sobota, 29 września 2012

Porozmawiajmy o tymktórynieprzepuszczażadnejokazji

Oto mamy dziś 29 dzień września, kiedy to po raz kolejny próbujemy Złemu pokazać, że nas się nie da zwyciężyć, ani choćby przeniknąć. Właśnie tak. Że dla niego jesteśmy zwyczajnie nieprzenikalni. Oczywiście, przy zachowaniu wszelkich koniecznych proporcji, chciałbym zaproponować – trochę przy tej okazji – obejrzenie pierwszej części rozmowy, jaką Coryllus, Kamuszek i ja - również dzięki determinacji Józefa Orła - odbyliśmy parę tygodni temu w studio Gazety Polskiej. O Szatanie jak najbardziej. Dziś pierwsza część, a jutro – miejmy nadzieję – druga. Serdecznie zachęcam.
Jeśli ktoś potrzebuje link, proszę uprzejmie: http://vod.gazetapolska.pl/2468-czy-szatan-dziala-teraz-co-przychodzi-latwo-cz-12
No i jest już druga część: http://vod.gazetapolska.pl/2475-czy-szatan-dziala-teraz-co-przychodzi-latwo-cz-22

piątek, 28 września 2012

O androidach, kilogramie ziemniaków i dwóch jajkach po 70 groszy

No więc ostatecznie włączyłem telewizor. Wczoraj. To znaczy, nie do końca włączyłem. On już był włączony, tyle że to starsza Toyahówna, która aktualnie jest w trakcie totalnego zbijania bąków, oglądała jakiś program sportowy, a ja tylko poprosiłem ją, by mi na chwilę przełączyła na TVN24. Pomyślałem sobie, że zobaczę, co w Sejmie gadał Gowin i jak to jego gadanie skomentował System. Tymczasem okazało się, że Gowin ma gadać dopiero później, natomiast akurat pokazywali Marka Migalskiego, który się okropnie oburzał, że jakaś niemiecka komunistka z Europejskiego parlamentu wydała specjalny album poświęcony polskiej biedzie. Migalski mówił i w pewnym momencie powiedział mniej więcej coś takiego:
Polską biedą zajmować się mają prawo polscy politycy. Gdyby to któryś z nich zorganizował tę wystawę, to ja bym tam i chętnie nawet poszedł, i wspólnie byśmy się zastanowili, jak można skoordynować te działania. A ta komunistka niech się nie wtrąca. Co ona zrobiła dla tych dzieci?
No i po raz kolejny okazało się, że ten jeden kieliszek, jeden jedyny maleńki kieliszek musi uruchomić lawinę. W moim wypadku lawina ta uzyskała formę telewizora. Zajrzałem bowiem tam raz jeszcze i jeszcze raz, no i dziś muszę przyznać, że w wyniku owego braku wstrzemięźliwości wysłuchałem najpierw fragmentu sejmowego wystąpienia Donalda – cóż to za przedziwne imię! – Tuska, a już dużo później również fragmentu wyznań marszałek Ewy Kopacz. Oczywiście, były to zaledwie dwie krótkie chwile, niemniej jednak obie wystarczyły do tego, bym poczuł autentyczną panikę. Wraz z ową paniką jednak przyszło przekonanie, że gdybym ja tam był – tam z tymi ludźmi w jednej czy drugiej Sali – to nie ma takiej możliwości bym nie zareagował w sposób, który uznaję za jedyny odpowiedni. A moja reakcja byłaby tak znacząca, że jestem przekonany, że to moje wystąpienie pokazanoby nawet w północno-koreańskiej telewizji, jako przykład europejskiego braku politycznej i parlamentarnej kultury. Niestety, wygląda na to, że czasy mamy takie, że wraz z upadkiem czegoś co język angielski określa jako „outrage”, skończyło się prawdziwe chamstwo.
Syn mój przyniósł mi dziś wczorajsze wystąpienie posła PiS-u Andrzeja Dudy, z takim oto komentarzem, ze przy Dudzie taki Tusk zwyczajnie nie istnieje. Wysłuchałem owego, jak najbardziej umieszczonego na internetowej stronie telewizji TVN24 wystąpienia, i myślę sobie, że moje biedne dziecko jest w bardzo ciężkim błędzie. Jak idzie o tak zwaną opinię publiczną, to co powiedział Duda nie ma żadnego znaczenia z tej prostej przyczyny, że tam jest za dużo słów, w dodatku słów, które mają swój sens i znaczenie. Opinii publicznej natomiast ani sens ani znaczenie do szczęścia nie są potrzebne. Opinia publicznej potrzebny jest prosty, jednozdaniowy przekaz: Jest fajnie, a naszym obowiązkiem jest się bronić przed tymi, którzy nie lubią jak jest fajnie. I to jest to co im mówi android. Nie Duda. Android. I dopóki nie pojawi się, kto androida stamtąd wyprowadzi za krawat, w dodatku przy akompaniamencie słów powszechnie uważanych za obelżywe, nie ma o czym mówić.
Wygląda zatem na to, że mój wcześniejszy wybór, by polityką się nie zajmować, ma jak najbardziej swoje podstawy. W końcu, cóż ktoś taki jak ja może szukać w miejscu, gdzie mamy do czynienia wyłącznie z grą prowadzoną na użytek zachowania za wszelka cenę status quo. W dodatku grą, w której wszystkie reguły ustala owa banda androidów zaprojektowana i wyprodukowana w laboratoriach, o charakterze których nie za bardzo nawet mamy pojęcie? Pozostaje nam więc pewna niemiecka komunistka, poseł Migalski i polska bieda. A ja uważam, że to wcale nie tak mało.
Swego czasu pewien nasz kolega, znany powszechnie jako Lemming, opowiedział tu na tym blogu, jak to pewnego dnia zatrzymał się gdzieś w jednym z prowincjonalnych polskich miasteczek, zaszedł do jednego z prowincjonalnych polskich spożywczych sklepów i stał się oniemiałym świadkiem sceny kiedy to dwoje dzieci za dwa złote czterdzieści groszy zakupiło towar w postaci dwóch jajek i jednego kilograma ziemniaków. Oczywiście ja nie jestem na tyle bacznym obserwatorem ani naszych oficjalnych mediów, ani mediów mniej oficjalnych – jakie się starają rozpychać w Internecie – żeby powiedzieć w tej sprawie cokolwiek wiążącego, muszę jednak zakładać, że sprawa tak boleśnie symbolizowana przez przedstawiony nam przez Lemminga obrazek nie została odpowiednio ani tam ani tu omówiona.
I oto nagle okazuje się, że nie dość że zostaliśmy na tym polu wyprzedzeni przez jakąś niemiecką komunistkę, to jeszcze Marek Migalski, nasz poseł do Europarlamentu, z tej okazji się bardzo aktywizuje i ogłasza, że on sobie nie życzy, żeby polskimi sprawami zajmowali się jacyś obcy. Szczególnie że on właśnie już był bardzo blisko, by w związku z tą biedą, o której on akurat zapewne dotychczas nie słyszał, wspólnie z innymi się zastanowili, „jak można skoordynować te działania”. I to jest coś, co mnie autentycznie poraża. Marek Migalski zapowiadający w sprawie polskiej biedy jakąś „koordynację działań”, do której niestety nie doszło, bo jakaś bezczelna komunistka wyjęła mu tę robotę z rąk. Marek Migalski – polski polityk, ani lepszy ani gorszy od całej reszty tych darmozjadów, z lewej i prawej strony polskiej politycznej sceny – oburzający się na to, że, kiedy on się zajmował Białorusią i białoruskimi demokratycznymi aspiracjami, przyleźli jacyś Niemcy i mieszają w nie swoim.
Jestem tym co się stało porażony, bo ostatnią rzeczą jakiej się spodziewałem i na jaką liczyłem jest to, że to akurat Niemcy, w dodatku Niemcy ruskiego pochodzenia, pociągną wątek, który na tym blogu poruszył mój kolega Lemming. I że oni to zrobią dlatego, że wcześniej ani Markowi Migalskiemu, ani żadnemu z jego wybitnych kolegów nie przyszło do głowy to, że coś się cholera dzieje. I tyle o nim. Tyle zresztą samo, co o pewnej niemieckiej komunistce. Ode mnie on i ona akurat niech sobie mają po równo. Tak będzie sprawiedliwie.

