środa, 14 maja 2014

Stephen Biko, czyli ten pociąg już odjechał

Parę dni temu, dokładnie rzecz biorąc w późny poniedziałkowy wieczór, mój serdeczny kolega, znany nam z tego bloga, Lemming, zapytał mnie, kto to taki ten Stephen Biko. Powiem szczerze, że z jednej strony się zdziwiłem, bo mam Lemminga za osobę ode mnie znacznie bardziej oczytaną i wyposażoną we wszelkiego rodzaju wiedzę, a z drugiej, zdałem sobie ponurą dość sprawę z tego, że fakt bycia przez znaczną część dorosłego życia wystawionym na najróżniejszą peerelowską propagandę naraził mnie na obcowanie z wiedzą akurat kompletnie zbędną. No bo zastanówmy się: skoro i tak już musimy wszyscy wiedzieć, kim był Nelson Mandela i jak wyjątkową osobą była jego wybitna żona Winnie, to naprawdę nie ma powodu, by naszą pamięć zajmowała osoba Stephena Biko. No a ja akurat zawsze wiedziałem, kto to taki.
Otóż rzecz, krótko mówiąc, sprowadza się do tego, że Biko, podobnie jak Mandela, był przez wiele lat czołowym południowoafrykańskim terrorystą, z tą różnicą, że – jak czytamy w różnego rodzaju źródłach – Mandela, jako działacz zawsze bardziej ostrożny, a może tylko sprytny (taki bardziej, jak go nazywają, czarny Ghandi), zachował swoją pozycję i z czasem stał się nawet poważnym politykiem w skali świata, to Biko się za bardzo nie patyczkował i widząc, że czarni w Południowej Afryce stają się z czasem zbyt ulegli wobec białej władzy, wezwał młodzież to walki o coś, co sam nazwał „czarną świadomością”, uruchomiając tym samym potężną falę przemocy, w efekcie czego został aresztowany i tam w więzieniu zamęczony na śmierć. No a ponieważ my ludzie żyjący w PRL-u o świecie wiedzieliśmy znacznie więcej, niż dziś ktokolwiek jest sobie w stanie wyobrazić, dowiedzieliśmy się o męczeństwie Stephena Biko i to nazwisko brzmi nam w głowach do dziś.
Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego, nawet jeśli wypadły nam z pamięci postępki, które ostatecznie doprowadziły do tej strasznej śmierci, nie byliśmy w stanie zapomnieć jego nazwiska. A to już ani dzięki PRL-owskiej propagandzie, ani tym bardziej szczególnych zasług samego Biko, ale dzięki sztuce wielkiego muzyka, piosenkarza i kompozytora Petera Gabriela. To on właśnie, Peter Gabriel, w roku 1980, a więc trzy lata po śmierci Biko, napisał jeden z największych swoich przebojów, a przy tym utwór absolutnie najwybitniejszy, zatytułowany „Biko” ze słynną frazą „Biko – because”, i wykonuje go do dziś na wszystkich swoich koncertach, jako absolutnie ostatni bis, schodząc ze sceny i pozostawiając tysiące widzów w miejscu, gdzie oni nie są nawet w stanie przestać śpiewać tej melodii.
Dzięki przyjacielskiej uprzejmości mojego kolegi Lemminga, udałem się w miniony poniedziałek do Łodzi na koncert wspomnianego Gabriela, gdzie miałem okazję również wziąć – niemy, bo niemy, ale jednak – udział w owej demonstracji, i gdzie po raz kolejny, tym razem na własne oczy i uszy, mogłem potwierdzić fakt, że Peter Gabriel jest dziś już jednym z ostatnich wielkich artystów tak zwanej muzyki popularnej, no i gdzie wspomniany Lemming zapytał mnie, czy wiem, kim był ten Biko. Sam koncert był czymś tak niewyobrażalnie pięknym, że ja nie mam słów na to, by to opisać i opisywać nie będę; jak ktoś ma ochotę się temu przyjrzeć bardziej z bliska, polecam youtube – tam jest wszystko, co trzeba. Ja bym jednak dziś chciał pociągnąć temat tego Biko.
Mamy więc Petera Gabriela i tę jego niezwykłą piosenkę, której on w pewnym sensie używa, jako sztandaru, a ja się zastanawiam, dlaczego on nigdy nie wpadł na pomysł, by śpiewać o innych ofiarach państwowej przemocy, spod innych zupełnie szerokości geograficznych, jak choćby o Stanisławie Pyjasie, który został zamęczony na śmierć ledwie parę miesięcy przed Stephenem Biko. Czemu Peter Gabriel nigdy się na tyle nie przejął męczeńską śmiercią Grzegorza Przemyka i nie napisał o nim piosenki? Czemu on nie napisał piosenki o błogosławionym księdzu Popiełuszcze, czy o trzech innych księżach zadręczonych na śmierć przez policyjne państwo? Przecież to jest niemożliwe, by dla niego dramat Stephena Biko był bardziej autentyczny, czy choćby tylko bardziej teatralnie interesujący, niż to co się przydarzyło naszemu Przemykowi. Pewnie jednak o Przemyku zwyczajnie nie słyszał.
Jednak z całą pewnością słyszeliśmy o nim my i słyszeli o Przemyku najwybitniejsi artyści polskiej sceny popularnej, tacy jak Kazik i jego kumpel Litza, Muniek Staszczyk, a nawet tacy bohaterowie polskiej sceny rockowej, jak Hołdys, czy Panasewicz. Ja rozumiem, że oni nie lubią PiS-u, no ale Przemyka chyba lubili? Przynajmniej tak się deklarują. I już nawet nie pytam o tych wszystkich pobożnych artystów, bo oni, jak wiemy, nie schodzą nigdy w swojej sztuce poniżej Listu do Koryntian. No ale czy naprawdę wszyscy musimy czekać aż Maleńczuk się tak wybezczelni, że to on dopiero nam zaśpiewa o śmierci Grzegorza Przemyka, a kto wie, czy nie zapożyczy od Gabriela owej frazy „yihla moja”? W końcu zawołanie „duchu przyjdź” robi dobre wrażenie w każdej sytuacji.
Ktoś mi powie, że ja wciąż gram tymi samymi, od początku do końca znaczonymi kartami, i moje narzekania na poziom naszej sztuki, kultury, no i w ogóle artystycznej wrażliwości robią się powoli nudne. A jeszcze powoływanie się w tym wszystkim na kogoś tak wybitnego, jak Peter Gabriel, jest zwyczajnie nieuczciwe.
Przyznaję, że ja tę reakcję przewidziałem i z tego też powodu postanowiłem, że nie zrobię czegoś, co by się wydawało rzeczą zupełnie naturalną, a więc nie wkleję na tym blogu piosenki „Biko”. Natomiast, zamiast tego, zaproponuję coś, co już nieraz proponowałem, a więc puszczę Wam piosenkę artysty nieznanego zupełnie. Powtarzam – zupełnie. Ten człowiek to idealne komercyjne zero. Piosenka jest o tym, że on się zakochał w dziewczynie, którą zobaczył, jak niesie tę samą płytę, co on. No i zebrał się na odwagę i się z nią umówił. Kiedy więc tak sobie razem siedzieli i słuchali tej płyty, przyszedł chłopak tej dziewczyny, i potwierdził, że to faktycznie świetna muzyka. I tyle. Koniec piosenki. A więc wygląda na to, że ktoś się spóźnił. Po prostu spóźnił, a ja sobie myślę, że to jest sytuacja, jak z najgorszego koszmaru – każdy z nas pewnie taki miał choć raz w życiu – kiedy człowiek się spóźnia. Trochę śpiewał o tym raper Molesta. Tyle że mu nie chodziło o cały naród, a tylko o swoją prywatną gnuśność. I to tyle na dziś.

