sobota, 31 grudnia 2016

Gdy dobra materia zadusiła złego ducha

     Przed nami ostatni dzień mijającego nam szczęśliwie roku, a ja pomyślałem, że zaryzykuję pewien eksperyment. Najpierw jednak kilka słów wprowadzenia. Otóż przez polityczne zawirowania, jakich doświadczamy w ostatnich tygodniach, część z nas uległa pewnemu, w moim przekonaniu, całkowicie nieuzasadnionemu wahnięciu nastroju, w obawie, że to, co nam w minionym czasie dostarczało tylu radosnych przeżyć, może w jednej chwili runąć, a to przez to, że politycy opozycji postanowili okupować salę plenarną Sejmu i to do czasu aż ostatni z nich oszaleje i zostanie objęty specjalistyczną opieką. Tymczasem ja nie dość, że pozostaję w stałym przekonaniu, że to co się akurat dzieje, w każdym swoim wymiarze, jedynie potwierdza fakt, że zmiana władzy, jaka się dokonała w roku 2015, stanowi zaledwie początek zmian będących jej konsekwencją, których skali nie jesteśmy w stanie przewidzieć i których my akurat w żadnym wypadku nie powinniśmy się obawiać, to w dodatku wierzę głęboko w to, że ile razy tracimy z pola widzenia podstawową prawdę, że zło ostatecznie musi przegrać, zwyczajnie grzeszymy. Prowadzę tego bloga od ośmiu już lat mam nadzieję, że większość z nas zdążyła się zorientować, że to co niektórzy nazywają naiwnością, gdy idzie o mnie, stanowi zwykłą wiarę w zwycięstwo dobra nad złem, no i w konsekwencji w to, że, jak pięknie powiedział Poeta, wystarczy się nieszczęściu „odejrzeć, jak gdy artysta, który mierzy swego kształt modelu”, by ono pierzchnęło. A daję słowo, że było ciężko. Niektórzy z nas do dziś pamiętają rok 2011, kiedy zbliżały się wybory parlamentarne i w wypowiedzi dla Roberta Mazurka w „Rzeczpospolitej” znany nam aż nazbyt dobrze prof. Paweł Śpiewak powiedział co następuje: „Jeśli PO wygra jesienne wybory, to ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem. […] Ja się tego nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim. Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że z nimi trzeba się liczyć. […] Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć…”
      I to jest dobry moment, by przejść do właściwej części dzisiejszej notki. Otóż każdy pamięta rok jeszcze wcześniejszy, 2010, no i jego ostateczne zamknięcie, kiedy wielu z nas, pozostając całkowicie nieświadomymi tego, co nas spotkało, w całkowitej beztrosce udawało się na zabawy sylwestrowe, no a myśmy tu się zamartwiali owym „końcem świata”. Ja natomiast 31 grudnia 2010 roku opublikowałem na tym blogu tekst napisany wspólnie z naszym dobrym księdzem Rafałem Krakowiakiem, który wówczas miał nam dawać nadzieję, no a który dziś, na fali owej radości, którą wszyscy czujemy, pozostaje wyłącznie świadectwem czasów.
     A zatem, proszę, zajrzyjmy w tamtą ciemność i spróbujmy się zastanowić, jak to jest z tym, co się wydaje ostateczne, a tak naprawdę nie jest nawet chwilą. Dziękuję wszystkim za miniony rok, za stałą obecność, za cenne komentarze, no i wreszcie kupowanie książek. Jestem pewien, że z obopólną korzyścią. Do siego!

      Kończy się ten straszny rok i wypadałoby go jakoś podsumować. Pewne próby, naturalnie już się na tym blogu pojawiły, i jeśli tylko opierać się na tym, co tu zostało powiedziane, wygląda na to, że minione 12 miesięcy, to tak naprawdę tylko ta straszna zbrodnia 10 kwietnia i wszystko, co w związku z nią nastąpiło. Nie ma znaczenia ani rząd, ani prezydent, ani zima, ani powodzie, ani pociągi… Nic. Wszystko, cokolwiek się przez ten rok zdarzyło, traci swoje znaczenie wobec tego nieszczęścia z 10 kwietnia, i tej straszliwej profanacji, jaka nastąpiła w kolejnych miesiącach.