Uprzejmie przypominam, że mam tu wciąż pewną liczbę obu swoich książek, a więc zapraszam szczerze i serdecznie: jeśli ktoś ma ochotę otrzymać „Liścia”, bądź też „Elementarz” z osobistą dedykacją, niech wali jak w dym. Numer konta jest tuż obok, a cena wynosi 30 złotych za „Elementarz” i 40 złotych za „Liścia”. Jeśli ktoś jednak albo ma jedną i drugą i na dodatek kupowaniem prezentów zająć się ma zamiar dopiero w grudniu, proszę o finansowe wspieranie tego bloga pod podanym również obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 27 września 2012

O potrzebie rozwiązania ostatecznego

Jak już tu z pewną dumą wspominałem, ostatnie tygodnie, czy dziś już może miesiące, upływają mi praktycznie bez telewizora. I nie jest tak, że ja z jakiś bardzo starannie przemyślanych powodów postanowiłem się od niego odłączyć. Zwyczajnie, któregoś dnia zauważyłem, że telewizji nie potrzebuję, że jeśli ona nagle się w moim życiu pojawia, to nie jestem w stanie się na tym przekazie skupić, a dalej już wszystko poszło zupełnie samo.
W związku z tym dwa najważniejsze politycznie wydarzenia, a więc ekonomiczna konferencja zorganizowana przez Jarosława Kaczyńskiego i sprawa ekshumacji ciała świętej pamięci Anny Walentynowicz są mi znane wyłącznie z Internetu, a dokładnie rzecz biorąc, z niektórych komentarzy, jakie znajduję każdego dnia w Salonie24. W związku z tym, nie mam autentycznie pojęcia, jak jedno i drugie jest komentowane na przykład przez kiedyś mi dość bliską telewizję TVN24, więc jak by nie było przez medialną ekspozyturę Systemu w Polsce.
Trochę mnie to oczywiście cieszy, bo zawsze to przyjemnie czuć wokół siebie świeże powietrze, wiedząc jednocześnie, jak to do czego przez tyle lat człowiek był przyzwyczajony, jest stęchłe i zwyczajnie złe. Z drugiej jednak strony, z całą pewnością cierpi przez to i ten blog, któremu brakuje owej stałej porcji inspiracji, no i tak naprawdę ja nie znam za bardzo stanu w jakim znajduje się polska polityka. A to sprawia, że kiedy wreszcie całe to nieszczęście ostatecznie zostanie zdmuchnięte z naszej przestrzeni, to ja w pewnym sensie przyjdę na gotowe. No a to by chyba wyglądało nie najlepiej.
Trzeba jednak przyznać, że w tej mojej ascezie, udało mi się odnotować dwa zdarzenia o bardziej szczegółowym charakterze, i od nich może zacznę tę dzisiejszą refleksję. Otóż komentując konferencję Prawa i Sprawiedliwości, minister Rostowski odezwał się mniej więcej tak, że jego bardzo cieszy fakt, że Jarosław Kaczyński przestał ględzić o Smoleńskiej Katastrofie i zaczął rozmawiać o gospodarce. Oczywiście te niemal już dwa i pół roku, które upłynęły od tamtego morderstwa, pozwoliły się nam, przyzwyczaić do niemal każdej demonstracji ludzkiego zbydlęcenia i to do tego stopnia, że czegoś tak trywialnego jak owa wypowiedź Rostowskiego nawet nie potrafimy oceniać w kategoriach estetycznych, a co dopiero moralnych. No a z mojego punktu widzenia, to jest naprawdę coś. Owa odzywka, jaką nam zaserwował Rostowski – zwróćmy uwagę, że zupełnie niepotrzebna i w każdy możliwy sposób niemerytoryczna – świadczy o tym, że oni wszyscy już dawno przekroczyli granicę, gdzie możnaby się było choćby jeszcze zastanawiać nad możliwością jakiejkolwiek dyskusji. Uważam, iż to że Rostowski wobec prośby o ocenę sensu owej konferencji uznał za stosowne wrzucić ten bon mot na temat Katastrofy, świadczy o tym, że na nich my już mamy tylko jeden sposób, a ja ze względów procesowych pozostawię tę akurat kwestię niedoprecyzowaną.
Wyobraźmy sobie, że umiera mi jedno z moich dzieci, ja postanawiam ten blog poświęcić na takie czy inne wspominanie mojego życia przed, oraz rozprawianie na temat tego, jak ono mogłoby wyglądać, gdyby to się nie wydarzyło, a więc pozostaję w klasycznej, choć chronicznej żałobie. I oto któregoś dnia postanawiam jeden ze swoich wpisów poświęcić sprawie stosunkowo neutralnej. Na to pojawia się jakaś mądrala i ogłasza, że się bardzo cieszy, że Toyah wreszcie przestał marudzić na temat swojego zmarłego dziecka i zajął się sprawami znacznie poważniejszymi. Przecież to by było jakieś horrendum! Przecież każdy – dosłownie każdy – normalny człowiek by tego kogoś potraktował jak najgorszą szmatę. I oczywiście co najmniej bardzo słusznie.
Tymczasem my tu słuchamy tego Rostowskiego, który przez ten swój pozatykany całym tym zgromadzonym przez niego przez lata złem nos, cedzi owe czarne słowa i, zakładając że się nam w ogóle jeszcze chce, co najwyżej wzruszamy na to ramionami. Przecież gdyby tam, w tamtym momencie, siedział obok niego sam Jaroslaw Kaczyński, a on by miał w ogóle odwagę, by powiedzieć to co powiedział, że on gratuluje Kaczyńskiemu powrotu do podstawowej równowagi, to w moim odczuciu powinien w jednej chwili dostać porządną fangę w ryj, i to na tyle porządną, żeby zleciał z tego fotela i został wyniesiony przez ochronę prosto do szpitala.
Jak mówię jednak, nic z tego. Wszyscyśmy – włącznie podejrzewam z Jarosławem Kaczyńskim – zdążyliśmy się nad ten rodzaj zwyrodnienia uodpornić. I obawiam się, że nawet gdyby Prezes tam był, a Rostowski by nie stchórzył, to jedyna nasza satysfakcja byłaby taka, że on – Kaczyński zachowałby to swoje pełne wręcz niezwykłego blasku spojrzenie i ten tak ledwo widoczny, a jednocześnie tak potężny uśmiech, i może nim by Rostowskiego po prostu zabił.
Otóż nie. Rzecz mianowicie w tym, że on by go nie zabił. Ani słowem, ani uśmiechem, ani nawet tym blaskiem. On by go nawet nie zmusił do skromnego mrugnięcia. Rzecz w tym, że zarówno Rostowski, jak i cale to towarzystwo, które przy okazji Smoleńskiej Katastrofy zmuszone zostało do stworzenia owej koalicji strachu, która z każdym kolejnym dniem staje się już tylko coraz bardziej zdeterminowana, by bez opamiętania gryźć i pluć, do ustąpienia można zmusić tylko w jeden sposób. I obawiam się, że nie będą to nawet wygrane wybory.
Przeprowadzono ekshumację zmarłej w Smoleńsku Anny Walentynowicz, no i okazało się, że w tej trumnie pochowano kogoś innego. Z tego co obserwuję w Sieci – bo jak mówię, zdania Systemu w tej sprawie nie znam – tak zwani „nasi” tryumfują, ogłaszając polityczny koniec Platformy Obywatelskiej i wszystkich najbardziej w kłamstwo smoleńskie zaangażowanych urzędników, natomiast wszyscy pozostali zachowują się, jakby tak naprawdę owa straszna wiadomość tylko potwierdzała ich wcześniejsze diagnozy, co do tego, że tych wszystkich pisowców trzeba powystrzelać, bo tylko przeszkadzają w tym naszym bohaterskim marszu przez kryzys. Bardzo charakterystyczny był niedawny wpis pewnego internetowego korwinowca, a następnie sprowokowana przez niego dyskusja, kiedy to ten – nie znając jeszcze wyników ekshumacji – napisał tekst o tym, że ten cały cyrk z trumnami to pisowska obsesja i strata czasu. Od razu pojawiła się cała kupa zaprzyjaźnionych z nim blogerów, która ruszyła do rytualnych szyderstw ze Smoleńska i z ludzkiej żałoby. No i w pewnym momencie pojawiła się informacja o zamianie ciał. Czy tam cokolwiek drgnęło? Owszem drgnęło jak najbardziej. Wściekłość jaka ogarnęła owych komentatorów osiągnęła rozmiary dotychczas niespotykane. A co jak idzie o sedno sprawy? Ależ oni zawsze uważali, że ekshumacje należy przeprowadzać, tyle że w cywilizowanej atmosferze, a nie wykorzystując je do politycznych harców.
I tak jest do dziś. Ktoś pisze tekst, w którym ogłasza, że minister Kopacz jest skończona, ktoś inny wzywa premiera Tuska, żeby przeprosił, ktoś inny wreszcie mówi że przeprosiny to za mało – że ich wszystkich trzeba zdymisjonować. A na to przychodzi choćby senator Libicki – do niedawna jak najbardziej wierny członek Prawa i Sprawiedliwości – jeden z niedawnych posmoleńskich żałobników i wzywa do opamiętania.
Właśnie. Do opamiętania. I do rozsądku. I do porzucenia nienawiści. I do spokojnego poczekania aż prokuratorzy zrobią co do nich należy. A wszystko to w pełnym zażenowania bólu, że ten „pissssssss” ma tak mało szacunku dla ofiar tej naszej – wspólnej przecież – narodowej tragedii. A ja proszę byśmy się zastanowili, kto tu tę bitwę wygrywa? My, którzy się niezmiennie od dwóch lat pieklimy na to straszne i niewyobrażalne wręcz zło i niezmiennie wzywamy je do tego by się ukorzyło i przyznało do siebie samego, czy ono – które z tą wystudiowaną do perfekcji troską wzywa nas do wzięcia na siebie współodpowiedzialności za Polskę? Zwłaszcza teraz, gdy musimy rozwiązać ten bolesną dla nas wszystkich kwestię ofiar smoleńskiej katastrofy.
Nie wiem ile czasu minęło od tamtego sobotniego poranka do czasu gdy Małgorzata Kidawa-Bońska w wywiadzie dla Mazurka oświadczyła, że standardowa żałoba nie powinna trwać dużej niż tydzień. Że ona osobiście po śmierci swojej mamy smutna chodziła zaledwie przez kilka dni. Myślę że jednak było to zaledwie parę tygodni później, kiedy temat długości żałoby robił jeszcze na kimkolwiek wrażenie. Nie pamiętam też kiedy to dokładnie było, jak Kazimierz Kutz w TVN-ie opieprzył Elżbietę Jakubiak, że się swoją żałobą popisuje w poważnym telewizyjnym studio. Ale sądzę, że to też się działo w tamtych dniach. Przepraszam bardzo, ale jaka jest jakościowa różnica między tym, kim oni byli i co mówili wtedy, kiedy Anna Walentynowicz była chowana z pełnym szacunkiem, a tym co robią i mówią dziś, kiedy okazuje się, że jednak nie? Jaka jest różnica między tym, co mogliśmy wymagać od nich wtedy, a co możemy oczekiwać po nich dziś? Najwyżej taka, że dziś oni są jeszcze bardziej niż wtedy zimni i nieludzcy. Czy ktoś może liczy na to, że kiedy oni wyobrazili sobie tę trumnę, to w jednej chwili stali się ludźmi. Przepraszam bardzo, ale to jest w ich wypadku absolutnie niemożliwe. Nie jak idzie o nich. Jak się na tym dobrze zastanowić, to tego typu pozytywnej reakcji można by już znacznie szybciej oczekiwać od jakiegoś Leszka Millera, czy innego starego komunisty. Ich upadek był jednak przynajmniej jakoś tam naturalny. Ci tutaj to zwyczajne androidy.
Podobno w tej właśnie chwili, kiedy piszę ten tekst, albo jakoś tak w okolicy, ma swoje wystąpienie w Sejmie Jarosław Gowin. Chodzi o to, by poinformować posłów Hofmana i Błaszczaka o tym jak się sprawy mają na froncie. Kiedyś startowałem w wyborach na posła. Oczywiście nic z tego nie wyszło. Jednak wiem jedno. Gdybym tam dziś był, nawet bym jednej sekundy nie spędził na tej sali. Już chętniej poszedłbym na wódkę z jakimś śmierdzącym komuchem, niż miał się wsłuchiwać w głos tego kłamcy. Ale obiecuję, że jak przyjdzie czas to będę tam gdzie trzeba być. I wtedy poświęcę mu trochę swojej uwagi. I jemu i innym. Ale nie wcześniej. Póki co, jestem, tu gdzie jestem, i dzielę się tym, co mi szumi w sercu.

Jak już większość z nas wie, po minionych targach książki Gabriel, zamiast zabrać moje ksiązki z powrotem do Grodziska, zostawił je tutaj i pozwolił mi je sprzedawać na własną rękę, a więc proszę bardzo – jeśli ktoś ma ochotę otrzymać „Liścia”, bądź też „Elementarz” z osobistą dedykacją autora, zapraszam. Numer konta jest tuż obok, a cena wynosi 30 złotych za „Elementarz” i 40 złotych za „Liścia”. Jeśli ktoś jednak i sam już ma te książki, a w dodatku problem prezentów pojawi się dopiero w grudniu, proszę o wsparcie tego bloga pod również podanym obok numerem konta. Dziękuję.

wtorek, 25 września 2012

Będą się śmiać

Wspominałem o tym już chyba parę razy, ale na wszelki raz przypomnę. Otóż tak się składa, że w związku ze szkolną wymianą jaka rok w rok odbywa się między szkołą, w której pracuje pani Toyahowa, a pewnym liceum w Kolonii, systematycznie gościmy w naszym domu pewnego Niemca. Niemiec ma na imię Nicki i jest naszym bardzo dobrym kolegą. Dodatkowo – co tu akurat nie jest bez znaczenia – jego ojciec jest najprawdziwszym Chorwatem, co powoduje, że do faktu bycia Niemcem Nicki ma stosunek dość elastyczny w tym na przykład sensie, że kiedy na przykład Niemcy grają przeciwko Chorwacji, to jemu jest właściwie obojętne, kto wygra.
Przyjeżdża ów Nicki do nas rok w rok i zostawia całe mnóstwo przeróżnych historii, które nawet jeśli nie koniecznie muszą być dalej przekazywane, to najczęściej bardzo mnie osobiście inspirują. I proszę sobie wyobrazić, że tym razem opowiedział nam on coś, o czym nigdy wcześniej nie słyszałem, czego bym się w najbardziej dziwacznych snach nie spodziewał i co uważam za rzecz absolutnie porażającą. Proszę sobie mianowicie wyobrazić, że każdego roku w Sylwestra, wszystkie możliwe kanały w niemieckiej telewizji o różnych porach emitują krótki skecz zatytułowany „Der 90. Geburtstag”, i robią to nieprzerwanie od 1972 roku. Cóż jest takiego szczególnego w tym skeczu? Otóż z jednej strony nic, a z drugiej to jest coś tak niezwykłego, że tam są same szczególne rzeczy. Pierwsza z nich jest taka, że skecz nie jest niemiecki, lecz brytyjski, występują w nim brytyjscy aktorzy i choć został on napisany już w latach 20, i parokrotnie wykonany na brytyjskich scenach, nigdy ani nie został pokazany w tamtejszej telewizji, ani nie zyskał jakiejkolwiek lokalnej popularności. W roku 1963 jacyś Niemcy zobaczyli go na scenie w Blackpool, ściągnęli angielskich aktorów do Niemiec, nagrali go z udziałem niemieckiej publiczności na potrzeby niemieckiej telewizji, no i zaczęli go systematycznie emitować.
O czym jest ów skecz? O tym mianowicie, że pewna półprzytomna, ale bardzo dystyngowana staruszka organizuje swoje przyjęcie urodzinowe, na które zaprasza, jak co roku trójkę swoich starych przyjaciół. Problem w tym, że oni wszyscy już od dawna nie żyją, jednak ona tego nie zauważa i przyjęcie trwa w najlepsze. Siedzi więc owa Miss Sophie jak najbardziej samiusieńka przy stole i każe swojemu kamerdynerowi obsługiwać siebie i swoich nieistniejących gości. On wszystko wykonuje zgodnie z życzeniem starszej pani, a ponieważ żeby swoją panią utrzymywać w dobrym nastroju, musi wcielać się w rolę zmarłych przyjaciół, musi też oczywiście za nich pić. Dowcip skeczu polega na tym, że on chodzi w kółko, wypełnia kieliszki najróżniejszymi alkoholami, wszystko osobiście wypija, i jest w bardzo zabawny sposób pijany.
Całość trwa 18 minut, i, jak mówię, od kilkudziesięciu już lat, w każdego Sylwestra jest pokazywana na niemal wszystkich kanałach niemieckiej telewizji. Według tego, co opowiada mi Nicki, każdy Niemiec – młody, stary, czy dopiero w wieku dziecięcym – zna ten skecz na pamięć, oczywiście w języku angielskim, a pojedyncze wypowiadane tam frazy są w Niemczech w codziennym użyciu. 18-minutowy, czarno-biały film, nagrany w roku 1963 w którymś z niemieckich teatrów, w całości w języku angielskim, pokazujący wciąż ten sam żart, według dostępnych statystyk, corocznie ogląda połowa Niemców. Mówi mi Nicki, że jeśli ja przyjadę kiedyś do Niemiec, podejdę na ulicy do dowolnego dziecka i powiem: „Same procedure as every year”, wszyscy dookoła – włącznie z tym dzieckiem – wybuchną perlistym śmiechem.
Jest jednak coś, czego Nicki mi nie powiedział, a niewykluczone, że sam nawet tego nie wie. Otóż przedstawienie to wprawdzie nigdy dotychczas nie było emitowane w Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych i tam nie ma jednej osoby, która by wiedziała, że coś takiego w ogóle istnieje, natomiast nie jest tak, że ono jest popularne tylko w Niemczech. Okazuje się, że podobną funkcję co w tam, skecz pełni też w Danii, Szwecji, Norwegii, Finlandii, Estonii, Holandii, Austrii, Szwajcarii i Południowej Afryce i w Australii, gdzie już jednak jest nadawany w Nowy Rok, a nie w Sylwestra.
Czemu tak? Co to za cholera? Ani tego nie wiem, ani nawet nie próbuję odpowiedzi na to pytanie odgadnąć. Trochę dlatego, że podejrzewam, że jakakolwiek ona będzie, to i tak nie pozwoli nam poznać prawdy na temat tego zjawiska, ale też z tego powodu, że się tej odpowiedzi zwyczajnie boję. Diabli bowiem wiedzą, co się za nią kryje. Właśnie tak. Diabli. A ich tajemnice mnie zwyczajnie nie interesują.
Ktoś się więc pewnie teraz spyta, po co ja w ogóle w takim razie o tym piszę. Skąd mi w ogóle przyszła do głowy myśl, by opowiedzieć o czymś, czego istnienia większość z całą pewnością nawet się nie domyślała. Otóż ja to piszę w bardzo dokładnie przemyślanym celu. Piszę to, żeby wszystkich nas przestrzec. Uważajmy. Bo jeśli w najbliższego Sylwestra, albo w któregokolwiek następnego, w pierwszym lub drugim programie TVP, albo też i w TVN-ie i Polsacie zobaczymy kompletnie niezrozumiały, 18-minutowy czarno-biały film o pewnej staruszce i zataczającym się lokaju, to znaczy, że jesteśmy już naprawdę w Europie, i nie ma już dla nas żadnego ratunku. A kiedy następnego dnia na Facebooku pojawi się strona zatytułowana „Obiad dla jednego” z 10 milionami potwierdzeń „lubię to”, a na ulicy wszyscy będą się klepać po plecach i wołać: „same procedure as every year”, będziemy mogli się zacząć pakować i kupować bilet kolejowy w kierunku na Białoruś. Mam bardzo niemiłe przekonanie, że to prędzej czy później stać się musi.

Przypominam, że po targach w Spodku zostało nam dość dużo książek. Gabriel pozwolił mi je sprzedawać na własną rękę, więc proszę bardzo – jeśli ktoś ma ochotę otrzymać „Liścia”, bądź też „Elementarz” z osobistą dedykacją autora, zapraszam. Numer konta jest tuż obok, a cena wynosi 30 złotych za „Elementarz” i 40 złotych za „Liścia”. Jeśli ktoś jednak i sam już ma te książki, i w dodatku nie ma już komu robić prezentów, proszę o wsparcie tego bloga tradycyjnie już, również pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.





