sobota, 22 lutego 2014

Mikołaj Lizut jest nasz! Po nim idzie Wojewódzki.

Wbrew temu, co można by sądzić, nie jestem oczywiście ani na tyle pewny siebie, ani też zaczadzony swoim rozdętym ego, żeby się tu czuć do końca pewnym swego, ale faktem jest – i dawałem temu tu wyraz niejednokrotnie – że ja większość ekscesów czy to naszych dziennikarzy, czy polityków mam skłonność tłumaczyć ich ciężkim uzależnieniem od alkoholu. Czemu pisząc o tym, czynię owo szczególne zastrzeżenie? Otóż i sam to chętnie przyznaję, a i wielu moich znajomych może to potwierdzić, ile razy ktoś przede mną postawi flaszkę choćby i 10 letniego Laphroaiga, ja się natychmiast bezradnie uśmiecham. Nie zmienia to jednak faktu, że ja doskonale wiem, co by było, gdybym choćby został ważnym posłem Prawa i Sprawiedliwości, w dodatku Prawa i Sprawiedliwości trzymającym bezwzględną władzę na każdym możliwym poziomie, w dodatku pozostającym w świadomości, że to co robię nie ma żadnego moralnego sensu – otóż ja bym pewnie tylko chlał. I to ostro.
Jak mówię, przekonanie, że każda moralna zagadka, z jaką się musimy zmierzać od tylu już lat, prowadzi mnie do jednego i tego samego rozwiązania: oni najzwyczajniej w świecie chleją, i to chleją tak, że już nic nie ma znaczenia. Oto rejony, gdzie liczy się już tylko obietnica kolejnej okazji, w przynajmniej równie dobrym jak poprzednio towarzystwie. Kto owe szczególne okolice zamieszkuje? Z czysto procesowych względów wolałem zawsze się od wymieniania konkretnych nazwisk powstrzymywać, i oto nagle jeden z nich się nam sam objawił. Oto Stefan Niesiołowski dał się wmanewrować Mikołajowi Lizutowi i jemu kumplowi Kubie Wojewódzkiemu i przyznał, że jego życie to chlanie na umór w towarzystwie przypadkowym, obojętnym i nieokreślonym.
Co ta wiedza daje nam, pozostaje kwestią ściśle drugorzędną; w końcu trudno doprawdy, byśmy się mieli przejmować tym, że Niesiołowski chleje i w dodatku jest od tego chlania tak uzależniony, że przez to zatracił instynkt samozachowawczy. To co mnie w tym wszystkim naprawdę ciekawi, to zachowanie tak zwanych „naszych” mediów. Oto portal wpolityce.pl, ten sam dokładnie, który niedawno rozpętał kampanię nienawiści wobec Kuby Wojewódzkiego za to, że ten wskazał palcem ludzką podłość i zawodowy upadek jednego z ich kolegów dziennikarzy, dziś nagle wpada wręcz w zachwyt w stosunku do tego samego Kuby Wojewódzkiego za to, że ten – używając dokładnie tych samych metod dziennikarskiej prowokacji – skompromitował już nie swojego kumpla, lecz nielubianego przez nich polityka.
Nagle się okazuje, że już nie ma powodu, by drwić z Wojewódzkiego, wyzywać go od najgorszych i pomstować na upadek współczesnych mediów. Oto ni stąd niż owąd się dowiadujemy, że dziennikarskie zaangażowanie Wojewódzkiego zasługuje na uznanie. W końcu on skompromitował Niesiołowskiego, a to coś naprawdę poważnego.
Jeśli jednak ktoś myśli, że ten fałsz i to kłamstwo jest aż tak bezczelne, jest w dużym błędzie. Możliwe, że w najbliższym numerze tygodnika „W Sieci” ukaże się tekst Krzysztofa Feusette, gdzie nikt już niczym się nie będzie przejmował, a pochwały pod adresem Wojewódzkiego i Lizuta pójdą szerokim frontem. Dziś, redakcja portalu wpolityce.pl nie wymienia nazwiska ani Kuby Wojewódzkiego, ani Mikołaja Lizuta, ani nazwy programu, ani nazwy stacji, natomiast publikuje odpowiedni filmik, i jest na tyle otwarta, że nawet nie zamazuje twarzy Wojewódzkiego i Lizuta. Z tekstu jaki na ten temat znajdujemy na portalu wpolityce.pl dowiadujemy się tylko tyle, że któryś z radiowych dziennikarzy, w którejś z radiowych audycji, przedstawiając się imieniem Mikołaj, zadzwonił do Niesiołowskiego i go skutecznie skompromitował. No i że to jest autentycznie wspaniałe wydarzenie.
I ja to oczywiście świetnie rozumiem. W końcu trzeba się szanować. Jakby to wyglądało, gdyby to co mógł już dawno zrobić jeden czy drugi Karnowski, Łukasz Warzecha, czy Krzysztof Feusette, zrobił jakiś „51 letni podstarzały nastolatek” imieniem Władysław, czy jakiś cyngiel z Gazowni? To już lepiej niech się okaże, że mieliśmy po prostu do czynienia z prawdziwą dziennikarską robotą w wykonaniu niewidzialnej ręki. A nuż ktoś pomyśli, że to musiał być któryś z „naszych”.