       Są tacy, którzy mówią, że poza wyeliminowaniem Lecha Kaczyńskiego z podstawowej rozgrywki, System zanotował na swoim koncie jeszcze jedno osiągnięcie. Otóż – pomijając sprzyjającą pogodę, a więc powodzie i śnieżyce – udało się osiągnąć stan, kiedy to całą uwagę opinii publicznej skutecznie odwrócono od dramatycznego i zawstydzającego stanu rządów, koncentrując publiczną uwagę albo na samej katastrofie, ewentualnie na przepychankach o pamięć po pomordowanych w tamtej mgle.
      Stoimy w obliczu końca roku – tego strasznego, bezprecedensowego roku – i nawet jeśli na moment w świadomości publicznej pojawia się nazwisko jednego z ministrów, z sugestią, że jego los pozostaje wielką narodową zagadką, nikomu nic nie grozi. Ani mordercom, ani idiotom. Jest tylko ten krzyż i ta pamięć przerzucana z rąk do rąk, jak gorący – nomen omen – kartofel.
      Niedawno cytowałem tu Jadwigę Staniszkis, która twierdzi, że sytuacja, w jakiej znalazła się Polska jest w pewnym sensie wyjątkowa nawet nie przez to, ze ktoś jednym gestem zamordował nam prezydenta plus dziesiątki czołowych postaci życia publicznego, a Polska nawet nie drgnęła, ale przez to, że jej losy są od paru lat w rękach bandy fuszerów, ludzi modelowo niekompetentnych i skorumpowanych do szpiku kości,. a społeczeństwo robi wrażenie, jakby całe to nieszczęście ich nie dotyczyło. Staniszkis tłumaczy, że jeśli nie ma pewnych mechanizmów społecznej samokontroli, to dopóki nie wydarzy się katastrofa, ludzi można oszukiwać w nieskończoność. Przy ich bardzo aktywnej zresztą współpracy.
      Dziś cały dzień krąży po publicznej przestrzeni wiadomość, której prawdziwości, jak się zdaje, zaprzecza już tylko wyłącznie sam zainteresowany, a więc rząd, że za kilka lat w Polsce dojdzie do takiego krachu systemu emerytalnego, że znaczna część społeczeństwa zostanie wręcz fizycznie unicestwiona. Sytuacja ta, według nadchodzących do nas informacji, jest bezpośrednim wynikiem, z jednej strony realnej nieudolności rządu, a z drugiej oczywistego już dla wszystkich koncentrowania całego procesu rządzenia krajem na walce o, z jednej strony wyeliminowanie ze sceny politycznej wszelkiej liczącej się opozycji, a z drugiej o doraźne utrzymanie sondażowego poparcia, a więc tak naprawdę o nieoddanie władzy. Oglądam dzisiejsze wydanie sztandarowego programu wysłanego przez System na odcinek codziennej propagandy, i wśród żartobliwych komentarzy na temat tego, jak to premier Tusk sobie nie radzi z materią, uderza mnie wysłany przez jednego z obywateli esemes o następującej treści: „Pozdrowienia dla mojej Gosi – rozkoszosi”. Czy jakoś tak. Straszne. Jeśli się nad tym zastanowić, to mamy do czynienia z autentycznym horrorem.
      Ktoś kiedyś – jestem pewien, że nawet nie przeczuwając trafności tego wynalazku – ukuł epitet ‘lemingi’, kierując go w stronę ludzi, którzy dali się zwieść najbardziej prymitywnej propagandzie i którzy oddali swoje wszystkie emocje i całe serca projektowi z gruntu fałszywemu, czy wręcz, jak się okazuje dziś, zbrodniczemu. Dlaczego lemingi? Nie wiem. Nie ja byłem autorem tego żartu, ale domyślam się, że chodziło ów symboliczny wręcz pęd owych zwierząt do samounicestwienia.