sobota, 22 września 2012

Odpieprzcie się od naszych księży i naszych kremówek

Wczoraj po raz ostatni – chciałbym bardzo, by się okazało, że tylko na razie – pojechałem do Świętochłowic, aby poprowadzić lekcje w miejscowym salezjańskim gimnazjum i liceum. W poniedziałek wraca pani, która uczy tam zwykle angielskiego, i wraz z jej powrotem nic już tam po mnie. Pisałem już troszeczkę o dzieciach, które miałem okazję tam uczyć, a więc o pewnym chłopczyku z Chorzowa, którego siostry bliźniaczki, choć są jak najbardziej identyczne, każdy jest w stanie z miejsca rozróżnić, bo jedna gra na trąbce, a druga na klarnecie. Wspomniałem też o innym dziecku, które nie potrafi kostki Rubika ułożyć szybciej niż w 17 sekund, bo zna tylko 25 algorytmów, ale przy tym nie opowiedziałem też o wielu innych spotkanych tam dzieciach, z których nie jedno przecież miałoby do opowiedzenia historie może nawet jeszcze ciekawsze niż ta o muzykujących siostrach. Nie opowiadałem też choćby o tym, jak te wszystkie dzieci – a ponieważ jest to dobra szkoła, jest ich tam naprawdę bardzo dużo – każdego ranka, dziesięć minut przed rozpoczęciem lekcji, zbierają się by się pomodlić, odśpiewać „Kiedy ranne wstają zorze” i wysłuchać kilkuzdaniowej nauki, czy to z ust jednego z księży, czy któregoś z nauczycieli. A to już jest autentycznie niezwykłe. Ci nauczyciele, którzy każdego ranka stają przed nimi, by powiedzieć im te parę słów o tym jakie to ważne jest być człowiekiem.
Szkoła w której przez ten niecały miesiąc pracowałem, jak już wspomniałem, mieści się w Świętochłowicach. O Świętochłowicach też już tu było. Pewien policjant, pracujący akurat w Siemianowicach, opowiadał mi, że kiedyś pytał swojego kolegę ze Świętochłowic właśnie, jak tam u nich w mieście ma się sytuacja na froncie, a ten mu powiedział, że jest mniej więcej tak jak w Siemianowicach, tyle że jego „podopieczni” nie mają już za co pić. A więc owi Salezjanie działają w Świętochłowicach, i na ile zdążyłem się zorientować, większość uczących się tam dzieci pochodzi albo ze Świętochłowic właśnie, albo z Rudy Śląskiej, ewentualnie z Chorzowa. Wszystkie one, zarówno chłopcy jak i dziewczęta, noszą niezmiennie niebieskie koszule, krawaty ze szkolnym logo, a niekiedy też granatowe sweterki z wydrukowanym imieniem św. Jana Bosko, patrona szkoły. I wyglądają fantastycznie. Naprawdę fantastycznie.
Czy to są tak zwane grzeczne dzieci? Owszem, większość z nich jest stosunkowo grzeczna, przynajmniej w porównaniu do dzieci ze szkół, w których zdarzyło mi się pracować wcześniej, choć muszę przyznać, że dostanie tak zwanego „małpiego rozumu” nie jest dla nich zjawiskiem bardzo egzotycznym, co parę razy zdążyło wyprowadzić nawet mnie z równowagi. Gdybym miał ich porównywać do czegoś nam bliższego, to pomyślałbym przede wszystkim o swoich dzieciach, jako o trzech różnych typach emocji, które w sumie jakoś daje się tolerować. O, właśnie tak. Szkoła w Świętochłowicach, to mniej więcej coś takiego jak moje dzieci. Tyle że pochodzące głównie z Rudy Śląskiej, Świętochłowic i Chorzowa.
Wspomniałem o tym codziennym porannym apelu, kiedy one wszystkie stoją w swoich klasowych grupach i śpiewają pełnymi głosami „Kiedy ranne wstają zorze”. Jestem pewien, że ktoś dla kogo Kościół to z reguły coś co stoi za rogiem, i kiedy zacznie dzwonić, to nie da się oglądać spokojnie telewizji czy słuchać muzyki, ów obraz może szokować w sposób bardzo jednoznaczny. Podejrzewam też, że być może jeszcze bardziej szokujący będzie dla kogoś takiego widok autobusu wypełnionego tymi dziećmi w ich drodze z domu do szkoły, czy ze szkoły do domu, kiedy one, mijając kolejny kościół, niemal wszystkie robią znak krzyża. Ten ktoś może się teraz zacząć zastanawiać, kto te dzieci tak zaprogramował? Kto je tak sterroryzował, że one nawet kiedy są poza szkołą, kiedy nie czują nad sobą przeszywającego wzroku któregoś z księży, czują się w obowiązku robić ów znak krzyża? Czy to mogą być ci księża właśnie?
U Salezjan w Świętochłowicach pracuje dość dużo księży. Powiem szczerze, że nie wiem, czy oni uczą tylko religii, czy może jeszcze czegoś, ale jest ich z całą pewnością znacznie więcej niż w zwykłych szkołach. I znów, ktoś dla kogo ksiądz, to ów specjalny gatunek człowieka, z którego – o ile to nie jest ten jeden, całkowicie wyjątkowy, nasz ksiądz – można wyłącznie szydzić, lub pisać na niego donosy do prokuratury, obraz pokoju nauczycielskiego, czy szkolnego korytarza, po którym kręcą się jacyś panowie w koloratkach i sutannach, może robić wrażenie bardzo negatywnie jednoznaczne. To jednak co uderzyło mnie, to to, że tam nikt na nich nie zwraca jakiejś specjalnej uwagi, a co ciekawe, oni sami o tę uwagę w żaden sposób nie zabiegają. Gdyby nie to, że mają te swoje koloratki, pies z kulawą nogą by na nich nie zwrócił uwagi. Pojawiają się i znikają w drodze z lekcji na przerwę i z powrotem, i są dokładnie tak samo ważni – lub nieważni – jak jakiś nauczyciel, który tam przyszedł na paręnaście dni, by zastąpić chorą nauczycielkę.
Kilka dni temu grupa tych uczennic i uczniów pojechała chyba do Gdańska na coś co się nazwą Olimpiadą Salezjańską, i cześć z nich odniosła tam pewne sportowe sukcesy. Nie mam pojęcia, jak te zawody były zorganizowane, ile trwały i co te dzieci tam robiły poza graniem w piłkę i może bieganiem. Nie wiem, czy tam było z nimi dużo księży, czy dużo nauczycieli WF-u, wiem jednak, że stamtąd wrócili i byli dokładnie tak samo piękni i radośni i zwyczajni, jak przed wyjazdem. Na którymś z rozpoczynających kolejny szkolny dzień apeli, kiedy już wszyscy odmówili modlitwę i zaśpiewali te swoje poranne „Zorze”, zostali poproszeni na środek, ksiądz dyrektor dał im odpowiednie puchary, oni je sobie wzięli, wrócili na swoje miejsca, a potem poszli zwyczajnie na lekcje.
Jak mówię, nie wiem, jak im tam na tej Olimpiadzie w Gdańsku było, podobnie jak nie wiem, jak im jest na innych organizowanych przez Salezjan obozach, wycieczkach, czy tak ostatnio modnych obozach integracyjnych. Jestem jednak wyjątkowo pewien, że jakkolwiek by tam nie było, to co się tam dzieje i zdarzyć może, jeśli w ogóle odstaje od zwykłego ogólnopolskiego standardu, to wyłącznie na korzyść. Wyłącznie. Innej możliwości nie widzę, bo z tego co zaobserwować mi się udało przez te trzy tygodnie, wiem, że Salezjanie świetnie się znają na swojej robocie. I nie tylko Salezjanie. Nasze zgrupowania zakonne znają swoją robotę znakomicie. Benedyktyni siedzą w bibliotekach i studiują księgi, Bonifratrzy robią lekarstwa, Dominikanie duszpasterzują w dużych miastach, a my na własne oczy dziś widzimy, z jak dużym ryzykiem zawodowym owa służba się dla nich łączy, Kamilianie opiekują się narkomanami, Albertyni zajmują się ludźmi chorymi psychicznie, natomiast Pijarzy, czy właśnie Salezjanie uczą dzieci i młodzież. I robią to znakomicie. Najlepiej.
A więc nie wiem, jak było na tej Olimpiadzie, i nie wiem, jak było na ewentualnym obozie integracyjnym organizowanym przez Salezjanów właśnie dla dzieci, które oto rozpoczęły naukę w – niech mi wolno będzie tak powiedzieć – mojej szkole. Ale jestem całkowicie spokojny co do tego, że jeśli którykolwiek z tych księży, z którymi miałem okazję spędzać czas przez minione tygodnie, zachował się jak zwykły nauczyciel, jeden z tych wszystkich nauczycieli, którzy są jego kolegami ze szkoły, to akurat może o nim świadczyć jak najlepiej. I jestem przekonany, że im bardziej on się potrafił zachować jak zwykły nauczyciel, który dla swoich uczniów jest i mistrzem i przyjacielem, tym bardziej jest przez nich szanowany. Bo to oznacza, że on się potrafił fantastycznie dopasować do wymagań, jakie stawia przed nim to co mu przyszło realizować. I jestem też do końca przekonany, że żadnemu z tych dzieci, które miałem okazję spotkać w szkole w Świętochłowicach nawet by nie przyszło do głowy, by się zastanawiać nad kwestiami, które mogą się rodzić wyłącznie w najbardziej durnych i bezbożnych pałach, którzy o Kościele wiedzą akurat tyle, że ponieważ Judasz był rudy, jak kto rudy, to go nie przyjmą do seminarium. I to stąd ta cała pedofilia.
Bo my akurat świetnie wiemy, że nasz Kościół to Skała, której bramy piekielne nie przemogą. I jeśli ktoś nas zechce choćby po raz sześćset sześćdziesiąty szósty zahipnotyzować jakimiś bzdurnymi informacjami o tym, że w naszym Kościele dzieją się rzeczy złe i wstydliwe, to my na to możemy najwyżej wzruszyć ramionami, bo akurat na tym polu mamy znacznie lepsze rozeznanie niż każdy z nich. I wiemy też świetnie, jak sobie z tym naszym rozeznaniem poradzić.

No więc, jak idzie o kolejną szansę, znów utknąłem. W związku z tym, nie mam innej możliwości, jak prosić wszystkich o wspieranie tego bloga w dotychczasowy sposób. Przypominam również, że po targach w Spodku zostało nam dość dużo książek. Gabriel pozwolił mi je sprzedawać na własną rękę, więc proszę bardzo – jeśli ktoś ma ochotę otrzymać „Liścia”, bądź też „Elementarz” z osobistą dedykacją autora, zapraszam. Numer konta jest tuż obok, a cena wynosi 30 złotych za „Elementarz” i 40 złotych za „Liścia”. Dziękuję.


czwartek, 20 września 2012

To znowu my

Przez dłuższy czas – o czym czytelnicy tego bloga wiedzą bardzo dobrze – na Salonie24 ani nie pisałem, ani tam nawet nie zaglądałem, jednak w pewnym momencie, kiedy już nie mogłem patrzeć na to, jak mój kolega Gabriel Maciejewski, znany skądinąd jako Coryllus, męczy się tam samotnie przeciw niemal całemu światu, pomyślałem sobie, że mu przyjdę z pomocą, i we dwójkę, nawet jeśli nie zaprowadzimy tam właściwych porządków, będzie nam zwyczajnie raźniej. A zatem wyszło na to, że zacząłem prowadzić dwa blogi.
Ponieważ to jednak to miejsce jest głównym polem mojej aktywności, i to tu zaangażowałem niemal całe swoje nie tylko emocjonalne życie, tu też powstają teksty dla mnie najważniejsze i takie, dla których mam najwięcej serca. Salon24 bardzo często służy przypominaniu tego, co napisałem już kiedyś i co uważam za warte przypomnienia, zwłaszcza w sytuacji gdy towarzystwo jakie tam się gromadzi wymaga tego, by z nimi rozmawiać jak z dziećmi, które pozostawione sobie samym choćby na chwilę są natychmiast gotowe coś zbroić. W tej sytuacji nie bardzo wiem, czy wszyscy ci, którzy lubią spędzać swój czas tutaj, mają w ogóle ochotę zaglądać do Salonu24. Choćby po to, żeby zobaczyć, co ja tam napisałem. Nie zdziwiłbym się jednak, gdyby akurat owej ochoty nie mieli.
W tej sytuacji nie wiem, czy ktoś z, że się tak wyrażę, miejscowych był zaznajomiony z przypadkiem Bronisława Wildsteina, który oto właśnie wydał swoją kolejną powieść, i uznał za konieczne założyć w Salonie24 właśnie bloga, tylko po to, by ową powieść spopularyzować. By i tu na blogach poszukać ewentualnych chętnych do tego, by tę książkę kupić. Ponieważ tego nie wiem, a jestem bardzo o tym przekonany, że sprawa wymaga uwagi, chciałem podzielić się na ten temat paroma refleksjami. Otóż jak wiemy, polski rynek powieściowy jest dziś niemal w całości opanowany przez ludzi, którzy bez wsparcia „Gazety Wyborczej” byliby kompletnie nikim. I nie chodzi tu tylko o Jerzego Pilcha, Wojciecha Kuczoka, czy Dorotę Masłowską, ale całą serię pomniejszych autorów, którzy niemal z dnia na dzień, dzięki odpowiedniej promocji, stali się ogólnopolskimi gwiazdami. Weźmy choćby człowieka nazwiskiem Pilipiuk. Jeszcze dwa tygodnie temu nie miałem pojęcia, że ktoś taki w ogóle istnieje, a tu najpierw zobaczyłem go jak plecie jakieś dyrdymały na katowickich targach książki, a ledwo co wczoraj zaszedłem do EMPiK-u i z przerażeniem nie mogłem nie zauważyć, że tam, na jak najbardziej poczesnym miejscu, wystawione są chyba z trzy jego tytuły. A więc mamy tego Pilipiuka, a ja jestem pełen obaw, że to wcale nie koniec.
Osobiście wprawdzie, o czym miałem okazję tu już wspominać, czytam niezwykle mało, ale ponieważ mam w tej mierze pewne swoje stare bardzo doświadczenia, bardzo mi zależy, by coś takiego jak dobra literatura istniało i kwitło. W związku z tym, jest mi okropnie przykro kiedy widzę, jak, podobnie jak polski film, polska sztuka i w ogóle polskie życie artystyczne, zwyczajnie gniją. Kiedy biorę do ręki nowa powieść Kuczoka i już pierwsze linijki robią na mnie wrażenie równie silne jak telewizyjny występ któregoś z posłów Ruchu Palikota.
Wiem jednak, że tak jak jest być musi, bo wszystko to co tworzy ten ruch, jest poza naszym zasięgiem, a my tak naprawdę nie jesteśmy naprawdę jego adresatami. Tu chodzi o zupełnie inne cele i zupełnie inną publiczność, a nam nic do tego. Mam kolegę, który jest dość ważnym profesorem od literatury, i który ma za zadanie w jakiś tam sposób opiniować kolejne nowe polskie powieści do jakichś tam nagród, i to od niego właśnie dowiedziałem się, że to co oni dostają do oceny jest tak strasznie złe, że gdyby nie to, że oni muszą coś zaproponować, to wszystko co do niech przychodzi, wyrzuciliby do kosza. I oto nagle, na tle całej tej rozpaczliwej wręcz mizerii, zaczęli pojawiać się autorzy, których pierwszym komunikatem wydało się być to, że to oni są ci prawdziwi. Że to oni nam przynoszą literaturę prawdziwą, a więc nie o kurwach, pijakach i kosmitach, których nikt normalny nawet na oczy nie widział, ale o Polsce i o nas – ludziach którzy żyjemy tuż obok. I tak to się dziwnie złożyło, że oni pojawili się nie w sposób naturalny, a więc zostali wypluci przez jakieś bardziej ambitne uniwersytety, czy licea ogólnokształcące, ale przez tak zwane prawicowe media. Jak się zdaje, w ramach odzyskiwania od „katów, zdrajców i tchórzy” przestrzeni wolności. I z nimi to właśnie nadszedł pisarz Bronisław Wildstein.
Wszyscy wiemy, kim jest Wildstein. To bardzo zasłużony bohater naszej walki o wolność, następnie równie bardzo zaangażowany wolny dziennikarz, i wreszcie przez jakiś czas szef publicznej telewizji. I oto nagle okazało się, że Wildstein uznał, że czemu nie – można by też zostać pisarzem. W końcu, skoro człowiek umie zgrabnie złożyć zwykły tekst publicystyczny, to i coś większego też nie powinno być jakoś specjalnie trudne. Wystarczy to wszystko napisać jeszcze raz, tyle że raz na jakiś czas w ową publicystyczną narrację wstawić fikcyjne nazwisko.
Powieści Wildsteina sa żenująco słabe. Staram się bardzo go tu oszczędzać, ale obawiam się, że one są jeszcze słabsze od Masłowskiej, a kto wie czy nie i od Pilcha. Powiem więcej. Ja o sobie jako o potencjalnym autorze powieści mam zdanie jak najgorsze, ale wydaje mi się, że on jest gorszy nawet ode mnie. Rzecz w tym, że Wildstein jest tak makabrycznie niedobry, że dla niego konkurencją może być już chyba tylko Kuczok, albo ów autor kryminałów z Wrocławia, szczęśliwie akurat dziś dla mnie bez nazwiska. Ktoś się zapyta, co mnie to obchodzi? Co mi przeszkadza, że Wildstein postanowił zarabiać na życie wymyślając literackie intrygi. Tu właśnie dochodzimy do głównej przyczyny, dla której piszę ten tekst. Otóż w ostatnich dniach, jak już wspomniałem wcześniej, zamieścił on kilka kolejnych wpisów w Salonie24, w których zaprezentował fragmenty swojej nowej powieści i najpierw zaapelował do internautów, by tę jego powieść kupowali, a na koniec by przyszli na spotkanie, które dziś właśnie odbędzie się gdzieś w Warszawie, a które poprowadzi sam brat Karnowski z Antonim Liberą. Z owych czterech chyba notek, jedynie pierwsza spotkała się z pewnym odzewem czytelników, w większości zresztą dość prześmiewczym. Cała już reszta wywołała zainteresowanie żadne albo bardzo skromne, w dodatku ograniczone jednie do wyzwisk i szyderstw ze strony bandy jakichś miłośników twórczości Masłowskiej i Pilcha właśnie.
O co mi chodzi? Otóż właśnie o to. Mamy Wildsteina. Tego Wildsteina. Naszą ikonę i bohatera naszej walki o wolność. Człowieka, który dotychczas, ile razy pokazał się publicznie, gwarantował, że przez tę jego niezłomność i bezkompromisowość nikt go nie będzie w stanie nawet tknąć. Człowieka, którego bali się najsilniejsi. I oto on właśnie, nie dość że wydaje powieść, której poziom automatycznie wręcz musi go – a z nim i nas – skompromitować, to jeszcze zaczyna w najczystszej desperacji chodzić po zaprzyjaźnionych redakcjach i prosić swoich znajomych, by zechcieli mu pomóc to coś sprzedać. A więc robi coś takiego – on, Bronisław Wildstein – czego ani Kuczokowi, ani Pilchowi, ani nawet jakiś Pilipiukowi by do głowy nie przyszło.
Mało tego. On przychodzi prosić o tę uwagę, a w odpowiedzi zostaje obrzucony najbardziej przykrymi złośliwościami z każdej możliwej strony, a jedyny praktyczny tego efekt jest taki, że on nie dość że nie sprzeda tej swojej ksiązki, to jeszcze na dodatek cały ten straszny rynek reżimowych wydawnictw i reżimowej literackiej krytyki będzie miał bezpośredni dowód na to, że choć być może oni są słabi, to na pewno nie tak słabi jak ci, którzy chcieliby zająć ich miejsce. I to jest właśnie to, czego dokonał Bronisław Wildstein.
I tu właśnie zaczyna się coś znacznie ważniejszego od całej tej smutnej literatury. Mianowicie polityka. To bowiem jesteśmy my. To jest właśnie to, co mamy do zaproponowania my, jako alternatywa dla tego nieszczęścia, któremu na imię Platforma Obywatelska. Mieliśmy swoje nadzieje, mieliśmy swoich bohaterów, mieliśmy wreszcie swoją dumę. I co nam z tego zostało? Banda drobnych ciułaczy kombinujących tylko, jak by tu się ogrzać przy tym ogniu, który rozpalił System i ogłosił, że każdy chętny będzie mile widziany. Te twarze i te glosy ludzi, którzy nawet jeśli kiedyś wierzyli w jakąś walkę i w jakieś zwycięstwo, wkrótce potem uznali, że nie ma się co szarpać, zwłaszcza że wynik jest mocno nieznany, a żyć trzeba. I to jakby coraz bardziej. I dziś każde sowo przez nich wypowiedziane i każdy grymas na ich twarzach sprawia nam wyłącznie ból.
A Bronisław Wildstein jest tu właściwie zaledwie symbolem. On to właśnie pokazuje nam jak to tak naprawdę wygląda. Jacyś my to „nasi”. Jaka to za nami stoi siła, determinacja i niezłomność. To właśnie ta jego powieść i wszystko to co on wokół niej postanowił zorganizować, włącznie z tą dzisiejsza nieszczęsną premierą, idealnie symbolizuje miejsce, w jakim się dziś wszyscy znaleźliśmy. To jest miejsce w którym ci zaprzańcy mogą z uśmiechem na swoich podłych twarzach pojawić się i wybuchnąć okrutnym śmiechem satysfakcji, że nie są tacy w końcu bardzo sami.

Zgodnie z ostatnio tu obowiązującą tradycją, zwracam się do wszystkich, by jeśli ktoś miał ochotę kupić jedną lub drugą z tych naprawdę bardzo ciekawych książek – zapraszam. Obiecuję każdą z nich ładnie podpisać i wysłać na własny koszt. „Liść” za 40 zł., a „Elementarz” za jedyne 30. Obok znajduje się odpowiedni numer konta. Wszyscy, którzy obie książki już wielokrotnie przeczytali i kolejnych kupować już nie planują, nawet w formie prezentu, mogą uprzejmie wspomóc ten blog w inny sposób. Pod tym samym numerem konta. Dziękuję.