Bardzo proszę o stałe wspieranie tego bloga. Bez Waszej pomocy on nie ma żadnych szans, a my wraz z nim. Dziękuję.

piątek, 21 lutego 2014

I jeszcze raz modlitwa za zieloną Ukrainę

Kiedy Ukraina ponownie stanęła w ogniu, a tu na blogach w jednej chwili podniosła się owa wrzawa, uznałem, że choć mimo późnej pory i faktu, tego i tak już pewnie nikt nie przeczyta, powinienem zamieścić bardzo króciutki tekst, w którym nie będę ani szydził, ani nikogo piętnował, lecz jedynie dam świadectwo swojemu przekonaniu, że oto stoimy nie przed żadnym obywatelskim przebudzeniem, ale tylko kolejną wyprzedzającą akcją Systemu, który pozwolić może na wiele, ale na jedno nigdy: na to mianowicie, by tam gdzie już wcześniej zadecydowano, że demokracji nie będzie, nikomu nie przyszło do głowy naruszać status quo.
Inna sprawa, że tak naprawdę, status quo bez wiedzy i za zgodą Systemu nie wolno naruszać nigdzie, nawet i w tak prężnych demokracjach jak Francja, Włochy, Niemcy, a nawet Stany Zjednoczone, natomiast, jak wiemy choćby z Orwella wszyscy są równi, tyle że niektórzy równiejsi.
Co dokładnie chciałem zasugerować w tamtej notce? To mianowicie, że jeśli mamy do czynienia z systemem niedemokratycznym, czy, jak to lubimy określać, demokratycznym częściowo, to władzę można zmienić albo przez zmanipulowany głos oszukanych obywateli, ewentualnie przez sfałszowanie wyborów, albo przez równie zmanipulowaną rewolucję przeprowadzoną rękami zawsze tych samych, równie oszukanych, obywateli. Jak odbywa się zmiana władzy w pierwszym z powyższych przypadków, mieliśmy okazję oglądać u nas w Polsce przy okazji dwóch kolejnych wyborów parlamentarnych w latach 2007 i 2011, oraz oczywiście podczas wyborów prezydenckich w roku 2010. Jak zatem wygląda zmiana władzy przez oszukaną – niektórzy twierdzą, że nie-oszukane w przyrodzie nie istnieją – rewolucję? Oczywiście najpierw System, widząc, że nominowana przez niego władza nie wypełnia nałożonych na nią zadań, zwraca się do tych co ją trzymają, by zrezygnowali, jednak ponieważ władza korumpuje, a już zwłaszcza władza uzyskana w sposób nieuczciwy, o dobrowolnym ustąpieniu mowy być nie może, no i wtedy organizuje się rewolucję. Mieliśmy z tym do czynienia w powojennej parokrotnie: pierwszy raz w roku 1956, następnie w grudniu 1970, no i ostatnio w sierpniu 1980. Czasem udaje się wszystko przeprowadzić bez niepotrzebnych ofiar, jednak znacznie częściej ktoś musi umrzeć. I z tą sytuacją mieliśmy do czynienia u nas w roku 1956 i 1970, z pewnymi nieudanymi próbami parokrotnie w latach 80-tych, jak na dłoni wszystko było widać w roku 1989 w Bukareszcie, a dziś, dzięki Internetowi, mamy fantastyczną wręcz okazję być żywym wręcz świadkiem owego szczególnego procederu na przykładzie Ukrainy.
Jestem głęboko przekonany, że to, z czym mamy do czynienia w Kijowie i w innych miejscach Ukrainy, jest efektem tego, że Rosja – a kto wie, czy tylko Rosja – zniecierpliwiwszy się polityczną bezradnością prezydenta Janukowicza, postanowiła go zmusić do odejścia. A nie widząc innego sposobu, by to jego odejście sprokurować, zorganizowano tę krwawą rewolucję, wraz z całym owym medialnym przedstawieniem, licząc na to, że te 30 zabitych wystarczy, by Janukowicza albo zwyczajnie odsunąć, albo choćby i dla przykładu powiesić.
Czy to faktycznie wystarczy, tego nie wiemy i wiedzieć póki co nie możemy. Możliwe, że tam musi zginąć sto, a może i dwieście osób, ostateczny efekt będzie i tak jeden: Janukowicz zostanie wymieniony na kogoś, kto da szansę na pociągnięcie tego co dla Ukrainy zamierzono na kolejne lata. A i zarówno sami Ukraińcy, jak i tym bardziej my tu w Polsce, nie mamy w tej sprawie nic do gadania. W ogóle, jeśli o to idzie nikt nie ma tu nic do gadania, oczywiście poza tymi, którzy mają. I to jest czymś tak oczywistym, że aż głupio to w tak poważnym miejscu, jak ten blog, powtarzać.
Wczoraj przez Sieć przeleciała wiadomość, że oto sprawa ukraińska okazała się tak ważna, że nawet doszło do swoistego zawieszenia broni między Donaldem Tuskiem, a Jarosławem Kaczyńskim, no a jeśli między nimi, to i naturalną koleją rzeczy, między wszystkimi stronami naszego politycznego konfliktu. Nie zdziwię się wieć, jeśli nagle w tej sprawie sam Adam Michnik się pogodzi ze swoim kiedyś przecież kolegą Jarkiem. I ja, wbrew temu, co mogłoby się wydawać, wcale się tym ani nie oburzam, ani nawet nie dziwię. W końcu po władzy i jej przydupasach niczego się już nie spodziewam, a Jarosław Kaczyński? Co on ma zrobić? Ogłosić, że to wszystko fikcja, a dla nas to co najważniejsze, i tak naprawdę jedynie ważne, to to błoto i owe wbite w nie strzępy ciał? To dopiero byłby śmiech i oburzenie! To nie jest ta sama rewolucja, z którą mieliśmy do czynienia w przypadku Gruzji, gdzie, jak wszyscy pamiętamy, System - choćby w osobie wspomnianego Michnika – poparł nie demokrację, ale Rosję. Tu na jakiekolwiek niuanse nie ma miejsca.
A my tutaj możemy wyrazić nadzieję, że przez to, że – co by nie powiedzieć, i nad czym by się nie zapłakać – Polska to Naród o tysiącletniej tradycji, z niejednym bohaterem i niejednym wieszczem, którego jakieś dwadzieścia, czy choćby i pięćdziesiąt lat czarnego kłamstwa nie rzuci na kolana, i kiedy wreszcie przyjdzie czas odpłaty, nikt do nikogo nie będzie już strzelał. Bo kto ma grać, niech sobie gra, a my powinniśmy się modlić, by wreszcie przyszedł czas, gdy ów straszny, nieludzki, szatański System zadrży. I nawet jeśli w końcu pozostanie nam dojść do wniosku, że to akurat niestety jest nie do zrobienia, zawsze nam pozostanie opcja ostateczna, i od być może początku jedyna – wiernie iść. Tak niewiele, ale za to jak cudownie!