      Myślę, że ten moment jest równie dobry jak każdy inny, by przedstawić tu pewną historię, jak najbardziej autentyczną. Otóż w mieście Łodzi opowiada się anegdotę o jednym ze słynnych Lodzermenschów, XIX-wiecznym królu bawełny, bajecznie bogatym Izraelu Kalmanowiczu Poznańskim. Ówże Poznański wybudował sobie pałac, który w zamyśle miał swoim przepychem przewyższać wszystko, co inni łódzcy przemysłowcy wybudowali, bądź mieli wybudować.   Ostateczny efekt choć imponujący – dzięki m.in. nasyceniu obiektu dużą ilością żyrandoli i dywanów – nie do końca zadowolił Izraela, ponieważ pałacowi brakowało tego czegoś, co jest nie tylko bogate, ale przede wszystkim niepowtarzalne, jedyne w świecie, ekstrawaganckie i z nóg powalające.
      Dla pognębienia swoich konkurentów i ku podziwowi gawiedzi, postanowił więc Poznański, by podłogę pałacowej sali balowej (ok. 500 m. kw.) wyłożyć złotymi rublówkami. W tym momencie, w życiu tego, zdawało się, wszechmocnego człowieka, pojawił się problem. Problem ów nie dotyczył oczywiście kwestii finansowych, lecz był jak najbardziej natury politycznej. Jeśli bowiem wyłoży się posadzkę rublowymi monetami, to tym samym albo będzie się deptać, obecne na owych monetach oblicze miłościwie panującego cara, albo też w tak niecny sposób potraktuje się wizerunek rosyjskiego orła z dwiema głowami. Izrael Kalmanowicz obawiał się, że ta niezręczna sytuacja może doprowadzić do oskarżenia go o obrazę majestatu, oraz niekorzystnie wpłynąć na jego handlowe stosunki z olbrzymim rosyjskim rynkiem. Dlatego też, nie chcąc porzucać swego wspaniałego pomysłu, i nie chcąc też narażać się na wyżej wymienione nieprzyjemności, zapytał rosyjskich urzędników – niektórzy mówią, że zapytał listownie samego cara – w jaki sposób posadzkarze mają owe monety układać: awersem do góry, czy może rewersem?
      Uzyskał odpowiedź, której Salomon by się nie powstydził: ani awersem, ani rewersem, lecz na sztorc. Poznański z odpowiedzi bardzo się ucieszył i swój projekt wprowadził w fazę realizacji. Niestety natrafił nagle na opór materii, lub inaczej mówiąc, praktyczne wymogi życia, które były tak wielkie, że musiał ze swego pomysłu zrezygnować. Okazało się bowiem – być może powiedział mu to jeden z tych prostych posadzkarzy – że ustawione na sztorc rublówki spowodują na tyle duże nierówności podłogi, iż kłopot będzie nawet z chodzeniem po niej, nie mówiąc już o tańczeniu. Oprócz tego, owych ustawionych na sztorc monet będzie trzeba zorganizować tak wiele, że wszystko wskazuje na to, iż pod ich ciężarem podłoga zbudowanej na piętrze sali, po prostu się zarwie.
       Przytaczam tę anegdotę, ponieważ jest ona – jak sądzę – niezłą ilustracją tych wszystkich zjawisk, z którymi ostatnio mamy wielokrotnie do czynienia, a o których fragmencie wspomniałem wyżej. Owe zjawiska dotyczą ludzi z tzw. sfery publicznej, którzy coś w Polsce znaczą, albo wydaje im się, że coś znaczą. Ludzie ci mają dość duży potencjał, który zawdzięczają swoim rzeczywistym zaletom, bądź też – delikatnie rzecz ujmując – „sprzyjającemu splotowi okoliczności”, gdzie być może słowo „splot” jest najważniejsze. Owi ludzie mogą być bardzo bądź średnio utalentowanymi artystami, zatroskanymi o bezpieczeństwo obywateli, oraz o los chorych i emerytów państwowymi urzędnikami, bardzo niezależnymi i wnikliwymi ekspertami, oddającymi hołd bohaterom parlamentarzystami i samorządowcami, a nawet twardymi, zdecydowanymi, trzymającymi krótko podwładnych przywódcami. Ci wszyscy ludzie – podobnie jak ongiś Izrael Poznański – mają lepsze bądź gorsze pomysły na siebie samych, tzn. na to jak się zaprezentować, jak się sprzedać, a nawet na to, jak być pożytecznym.