Wszystkich zainteresowanych moimi książkami, zapraszam na stronę www.coryllus.pl. Mamy tam aktualnie wiosenna promocje na dwie pierwsze książki Toyaha… a co się będę popisywał skromnością? To są naprawdę dwie bardzo dobre książki. A reszta co najmniej równie dobra. Polecam. Jednocześnie bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym numerem konta. Mamy na głowie Rycerzy Jedi z Biura Windykacji Bankowej i bez tej pomocy, leżymy na obu łopatkach. Dziękuję.


niedziela, 11 maja 2014

Czego Lech Kaczyński szukał w Azerbajdżanie?

Po całym tygodniu spraw piekielnie wręcz ponurych, myślę, że nie zaszkodzi nam zadumać się nad sprawami nieco bardziej przyziemnymi. Niemal tak przyziemnymi, jak smoleńskie błoto. Najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Polecam:


Nie wiem, ile z osób czytających te felietony interesuje się sportem, a tym bardziej, trudno mi spekulować, ilu z nich oglądało niedawny mecz piłkarski między drużynami Chelsea Londyn i Atletico Madryt, ale zakładam, że temat nie jest większości bardzo obcy. Natomiast mam mocne podejrzenie – a moje ogólne doświadczenie sprawia, że ono jeszcze nabiera sił – że niewielu z nas zwróciło uwagę na logo umieszczone na koszulkach hiszpańskich piłkarzy.
Dlaczego myślę, że owo logo umknęło powszechnej uwadze? Przede wszystkim dlatego, że ponieważ na piłkarskich trykotach zawsze znajduje się jakiś napis, którego treść jest dla nas z natury rzeczy kompletnie bez znaczenia, a nasza uwaga i tak podczas meczu jest skoncentrowana na czymś znacznie ważniejszym, niż nazwy sponsorów, trudno tu oczekiwać od kogokolwiek specjalnej uwagi. Tu natomiast mieliśmy coś właśnie jak najbardziej specjalnego. Otóż piłkarze Atletico Madryt na swoich koszulkach mieli umieszczony napis „Azerbajdżan – ziemia ognia”.
Ponieważ, jak powszechnie wiadomo, Azerbajdżan nie jest nazwą firmy, ale dawnej sowieckiej republiki, poszukałem trochę w Internecie i dowiedziałem się, że oficjalnym sponsorem drużyny z Madrytu nie jest firma, ale państwo Azerbejdżan. Po prostu. Okazuje się, że władze państwowe Azerbajdżanu postanowiły objąć swoim patronatem być może jedną z największych dziś piłkarskich drużyn świata, i w związku z tym, jej piłkarze, gdziekolwiek się pokażą, mają obowiązek prezentować nazwę tego państwa: Azerbajdżan.
Dla nas, a więc osób, które znaczną część swojego życia spędziły pod sowiecką okupacją, Azerbajdżan kojarzy się nie najlepiej i dość szczególnie. Mniej więcej tak jak Kazachstan, Turkmenia, czy Tadżykistan, by nie wspominać już osobnej przecież Mongolii, tymczasem dziś okazuje się, że podczas gdy sportowcy generalnie reklamują na co dzień wielkie światowe koncerny, czy linie lotnicze, Atletico Madryt ogłasza światu potęgę Azerbajdżanu.
Zobaczmy więc, co jest z tym dziwnym krajem. Otóż jest to państwo, które, jeszcze zanim został okrutnie zamordowany przez System w Smoleńsku, prezydent Lech Kaczyński wyznaczył jako strategicznego partnera dla Polski, i ku powszechnym medialnym szyderstwom wymieszanym z pogardą, i tam w Baku i u nas w Polsce spotykał się z tamtejszym prezydentem. Jak się okazuje, dziś Azerbajdżan uważany jest za jeden z najszybciej rozwijający się gospodarczo krajów na świecie, jednocześnie generujący rocznie niemal trzy miliardy dolarów zysków z turystyki. No i kraj, którego nazwa widnieje na koszulkach piłkarzy prawdopodobnie najwybitniejszej drużyny na świecie. Jeśli ktoś nie wie wciąż, o czym mówię, to proszę sobie wyobrazić sytuację, kiedy ci sami piłkarze grają z napisem, powiedzmy, „Poland – Land of Milk and Honey”.
No ale, jak wiemy, to jest nie do zrobienia. I wcale nie dlatego, że Polska nigdy nie była sowiecką republiką, ale z tej oto prostej przyczyny, że nasze aspiracje nigdy nie sięgały wyżej, niż zapewnianie Ukraińców o naszym oddaniu, oraz pouczanie Węgrów odnośnie tego, co dla nich dobre.

Zachęcam do systematycznego odwiedzania księgarni Coryllusa, pod adresem www.coryllus.pl. Mamy tam kilka fantastycznych promocji, w tym na pierwsze dwie książki Toyaha. Okazja to szczególna, zwłaszcza że długo nie potrwa. Szczerze polecam. No i jeszcze bardziej proszę o finansowe wspieranie tego bloga. Numer konta jest tuż obok. Bez Waszej pomocy to wszystko nie ma ani sensu, ani co bardziej przyszłości. Dziękuję.

sobota, 10 maja 2014

O konserwatywnych filantropach i koktailu z grzybów

Jeszcze wczoraj, na głównej stronie Salonu 24, wisiał tekst człowieka, o którego istnieniu wcześniej, szczerze powiedziawszy, w ogóle nie miałem pojęcia, a który nazywa się Bartosz Marczuk, jak sam o sobie pisze, jest dziennikarzem i publicystą, „teraz w Rzeczpospolitej”, no i ma pięcioro dzieci. Ja oczywiście – jako że tego Marczuka, jak już wspomniałem, dotychczas nawet nie kojarzyłem – nie wiem, czy te dzieci to on ma z jedną żoną, czy z dwiema, a może trzema, i sytuacji nie polepsza nawet fakt, że on, jak się dziś dowiaduję, przyszedł do „Rzeczpospolitej” prosto z Fundacji Republikańskiej, natomiast kiedy przeczytałem te informację, natychmiast pomyślałem sobie, że za tego typu sztuki powinno się zwyczajnie walić w tak zwany „głupi łeb”. Dlaczego? Dlatego, że mało jest działań równie bezczelnych i irytujących, jak potrząsanie liczbą posiadanych dzieci, jako argumentem w kwestiach nie dość, że nie związanych z indywidualną potencją, to dotyczących spraw od owej potencji odległych o tysiące lat świetlnych.
Po co więc Marczukowi te dzieci? Tak w ogóle to nie wiem, ale domyślam się, że w tym konkretnym przypadku po to, by w ten sposób dowieść bez pudła, że jeśli ktoś mówi, że przeciwko podwyższaniu ustawowego wieku emerytalnego opowiadają się wyłącznie durnie i cyniczne świnie, ten ktoś wcale nie musi być jakimś podłym liberałem, ale równie dobrze może być wyznawcą papieskiej nauki o „miłości wzajemnej i dobroci”. A to jest to, co ów Marczuk mówi. Już w samym tytule pojawiają się ci głupcy i cynicy, ale to mu jest na tyle jeszcze mało, że dla pewności podkreśla tę myśl już w samym tekście. Pisze więc:
Powiem wprost. Wszystkich, którzy uważają, że wydłużenie wieku emerytalnego jest złe uważam albo za głupków albo za cyników. Jest jasne jak słońce, że jeśli żyjemy dłużej powinniśmy dłużej pracować. Dobrobyt i rozwój bierze się z pracy, a nie ze świadczeń. Ktoś kto tego nie rozumie jest głupkiem, ktoś kto rozumie, ale wykorzystuje w debacie lęki ludzi, jest cynikiem. Dobrze, że Trybunał Konstytucyjny dał im w tym tygodniu odpór i obronił decyzję o dłuższej pracy”.
Dalej akurat tekstu Marczuka nie czytałem, natomiast uważam, że nawet jak na dziennikarza bez żadnej istotnej historii, tego typu pisarstwo robi wrażenie. Cóż to bowiem oznacza, że ktoś uważa wydłużenie wieku emerytalnego za „złe”? Jest ktoś taki? Ja mogę uważać, że to zagranie jest głupie, albo właśnie cyniczne, ale złe??? Cóż to za kategoria? No a tu mamy właśnie coś takiego. I jakby tego było mało, jest jeszcze ten Trybunał z jego „odporem”. Ciekawe, że Marczuk nie czuje wstydu pisząc takie rzeczy. Czy to jest możliwe, że to jest ktoś z rodziny Weroniki Marczuk? Myślę że tak, bo wystarczą te dwie rzeczy, by się już nawet nie chciało zastanawiać nad tym, jak podobno uczciwy człowiek może nie widzieć, o co chodzi władzy, kiedy ona nam – przecież Marczuk tylko powtarza za Tuskiem – tłumaczy, jak gdybyśmy bez niej tego nie wiedzieli, że „dobrobyt i rozwój bierze się z pracy, a nie ze świadczeń”.
No ale dajmy już spokój temu dziwakowi, bo, jak wiemy, nie ma takiego idiotyzmu, który nie mógłby zostać w jednej chwili przebity przez coś większego. A tu mamy zdarzenia naprawdę poważne. Oto zapowiadana jest książka niejakiego Markusa (naprawdę!) Marcinkiewicza stanowiąca podobno poradnik dla wszystkich obecnych i przyszłych windykatorów, jak windykować szybko i skutecznie. Wprawdzie, z tego co wiemy, Marcinkiewicz ani nie ma pięciorga dzieci, ani nie należy do Fundacji Republikańskiej, natomiast „prywatnie jest pasjonatem gier, muzyki elektronicznej, a także filantropem” i to zapewne go uwiarygadnia na poziomie etycznym. A, wbrew pozorom, kiedy on pisze o skutecznym windykowaniu, główny nacisk kładzie – zupełnie jak Marczuk w kwestii tych emerytur – na etyczną stronę zagadnienia. Książki Marcinkiewicza wciąż na rynku nie ma, ale znamy jej omówienie. Pozwólmy, że sam się na dłuższą chwilę zamknę:
Aby wygrać z dłużnikiem musisz najpierw złamać jego psychiczny opór obronny, chroniący go przed podjęciem męczącego wysiłku naprawy własnego życia! […] Windykator jest samurajem, Rycerzem Jedi, realizującym wielką misję! Wierzy, że dłużnicy o słabszej odporności psychicznej ulegają demonom nieuczciwości. Sile, która ciągnie ich na samo dno mrocznej czeluści. Windykator toczy wielką wojnę, by ciemna strona wchłonęła jak najmniej ludzi. Musi jak najwcześniej zareagować, bo ogarnięty mrokiem dłużnik stacza się w przepaść, ciągnąc ze sobą i niszcząc najbliższą rodzinę. Sposobem na realizację misji jest umiejętna gra na emocjach dłużnika.
Autor zajmuje się problemami etycznymi i moralnymi windykacji. Uświadamia, jakimi mechanizmami psychologicznymi posługują się dłużnicy. Jak zwodzą, okłamują i oszukują, by poradzić sobie z patologiczną i brutalną rzeczywistością, w której żyją. Kładzie nacisk na psychoterapeutyczne umiejętności i techniki wywierania wpływu na dłużnikach”.
Ostatnie dwie notki były poświęcone satanizmowi i wydaje mi się, że w pewnym sensie ta mieści się w temacie znakomicie. Tym razem jednak czuję się wyjątkowo bezradny, jeśli chodzi o szukanie sposobu skomentowania tego wszystkiego w jakiś inny sposób, niż przez czystą prezentację. A więc, mając nadzieję, że przynajmniej na sam koniec uda mi się powiedzieć coś inteligentnego, przedstawię już bez słowa komentarza znaleziony przez mnie w Sieci biogram owego czarownika. Posłuchajmy:
Z wykształcenia dziennikarz. Zawodowy windykator z doświadczeniem od 2003 roku. Jako windykator pracował dla AIG Bank Polska i Kruka, jako menedżer zespołów windykacji dla Ultima Ratio, BKK Wierzytelności, Casus Finanse oraz Eurobanku.
Od 2010 roku Wiceprezes Zarządu ARMADA Polska – Spółka windykacyjna, której jest współzałożycielem. Odpowiada za obszar operacji i negocjacji z dłużnikami. Specjalizuje się w przekonywaniu radykalnie opornych i ekstremalnie trudnych dłużników sektora B2C do rozpoczęcia regularnych spłat!
Zastosowany w jego firmie Model Marcinkiewicza sprawił, że dziś mówi się o ARMADA Polska, że jest najlepsza, bo windykuje dla firm windykacyjnych i funduszy skupujących pakiety wierzytelności. Ale to tylko jeden z powodów.
Praktyk. Ekspert i trener technik motywacji, windykacji, perswazji, wywierania wpływu, psychologii i manipulacji. Wykładowca i prelegent konferencji i kongresów, nie tylko windykacyjnych”.
No i jeszcze raz informacja kluczowa: „Prywatnie pasjonat gier, muzyki elektronicznej, a także filantrop”.
Na koniec proponuję Czytelnikom zagadkę intelektualną. Otóż w dyskusji pod poprzednią notką pojawiły się spekulacje co do tego, kto może stać za projektem zatytułowanym KrainaGrzybówTV. Osobiście, jak już to komuś powiedziałem wczoraj, kompletnie mnie nie interesuje, w kogo wcielił się tym razem Szatan. Dziś jednak zastanawiam się, czy ta odpowiedź nie jest zbyt oczywista? Czy nie jest po prostu tak, że to może ów Markus i jego firma Armada Polska, w ramach poszerzania działalności, uruchomiła to coś i próbuje nas zajść od boku?

Zapraszam wszystkich do księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl, gdzie mamy promocję na obie książki Toyaha: O siedmiokilogramowym liściu, i Elementarz. Nakład na wyczerpaniu, a dodruk nie jest planowany. Bardzo polecam. Jednocześnie serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym numerem konta. Na Diabła zawsze jest modlitwa. Na Marcinkiewicza może nie wystarczyć. Dziękuję.

piątek, 9 maja 2014

Behemoth jest w porządku

Wbrew dość rozpowszechnionej opinii, Katowice, podobnie jak cały ten region, to jedno z najbardziej zielonych miejsc w Polsce. Nie miałem okazji, ale podobno, gdy się wznieść nad Katowice, to owa zieleń jest wręcz uderzająca. No ale przecież nie muszę fruwać nad Katowicami ani samolotem, ani balonem, żeby wiedzieć, jak to miasto wygląda. Mamy więc tu nieopodal na przykład coś co się nazywa Trzy Stawy, a więc bardzo sympatyczne, jak sama nazwa wskazuje, trzy większe i parę mniejszych stawów, a wokół nich potężny, zarośnięty gęstym bardzo niekiedy lasem teren, czyli tak zwany Las Murckowski z jego poplątanymi ścieżkami. Czy on jest większy od Lasu Kabackiego pod Warszawą, czy choćby Kampinosu? Pewnie nie, ale głowy nie dam. A poza tym, to nieważne. To jest naprawdę fantastyczne miejsce.
Szedłem więc sobie któregoś dnia przez ten las i nagle zobaczyłem przybitego do jednego z drzew pluszaka. Nie pamiętam już co to było, czy jakiś miś, czy zajączek, czy lalka-szmacianka, ale był on normalnie przybity gwoździem do tego drzewa i tam sobie tak wisiał. Poszedłem przed siebie, a tam kolejny pluszak, tym razem do góry nogami, i kolejny, i kolejny… Ponieważ las jest zielony, a pluszaki często kolorowe, widać je było natychmiast, jak przybite do tych drzew przedziwne kwiaty. Oczywiście, widok ten zrobił na mnie wrażenie, i to wrażenie jednoznaczne, choćby związane pewnymi skojarzeniami z filmem Blair Witch Project, więc się trochę przestraszyłem, ale też nie bardzo. W końcu za pomysłem, by przybić do drzewa szmacianą lalkę, musi, owszem, stać myśl dość szczególna, no ale ponieważ jednak to wciąż bardziej przypominało sceny z klasycznych horrorów, niż autentyczne zło, nawet chyba o tym tu nie wspomniałem.
Jak czytelnicy tego bloga wiedzą, ja jestem bardzo mocno przekonany o tym, że Szatan nie dość że nie jest żadnym mitem, nie dość, że nie został wcale pokonany, to jak najbardziej jego moc, przestrzeń w której żyjemy wypełnia bardzo gęsto. Z tego mojego przekonania wynika też niejednokrotnie przeze mnie artykułowane ostrzeżenie, byśmy ani na moment nie tracili z pola widzenia, czy choćby ze skrawka naszych myśli ani jego osoby, ani tego, co on robi; żebyśmy mieli nieustanną świadomość, że wystarczy chwila nieuwagi, chwila zawahania, a demon nas zwyczajnie złapie za gardło. I niech nam się nie wydaje, że do tego by być bezpiecznym wystarczy nam nie słuchać zespołu Behemoth.
Dziś nagle sobie uświadamiam, że jest jeszcze gorzej. Dziś nagle mam wrażenie, że gdyby tu tylko chodziło o tego Nergala, te odwrócone krzyże, nawet te okrzyki skierowane w niebo „Fuck you!”, bylibyśmy bezpieczni, jak u mamy za piecem. Wystarczyłoby nam pamiętać o tym, kim jesteśmy i żyć, jak dotychczas. Powiem więcej. Gdyby to tylko o to chodziło, to w pewnym momencie pewnie moglibyśmy, jak najsłuszniej zresztą, dojść do przekonania, że tak naprawdę taki satanizm, to nie jest żaden satanizm; to jest zaledwie zabawa w satanizm; to jest coś, co może się równio szybko skończyć, jak się zaczęło, a te tłuste dziewczynki w czarnych podartych rajstopach i kolczykach dziurawiących im twarze, już za chwilę przestać żreć te hamburgery, przebrać się w zwykłe sukienki i pojechać na pielgrzymkę do Piekar Śląskich. O wiele bardziej niebezpieczne są miejsca, z których wrócić już nie ma ludzkiej możliwości. Gdzie ani nie gra zespół Slayer, ani nikt nie rysuje odwróconych pentagramów, nikt nie nosi odwróconych krzyży na szyi, gdzie się nawet nie obraża Pana Boga. Gdzie o Panu Bogu się nawet nie wspomina; choćby w najbardziej obraźliwych słowach. Mam na myśli miejsca, gdzie panuje idealna pustka. Tam nawet o spotkanie z Szatanem trzeba wystąpić ze specjalnym podaniem.
I teraz właściwie powinienem pewnie wkleić tu link do tego, o czym mówię, pożegnać się tradycyjną prośbą do wspierania mojej pracy i czekać na reakcję, którą, daję słowo, doskonale znam, ale się boję. Powiem uczciwie, że od wczoraj mam dylemat, czy choćby wrzucać tu gołą nazwę nazwę tego projektu, tak by każdy, kto chce, sobie poszukał, no i wciąż nie wiem, na co się ostatecznie zdecyduję. No ale zobaczymy. Tak się bowiem stało, że wczoraj właśnie pewien mój kumpel opowiedział mi, jak to ktoś jemu z kolei podesłał ten link, on tam zajrzał i po paru minutach musiał to wyłączyć, bo zwyczajnie ogarnął go lęk. Nie obrzydzenie, nie wstręt, nie zażenowanie nawet, ale prosty lęk. No i przesłał to mi, a ja zrobiłem dokładnie to samo, co on wcześniej. Włączyłem i po paru chwilach wyłączyłem. Co ciekawsze, nawet gdybym tego nie zrobił sam, moja żona by mnie do tego zmusiła, krzycząc z drugiego pokoju „Co to ma być? Zamknij to do ciężkiej cholery!”. Musieliśmy więc to zamknąć, bo czegoś podobnego w życiu nie widziałem. To było Zło we własnej osobie, z całym tym nieskończonym chaosem prowadzącym do nieskończonej pustki; to było coś tak strasznego, poczynając od samego dźwięku, a kończąc na serii kompletnie chaotycznych pozornie, i pozbawionych choćby jednej stałej myśli, obrazów. Gdybym miał to, czego doświadczyłem, opisać jednym słowem, powiedziałbym, że tak właśnie sobie wyobrażam piekło: jako miejsce, gdzie nie ma nic poza idealną, nieskończoną wręcz pustką, samotnością i wynikającym z jednego i drugiego niewyobrażalnym bólem. To jest miejsce, gdzie jesteśmy od początku do końca całkowicie obcy i nie ma nikogo, kto by nas, czy to zrozumiał, czy choćby spróbował nam wytłumaczyć, gdzie się znaleźliśmy.
Może w końcu podam ten link, który każdemu, kto nie boi się tego ryzyka, pozwoli tam zajrzeć choćby na chwilę, na razie jeszcze jednak zwrócę uwagę na coś, co moim zdaniem jest bardzo ciekawe. Otóż projekt, o którym mówię, to projekt całkowicie i jednoznacznie profesjonalny. To nie jest poziom jakiegoś nawiedzonego bałwana, który postanowił, że stworzy sztukę i ta sztuka podbije cały pogański świat. O nie! To jest coś jak najbardziej skończonego; tam nie ma jednego punktu, gdzie można by się było przyczepić; to jest projekt zaplanowany na bardzo dużą skalę, który nie może nie wypalić. Tam od pierwszej chwili widać, że ten, kto go wymyślił i dziś z powodzeniem realizuje, to nie byle kto.
A ten sukces widać, jak na dłoni. O ile się nie mylę, pierwszy film pokazał się w tym roku, podobnie w tym roku na Facebooku pojawiła się odpowiednia strona, i po paru zaledwie miesiącach i jedno i drugie ma dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy fanów, którzy najwyraźniej uznali, że oto poznali coś prawdziwie świeżego. Podkreślę jeszcze raz: tam nie ma ani Diabła, ani Boga, ani najbardziej typowej satanistycznej symboliki – poza być może okazjonalnym tak zwanym „growlingiem” – to jest projekt robiący wrażenie czystego artystycznego eksperymentu, tyle, że… no właśnie – to jest coś tak intensywnie nie do zniesienia, że po paru sekundach samego dźwięku – żaden black metal, żadne jęki, żadne wrzaski, ale najprostsza stylizacja na muzykę do filmów z lat 50- tych i 60-tych – moja żona przerażona krzyknęła do mnie, żebym to natychmiast wyłączył.
Czemu o tym piszę? Czy nie lepiej by było, w ogóle to coś zamilczeć i nie wynosić tego na zewnątrz? Otóż chyba jednak nie. Z tego, co widzę, to jest coś, co musi już wkrótce opanować umysły znacznej części użytkowników Sieci. Już dziś, moje dziecko informuje mnie, że znaczna część z jej znajomych na Facebooku, ma ten projekt polubiony. To są dziś zaledwie dwa krótkie filmy, które na youtubie – a jest to projekt wyłącznie polski – mają pół miliona odtworzeń, i kilka pozornie zupełnie neutralnych obrazków na Facebooku z niemal 50 tysiącami „lajków”. Od stycznia. Z tego co czytam, niedługo pojawić się ma coś specjalnego, tymczasem jednak autorzy projektu zadają sympatykom kolejne zagadki.
No ale jest jeszcze coś, co zachowałem już na sam koniec, jako refleksję, do której poważnego potraktowania serdecznie zachęcam. Tenktórynieomijażadnejokazji ma dziesiątki sposobów, żeby nas uwieść, i nie dajmy sobie wmówić, że prosty satanizm jest najbardziej z nich wszystkich skutecznym. Proszę mi uwierzyć: Kiedy widzimy, jak Nergal stoi przed tłumem oszalałych dzieci w skórach, drze Biblię i wielbi imię Złego, to jest wyłącznie częścią niemal całkowicie nieszkodliwej popkultury. Te wszystkie kozły, lucyfery, by już nie wspomnieć o tych pisanych gotykiem nazwach zespołów, mają nas wyłącznie uśpić. Nawet ci poganie z Kapeli Ze Wsi Warszawa, to są zaledwie hobbyści. No i jeszcze jedno – niech ci wszyscy, którzy mają nadzieję na to że w piekle będą sobie mogli posłuchać wypasionego norweskiego black metalu, porzucą te nadzieje. Tam panuje wyłącznie szelest, skwierczenie i niewyraźne bardzo mamrotanie. W tym wszystkim nie usłyszycie nawet głupiej Metalliki.
Poniżej link. Nie zachęcam i zapewniam, że pierwsza minuta z pewnością każdemu wystarczy.

https://www.youtube.com/watch?v=D_h2G6QMMjA

Szczerze zapraszam do naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Tam nie ma śladu śmierci. Samo życie. I cała kupa bardzo solidnych talizmanów. Przy okazji bardzo gorąco prosze o wspieranie tego bloga. Bez Waszej pomocy ten miesiąc nam wyjątkowo nie wyjdzie. Dziękuję.

czwartek, 8 maja 2014

Z ostatniej chwili: System inwestuje w magię

W odpowiedzi najpierw na serię skandali, jakich bohaterem stał się prezydent Clinton, a następnie na pełną społeczną akceptację, czy, w najlepszym razie, obojętność wobec owych rewelacji ze strony opinii publicznej, autor William J.Bennett wydał książkę zatytułowaną „The Death of Outrage”, w której, mówiąc bardzo ogólnie, zwrócił uwagę na to, że przypadek Clintona nie tyle stanowi pojedynczy problem jednego polityka i jego upadku, co dowód na to, że ten akurat upadek stanowi zaledwie pokłosie upadku znacznie bardziej powszechnego, a mianowicie upadku odwiecznych amerykańskich ideałów, a tym samym końca pewnej historii.
Myślę, że nie będzie źle, jeśli dla lepszego wyjaśnienia intencji Bennetta, wyjaśnię pokrótce znaczenie angielskiego słowa „outrage”. Otóż w języku angielskim owo „outrage” oznacza wyjątkowo silne oburzenie czymś, czego w normalnych warunkach tolerować się nie da. Jeśli widzimy coś negatywnie uderzającego, reagujemy – najczęściej z wykrzyknikiem – że to coś jest „outrageous”, a więc oburzające i jednocześnie szokujące. Zdaniem Bennetta, w normalnych warunkach amerykańskie społeczeństwo, widząc to , kim, lub czym, jest faktycznie ich prezydent, wykrzyknęłoby „This is outrageous!”… tymczasem nie stało się nic.
Oczywiście, i jestem tego pewien, część czytelników już w tej chwili spodziewa się, że będę pisał o najnowszym klipie Michała Boniego, billboardzie z Donaldem Tuskiem, lub o żonie prezydenta Komorowskiego, tymczasem nie; dziś akurat mam w głowie coś, co w pewnym sensie wyprzedza wszystko, z czym mieliśmy dotychczas do czynienia, a mianowicie o telewizji TVN i jej najnowszej ofercie.
A zaczęło się wszystko od tego, że przyszło do mnie wczoraj moje dziecko i pokazało mi fragment programu wspomnianej telewizji, ja to uważnie obejrzałem, sprawdziłem, czy sprawa jest bardzo stara, a kiedy okazało się, że mam do czynienia z newsem, w dodatku podanym przez portal wpolityce.pl, pomyślałem sobie, że ja tu nie mam czego szukać, bo już zapewne w tym momencie cała Polska została poderwana na równe nogi. No i wtedy zajrzałem na wpolityce.pl… i ze zdziwieniem stwierdziłem, że owa wiadomość jest gdzieś ukryta na marginesie wydarzeń znacznie ciekawszych, następnie poczekałem do dzisiejszego dnia i upewniwszy się, że sprawy w istocie nie ma, pomyślałem, że dobrze jest; że przynajmniej ja mam temat. Marna jednak jest ta satysfakcja.
O co chodzi? Otóż w porannym programie telewizji TVN, zatytułowanym „Dzień dobry TVN”, czy jakoś tak, prowadzonym przez znaną nam skądinąd dziennikarkę Jolantę Pieńkowską plus jakiegoś lokalnego macho, wystąpił człowiek nazwiskiem Przemek Kossakowski, jak się okazuje, autor programu „Szósty wymiar”, w którym się Bogu ducha winnym ludziom opowiada o różnego rodzaju czarach, których umysł zwykłego katolika objąć nie jest w stanie, i opowiedział – naprawdę! – o swoim spotkaniu z słynnym serbskim magiem, Lwem Gerszmanem. Otóż ów Gerszman, wedle swoich zapewnień, jest jednym z 4 tysięcy tak zwanych „białych magów”, którzy we współczesnym świecie toczą ciężką, acz nierówną walkę z 8 tysiącami „magów czarnych”. Zdaniem Gerszmana, współczesny świat jest opanowany przez wspomniany legion „czarnych magów”, którzy sterują całą światową polityką, a przez to również życiem społeczeństw. A zatem tradycyjne przekonanie, że światem rządzi masoneria, jest nieprawdziwe: światem rządzą czarownicy.
Kossakowski, kiedy już wyjaśnił, w czym rzecz, puścił film ze swojego spotkania z tym jakimś Gerszmanem i wtedy się stało. Oto Gerszman otrzymał trzy zdjęcia trzech polskich polityków, a mianowicie Donalda Tuska, Janusza Palikota i Jarosława Kaczyńskiego z prośbą o to, by zechciał położyć nad nimi swoje dłonie i ocenić, który z nich jest opanowany przez złe duchy. Gerszman najpierw zbadał Donalda Tuska i okazało się, że tam nie ma nic. Tusk jest czysty, jak złoto. Następnie sprawdził Palikota i wyszło na to, że on wprawdzie uprawia jakieś ziołolecznictwo, ale jeśli idzie o czarną magię, nie można mu zarzucić nic. No i wreszcie przyszła kolej na Jarosława Kaczyńskiego, i Gerszmanowi najpierw stanęły włosy na głowie, a następnie odskoczył od tego zdjęcia, jakby ujrzał tysiąc szatanów, i już tylko z trudem łapał powietrze, a myśmy to mogli oglądać dzięki telewizji TVN. Oto bowiem przed nim stanął człowiek, który od stóp do głów jest opanowany przez najczarniejszych magów i to do tego stopnia, że Gerszman czegoś takiego w swoim życiu najzwyczajniej nie widział. Koniec demonstracji.
I teraz pewnie ktoś mnie poprosi, żebym ja przestał żartować i przeszedł do właściwej części tego felietonu. Otóż nic z tego. To jest właśnie to. Tu nie ma ani żartu, ani nawet zwykłej publicystycznej przesady. To wszystko się działo naprawdę i, co ciekawsze, atmosfera w telewizyjnym studio w najmniejszym stopniu nie wskazywała na to, że tu się odbywają jakieś „jaja”. Redaktor Pieńkowska robiła wrażenie autentycznie wstrząśniętej, a zaproszony gość, specjalista od czarnej i białej magii, Przemek Kossakowski, najlepiej, najuczciwiej i najpoważniej, jak tylko potrafił, wyjaśniał, że stoimy wobec spraw najbardziej podstawowych. Przyznaję bez bicia, że programu do końca nie obejrzałem, natomiast moje dzieci, które siłą rzeczy są bardziej odporne na wszelkiego rodzaju ekscesy, zapewniły mnie, że tam do samego końca nikt nie wykrzyknął „prima aprilis!”.
A więc sytuacja jest taka, że jedna z głównych ogólnopolskich stacji telewizyjnych nadaje program, w którym jak najbardziej serio, informuje widzów o tym, że Jarosław Kaczyński znajduje się pod wpływem międzynarodowej siatki autentycznych czarowników, na dowód tego przedstawia się świadectwo czołowego telewizyjnego eksperta od zjawisk nadprzyrodzonych… i nie dzieje się nic. Zero. I tylko jeden prawicowy portal internetowy wykpiwa ten idiotyzm gdzieś na marginesie doniesień o tym, że Ryszard Kalisz to głupek, a co najgorsze, opinia publiczna – w tym tak zwane dziennikarstwo obywatelskie – robi wrażenie, jakby to nie było niczym szczególnie interesującym.
Od 2005 roku przyszliśmy daleką drogę. Wszystko się zaczęło od tego, że Polska została zalana wyprodukowanymi przez stację RMF-FM czarnymi billboardami, namawiającymi ludzi do emigracji z Polski. Potem już było tylko lepiej, z kulminacją w postaci smoleńskiej katastrofy i szyderstw z powodu ludzkiego bólu i cierpienia. Kiedy wszystko to jednak okazało się kompletnie bezsilne wobec zwykłej ludzkiej wiary i miłości, postanowiono uderzyć w nas od strony czarów. I to mi przypomina pewną starą już bardzo historię, kiedy to PRL-owski dziennikarz Grzegorz Woźniak, komentując pierwszą w Ojczyźnie mszę papieską, rytualne okadzanie ołtarza określił, jako wypędzanie złych duchów. Różnica jest taka, że Woźniak wiedział, że kłamie, natomiast ci są głęboko przekonani, że w tym musi coś być. To jest bowiem ta zmiana. Wypada nam już tylko czekać, aż do programu „Dzień dobry TVN” zostanie zaproszony prof. Jan Hartman, tam, oficjalnie i na wizji, uzna, że jak nasikać na zleżałe trociny, to lęgną się robaki, następnie ogłosi swoje rozstanie z ateizmem, w reakcji na to redaktor Pieńkowska zacznie mówić językami, a my wzruszymy ramionami i powiemy, że najciekawiej i tak już było, i udamy się na zakupy. A ja się obawiam, że to prawda: chyba faktycznie najciekawiej już było.

http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/to-juz-oficjalne-swiatem-rzadzi-magia,122047.html


Wszystkich zainteresowanych zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie oprócz zwykłej porcji fantastycznych nowości, można zamówić obie książki Toyaha w cenie promocyjnej. To jest już koniec nakładu, a wznowień się nie planuję. Zachęcam do pośpiechu. Przy okazji, zgoodnie z ponurą tradycją, bardzo proszę o wspieranie tego bloga. Jeśli ktoś uznał powyższą notkę tego wartą, proszę o zasilenie podanego obok konta dowolna wpłatą. Dziękuję.

środa, 7 maja 2014

Matury? A co to, kurwa, takiego?

Przyszedł maj, z majem, jak co roku, matury, a my – też jak co roku – aż drżymy z trwogi, dokąd to wszystko zmierza. Niedawno spotkałem moją uczennicę sprzed lat, kiedyś bardzo miłe dziecko przygotowujące się do egzaminów do liceum, a dziś dorosłą kobietę z własnym życiem i równie dorosłymi planami. No i zapytała mnie ona, jak tam młodzież, a ja sobie przypomniałem, że kiedy ona była w ósmej klasie podstawówki i szykowała się do tego liceum, ja specjalnie z myślą o niej przygotowałem ów test, który po pewnych modyfikacjach zamieściłem na końcu swojej książki o angielskim listonoszu. To dla niej był ten test, to jej wiedzę miał on sprawdzić tamtej wiosny, i ona go rozwiązała zupełnie nienajgorzej. Miała wtedy 15 lat.
Zapytała mnie o tę dzisiejszą młodzież, a ja jej powiedziałem, że młodzież jest mniej więcej taka sama jak wtedy, a nawet niewiele inna od tej sprzed lat tysięcy, natomiast osobiście nie widzę sposobu, by przeciętny uczeń gimnazjum – a ona wówczas była uczniem wcale nie jakoś szczególnie wybitnym – był w stanie ten test choćby zacząć robić. Powiedziałem to i wcale nie żartowałem. Taka to jest bowiem różnica między tamtymi dziećmi, a dziećmi dzisiejszymi, że od tych świat nie wymaga nawet połowy tego, co od tamtych. Od tych świat nie wymaga już praktycznie nic. Dla świata dzisiejsze dzieci są jak zeszłoroczny śnieg.
No i idą kolejne matury. Nie mogę się za bardzo na ten temat rozpisywać, bo od ponad już dziesięciu lat jestem maturalnym egzaminatorem, a w związku z tym muszę – przynajmniej publicznie – przestrzegać pewnych tajemnic, jednak o pewnych rzeczach powiedzieć muszę. Otóż, jeśli ktoś nie wie, praca egzaminatora polega na tym, że przez trzy kolejne weekendy, a więc i w sobotę i niedzielę maja, człowiek ma siedzieć od rana do wieczora w którejś z miejscowych szkół i sprawdzać jedną po drugiej maturalną pracę. Ponieważ wszystkie prace są kodowane, my nigdy nie wiemy, czyją konkretnie maturę sprawdzamy, nie wiemy nawet matury z jakiejś szkoły nam przypadły do oceniania, natomiast od pierwszej chwili wiemy, czy mamy do czynienia z tym jednym lepszym liceum w mieście, czy może z przedstawicielem pozostałej części systemu oświatowego. Jeśli jest to liceum najlepsze, praca jest łatwa i przyjemna, w pozostałych przypadkach sprawdzanie tych matur, to prawdziwa droga przez mękę. W większości przypadków mamy do czynienia z poziomem, na którego temat, gdyby mi tu wolno było pisać bardziej dokładnie, nikt z nas nawet nie śmie przeżywać koszmarów. I, jak mówię, w tych przypadkach sprawdzanie matur w te trzy kolejne soboty i niedziele maja, to prawdziwa udręka.
Siedzimy jednak tam i próbujemy odczytać te, często praktycznie nie do odczyatnia, bazgroły, pozaznaczać te dziesiątki błędów, policzyć te wszystkie wyrazy, których często, ze względu na stan, w jakich te prace są, policzyć się nie da, i, nie wiem jak to jest z innymi, ale ja za każdym razem w połowie dnia wpadam w prawdziwą depresję. Czytam te smutne wypracowania, a za nimi widzę te dzieci, z których niektóre bardzo się starają, tyle że zwyczajnie nie dają rady, ale większość nawet nie bardzo czuje, o co tu w tym wszystkim chodzi. Wiedzą, że jest wreszcie ta matura, o której tyle słyszeli, no i siedzą tam w tych swoich garniturach i na tych szpilkach i czekają aż to się wszystko skończy i będzie można wreszcie włączyć telefon. No i w pewnym momencie myślę, że chyba zrobię sobie przerwę i pójdę się czegoś napić i zjeść kawałek jakiegoś wafelka.
Kiedy zaczynaliśmy tę pracę przy maturach, Okręgowe Komisje Egzaminacyjne miały jeszcze budżety, które pozwalały nam zapewnić nie tylko ołówki, gumki, czarne długopisy i temperówki, nie tylko kawę, herbatę, cukier i mleczko, ale również nas w połowie dnia odpowiednio nakarmić. Po paru latach jednak obiady się skończyły. Po paru następnych skończyła się kawa i herbata. No i wreszcie, parę lat temu, każdy z nas został poinformowany o tym, że ma przynieść ze sobą swój własny ołówek, długopis, gumkę i temperówkę.
Sprawdzanie matur z języka angielskiego polega na tym, że się siedzi i sprawdza te listy, mniej więcej przez 10 godzin bez przerwy, przez trzy kolejne weekendy. Po pewnym czasie ta praca staje się tak automatyczna, że nie ma czasu już na nic innego. Trzeba najpierw wypełnić te wszystkie tabelki, potem policzyć te słowa, zaznaczyć błędy, policzyć procenty, sprawdzić resztę no i to wszystko wpisać do arkuszy. Następnie trzeba wpisać numer egzaminatora, złożyć odpowiednie parafki, no i na końcu swój osobisty podpis. Na wypadek gdyby ktoś z tego zmęczenia i pewnej nie do uniknięcia wręcz nieuwagi, popełnił gdzieś jakąś omyłkę, OKE zawsze zatrudniało tak zwaną „osobę techniczną”, która nie zajmowała się kwestiami merytorycznymi, ale za jakieś marne pieniądze dbała o to, by tych prac zawsze było tyle co trzeba, żeby one były popakowane do odpowiednich pudełek, no i żeby tam wszystko było odpowiednio policzone, zapisane i podpisane. W tym roku, decyzją władz oświatowych osoby technicznej już nie będzie. Oszczędności. Od tego roku egzaminatorzy zostaną podzieleni w pary, i kiedy już jeden z nich zakończy sprawdzanie tych swoich 70 czy więcej arkuszy, no i wszystko odpowiednio przejrzy i policzy, będzie musiał – tym razem oczywiście już bezpłatnie – sprawdzić czy u kolegi wszystko gra pod względem formalnym. No ale i na to będzie miał czas. O ile w tym roku, pracowało się w soboty i niedzielę, w tym trzeba będzie jeszcze przyjść w poniedziałek i piątek. Oczywiście po zakończeniu lekcji w szkole. A co z tymi, którzy w międzyczasie muszą być na ustnych maturach. Na pewno sobie jakoś poradzą.
Byłbym zapomniał. W tym roku Ministerstwo Edukacji obniżyło egzaminatorom stawki. Za rok rusza nowa matura, według nowych zasad. Na tę okazję trzeba będzie przeszkolić nowych egzaminatorów, a ja już znam szkoły, gdzie nawet dziś nie ma już ani jednego. Uważam za bardzo prawdopodobne, że przyszłą maturę będą przeprowadzać i sprawdzać ludzie znalezieni w klasycznych łapankach. To jest, moim zdaniem, niemal pewne.
Ktoś się spyta, czemu tak? Dlaczego oni to robią? Odpowiedź jest prosta i zawsze taka sama: nie ma pieniędzy. No ale jest jeszcze coś. Od czasu, gdy w Polsce władzę objęła Platoforma Obywatelska, stopniowo zagęszcza się atmosfera obojętności wokół nie tylko narodowej edukacji, ale wszystkiego. Mam na myśli atmosferę, która oparta jest na silnym przekonaniu, że tak naprawdę i tak wszystko jest pozbawione znaczenia, poza jednym: żeby jakoś przeżyć do następnego miesiąca, a potem się zobaczy. Podejście władz do kwestii matur jest wręcz modelowym przykładem tej przedziwnej i strasznej bardzo filozofii. Oni naprawdę się zachowują, jakby już przestali cokolwiek planować. Dla nich od pewnego czasu liczy się już tylko to, co trzeba zrobić na wczoraj. Bardzo ciężko będzie to najpierw zniszczyć, a potem odbudować.