Z różnych względów, druga połowa miesiąca okazuje się być dla nas nie byle jakim wyzwaniem, i już tylko liczymy dni do marca. Proszę więc każdego, komu te teksty przynoszą dobre natchnienie i inspirację, o wsparcie pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 20 lutego 2014

Kto nam zapłaci za ściągnięcie majtek?

Nie wiem, ilu z nas jeszcze to pamięta, ale były takie czasy, gdy nie było traktującego o czasach względnie współczesnych filmu, gdzie w jakimś momencie ktoś, gdzieś nie zapalił papierosa. Gdyby miało się jednak okazać, że większość z nas nie miała większych kłopotów z tym, żeby ów bardzo przecież istotny kulturowy akcent wyprzeć z pamięci, proponuję podwójny eksperyment. Pierwszy z nich, to obejrzenie jakiegokolwiek współczesnego filmu i zwrócenie uwagi na fakt, że tu – pomijając być może już jakichś najbardziej złych złoczyńców – nikt papierosów nie pali. W następnej natomiast kolejności, proszę rzucić okiem na, podobnie jakikolwiek, film z lat 60-tych, 70-tych, czy może nawet i 80-tych, i zauważyć, jak to dziwnie, a wręcz egzotycznie, wygląda, kiedy tam wszyscy od początku do końca palą.
Miniony weekend spędziłem z moim serdecznym kumplem Lemmingiem, który przyjechał tu do Katowic, by wspólnie ze mną obejrzeć sobie zespół Deep Purple na żywo, zobaczyć, dlaczego ja tak wciąż się zachwycam Parkiem Kościuszki, no i – co stanowi nasz regularny rytuał – nakarmić nas obu i napoić. Poszliśmy więc do naszej ulubionej indyjskiej restauracji, jedliśmy te frykasy i nagle rozmowa zeszła na marihuanę i ów nieprawdopodobny wręcz nacisk, by ją zalegalizować. W pewnym momencie Lemming powiedział coś, co mnie autentycznie zainspirowało, a mianowicie coś takiego: „Popatrz jakie to ciekawe, że kiedy oni lata temu wciąż nam świecili po oczach tymi papierosami, świetnie wiedzieliśmy, kto za to płaci; kiedy natomiast oni dziś nam próbują mieszać w głowach to tym to tamtym, kto za to płaci, pozostaje ściśle skrywaną tajemnicą”. I ja się zacząłem zastanawiać już nie nad papierosami, i nawet nie nad marihuaną, ale właśnie nad owym „tym i tamtym”.
Na przykład, kto płaci za to, że we Francji wydano właśnie podręcznik dla małych dzieci, gdzie i dzieci i dorosłych zachęca się do tego, by nie wstydzili się swojej nagości, a więc do tego, by każdy z nas wreszcie przełamał ów dziwny kompleks będący skutkiem owej starej legendy, jak to gdzieś kiedyś jakiś wąż w jakimś tak zwanym Raju kogoś skusił, no i skutkiem tego my do dziś wiemy, że trzeba się zakrywać? Ale po co sięgać tak daleko? Wróćmy do filmów. Syn mój, który ma ambicję, by znać każdy obecnie nakręcony film o podstawowej choćby wartości, właśnie mnie poinformował, że on nie umie sobie przypomnieć żadnego, gdzie nie pojawi się – jak najbardziej w świetle pozytywnym – jakiś gej, lesbijka, czy inny reprezentant owej nowej perwersji. Papierosów nikt już tam nie pali, słynnej paczki Marlboro, czy Cameli już nigdy na ekranach kin, czy naszych telewizorów nie zobaczymy, natomiast wszystko wskazuje na to, że stopniowo musimy się pogodzić z tym, że, tak jak od lat, choćby się świat walił, na jednego białego musimy mieć jednego Murzyna, tak samo przyjdzie czas, gdy na jednego Murzyna i jednego białego będziemy musieli mieć jednego geja, by nie powiedzieć, że jeszcze coś bardziej wymyślnego.
I w ten sposób stajemy wobec owego niezwykle inspirującego pytania: Kto za to płaci? Za tamte papierosy płaciły firmy tytoniowe. Kto dziś finansuje tę perwersję? Gdzie powstaje ten budżet? A może jest tak, że tam nawet mowy nie ma o pieniądzach, ale tylko o solidarnym świadczeniu sobie pewnych usług?
Wygląda na to, że jednak nie unikniemy problemu owej, wspomnianej wcześniej, książeczki, gdzie jedynym negatywnym bohaterem jest kompletnie ubrane dziecko. Gdzie wszyscy są szczęśliwi i swobodni, a ono siedzi w kącie, zasłania sobie oczy i nagle w tych swoich głupich szmatach jest takie żałosne i takie skompromitowane. Oto znalazłem gdzieś informację, że w reakcji na ukazanie się tej książeczki, i pojawiające się tu i ówdzie głosy krytyki, odezwała się niejaka Cecile Duflot, francuska Minister Równości Terytorialnej i Mieszkalnictwa, i powiedziała, żebyśmy się zamknęli, bo tak jak jest, jest bardzo dobrze, a będzie jeszcze lepiej, i tu akurat nikt z nas jeszcze bardziej niż teraz nie będzie miał nic do gadania. I powiem, że jestem pod wrażeniem. Ministerstwo Równości Terytorialnej i Mieszkalnictwa. To jest coś, co autentycznie obezwładnia. I ja bym się nie zdziwił, gdyby miało się okazać, że to stamtąd idą te pieniądze. Z francuskiego Ministerstwa Równości Terytorialnej i Mieszkalnictwa. W końcu, czemu nie?
Poczekajmy parę lat i wtedy wszyscy zobaczymy, jakie to wszystko proste.

Zgodnie z tak dla mnie smutną tradycją, proszę wszystkich o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Za każdy gest szczerze dziękuję.

środa, 19 lutego 2014

Kto nam buduje nową katedrę?