      Niestety, tym wszystkim dobrym ludziom towarzyszy świadomość, że choć wiele znaczą, to jednak istnieją w świecie tacy – jak ongiś car, czy ruski urzędnik – którzy znaczą jeszcze więcej i z tego powodu warto zdobyć ich przychylność, albo przynajmniej dołożyć wszelkich starań, by się im nie narazić. Owi „znaczący więcej”, są po prostu silniejsi – co nie znaczy, że mądrzejsi – i z tej właśnie racji oni decydują, czy wspomniane wyżej pomysły dobrych ludzi na siebie samych będą zaakceptowane, czy też – nazwijmy to tak – wyśmiane.
      Ci, którzy „znaczą więcej” to dysponenci kija i marchewki, z którymi (z ich interesami, znajomościami, powiązaniami, wrażliwością, upodobaniami itp.) trzeba się liczyć jeśli się chce zaistnieć, a po zaistnieniu marchewkę konsumować.
      Z jednej strony, w życiu publicznym mamy więc do czynienia z agresywną prezentacją rzeczywistych, bądź domniemanych, rokujących nadzieję na społeczny aplauz cech, prezentacją dokonywana przez ludzi, których znaczenie jest tak naprawdę fasadowe, a z drugiej strony są rzeczywiste, nie-fasadowe interesy, znajomości, powiązania, wrażliwość i upodobania tych „znaczących więcej”, oraz wytyczona przez nich dość płynna granica, której z tych czy innych względów (znanych niektórym, a może i krewnym i znajomym owych ‘niektórych’) nie może przekroczyć nawet najbardziej społecznie wrażliwy urzędnik, niezależny ekspert, czy twardy przywódca.
      W ciągu minionych kilku/kilkunastu/kilkudziesięciu lat mogliśmy się przekonać, że pomysły ludzi, którzy wiele znaczą, oraz tych, którzy znaczą jeszcze więcej, dały efekt dla Polski dość opłakany. Nagromadzenie głupoty, marnotrawstwa, niesprawiedliwości i zwykłej złej woli jest niekiedy tak duże, że albo „chodzić się już nie daje”, albo wręcz wszystko „grozi zawaleniem”.
      Oczywiście, fasada – nie bacząc na opór materii – mówi, że wszystko jest super, a ci, którzy „znaczą więcej” z zasady nic nie mówią (chyba, że się zdenerwują, bo wtedy gadają o dzikim kraju i o tym, by odpieprzyć się od ich pieniędzy i ich znajomych), bo też z zasady opłakany stan TEGO KRAJU niewiele ich obchodzi.
      Gdzieś w tym wszystkim zniknęli nam posadzkarze. Oni na razie dość posłusznie wykonują najgłupsze nawet projekty. Ale rozsądek w nich zwycięży. I wcześniej czy później powiedzą: Tak nie można! To jest głupie! To jest niesprawiedliwe! To jest złe! I choć podobno – jak niedawno sugerowała prof. Staniszkis – ludzie postępują w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem dopiero wówczas, gdy wyczerpią już wszelkie inne możliwości, to jednak mimo wszystko mam mocną nadzieję, że już wkrótce skończy się czas fasady, ale także tego, co znajduje się poza fasadą.


Jeśli ktoś wcześniej nie miał okazji czytać tekstów naszego kochanego księdza Krakowiaka, zachęcam do kupowania książki z listami od Zyty Gilowskiej, gdzie i dla niego znalazło się godne miejsce. Do nabycia tu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz