piątek, 2 września 2011

Gdy śmierć przestaje być pop

Wczoraj media podały informację o śmierci Pauliny Pruskiej. Domyślam się, że na mieszkańcach mojej wsi, jeśli w ogóle do nich dotarła, wiadomość ta nie zrobiła większego wrażenia, natomiast na mnie osobiście – owszem. Otóż ja przede wszystkim wiem, kim była owa Paulina, a mogę nawet powiedzieć, że raz miałem ją okazję zobaczyć realnie, kiedy odbierała nagrodę za swój blog. Pamiętam ją z dwóch powodów. Przede wszystkim, kiedy ona szła w stronę sceny, wszędzie wokół słychać było szept „Patrz, to ta Paula. No wiesz, ta chora na raka”. Poza tym – dla mnie może nawet bardziej – ona wyglądała przepięknie. Była śliczna i kolorowa Dziś Paulina Pruska już nie żyje i w ogóle nie ma już o czym gadać. Ona umarła i przed tą śmiercią nie uratował jej ani jej blog, ani jej popularność, ani przyjaźń ludzi znanych i majętnych, ani nawet najbardziej zaawansowane zdobycze światowej medycyny. A więc, powtarzam – nie ma w ogóle już o czym gadać.
Tak się jednak składa, że jest pewien rodzaj śmierci, który przykuwa uwagę zarówno mediów, jak i całej popularnej kultury, a, co za tym idzie, szeroko pojętej publiczności. Tak było kiedyś w przypadku pewnej siatkarki, tak jest dziś w przypadku Pauli i jej – popularnego niemal tak jak ona sama – „pana Śmieciucha”. Obejrzałem wczoraj reportaż w TVN24 poświęcony walce Pauliny Pruskiej z nowotworem, no i tej jej ostatecznej w tej bitwie porażce. Reportaż tak typowy, jak typowe jest wszystko co powstaje w dzisiejszym przekazie popularnym. A więc były czarnobiałe zdjęcia, był kompletnie pusty, pozbawiony jakiegokolwiek już nawet nie przesłania, ale treści, komentarz, była niezwykle znacząca sesja filmowa – skierowana zapewne pod adresem bardziej inteligentnych telewidzów – kiedy to Paulina Pruska próbuje chodzić po morskim falochronie, ale jej się oczywiście ta sztuka nie udaje i wciąż spada do wody, no i – jak najbardziej – był Zbigniew Hołdys, który, jak się nagle okazuje, nie tylko potrafi życzyć ludziom śmierci, ale również zdrowia i w tym zdrowiu życia. Wiemy więc już wszystko. Paulina Pruska była młoda, piękna, chciała bardzo żyć, wszyscy ją kochali, no i umarła. I nie ma już o czym dłużej gadać.
Skoro jednak wszyscy jesteśmy już w nastroju tak bardzo podniosłym, a nasze serca osiągnęły poziom wrażliwości, który praktycznie oczyszcza nas z wszelkich wcześniejszych grzechów, chciałem powiedziec parę słów na temat innej śmierci. Śmierci nędznej, i nieciekawej, jak jasna cholera. Śmierci człowieka brzydkiego. Tak się złożyło, że parę ostatnich dni spędziłem u siebie na wsi, tam gdzie, jak mówię, wieści o kimś takim jak Paula i jej nowotwór nie docierają.
Nie wiem, czy już kiedyś o nim nie wspominałem, ale możliwe, że nie. Otóż na tej mojej wiosce mieszka pewien pan Bolek. Pan Bolek ma już 90 lat, z pochodzenia jest autentycznym Nadberezeńcem i mam wrażenie, że pod wieloma względami jest znacznie sprawniejszy choćby i ode mnie. Pan Bolek jest osobiście człowiekiem bardzo porządnym i uczciwym, a przez to, że ma za sobą te wspomniane już 90 lat życia, stanowi prawdziwą kopalnię wiedzy przeróżnej. Co ja mówię, wiedzy! Pana Bolka wystarczy posłuchać, jak opowiada o latach spędzonych w wojsku w Bielsku-Białej i o tym, co z nim wówczas robiły miejscowe dziewczęta. A trzeba nam wiedzieć, że on był żołnierzykiem niezwykle urodziwym.