Przypominam, że w księgarni Coryllusa, pod adresem www.coryllus.pl, mamy bardzo ciekawe promocje. No a to, co jeszcze całkiem nowe, to prawdziwe rarytasy. Zachęcam. Ponad to z prawdziwym bólem muszę sie poskarżyć, że znów ciągniemy mocno pod górkę. Jest dopiero 10, a my mamy wszystko wciąż niepopłacone. Jeśli więc na kimś powyższy tekst zrobił wrażenie i z tym wrażeniem jest mu naprawdę nieswojo, będę wdzięczny za wsparcie pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

wtorek, 6 maja 2014

Ile Systemu w Internecie, ile Internetu w Systemie?

Poruszony poprzednią notką, powstałą – co przyznaję z dumą – na zamówienie Solidarnych 2010, pojawił się z paroma komentarzami ktoś, z kim jakiś czas temu byliśmy bardzo mocno pokłóceni, ale dziś trzymamy równie mocną sztamę, mianowicie profesor Broda i wysunął propozycję, by kiedy już prawo i sprawiedliwość odniosą w Polsce ostateczne zwycięstwo, i kiedy już zrobimy porządek z pierwszym szeregiem zdrajców Ojczyzny, zabrać się za niektórych z kolegów blogerów.
Każdy, kto czyta w miarę uważnie ten blog, wie, jaka jest moja opinia na temat tak zwanej blogosfery. Otóż, w moim przekonaniu, zdecydowana większość blogerów, czy tym bardziej osób komentujących na blogach, to ludzie, których pospolicie określa się, jako wariatów. Oczywiście część z nich daje się zdekonspirować w jednej chwili, choćby z tego względu, że to co piszą to oczywisty bełkot wariata, znaczna część jednak staje na głowie, i stójka ta jest wyjątkowo skuteczna, by stworzyć wrażenie, że oto mamy do czynienia z ludźmi takimi jak my. I to nawet jeśli część z nas jest mocno przekonana, że to są osoby wynajęte przez System do zatruwania publicznej debaty i podbijania czarnej propagandy.
Napisałem o tym Brodzie, on jednak zdecydował się pozostać przy swoim stanowisku, a więc w przekonaniu, że tu naprawdę jest wystarczająco dużo takich, na których znajdzie się bat, kiedy czas nadejdzie. Nie mam oczywiście najmniejszej pewności, kogo konkretnie Broda ma na myśli, bo aż na tyle dokładnie nie porozmawialiśmy, niemniej mogę się tego domyślać. Jestem tu bowiem wystarczająco długo, by móc się zorientować w naprawdę najbardziej fikuśnych kreacjach, z których niektóre naprawdę potrafią robić wrażenie, a przy bliższym spojrzeniu wszystko z nich ulatuje, jak z jakiejś ruskiej wydmuszki.
Jak mówię, nie wiem, kogo ma na myśli Broda, kiedy mówi o ludziach w pełni świadomych zła, które czynią, ale weźmy takiego blogera Wywczasa, o którym akurat była tu niedawno mowa. On z pozoru robi wrażenie jednego z nas, a więc kogoś głęboko zaangażowanego w to, co pisze, w dodatku dość elokwentnego, a przede wszystkim na tyle opanowanego, by nie urządzać żenujących popisów, takich jakie znamy z bloga Renaty Rudeckiej, które by go mogły zdekonspirować. Oto w opisie swojego bloga pisze on o sobie, że jest przedsiębiorcą, który „sam nie wiedzieć dlaczego, poczuł potrzebę blogowania”, no i stąd go tu mamy. Tymczasem zwróćmy uwagę na to, jak ów „przedsiębiorca” pracuje. W zeszły wtorek, o czym napisałem w osobnym tekście, jeszcze o 2 w nocy, kompletnie pijany komentował pod swoją notką, tłumacząc się, że jego na chlanie stać, bo, jako przedsiebiorca, jest osobą bardzo zapracowaną i dzięki tej harówce ma weekend dłuższy od zwykłych wyrobników. I choć było to oczywiste kłamstwo, przyjmijmy, że on rzeczywiście ma większe możliwości biznesowe, i tak się z nim sprawy mają. No ale oto w nocy z niedzieli na poniedziałek, o godzinie 2:58, czyli już mocno po upływie owej wydłużonej majówki, bloger Wywczas, zamiast spać i szykować się do swoich biznesów, zamieścił tekst demaskujący oczywiście jego zdaniem kłamstwa tak zwanej „sekty smoleńskiej”, a dalej, wciąż zamiast iść do łóżka, prowadził pogawędki z podobnymi sobie, w tym innym słynnym blogerem Starostą Melsztyńskim do białego rana i dalej, po krótkim odpoczynku, przez cały boży dzień, do poniedziałkowej nocy. Przedsiębiorca? I to tak zarobiony, że stać go na dłuższe weekendy?
Otóż ja znam kilku bardzo poważnych przedsiębiorców – niektórych naprawdę bardzo, ale to bardzo zarobionych – którzy z wielkim trudem znajdują wolną chwilę, żeby czytać ten mój blog, ale już na komentowanie zwyczajnie nie mają czasu. W ogóle. Zero. Czytają ten blog z doskoku i od czasu do czasu coś mi krótko napiszą w mailu, czy poślą esemesem, żebym wiedział, że są, ale to już wszystko. A tu mamy Wywczasa – człowieka, który jest jak najbardziej przedsiębiorcą, i to tak urobionym, że siedzi na blogu dzień i noc, i nic oczywiście mu to nie szkodzi.
Dość już jednak o nim. Oto jakiś czas temu pojawił się tu bloger Pantryjota, który dzień w dzień wstawiał tu bardzo elokwentne notki, mocno popularne wśród pewnej, ściśle określonej publiczności, i on też był kimś, komu w końcu przyszło do głowy ogłosić, że jego nie stać na to, by marnować czas na głupie blogowanie, bo to i wypasiony dom z ogrodem, piękna żona zarabiająca fortunę na gabinecie dentystycznym, fuchy na wielu frontach z niewyobrażalnymi wręcz dochodami, i zniknął z dnia na dzień tylko po to, by – jak najbardziej wciąż równolegle bloga Pantryjoty – pojawić się natychmiast w trzech kolejnych odsłonach.
Ostatni raz jak czytałem oryginalnego Pantryjotę – już oczywiście po oficjalnym pożegnaniu – były to dwa teksty, kolejno opublikowane w Wigilię Bożego Narodzenia i Sylwestra. Oba, tak jak to u niego, mocno antyreligijne, antynarodowe, wręcz bluźniercze, no i – tak jak większość jego tekstów – w znaczniej części skierowane osobiście przeciwko dwóm blogerom: Coryllusowi i autorowi tej notki. Oczywiście i jeden i drugi tekst zgromadził stałe towarzystwo komentatorów, w tym przede wszystkim blogera Sowińca, którzy gawędzili sobie z Pantryjotą najpierw przez cały wigilijny wieczór, a już tydzień później przez cały wieczór sylwestrowy.
Mam nadzieję, że wszyscy wiemy, o co chodzi. Mamy blogera Sowińca, polskiego patriotę, człowieka zapewne bardzo pobożnego, który niemal całą Wigilię Bożego Narodzenia spędza na blogach, w tym na blogu autora wręcz obłąkanego antyreligijnie, i choćby na moment nie jest w stanie się skupić na świętowaniu. Przepraszam bardzo, ale z kim my tu tak naprawdę do czynienia? Z profesorem Uniwersytetu Jagielońskiego, który dzieli swoje życie między pracę, dom i patriotyczne pasje? Kim więc tak naprawdę są nasi koledzy blogerzy?
Ktoś może sobie pomyśleć, że ja tu na tym blogu, który zawsze słynął z tego, że nikt się tu głupstwami nie zajmuje, odstawiam jakieś tandetne plotkarstwo. Otóż nie. To o czym dziś piszę, to, moim zdaniem, sprawa bardzo, ale to bardzo poważna. Sprawa, zresztą, która mnie dręczy już od wielu lat i którą zawsze, właśnie się bojąc tego typu oskarżeń, odkładałem na później. Internet, blogi, tak zwane dziennikarstwo społeczne, to nie są żarty. A przynajmniej nie jeśli idzie o założenia i przypisywaną im społeczną rolę. To tu się ma rzekomo toczyć prawdziwa debata. To blogi i internetowe fora stają się podobno jednym z głównych celów ataku propagandy międzynarodowych grup interesów, w tym na poziomie rządów i państw, a tu się nagle pojawia człowiek, który noc w noc tworzy wielostronicowe teksty, które w sposób oczywisty wymagają od niego dziesięć razy więcej pracy dodatkowej, a później jeszcze pracuje, jako wykładowca na uniwersytecie, i każe się nam traktować, jako jeden z nas? Bo co? Bo nam opowiedział, jak to żona o 3 nad ranem przynosi mu kawę, żeby się nie zajechał na śmierć?
Powtórzę to raz jeszcze. Tu nie chodzi o pojedynczych blogerów. Ten tekst nie dotyczy ani Wywczasa ani Pantryjoty, ani FYM-a, ani żadnego konkretnego blogera. Nie może o nich chodzić choćby z tego względu, że nawet nie wiemy, czy oni istnieją i, jeśli istnieją, kim naprawdę są. Rzecz w tym, że Internet w kształcie, w jakim go znamy stanowi miejsce, gdzie realnie jesteśmy tylko my i System, który nas dzień po dniu i dzień za nocą śledzi. Co do reszty, nie mamy żadnych pewnych informacji.
Wracamy do profesora Brody. Czyta więc Broda te teksty i reaguje na nie, jak każdy normalny człowiek, a więc z jednej strony oburzeniem, a z drugiej nadzieją, że to zło musi zostać kiedyś ukarane. Otóż moim zdaniem, jeśli idzie o to miejsce, tu nie ma w ogóle ani o czym gadać, ani tym bardziej na co liczyć. Ukarany zostanie Sikorski, Tusk, Arabski, ewentualnie Komorowski czy Kopacz. Natomiast ostatnie kim sobie powinniśmy zawracać głowę, to jakaś Renata Rudecka – Kalinowska. Bądźmy pewni, że gdyby jej słowa i czyny miały jakiekolwiek znaczenie, gdyby ona miała jakiekolwiek znaczenie, już dawno by za nie odpowiedziała. Z Kodeksu Karnego. A zatem, jeśli oni się nią nie przejmują, ona tym bardziej nie musi być naszym problemem.
A już na koniec, żeby nikt nie myślał, że ja sugeruję, iż tak naprawdę realnie istnieją tylko profesor Broda, Coryllus i ja. Otóż to jest z całą pewnością nieprawda. Prawdziwy jest Paweł Kowal. Niedawno opublikował on na swoim blogu otwarty list do Pawła Zalewskiego, swojego kumpla od polityki, w którym, w ramach kampanii przed wyborami do Parlamentu Europejskiego coś mu tam nawrzucał. Rzecz polega na tym, że tekst Kowala był sformatowany w taki sposób, że w czytaniu stał się niemal niezrozumiały. Tekst pełen błędów, sklejonych wyrazów, jakichś dramatycznych nonsensowności – a mimo to Paweł Kowal, poważny polski polityk, uznał za stosowne umieścić go na swoim blogu, nie zawracając sobie nawet głowy choćby pobieżną korektą. W końcu nie chodzi o to, żeby coś powiedzieć, nie jest ważne nawet pokazanie światu, że się jest, jedyne co się liczy to nie opuszczać Sieci. A ja nie mam wątpliwości, że Kowal akurat wie świetnie, że Internet to jest takie miejsce, gdzie on równie dobrze mógłby się najpierw upić, a potem wyrzygać na samym środku swojej notki, a to i tak by niczego nie zmieniło. Bo to co realne, ma miejsce zupełnie gdzie indziej. I, jak mówię, on to wie bardzo dobrze. Na szczęście my też.

I dlatego między innymi, z czystym sumieniem przypominam, że w księgarni Coryllusa, pod adresem www.coryllus.pl można kupować nasze książki, w tym oba „Toyahy”, w wyjątkowej wiosennej promocji. Zapraszam serdecznie. Przy okazji, proszę, jak zawsze o wspieranie tego bloga pod numerem konta podanym obok.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...