W znakomitej jak zwykle notce „Los Perfectos II”, Gabriel Maciejewski, znany nam tu szerzej, jako Coryllus, postawił kwestię, dlaczego w Polsce osoby świeckie aspirują do telewizyjnego kaznodziejstwa. I ja to pytanie jak najbardziej rozumiem. W końcu, jak sam Gabriel to przypomniał, jakiś czas wspólnie się nad tą kwestią zastanawialiśmy, i nie powiem, że bezproduktywnie. Skoro jednak dziś postanowiłem temat podrążyć, to wcale, jak się domyślamy, nie dlatego, by powtarzać to, co już powiedział mój przyjaciel, ale by dorzucić tu i swoje trzy grosze.
Otóż, zgodnie z zachętą ze strony Gabriela, zajrzałem na stronę Boska TV, i to co mnie uderzyło, to jednak ani nie Tomasz Terlikowski ze swoim wyznaniem, że nie jest w stanie wymienić po kolei wszystkich siedmiu grzechów głównych, ani ów tylokrotnie tu już traktowany z surowością, na jaką sobie – równie wielokrotnie – zasłużył, ojciec-dominikanin Paweł Górzyński, lecz dwie zupełnie inne osoby, mianowicie współautor programu telewizji TVN24 „Szkło Kontaktowe”, Wojciech Zimiński oraz niejaka Katarzyna Olubińska, dziennikarka programu Dzień Dobry, tego samego co Zimiński, TVN.
Dlaczego nie interesuje mnie Terlikowski? Najprościej byłoby odpowiedzieć tu tak jak w tamtych dowcipach o Radiu Erewań: „Bo już mnie interesował”, ale pewnie nie zaszkodzi, jeśli wspomnę, że jest coś perwersyjnie nieprzyzwoitego w pisaniu o kimś, kto niemal na swoim sztandarze wypisał wyznanie, że jego pierwszym grzechem jest nieokiełznane opętanie seksem.
Czemu Górzyński? Powody są mniej więcej te same. Wprawdzie ja nie wiem, jak sobie Górzyński radzi ze swoją chucią, i mało mnie to interesuje, niemniej z różnych innych względów i tu mam poczucie zanurzania się w rejony, gdzie zanurzać się mi zwyczajnie nie wypada. Bo ten wstyd mnie zwyczajnie zabije.
Czy to może znaczy, że Zimiński i ta Olubińska gwarantują tu może cokolwiek ponad to? Nie sądzę, i też tego nie sugeruję, natomiast faktem jest, że oni właśnie stanowią znakomitą odpowiedź na postawione przez Gabriela pytanie – czemu? Otóż powstaje portal o nazwie Boska TV, coś co, jak rozumiem, ma nam dać alternatywę dla Kościoła, którego ten świat ma już tak bardzo dość, a apostołami owej nowej wiary będą ludzie tacy, jak Wojciech Zimiński i ta cizia z Dzień Dobry TVN. Dlaczego oni? Otóż moim zdaniem chodzi o to, by pokazać wszystkim, że Kościół to nie jakaś tępa hołota w tanich, dzierganych przed wiekami, przesiąkniętych naftaliną beretach, ale prawdziwe gwiazdy. Takie niemal jak Kuba Wojewódzki, Mikołaj Lizut, Kazimiera Szczuka, czy Maria Peszek, tyle że „wierzący”.
Bo oto nagle się okazuje, że nie jest tak jak nam się wydawało, że ten Kościół, na którym wyrosło wszystko, został opanowany wyłącznie przez jakieś śmierdzące wiejskie gówno. O nie! Ten Kościół to również i eleganccy, wykształceni i szalenie elokwentni mężczyźni w garniturach, piękne kobiety w eleganckich strojach, księża, którzy nie tylko potrafią opowiedzieć coś o Jezusie, ale również zagadać na temat polityki, a kto wie, czy i nie kultury i sztuki, a każdy z nich – co tu akurat może i najważniejsze – znani z telewizji.
Czy to w ogóle można sobie wyobrazić, że ten Zimiński, ten sam, który każdego wieczora od ponad już pięciu lat sączy swoje czarne słowo przeciwko wszystkiemu, co dobre, niewinne i udręczone, to ktoś kto, nie dość że co niedziela uczestniczy we Mszy Świętej, to jeszcze robi to z pełną świadomością, czym jest wiara i odwaga w jej głoszeniu? A ta lalunia? Kto by uwierzył, że i ona jest z nami? Komu by przyszło do głowy, że ona również każdego wieczora ze swoimi dziećmi klęka do pacierza i prosi o zdrowie dla każdego z nich? To jest dopiero tajemnica! To jest zagadka! A jaka dla nas radość!!! Oto nie jakaś banda brudnych wieśniaków, ale piękna, wykształcona, fantastycznie wystrojona telewizyjna gwiazda.
Gabriel pyta, dlaczego oni się tak do tej telewizji pchają. Otóż tu mam ochotę się z nim trochę nie zgodzić. Otóż oni się tam wcale nie pchają. Na nich Terlikowski z Górzyńskim urządzili łapankę, i ich tam, czy to podstępem, czy za pieniądze, zaciągnęli. Następna będzie Kolenda-Zaleska i Justyna Pochanke, za nią pójdą Jacek Pałasiński i Dorota Gargas. A kto wie, czy już w drugiej kolejce nie ustawiają się Kamil Sipowicz i piosenkarz Skiba. A niby czemu nie? Bo oni niewierzący? Przede wszystkim wcale nie wiadomo, czy niewierzący. Jeśli wierzący jest Terlikowski z żoną, prezydent Komorowski i minister Zdrojewski, nie ma powodu, by owa szczególna droga kulturowego rozwoju była zamknięta dla kogokolwiek. To co się liczy, to szyk i europejska elegancja, a więc to, czego naszemu Kościołowi tak boleśnie brakuje.
Gabriel szydzi z tej bandy uzurpatorów, że oni nie są w stanie przypomnieć sobie siedmiu grzechów głównych, a więc czegoś, co zarówno on, jego żona, jak i jego dzieci, a więc ludzie, którzy przez tyle lat nawet nie byli na Mszy Świętej, znają na wyrywki, jak pory roku, dni tygodnia i miesiące. Otóż, Drogi Gabrielu! To w ogóle nie o to chodzi. Tu walka się toczy o to, byście Wy za żadne skarby świata do Kościoła nie wrócili. Do którego oni w każdą niedzielę zachodzą, by się pokazać tym, którzy też się potrzebują pokazać. Bo w momencie, gdy zademosntrujecie, że to jest również Wasz Kościół, to będzie ich koniec. I stąd ta cała Boska TV. I Bóg mi świadkiem, że nie tylko.

Z pełną pokorą prosze wszystkich, którym ten blog daje codzienną satysfakcję i siły na każdy kolejny dzień, o wspieranie go w jakikolwiek sposób. Bez Waszej pomocy, nie przeżyjemy. Dziękuję.

wtorek, 18 lutego 2014

Teraz się biorą za zieloną Ukrainę?

Ukraina płonie. Wreszcie płonie naprawdę. Mijały miesiące, i wciąż nie wiedzieliśmy, jak się to wszystko skończy. Był nawet moment, kiedy wydawało się, że to wszystko na nic i Janukowicz zachowa władzę. Dziś już płonie, a ja wiem, że skoro tak, to znaczy, że inaczej się nie dało; że bez tych zabitych ludzi, bez tych spalonych budynków, bez tej wojny, System nie mógł zrobić kolejnego kroku. I przypominam sobie Rumunię w roku 1989 czy Polskę jeszcze w grudniu 1970, i wiem, że tak to się zawsze załatwiało. Trzeba było wyciągnąć ludzi na ulicę, iluś z nich zabić, i w ten sposób zmienić władzę. Bo inaczej władza ustapić nie chciała.
Nie wiem, czy Janukowicza powieszą, czy rozstrzelają, czy tylko wsadzą do więzienia, ale to jedno jest pewne: jest już po nim. No i jest oczywiście jeszcze jedno pewne – System jest zawsze ten jeden krok do przodu. I z tym jednym celem – żeby nie stracić kontroli.
Strasznie krótka ta notka, ale cóż można powiedzieć? Wszyscy żyjemy tą biedną Ukrainą, a tu nawet nasz Radek Sikorski ogłosił, że to wszystko wina Janukowicza. I może ciekawe tylko już to, czy Premier też to wie? Niech więc i on coś powie, kiedy się jutro rano obudzi. A my troszczmy się już tylko o to, by nas ta dziura nie wchłonęła. I pamiętamy o tym, co najważniejsze.

Proszę bardzo wspierać ten blog, bo bez tej pomocy jesteśmy bez środków do życia. Dziękuję.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Przepraszam bardzo, ale Stoch nie jest idiotą

Tyle ostatnio się działo, że cotygodniowy felieton dla "Warszawskiej Gazety" musiał poczekać. No i poczekać musieliśmy i my. Mam nadzieję, ze warto było.

Kiedy Kamil Stoch, wyruszając do Rosji, zażyczył sobie kasku z biało-czerwoną szachownicą, wielu z nas natychmiast uwierzyło, że on tego gestu nie uczynił przypadkowo, i że ów brak przypadku należy oczywiście przypisać zaangażowaniu Stocha w sprawę Zbrodni Smoleńskiej. Natychmiast, w reakcji na ów wybuch dobrej nadziei, że nie jesteśmy sami, pojawiły się głosy szyderstwa, że człowiek nie może spokojnie zademonstrować swego przywiązania do symboli polskiego lotnictwa, by „smoleńskie hieny” nie musiały tego od brutalnie wykorzystać. I zaczęło się owo tak nam boleśnie znane plucie.
Powiem uczciwie, że od samego początku, dzieląc oczywiście wspomniane wyżej nadzieje, zachowywałem spokój, jednak potem, kiedy już Kamil Stoch zdobył ów pierwszy złoty medal i wygłosił swoją słynną deklarację – bo to była deklaracja – zastanawiam się, czy możemy jeszcze dyskutować, czy jesteśmy świadkiem czegoś prawdziwie znaczącego, czy tylko głupiego przypadku. Kamil Stoch skoczył najdalej, a potem powiedział najpierw, że za jego zwycięstwem stoją owi ludzie, których nazwisk nie będzie wymieniał, ale którzy wiedzą, że o nich chodzi, ów specjalny kask, no a przede wszystkim ów zwykły – ale i tak niezwykły – symbol na tym kasku. A powiedziawszy to, zwrócił się – jedyny raz podczas całego wywiadu prosto do kamery – i najdobitniej, jak tylko mógł, powiedział: „W końcu ma się tych dobrych lotników, co nie, Polsko?”
Spróbujmy zastanowić się nad tym z kolei gestem i nad jego ewentualnym znaczeniem. Załóżmy dwie możliwości: Jedna jest taka, że Stoch żyje tym, co się wydarzyło 10 kwietnia 2010, druga natomiast to ta, że dla Stocha Smoleńsk w ogóle nie jest tematem. Jeśli założymy, że dla niego Smoleńsk nie jest tematem, nie ma o czym mówić.
Ponieważ jednak jeszcze coś chcemy powiedzieć, rozważmy drugą ewentualność. Załóżmy, że Stoch zna sprawę Smoleńską i czasem o niej myśli. Jeśli tak, to mamy trzy możliwości: pierwsza taka, że on bardzo przeżywa to nieszczęście, i jego gest, był jak najbardziej celowy; druga, że jemu oczywiście Smoleńsk siedzi w głowie, ale tu akurat miał inne intencje; trzeci, że on wie, co się stało w Smoleńsku, ale uważa, że katastrofa to oczywisty błąd pilotów.
Trzecią możliwość możemy wykluczyć. Jeśli on uważa, że polscy piloci są najlepsi, to skąd tak głupi błąd? Druga opcja też nie ma sensu, bo skoro on chciał wyłącznie zademonstrować swoją szybowcową pasję, to czemu musiał o tym mówić Polsce prosto w twarz? A zatem, albo Stoch przeprowadził demonstrację polityczną, albo politykę ma w nosie.
Otóż ja o Stochu wiem wystarczająco dużo, by wiedzieć, że on może czegoś nie wiedzieć, gdzieś się mylić, ale nie jest idiotą. I mam nadzieję, że właśnie dlatego będzie robić i myśleć swoje i nie podzieli losu Agnieszki Radwańskiej. A oni niech sobie do zakichanej śmierci, łamią głowy pytaniem, co Stoch ma w sercu i duszy.

Mamy dziś dopiero 17 lutego, i do końca miesiąca jesteśmy na łasce i niełasce Was, którzy ten blog czytają. W związku z tym, serdecznie proszę o możliwie dodatkowy wysiłek we wspieraniu tego, co tu się ukazuje. Bez Was i Waszej pomocy, nie pociągniemy. Dziękuję.

niedziela, 16 lutego 2014

Dziennikarze wszystkich opcji - łączcie się!

Zmuszony jestem zacząć tę notkę od lekkiego ponarzekania. Otóż ja oczywiście spodziewałem się, że mój tekst sprzed paru dni, zatytułowany „Czy Walt Disney próbuje zamordować Artura Wosztyla?” spotka się ze zrozumieniem częściowym, natomiast faktycznie, tego, że on natrafi na ścianę niezrozumienia całkowitego, pod uwagę nie brałem. W tej sytuacji, zrobię coś, czego się wstydzę tak samo, jak objaśniania dowcipów, i czego w związku z tym zwykle nie robię, ale powiem może bardzo krótko, o co mi chodziło.
Otóż uważam, że jest czymś w dzisiejszej Polsce absolutnie przerażającym, że przez jakąś dla mnie kompletnie niepojętą medialną manipulację, sprawy tak wręcz kluczowe dla naszego codziennego bytowania, jak Katastrofa Smoleńska, czy owa opisywana przez tygodnik „W Sieci” seria skrytobójczych mordów popełnianych na świadkach owej katastrofy, zamiast stać się znakiem, symbolem i sztandarem naszej walki, są systematycznie wykorzystywane, również przez nas samych, jako… nawet nie wiem, jak to nazwać – pewien rytuał służący niczemu innemu, jak wspólnej zabawie? Rytuał, w którym coś tak bezprecedensowego, jak zaplanowana i wykonana przez państwo egzekucja 96 niewinnych osób, i, konsekwentnie, równie brutalna śmierć kolejnych 20 ludzi, którzy musieli umrzeć, bo tak zadecydował System, stają się zaledwie kolejnym tematem, opracowywanym podczas posiedzeń redakcyjnych kolegiów.
Chodziło mi o to, że jeśli dochodzi do tego, że prasowa informacja o tym, że System w ciągu minionych lat z zimną krwią zamordował 20 niewinnych osób, ma robić na nas dokładnie takie samo wrażenie, jak informacja, że Walt Disney podobno był antysemita i homofobem, to znaczy, że z nami stało się coś bardzo niedobrego.
Wczoraj zamieściłem kolejny tekst, którego celem było – niech będzie, że brutalne i pełne zwierzęcej nienawiści –uderzenie w polskich dziennikarzy. O co poszło tym razem? O to mianowicie, że w ramach swojej działalności zawodowej, podszywając się pod właśnie wypuszczonego z więzienia wielokrotnego mordercę – pedofila Trynkiewicza, Kuba Wojewódzki zadzwonił do redaktora naczelnego „Super Expressu” i zaproponował mu sprzedaż swoich pamiętników, na co ów dzielny redaktor zgodził się bez namysłu. Wybuchła oczywiście klasyczna awantura, i na owe odgłosy walki natychmiast przybiegli tak zwani „nasi” dziennikarze, żeby dorzucić do tego swoje trzy grosze, i proszę sobie wyobrazić, że żaden z nich nawet się nie zająknął o tym, że oto jesteśmy świadkiem kolejnego dowodu na upadek świata, jaki znaliśmy dotychczas, natomiast każdy z nich postanowił zająć się kibicowaniem jednej ze stron.
Czemu tak? Otóż moim zdaniem – i owo zdanie starałem się wyartykułować w jednym i drugim tekście – problem polega na tym, że tam, w owej branży dziennikarskiej, tak naprawdę panuje pełna solidarność celów i idei. Tak naprawdę, każdy z nich, i to niezależnie od tego, czy mówimy o Kubie Wojewódzkim, Sławomirze Jastrzębowskim, Macieju Pawlickim, czy Rafale Ziemkiewiczu, wie, że czasy są takie, że albo się coś sprzeda, albo nie, i jeśli się sprzeda, to się żyje, a jeśli się nie sprzeda, to się zdycha. I kropka.
Oto Maciej Pawlicki, człowiek, który w swojej nieprawdopodobnej więc odwadze i bezkompromisowości, nie zważając na to, że oto wszędzie w koło zorganizowane grupy płatnych zabójców mordują ludzi niewygodnych dla Systemu, napisał tekst ujawniających ów proceder. I ja bym pewnie bardzo się zachwycił jego dziennikarską i czysto ludzką postawą, gdyby nie ostatni, zamykający całość owej strasznej relacji, akapit. Bardzo dramatycznie nawiązując do Durrenmatta, Pawlicki pisze:
Czy my, mieszkańcy Priwiślańskiego Kraju, także gasimy światło, zamykamy okiennice, bo nie chcemy widzieć tego, co się wydarzy? Czy bezczynnie czekamy na śmierć Artura Wosztyla, by dostać za nią kolejne miesiące skundlonego spokoju, że Starsza Pani się nie gniewa?
Przepraszam bardzo, ale do kogo dokładnie zwraca się Maciej Pawlicki? Do mnie może, czy do tych miłych ludzi z trójką dzieci, których co niedziela spotykam na mszy w kościele? No dobra… pewnie do mnie nie, bo ja w końcu, jak wiemy, jakoś tam walczę. Wprawdzie nie jak Pawlicki z Karnowskimi, ale jakoś owszem. A więc może do nich. To oni, zdaniem Pawlickiego, się dali skundlić? To oni zgodzili się na to, by zostać obywatelami „Priwiślańskiego Kraju”. Co oni zatem mają zrobić, by zasłużyć na dobre słowo spod palca Macieja Pawlickiego, dziennikarza szalenie poczytnego prawicowego tygodnika. Pojechać do Warszawy i kamieniami obrzucić pałac na Krakowskim Przedmieściu, czy może siąść tam wspólnie na ławeczce, oblać się benzyną i podpalić, tak jak tamten biedak, którego nazwiska już dziś nawet nie pamiętamy? A może nie trzeba uciekać się do tak drastycznych środków? Może wystarczy kupować tygodnik „W Sieci”, tak by pod względem liczby sprzedawanych egzemplarzy pokonał on „Politykę” i „Newsweek”? Czy to Pawlickiemu wystarczy, żeby ci ludzie zasłużyli na jedno dobre z jego strony słowo?
Otóż ja się obawiam, że to tak naprawdę chodzi o to tylko. Niech oni w każdy poniedziałek kupią kolejny numer tygodnika, w którym publikuje Pawlicki, i będzie git. No a jeśli im szkoda pieniędzy, to niech się może rzeczywiście lepiej podpalą. Pawlicki wtedy napisze o nich ładny artykuł, jego jeden kumpel Korsun narysuje na ten temat fajny obrazek, a drugi jego kumpel Karnowski zapowiedź owych wzruszeń da na okładkę, i może te sześć złotych wybuli kto inny.
A więc o to zapewne w ogólnym rozrachunku chodzi. I Jastrzębowskiemu, i Ziemkiewiczowi, i Pawlickiemu, i Wojewódzkiemu? O to, by nikt, broń Boże, nie zgasił światła. Bo diabli wiedzą, co się wtedy stanie z naszymi kredytami.

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...