Pan Bolek osobiście nie pije i nigdy nie pił więcej niż przeciętny człowiek. A można wręcz powiedzieć, że jeśli o to idzie, on się zawsze utrzymywał poniżej przeciętnej. Tak się jednak zdarzyło, że miał pan Bolek syna imieniem Janek, który od swojej wczesnej młodości był zwykłym, wiejskim pijakiem. Mieszkał ów Janek całe życie ze swoim ojcem, nigdy szczególnie nie zarabiał na życie, upijał się codziennie, a za to że pan Bolek oddawał mu część swojej emerytury i płacił za niego tak zwany KRUS, ten traktował go dobrze, przynosił do domu złowione akurat w Bugu ryby, gotował dla niego i pomagał mu ile mógł w domu. Ciekawa sprawa z tym KRUS-em. Opowiada mi pan Bolek, że on płacił za Janka to ubezpieczenie nie na wypadek choroby, czy pobytu w szpitalu, bo Janek miał to do siebie, że nawet jeśli chorował, to nie na tyle, by dać się zaciągnąć do szpitala, ani nawet na tyle, by o tej chorobie komukolwiek cokolwiek wspominać. Pan Bolek opłacał za swojego syna KRUS na wypadek jego śmierci, bo to przecież każdy wie, ile taki pogrzeb kosztuje, a człowiek znowu jakimś milionerem nie jest, co nie?
Jak się może już niektórzy domyślili, Janek zmarł, a ja tylko dodam, że zmarł całkiem niedawno, ledwo zeszłej zimy. I to wódka go zabiła. Ponieważ z panem Bolkiem jesteśmy niezwykle zaprzyjaźnieni, a w dodatku szczycę się tym, że on mnie lubi niemal tak samo bardzo jak ja jego i możemy sobie rozmawiać swobodnie o wszystkim, zapytałem go jak to się stało, że Janek zmarł, no i w ogóle, jak on to przeżył, a on mi wszystko bardzo dokładnie opowiedział. Janek chorował oczywiście od dłuższego już czasu, zachowując jednak, zgodnie ze swoim charakterem, kłopoty tylko dla siebie, natomiast śmierć zabierała go od nas przez około tydzień. I opowiada mi pan Bolek, jak to on zaszedł któregoś dnia do domu, Janek leżał bardzo już słaby w łóżku i pan Janek spytał go jakoś tak: „Co byś chciał, Janeczku, żeby ja ci przyniósł?” Na co Janek odpowiedział: „Nic nie chcę, Tatuniu, tylko tak mnie strasznie tu pali, że ja by chciał się napić zimnego piwka”. Pan Bolek poszedł więc do sklepu, kupił Jankowi dwie puszki piwa, no ale niestety sytuacja była już tak rozpaczliwa, że biedny Janek nie był w stanie nawet wypić z tego piwka więcej niż parę łyków. Później tylko jeszcze zdążył powiedzieć swojemu ojcu, że on wie, że to wszystko przez tę wódkę. A parę dni później pan Bolek zobaczył, że Janek jest jeszcze słabszy, zapalił więc gromnicę i tak już tylko przy nim siedział. I w pewnym momencie Janek powiedział tylko „Odchodzę”. I umarł. Właśnie tak. Powiedział, że odchodzi i od razu umarł.
