poniedziałek, 27 października 2008

No to po jednym za pomyslność obywateli... i dość!

Miałem nadzieję, że mój kolejny wpis, przez to, że jubileuszowy, będę mógł poświęcić czemuś, jeśli już nie pięknemu, to przynajmniej ważnemu. Odpuściłem więc pobyt Tuska w Chinach. Odpuściłem jego nędzny powrót. Odpuściłem nawet wczorajsze ‘specjalne', kompletnie dla mnie kuriozalne, wydanie Kropki nad i z piosenkarką Peszek. I cały czas liczyłem, że nagle pojawi się coś, co możliwie najzgrabniej dopasuje się do okazji. Nie doczekałem się. Obejrzałem dziś kolejną Olejnik, jednak już nie z Peszek, tylko z Rafałem Grupińskim - ministrem w kancelarii Premiera. I już wiedziałem, że zabawa nie nastąpi. Pozostanie szary, obezwładniający smród, czystego, zwyczajnego kłamstwa.
Za to będzie krótko. Redaktor Olejnik, po zwyczajowym przekomarzaniu się na tematy ogólne, spytała Grupińskiego o to, czy Tusk spotka się z Dalaj Lamą. Kiedy po kolejnej odmowie udzielenia konkretnej odpowiedzi, Grupiński - postawiony pod ścianą - zaczął coś bredzić o tym, że on za komuny bardzo szanował Dalaj Lamę, pani Olejnik poprosiła go o komentarz na temat tuskowej sugestii, że Polskę i Chiny łączą wspólne wartości. Grupiński znów próbował się ślizgać i albo opowiadał coś o wartościach gospodarczych i wartościach jeszcze jakiś innych, podobnych do gospodarczych, by wreszcie - nieboraczek! - zawołać, że panu Premierowi chodziło o to, że Chiny i Polska podobnie dbają o „pomyślność obywateli".
Dziś w Rzepie czytać można niezwykle ciekawy i pouczający wywiad z Radosławem Pyffelem, prezesem Centrum Studiów Polska-Azja, na temat Chin i na temat ewentualnych celów i korzyści płynących z wizyty Premiera właśnie w Chinach. Pyffel mówi, że z punktu widzenia chińskiej władzy, postawa Premiera była godna uznania. Że Chińczycy, w uznaniu dla zachowania Donalda Tuska, w pewnym momencie nawet zdecydowali się podwyższyć rangę wizyty polskiej delegacji.
Dzięki tej wspaniałej atmosferze, gospodarcze stosunki między Polską a Chinami uzyskają nową jakość, a przede wszystkim - co, jak przypuszcza Pyffel, mogło być faktycznym celem chińskiej polityki polskich władz - Chińczycy mogą nam pomóc modernizować nasz kraj. Pyffel nazywa ten plan, pomysłem „niefortunnym". Dlaczego? Proszę posłuchać."
"Po pierwsze trzeba pamiętać, jaką Chiny płaciły cenę za swój cywilizacyjny skok. W jakich warunkach pracowali ci, którzy budowali te autostrady. Wielu z nich po prostu przypłaciło to zdrowiem. Jeśli oni przyjadą tutaj ze swoją kulturą pracy, może to wywołać szok i protesty. Proszę pamiętać, że w Chinach 200 milionów ludzi wyemigrowało ze wsi do miast. To tzw. ludowi robotnicy. Mieszkają w pomieszczeniach po osiem osób w pokoju, na dwupiętrowych łóżkach. Pracują po kilkanaście godzin dziennie, przez sześć, a nawet siedem dni w tygodniu, beż żadnych ubezpieczeń, do niedawna bez żadnego kodeksu pracy, bo taki kodeks wprowadzono dopiero w tym roku. Reforma Balcerowicza to bajka dla małych dzieci w porównaniu ze zmianami, które zaszły w Chinach. Społeczeństwo chińskie za fantastyczny rozwój zapłaciło nieprawdopodobną cenę. W komunistycznym - z nazwy - kraju jest płatne szkolnictwo, są płatne szpitale, a wielu ludzi nie ma żadnych szans na awans społeczny. Jeśli nie mają pieniędzy, to nie wysyłają dzieci do szkół i umierają, bo nie mają pieniędzy na leczeni. [..]
...nie można ulegać mirażom. Oni u siebie kierowali się zupełnie innymi zasadami, tych zmian dokonali w innych warunkach i otoczeniu. U nas to nie musi się powtórzyć. Mamy inne procedury, które będą ich blokować. Czy Chińczycy zbudowaliby obwodnicę nad Rospudą? Nie zbudowaliby. [...]
Boję się, że ich przyjazd niewiele zmieni. Będą mieszkać stłoczeni w barakach, czekając na rozmaite pozwolenia. To jest główny nasz problem. Zmieńmy najpierw przepisy, uprośćmy procedury." Czy mogliby Chińczycy zbudować nam stadiony i drogi? Mówi Pyffel:
Nie. To jest absolutnie nowatorski pomysł. W Afryce budują, ale w Europie nie. Przywożą swoich pracowników i bardzo szybko budują. A u nas ich pracownicy będą podlegali tym samym prawom co polscy, więc utracą swój największy atut, czyli znacznie mniejsze wymagania finansowe i brak oczekiwań socjalnych. Sprowadzenie Chińczyków do Polski to eksperyment. Bardzo ryzykowny, więc mam nadzieję, że rząd to bardzo dobrze przemyślał."
I dalej:
To byłaby nowa era. Niewielka ilość Azjatów, powiedzmy 200 tysięcy ludzi, może mieć dobry, ożywczy wpływ na naszą gospodarkę. To pracowici, przedsiębiorczy, szybko uczący się i przestrzegający prawa ludzie. Ale jeśli będzie ich zbyt dużo, mogą się zacząć poważne problemy. Chińczycy zamykają się we własnych środowiskach, tworzą getta, China Town, znane z wielu krajów w świecie. Nie wiadomo, jak zareagują na obecność Chińczyków konserwatywne grupy społeczne i co powiedzą związki zawodowe. Moim zdaniem potrzebna jest przemyślana polityka imigracyjna. Nie wiem, czy ktokolwiek myśli o długofalowych konsekwencjach tych decyzji, które mogą na zawsze zmienić oblicze Polski."
I to koniec tego mojego dzisiejszego, smutnego, wcale nie takiego, jak sobie wcześniej planowałem, wpisu. Ale cóż robić? Takie czasy, tacy ludzie, takie inspiracje.
Może na sam koniec zagadka. Jak myślicie, jak długo to coś może jeszcze trwać?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz