „Idź do spowiedzi.” Pełny, tym razem matczyny, profesjonalizm.

14 komentarzy:

  1. Samo życie.
    Historia jakich wiele.

    Psychologów bym nie deprecjonował. Są różne metody terapii. Znam wiele osób uzależnionych od alkoholu, narkotyków, seksu itd., którym pomogli i zupełnie nie gryzło się to z Boską Pomocą.

    OdpowiedzUsuń
  2. "W więzieniu, gęstość zaludnienia metra kwadratowego przez bezkrytycznych względem siebie ludzi, jest największa na świecie."

    Wydaje mi się, że na drugim miejscu można umieścić Internet.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nawrocenie w tej opowiesci przedstawione jest jako zewnetrzny dar, ktory w ogole nie zalezy od wlasnej racjonalnej refleksji nad swiatem.
    Czy jezeli Tadzik po pogrzebie matki Krzysia sluchalby Radia Mahomet, to tak samo dalby sie porwac osnutych mistycyzmem piesniom islamu?

    OdpowiedzUsuń
  4. @Wojtek
    To jest właśnie zewnętrzny dar.
    Pewnie pamiętasz o synu marnotrawnym. Albo o Pawle.

    OdpowiedzUsuń
  5. @birofil
    No, nie sądzę, żeby to była historia jakich wiele. To znaczy ona wygląda na taką, ale zdecydowanie jest inna.
    Co do psychologów, może i pomagają. Jemu akurat nie pomogli. Też tak się zdarza, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  6. @Rain
    W Internecie tak się tego niestety nie czuje. I szkoda.

    OdpowiedzUsuń
  7. @Wojtek
    Ja to zrozumiałem jako tekst o sile modlitwy. Nie modlitwy Tadzia, ale tych co za Tadzia prosili. A więc prorok Mahomet nie miałby tu nic do gadania i tak.
    Wydawało mi się, że to jest przedstawione dość dobitnie.

    OdpowiedzUsuń
  8. @Marylka
    No właśnie. Modlitwa i Wola Boża. Jedno tchnienie Ducha Świętego i nic już nie jest takie samo.
    I jeszcze raz - co ma do rzeczy Mahomet?

    OdpowiedzUsuń
  9. Mahomet tutaj rzeczywiscie nie ma nic do rzeczy. Po prostu uderzyla mnie losowosc tego nawrocenia.
    Tyle lat zycia w ignorancji religijnej, a w koncu taka przemiana bez zadnego skinienia wlasnym palcem.
    Kim sa zatem ludzie, ktorym zycie sie nie wykoleilo, znaja Biblie, nauczanie Jezusa, ba nawet przeczytali caly Katechizm Kosciola Katolickiego i do samego konca nie doznali dzialania tej Laski?
    Zapomnieni przez Boga?

    OdpowiedzUsuń
  10. @Wojtek
    To jest dopiero zagadka, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  11. @Wojtek
    Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę.
    Lecz on mu odpowiedział:
    Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął, a odnalazł się.

    OdpowiedzUsuń
  12. Bardzo ładne, początkowo myślałem, że Pan Krzysiu, ta taki Chrystus, który umarł za mnie, bym ja mógł żyć. Konkluzja jest jednak piękniejsza. Nigdy nie jest za późno. Bogu dziekowac, że miało się trochę więcej szczęścia i nie dopuściło się do znalezienia aż na takim dnie, chociaż niewątpliwie tez byłem na tej drodze.

    OdpowiedzUsuń
  13. Witam Was

    Te Święta Zmartwychwstania Pańskiego są dla mnie - po ludzku - najgorsze, a zarazem najlepsze najpiękniejsze...

    Tracę wielkie bilbordowe ludzkie plany. Marzenia reklam własnego pięknego domu, bezpieczeństwa, poczucia miłości i szczęścia, stabilizacji gwarancji agentów ubezpieczeniowych, farmaceutów, psychologów i trenerów joga-body-art...

    Ale z drugiej strony odkrywam Prawdziwy Świat, poprzez cierpienie i ludzkie osamotnienie. Świat Zmartwychwstałego... Świat Tadzia i Zofii świat Prawdziwej Miłości, Prawdziwej Radości, Prawdziwego Szczęścia...

    Dziś dzień Męki Pańskiej, niebo płacze i smuci się nad Swym Oblubieńcem... czy i my nad Nim i nad nami zapłaczemy...?

    Na koniec fragment pięknej pieśni której słowa dopiero dziś mając ponad 35 lat zaczynam - jeszcze mgliście - ale pojmować...

    Powiedz, co czułeś, Józefie święty
    w godzinę twego zwiastowania,
    kiedy Bóg odebrał Ci wszystko,
    i wszystko dał Ci w zamian.

    Jest taka miłość,
    która godzi ogień z wodą,
    i wolność taka,
    co dla swej woli zamyka drogę.

    Jest taka radość,
    która pulsuje milczeniem,
    i pewność taka,
    co się upewnia nierozumieniem...


    Serdeczne Bóg zapłać Księdzu za piękne Słowo.

    Tomasz

    OdpowiedzUsuń
  14. Mocna rzecz, dzięki toyahu.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.