Pan Bolek opowiada mi, jak to on każdego ranka tak bardzo płacze za swoim synem, że mu już na resztę dnia łez nie starcza. Ale cieszy się z jednego powodu. Że odkładał na ten KRUS, a jednocześnie też co miesiąc wkładał jakąś tam sumę do szuflady. A więc kiedy Janek umarł, on mógł bez problemu zapłacić za pogrzeb, a teraz właśnie jeszcze dostał zwrot tych pieniędzy od państwa. Więc będzie miał też gotówkę, kiedy sam umrze.
Opowiadam te historię, i oczywiście mam poczucie, że obraz, jaki ona niesie, nie jest w żaden sposób fascynujący w taki sposób, w jaki przyzwyczailiśmy się traktować to słowo. No bo cóż jest fascynującego w tym, że gdzieś, w jakiejś zapadłej dziurze na Podlasiu, jakiś najstarszy na świecie wieśniak pochował swego syna pijaka? Cóż jest fascynującego w tym, że zmarł jeszcze jeden pijak, zwłaszcza taki, który nie był ani artystą, ani pisarzem, ani nawet lokalnym bohaterem? No dobra. Zgodzę się, że to końcowe „odchodzę” może robić pewne wrażenie. Jednak nie ulega wątpliwości, że przy tym całym brudzie i przy tej szarości, no i jeszcze przy tym niewątpliwym smrodzie końca lata, czy środku zimy – obojętne – na wiejskim podwórku, jakoś trudno jest się wzruszać.
Dla tych więc, których wrażliwość wymaga czegoś specjalnego – ale też, przyznać muszę, i dla tych, którzy są wrażliwi tylko ot tak sobie – mam na koniec coś zupełnie ekstra. Otóż podczas tego samego mojego pobytu na wsi, miałem okazję spędzić znaczną część czasu z dwoma kotami. Były to koty malutkie i tak słodkie, jak tylko można sobie wyobrazić dwa małe, rude, słodkie kociaki. Nie wiem, skąd się one wzięły, ale z całą pewnością urodziły się bardzo niedawno i z jakiegoś powodu spodobało im się zamieszkać na naszym ganku. Spędzały sobie one swoje dnie i noce głównie na tym ganku, co nie znaczy oczywiście, że od czasu do czasu nie wychodziły pomyszkować sobie po okolicy. A zatem niekiedy znikały, by jednak zaraz wrócić. Któregoś dnia przyszedł jeden i położył się pod ławką. I nagle za nim pokazał się drugi, jednak z jakiegoś powodu nie szedł, lecz się czołgał w jakiś przedziwny sposób, kręcąc się przy tym jak bąk wokół swojej osi i przypominając – zupełnie nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy – tego kalekę z wiersza Leśmiana, który zamiast chodzić skakał. Prześlizgnął się jakimś cudem przez siatkę w płocie i od razu położył się na trawie. Zmartwiłem się tym widokiem okrutnie, obróciłem się do Ani i mówię jej: „Popatrz. On jest cały połamany”. Spojrzeliśmy, a jego już nie było. Szukaliśmy go dookoła, ale już go nie znaleźliśmy.
Mądrzy ludzie mówią, że kiedy zwierzę umiera, odchodzi, i chowa się tak głęboko, by umrzeć w samotności. A ja jakoś to rozumiem. Bo umieranie, to z całą pewnością zawsze – i na zawsze – samotność. I nie zmienią tego ani pochyleni nad nami ze świecami bliscy, ani tym bardziej wpatrzone w nasze spierzchnięte wargi kamery telewizji. Tylko oczy gwiazd. I to gwiazd w sensie podstawowym, a nie przenośnym.
Jeśli kogoś ten tekst nastroił refleksyjnie i uważa, że czas przeznaczony na jego przeczytanie nie został stracony, bardzo zachęcam do kupowania książki o siedmiokilogramowym liściu, i o korzystanie z podanego obok numeru konta i zasilanie tego bloga, a przy okazji nas tu na miejscu. Dziękuję.