wtorek, 18 września 2012

Dla Karola Szostak-Gąsienicy - z podziwem, wdzięcznością i tęsknotą

Podczas niedawno przeżywanych przeze mnie i mojego kolegi Gabriela Maciejewskiego Targów Książki w katowickim „Spodku”, Gabriel spytał jednego z czytelników, którzy wciąż przystawali obok naszego stoiska, żeby sobie z nami porozmawiać, czy pamięta zimę roku 1979, no i mnie zamurowało. Bo tak się złożyło, że tamta zima jest wciąż dla mnie czymś absolutnie cudownym. I świadomość, że i on i ją wspólnie na swój sposób przeżyliśmy, nawet nie mając pojęcia o swoim istnieniu, zrobiła na mnie wrażenie. Proszę posłuchać.
Ów koniec roku był zupełnie niezwykły. Ciepło jakby była wiosna, ani śladu śniegu – Cyrhla rok 1979. Zbliżał się Nowy Rok – ten właśnie rok – a myśmy chodzili bez rękawiczek, bez czapek, bez kurtek, a ponieważ nikt z nas akurat i tak nie miał w planach jeździć na nartach, zieleń traw na stokach robiła jak najbardziej miłe wrażenie.
A stało się tak, że pewna nasza koleżanka z roku, Ala Ulicka, swego czasu zapoznała gdzieś kilku Niemców z Berlina Zachodniego – szczerych komunistów, o podejściu do życia i świata wyjętym prosto z nauk grupy Baader-Meinhoff, no i tej właśnie zimy oni wszyscy postanowili wsiąść w swój mikrobus VW i przyjechać nim do Polski na ferie zimowe. Do Zakopanego właśnie. A myśmy, naszą grupą, mieli do nich dołączyć.
Dziś już ani nie pamiętam imion tych ludzi, ani też za bardzo, jak wyglądali; mam wrażenie, że wszyscy trzymali fason typowych przedstawicieli rozczochranej niemieckiej ultra-lewicy, byli niezwykle sympatyczni, no i chyba była z nimi jakaś dziewczyna. Nie wiem też, o czym mogliśmy z nimi rozmawiać, zakładając, że w obawie przed rękoczynami tematów politycznych trzeba było unikać. To akurat pamiętam, że pewnego razu, któryś z nich powiedział mi, że Baader faktycznie był jakiś dziwny, natomiast co do Urliki Meinhoff – pełny szacunek. Ale, jak mówię, byli to niezwykle mili, weseli i życzliwi ludzie.
Ciekawa sprawa, bo mimo iż ten pobyt na Cyrhli ani nie był zbyt długi, ani nie obfitował w jakieś szczególne przygody, no i mimo że od niego upłynęło już ponad 30 lat, pamiętam z niego stosunkowo dużo. Ot, choćby i coś takiego. Już zaraz na początku pobytu, nasi Niemcy zainteresowali się trochę owymi energicznymi panami, którzy, kiedy oni szli sobie Krupówkami, nieustannie ich zaczepiali i proponowali wymianę pieniędzy. Powiedzieliśmy im, w czym rzecz, na co oni zażyczyli sobie, by ich nauczyć, jak się po polsku mówi „fuck off”. Od tego czasu, ile razy do któregoś z nich podchodził kolejny cinkciarz z hasłem „change money”, nieodmiennie słyszał bardzo wyraźne, wypowiadane z bardzo silnym naciskiem na „r” – „spierdalaj”. Ja oczywiście już wtedy wiedziałem, że to jest raczej głupie, jednak świadomość, że oni w ten sposób – całkowicie bezkarnie – zwracali się do oczywistych i naturalnych współpracowników wszelkich służb, dodawała mi pewnej otuchy.
Pamiętam też, jak któregoś dnia Niemcy zażyczyli sobie, że oni się muszą wykąpać i wszyscyśmy się udali do znajdującej się jak najbardziej w Zakopanem miejskiej łaźni. Myśmy oczywiście czuli się dość nieswojo, natomiast jak idzie o Niemców, ci błyskawicznie rozebrali się do rosołu i ruszyli na poszukiwanie pryszniców. I w tym momencie zorientowali się, że tylko oni są tam zwykłymi, spragnionymi czystości turystami, natomiast cała reszta, to wyłącznie smutna, podpierająca ściany banda gołych pedałów. No więc to pamiętam bardzo dobrze. Jak nasi Niemcy stamtąd wiali. Bardzo to było zabawne.
Najlepsze jednak zdarzyło się w Nowy Rok. Jak mówię, koniec roku był niezwykle ciepły, natomiast tak się jakimś cudem przyrody stało, że kiedy obudziliśmy się 1 stycznia, na zewnątrz było jakieś minus 30, a wszystko było skute lodem i pokryte śniegiem. W ciągu kilku zaledwie godzin przyszedł ten front i wszystko dosłownie unieruchomił, w tym oczywiście samochód Niemców.
Przede wszystkim, okazało się, że dziurka od kluczyka do drzwi jest wypełniona lodem i klucz po prostu nie wchodzi. Z tym jednak poradzili sobie łatwo przy pomocy jakiegoś preparatu w sprayu. Kiedy już jednak udało im się dostać do środka i uruchomić silnik, okazało się, że samochód nie ruszy, bo skutkiem owego strasznego mrozu, koła ich samochodu, nie dość że były przysypane śniegiem, to jeszcze przymarzły do ziemi, i wyglądało na to, że żadna siła ich nie ruszy. Wszyscyśmy się bardzo nabiedzili, by jakoś je od tego lodu oderwać, jednak bez efektu.
Ponieważ to były góry, Niemcy nagle spostrzegli, że pod jakąś chałupą obok leży pełno desek, a więc wypożyczyli te deski i spróbowali tego swojego biednego vana unieść przy pomocy tych desek. Na nic. I wtedy to właśnie ujrzeliśmy tych dwóch stojących nieopodal starszych już górali, przyglądających się całej scenę z nieukrywaną pogardą i obrzydzeniem. Nie wiem, jak długo oni nas obserwowali, jak się biedzimy z tymi deskami, jednak w pewnym momencie, zniecierpliwieni, obaj ruszyli w naszym kierunku, i jeden z nich wydał rozkaz: „Łostowcie to!” Niemcy posłusznie odłożyli deski, wszyscyśmy się od volkswagena grzecznie odsunęli, natomiast obaj górale ustawili się – jeden z przodu samochodu, drugi z tyłu – złapali auto od dołu… no i je podnieśli. I przestawili obok.
To jednak nie koniec. Już jakby w ramach swoistego bonusu, widząc nasze zbaraniałe twarze, jeden z nich wykonał bardzo charakterystyczny gest, najpierw stukając się palcem w czoło, a potem wskazując na swój biceps, powiedział co następuje: „Bo to csa mieć tu, a nie tu”. Oczywiście wszystkośmy ładnie Niemcom przetłumaczyli. By rozumieli na czym polega tryumf rozumu nad siłą…
To było piękne! Naprawdę piękne. Co jednak musi zostać powiedziane już na sam koniec, to to, że na pożegnanie, jeden z tych górali powiedział nam, że się nazywa Karol Szostak Gąsienica i że to on na igrzyskach w St. Moritz w Szwajcarii w roku 1928 złamał nartę, co sprawiło, że być może nie wygrał swojego biegu. Proszę sobie wyobrazić, że ja już wtedy znałem tę historię, a więc kiedy on nam się przedstawiał, świetnie wiedziałem z kim rozmawiam. Pisząc dziś ten tekst, poszukałem go sobie w Wikipedii, i stąd wiem, że zmarł w roku 1996, przeżywszy niemal 90 lat.
Karol Szostak-Gąsienica. Człowiek, który pewnego noworocznego dnia, razem ze swoim kolegą góralem, oderwał od skutej lodem ziemi przymarznięty niemiecki mikrobus Volkswagen. O tak! Jakby rzecz polegała tylko na tym, by splunąć. I żeby ta ślina spłynęła po zbaranianych niemieckich twarzach. A ja byłem tego oniemiałym świadkiem.

Tradycyjnie już, ponawiam swoje komunikaty. Po wspomnianych na początku tej notki katowickich targach Gabriel zostawił u mnie w domu całą kupę zarówno „Liścia”, jak i „Elementarza”. Jeśli ktoś ma ochotę kupić jedną lub drugą z tych naprawdę bardzo ciekawych książek, zapraszam. Obiecuję każdą z nich ładnie podpisać i wysłać na własny koszt. „Liść” za 40 zł., a „Elementarz” za jedyne 30. Obok znajduje się odpowiedni numer konta. Wszyscy, którzy obie książki już wielokrotnie przeczytali i kolejnych kupować nie zamierzają, mogą łaskawie wspomóc ten blog w inny sposób. Pod tym samym numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...