38 komentarzy:

  1. @Toyah

    Tym smutnym i przenikliwym tekstem pokazałeś, że jesteś dobrym człowiekiem Toyahu.

    OdpowiedzUsuń
  2. @Toyah

    Bardzo mi sie ten tekst nie podoba.
    Chyba mi sie nie wydaje,ze odnosisz pewna satysfakcje z ostatecznego zwyciestwa smierci nad ta biedna dziewczyna.
    Tak ja to odbieram.
    Chcialbym sie mylic.

    OdpowiedzUsuń
  3. @jazgdyni
    Dobrze to słyszeć. Nieskromnie powiem, że właśnie coś w tym kierunku podejrzewałem. powiem, że właśnie coś w tym kierunku podejrzewałem.

    OdpowiedzUsuń
  4. @tobiasz11
    Ależ z całą pewnością nic Ci się nie wydaje. Twoje zrozumienie tego tekstu jest ostre jak rosyjska żyletka. On cały jest wyrazem radości z powodu tego, że ona umarła. Jak się dowiedziałem, że ona umarła, aż się roześmiałem. W pierwszej chwili nawet postanowiłem go zatytułować: 'Hura! Niech żyje śmierć'.
    Gratuluję Ci inteligencji, przenikliwości, no i wrażliwości. Kogoś takiego jak Ty nam tu od dawna brakowało.

    OdpowiedzUsuń
  5. Toyahu,

    Dziekuje za komplementy.
    Pomimo Twej ironii mysle jednak,ze cos jest w tym tekscie takiego co mi nie pachnie zbyt ladnie.
    Wstawki o Holdysie,przyjazni ludzi znanych i majetnych.Gdzies tu lezy jakis falsz.
    Tyle Toyahu,moj kolego mily.
    Pozdrawiam jak zwykle serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja takiego wrażenia nie odniosłem. Tekst jednak przypomniał mi jednak dziwne uczucie, które mnie ogarnia, kiedy widzę w TV ludzi, celebrytów, niejednokrotnie bardzo surowo wypowiadających się o innych(najczęściej również osób publicznych), baaardzo surowo, a potem widzę ich przejętych, zatroskanych kiedy za pomocą swojej popularności próbują pomóc chorym, kalekim. Wpada mi wtedy do głowy myśl, pytanie, także nieco mnie krępujące, czy ich pomoc dla potrzebujących jest tylko dla wybranych?? Czy potrafiliby pomóc każdemu??

    OdpowiedzUsuń
  7. @tobiasz11
    Źle zrozumiałeś mój tekst. Niepotrzebnie szukasz tam czegoś, czego tam nigdy nie było.
    Pozdrawiam Cię wzajemnie.

    OdpowiedzUsuń
  8. @zawiślak
    Oczywiście, że nie dla każdego. Tylko dla tych, na których losie mogą podkarmić swoje ego.

    OdpowiedzUsuń
  9. Toyahu!

    Trochę mi przykro, że jakoś nigdy wcześniej na blog Pauli nie trafiłem i dopiero po dzisiejszym Twoim wpisie zajrzałem i przeczytałem ten ostatni wpis zamieszczony już przez jej bliskich.

    Śmierć jednak nigdy nie jest pop. Nawet śmierć Amy Winehouse, ona też odeszła w zupełnej samotności. To co pop robi ze śmiercią to już zupełnie inna historia i w zasadzie tym się dość często zajmowaliśmy w tym miejscu.

    Trudno mi się dziś komentuje ten tekst, jestem jako czytelnik zaskoczony i zbity z pantałyku. Bo mamy tę kampanię, jazgot jest niemożliwy a tu takie rozważania.

    Dziś więc sobie dłużej pomilczę nad tym tekstem, który tak trudno skomentować.

    Ukłony!

    OdpowiedzUsuń
  10. @Kozik
    I ja Cię pozdrawiam.
    Do Tobiasza:
    Widzisz? Tak się czyta teksty.

    OdpowiedzUsuń
  11. W środę szedł sobie Nowym Światem młody człowiek, narkoman, niemiłosiernie brudny, obdarty i wychudzony. Nowy Świat jest jedną z piękniejszych ulic europejskich stolic (sprawdziłam to), więc w takiej scenerii ten narkoman był kimś bardzo dziwnym i niemal nierzeczywistym.
    Na tle tego narkomana (którego czeka niechybna śmierć w jakimś miejskim zakamarku) Janek przynajmniej umierał w swoim domu, był przy nim jego ojciec, w jakiś sposób była to jednak godna śmierć.
    Swoją drogą to smutne, że w tych różnych polskich wioseczkach alkoholicy tak dogorywają. W większych miastach (skupiskach ludzkich) jest zawsze jakaś szansa, żeby trafili na odwyk, jakąś zupę i chleb w jadłodajni Caritasu, albo do jakiejś parafialnej grupy AA. Na wsiach to ich staczanie się odbywa się jakoś tak cicho, w dużej mierze za zgodą sąsiadów i rodziny, zupełnie bezradnych i zupełnie nieświadomych tego, że można się tej chorobie oprzeć i że wcale nie musi ona stanowić nieodwracalnego wyroku.
    @Toyah - mnie się ten Pana post podoba.

    OdpowiedzUsuń
  12. @jel
    Mnie też. No ale trudno żeby było inaczej, prawda?
    Co do Janka, on nie chciał się leczyć. Zachował się jak ten kot.

    OdpowiedzUsuń
  13. @toyah

    Mam takie samo odczucie jak Kozik, że ten wzruszający tekst robi niesamowite wrażenie w tym dniu pełnym zgiełku i przedwyborczych harców.
    Każda śmierć (nawet tego biednego kotka) wiąże się z samotnością, tajemnicą i powagą.
    Twój tekst przypomina starą prawdę, że wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi i tak samo bezradni.

    @tobiasz

    Doprawdy nie jestem w stanie pojąć, jak można ten piękny, płynący z serca tekst odczytać w ten sposób, który zaprezentowałeś.
    Zastanów się człowieku nad sobą.

    OdpowiedzUsuń
  14. @Marion
    Cały czas kombinuję, by wstawić tu zdjęcie tych kotków (bo mam je jak najbardziej). Boje się tylko, że wtedy zaczniemy się zastanawiać, który z nich nie żyje. A to by nam było zupełnie niepotrzebne.
    Co do Tobiasza, pomylił się. Bywa i tak.

    OdpowiedzUsuń
  15. @toyah

    Lepiej nie wstawiaj, bo mogłoby to zaburzyć powagę całego tekstu. A jest on z gatunku tych, nad którymi trzeba podumać w milczeniu.

    OdpowiedzUsuń
  16. Kiedy nie ma Boga, śmierć jest zawsze wykluczeniem.
    Pop nie wierzy w Boga więc te rozpaczliwe zawracanie kijem rzeki jest na przemian groteskowe i tragiczne. Bez wiary w Boga, śmierć dziecka jest największym bezsensem tego świata. Jest po prostu piekłem na ziemi.

    OdpowiedzUsuń
  17. Dla kultury pop, telewizji wszystko jest widowiskiem. Śmierć, śmierć prawdziwa a nie udawana jak w filmie fabularnym jest szczególnie cenna. Wokół takiej popowej śmierci skupiają się ludzie, którzy bez bycia w telewizji żyć nie potrafią.
    Nie wiemy czy czynią to z porywu serca, czy z wyrachowania.

    Napisałeś Toyahu wstrząsający tekst. A jednocześnie - paradoksalnie - optymistyczny.

    OdpowiedzUsuń
  18. @Tobiasz11
    Brawo. Dedykuję Ci wzruszający fragment tekstu Hołdysa o wspaniałym prezencie dla Pauliny, o ileż szlachetniejszy i bardziej poruszający niż nieszczere wynurzenia Toyaha:
    "I oto dwa dni temu dostałem cyneczkę, że mam siedzieć przy kompku i natychmiast zasysać filmidło. Po paru minutach je odpaliłem. Gdybym pił, to bym pomyślał, że jestem zdrowo narąbany. W sumie nic wielkiego, ale miałbym wyjaśnienie. Ale ja jestem trzeźwiutenki od 21 lat. Niczego nie jaram. Żaden demerol - nic a nic. Widzialem na TMZ apteczkę M.Jacksona - ani jeden drug mi niczego nie przypomina. Owszem, coś na wątrobę i coś na arytmię serca, ale żadnego napalmu, kręcenia, latania - nic.
    No to luknijcie sami, ale uprzejmie sugeruję zapięcie pasów bezpieczeństwa!:
    "Paulina, I wish you all the best! A big kiss from Hollywood!" - woła boska MM do naszej boskiej PP z Bulwaru Zachodzącego Słońca! Przetrzyjcie oczy i luknijcie jeszcze raz!"
    Itd.
    Wszystkich pozostałych z Toyahem na czele przepraszam za umieszczenie tego cytatu.

    OdpowiedzUsuń
  19. @xe
    To prawda. Kiedy nie ma Boga, pozostaje pop. W tym wypadku najbardziej płytki New Age.
    Tyle że to nijak się nie ma do samej Pauliny Pruskiej. Tak naprawdę o niej nie wiem nic. Poza tym, że umierała w samotności. Tak jak każdy z nas.

    OdpowiedzUsuń
  20. @Jan
    Z wyrachowania i z głupoty.

    OdpowiedzUsuń
  21. @Marylka
    Nie masz za co przepraszać. Ten Hołdys jest tu dla nas bezcenny. Powiem nawet, że to co przekazałaś, to zdecydowanie za mało. Bez wyjaśnienia kontekstu, pozostaje tylko ten żenujący bełkot.
    Ja będę bardziej bezwzględny. Proszę zajrzeć do źródła i "zassać to filmidło":
    http://holdys.blogspot.com/2009/07/paula-nie-uwierzysz.html
    To zasługuje na zupełnie osobną refleksję.

    OdpowiedzUsuń
  22. @Marylka@Marion

    Nie rzucajcie sie tak.
    Holdysa i cala te dwulicowa ekipe mam w glebokiej pogardzie,wiec nie wiem po co serwujesz tu takie gowniane kawalki.

    Powiem to samo innymi slowami-rozwazania o smierci tej biednej dziewczyny nie powinny isc w parze z opisem calej tej medialnej otoczki wokol niej.

    Moim zdaniem Toyah popelnia ten sam blad co TVN.

    Po co pisac,ze nie pomogly jej wywinac sie smierci przyjaznie osob znanych i majetnych(nawet jesli nieszczere)czy pomoc i zyczenia Holdysa,nawet najnowoczesniejsza medycyna ,nawet jej BLOG(sic).

    Tu tkwi w/g mnie jakis zgrzyt i z tego powodu caly tekst ,pomimo calej powagi,zostal skazony tym dla mnie nie do przyjecia argumentem.

    Tyle,musze konczyc po w poczekalni czekaja pieski i kotki nad ktorymi musze sie pochylic z moja wrazliwoscia cepa i inteligencja mlota:)
    Nie wrozy im to dobrze,prawda?

    OdpowiedzUsuń
  23. @tobiasz11
    Pytasz, po co? To ja Ci odpowiem. Po to mianowicie, żeby pokazać, że śmierć to nie estrada, i jakiekolwiek "wysyłanie światełek" do Pauli nic tu nie pomoże. Równie dobrze, oni wszyscy mogliby zgasić światło, wyciągnąć zapalniczki lub telefony komórkowe i zacząć nimi machać do dźwięków piosenki November Rain. Na przykład.
    Na koniec uwaga już bezpośrednio do Ciebie. Nie zrozumiałeś tego tekstu. Po prostu. I, jak mówię, zdarza się. No, ale trudno, żebyś nie ponosił teraz tego konsekwencji.

    OdpowiedzUsuń
  24. @Toyahu,

    Powtorze ostatni raz,tekst jest prosty i zrozumialy, nawet dla mnie.Przeslanie chwalebne.
    Spor idzie o metodyke.Zrozumcie to w koncu Ty i Twoje przemile komentatorki.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  25. @tobiasz11
    "Bardzo mi się ten tekst nie podoba.
    Chyba mi się nie wydaje, że odnosisz pewną satysfakcją z ostatecznego zwycięstwa śmierci nad tą biedną dziewczyną.
    Tak ja to odbieram.
    Chciałbym się mylić".
    No więc owszem. Chciałeś to i masz - myliłeś się.

    OdpowiedzUsuń
  26. @Tobiasz11
    Nie pisałeś nic o metodyce, tylko bez ogródek wyraziłeś podejrzenie, że Toyah cieszy się ze śmierci Pauliny. A skoro rzeczywiście nie podoba Ci się metodyka, to kwestionujesz spory kawałek literatury.

    OdpowiedzUsuń
  27. @All

    Z blues'em chyba trzeba się urodzić.
    Tego nie da się rozpatrywać "rozumowo".

    Kto nie czuje, nie poczuje.

    OdpowiedzUsuń
  28. @All
    O życiu i śmierci Pauliny, czytałem bez minimalnych choćby emocji. Natomiast bardzo wzruszająca (łzy leciały ciurkiem) była historia ojca staruszka i jego umierającego syna, pijaka.
    Tam, gdzie mamy do czynienia lub opisu prawdziwego życia, jest miejsce na wzruszenia.

    OdpowiedzUsuń
  29. @Leszek152
    Może to istotnie jest kwestia tego bluesa?

    OdpowiedzUsuń
  30. @Leszek152
    Może dlatego bo o życiu Pauliny jest napisane tyle, że nie żyje.

    "Ona umarła i przed tą śmiercią nie uratował jej ani jej blog, ani jej popularność, ani przyjaźń ludzi znanych i majętnych, ani nawet najbardziej zaawansowane zdobycze światowej medycyny."
    Smutne jak wykpiwa się czyjąś walkę o życie.

    OdpowiedzUsuń
  31. @Navia
    Głupia jesteś. Tu nikt nie wykpiwa jej walki o życie. Tu wszyscy płaczą nad jej śmiercią. Tyle że nie tylko jej. I to jest różnica, której nie rozumiesz.

    OdpowiedzUsuń
  32. @Autor

    Napiszę przewrotnie: mi także ten tekst nie bardzo się podoba, bo jest "oczeń duszoszczipatielnyj".

    OdpowiedzUsuń
  33. 2pmk
    To znaczy, że szczypie duszę? Cieszę się. Tak miało być.

    OdpowiedzUsuń
  34. Autor tekstu faktycznie uważa się za niezłego wieszcza,skoro jest tyle osób,które nie rozumieją jego intencji. Niech szanowny autor jednak wie,że słowo pisane jest materiałem do indywidualnej interpretacji,bez sakramentalnego "co autor miał na myśli".Tego nigdy nie wiemy, bo ja patrząc na drzewo będę myślała o strukturze korzenia, a Paula myślała o sensie życia.
    Inną sprawą jest oczywiście to, że w obliczu śmierci wszyscy jesteśmy samotni i musimy przed nią stanąć nadzy i bosi. Napełnia nas ona tak wielkim strachem, że większość z nas stara się w ogóle wyprzeć ze swojej głowy jakiekolwiek myśli o niej.Każdy z nas także stara się w swój indywidualny sposób radzić sobie z tym przejmującym strachem. Jedni zaszywają się w "zarośla", jak wspomniane przez Ciebie zwierzaki,lub zapijają ten strach hektolitrami sfermentowanych napojów, a inni szukają zrozumienia, empatii i "bycia" z innymi. To im zwyczajnie pomaga. I jeszcze jedna kwestia jest tu bardzo istotna - żyjemy w takim świecie, jakim żyjemy. Ludzkie życie -mimo tego, że jest bezcenne - to jest jednak bardzo drogie, coraz droższe. Najwyraźniej to widać, gdy ktoś, taki jak Paula, próbuje stanąć w szranki walki o to życie. Okazuje się, że chodzi najczęściej o kwoty wzięte z księżyca, zupełnie niesiągalne dla zwyczajnego człowieka. I co wtedy? Trzeba działać metodami jakimi tylko się da, więc uczestnictwo w "procederze" zbierania pieniędzy na leczenie ludzi znanych i popularnych jest najlepszą, a czasem jedyną szansą na sukces. Pomyśl, że wiesz, że istnieją metody, które moga uratować Ci życie, ale Cię na nie nie stać. Nie zrobisz wszystkiego, co się da? I jeszcze jedno, Pauli się nie udało,mimo WSZYSTKO, co robiła i mimo wszystkich znanych i nieznanych osób, które ją wspierały, ale przecież " zgóry wiemy, że tę sprawę mamy przegraną, jednak procesujemy się do samego końca". I to jest przwdziwy sens

    OdpowiedzUsuń
  35. @Asik
    "Autor tekstu faktycznie uważa się za niezłego wieszcza, skoro jest tyle osób,które nie rozumieją jego intencji".
    Cóż to za przedziwne zdanie! A jakiż to związek przyczynowo-skutkowy jest między tym, że ktoś nie rozumie moich intencji, a tym, za kogo ja się uważam?
    Poza tym, nie przesadzaj. Zdecydowana większość tych, co tu przychodzą, świetnie wiedzą, o co mi chodzi.

    OdpowiedzUsuń
  36. @toyah
    Cóż to za przedziwne zdanie! A jakiż to związek przyczynowo-skutkowy jest między tym, że ktoś nie rozumie moich intencji, a tym, za kogo ja się uważam?
    Poza tym, nie przesadzaj. Zdecydowana większość tych, co tu przychodzą, świetnie wiedzą, o co mi chodzi.
    A cóż to autor miał na myśli......? A no to, że większość wieszczów była nierozumiana, przynajmniej za życia. Nie to jednak tu najważniejsze, ale to, że nie umiesz przyjąć krytyki, jakiejkolwiek. Jeśli się pisze publicznie (a internet to miejsce publiczne), to trzeba się przygotować nie tylko na pochwały, ale i krytykę. Nie wszystkim musi się podobać, prawda? To wolny kraj. Ale najbardziej rzuciło mi się w oczy z jaką agresją traktujesz każdego, kto ośmiela się w jakiś sposób z Tobą nie zgodzić.Każdemu zarzucasz brak zrozuienia czytanego tekstu i to w dość niewybredny sposób. Przecież możnaby pogadać, próbować przekonać się wzajemnie, polemizować............. ale cóż, tu się nie da.
    Gdybyś zadał sobie nieco więcej trudu i przeczytał ze zrozumieniem WSZYSTKO, co napisałam, zobaczyłbyś, że tak ogólnie to się z Tobą zgadzam i nawet zrozumiałam o co kaman, tylko nieco inaczej to widzę. Mam takie prawo.

    OdpowiedzUsuń
  37. @Asik
    Gdzież tu jakakolwiek agresja? Napisałaś, że ponieważ wielu czytelników nie rozumie o co mi chodzi, to ja się muszę uważać za wieszcza, a na to ja wyraziłem opinię, że ta myśl jest kuriozalna. No bo przede wszystkim nie tak wielu, a poza tym, w jaki sposób to że ktoś nie rozumie o co mi chodzi, ma sprawiać, że ja się poczuję wieszczem?
    I to ma być ta agresja???
    Druga sprawa. Ja świetnie wiem, że się ze mną zgadzasz. Niemal cały Twój komentarz dotyczy tego, że się ze mną zgadzasz. Tyle że mi chodziło wyłącznie o to jedno zdanie. Że ja się rzekomo uważam za wieszcza. Absurd.
    No i jeszcze jedno, a propos rozumienia. Jeśli ja piszę tekst, który jest zwykłym zawodzeniem nad śmiercią - każdą śmiercią - a ktoś ni stąd ni zowąd zaczyna na mnie krzyczeć, że ja się cieszę ze śmierci Pauliny Pruskiej, to zapewniam Cię, że to nie jest debata o drzewie i jego strukturze.

    OdpowiedzUsuń
  38. A ja czytając teksty Toyaha nie oczekuję jakiejś specjalnej dyskusji, polemiki...A najmniej spodziewam się tego że przyzna mi rację:) Jakąkolwiek. W czymkolwek. Blog(tak jak i kommenty gości pod tekstami!) traktuję jako impuls do własnych przemyśleń, a bardzo często przypomnienie faktów z przeszłości(tej bliższej,np. z wyborów parlamentarnych 2005r.) jak i dalszej(historia przemian po '89, sprawy PC, SdRP itd., itp.). Co do osobowości i temperamentu autora zdanie mam raczej wyrobione i laurek ani krytyki nie zamierzam tu składać. Biorę Toyaha beneficium inventare. I pamiętam, że jestem tu gościem. Z gościa prawami i obowiązkami:)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.