piątek, 11 listopada 2016

Crash Test, czyli nauka jazdy na gapę

Kto wie, ten wie, kto nie, nic nie szkodzi, rzecz jednak ma się tak, że jest sobie bardzo wybitny brytyjski nazwiskiem James Corden. I oto pozycja, na jaką on sobie zapracował, sprawiła, że spotkało go to, o czym jego koledzy mogą tylko marzyć, a więc kupili go Amerykanie i poprosili o prowadzenie jednego ze swoich telewizyjnych talk shows, a Corden tę propozycję oczywiście z otwartym sercem i całym swoim talentem przyjął. Z tego co zdążyłem zauważyć, Corden radzi sobie bardzo dobrze, w dodatku, poza tymi gadkami w telewizji, udało mu się stworzyć projekt, który wręcz zachwyca. Otóż wymyślił sobie Corden, że korzystając z pozycji, jaką mu daje legitymacja CBS, będzie zapraszał do swojego programu pierwszej wielkości gwiazdy ze wszystkich stron sceny, wsadzał je do swojego samochodu, udawał się z nimi na przejażdżkę po mieście, podczas owej przejażdżki sobie z nimi gawędził o niczym, śpiewał z nimi piosenki i że to będzie hit. I to faktycznie jest hit. Rozmowy Cordena możemy sobie obejrzeć w całości na youtubie pod tytułem „Carpool Caraoke” i z tego co widzimy, on już tam zdążył zgromadzić takie osobistości jak Lady Gaga, Rod Stewart, George Clooney, Jennifer Lopez, Adele, Steve Wonder, a nawet sama Michelle Obama. Jeżdżą więc oni sobie w tym jego samochodzie, na zmianę albo gadają, albo śpiewają i to jest faktycznie coś. Popatrzmy może na jeden z tych występów:



Dobre, nie? Jasne, że dobre. I oto proszę sobie wyobrazić, że w odpowiedzi na program Cordena, u nas w Polsce powstały aż dwa podobne programy, jeden pod egidą Onetu, drugi Agory. Obie redakcje najwyraźniej uznały, że skoro ten Corden jest taki fajny, warto by było z owego pomysłu skorzystać i zrobić coś podobnego, na miarę naszych aspiracji i możliwości, no i z jednej strony powstał projekt pod nazwą „Crash Test”, gdzie Dominika Wielowieyska wsadza do samochodu – niewykluczone, że dokładnie tej samej marki, z jakiej korzysta Corden – nasze polskie gwiazdy i gawędzi z nimi do kamery, a z drugiej, Onet poprosił Jarosława Kuźniara, by robił dokładnie to samo, czyli pakował do swojej bryki tych, którzy akurat nie są u Wielowieyskiej, i sobie z nimi gawędził, tyle że już pod tytułem „Onet rano”. Z tego co zdążyłem zauważyć, jak na dzień dzisiejszy, Wielowieyska i Kuźniar zdążyli nam już przedstawić takie tuzy polskiego popu, jak Agnieszka Chylińska, Mateusz Kijowski, Andrzej Celiński, czy nawet poseł z ugrupowania Kukiz 15, Marek Jakubiak. O czym i w jaki sposób oni rozmawiają, nie wiem, bo tego, co zrozumiałe, nie miałem odwagi obejrzeć, natomiast naturalnie mogę się wszystkiego domyślić. Wszystkiego.
Siedzę już nad tym tekstem od 15 minut, gapię się w ekran monitora i nie umiem wymyślić jednego marnego słowa komentarza. Jedyne co mi przychodzi do głowy, to bardzo stary rysunek, a raczej seria obrazków, zmarłego już Andrzeja Czeczota. Mamy tam mianowicie grupę ludzi, którzy postanawiają, że w odpowiedzi na słynny u nas jeszcze w głębokim PRL-u musical „Hair”, oni zrobią owego musicalu swoją własną wersję i już za chwilę widzimy bandę jakiś rozebranych do rosołu starych dziadów i równie starych pań z obwisłymi biustami, którzy kręcą się w kółko i każdy z nich śpiewa „Hair, hair, hair”. Ja zdaję sobie sprawę, że Andrzej Czeczot, jak mało kto, ma swoje za uszami i nie jest zbyt zręcznie go wykorzystywać jako świadka obrony, jednak w tym wypadku, daje słowo, nie przychodzi mi nic innego do głowy. Patrzę na tego Kuźniara i Wielowieyską i tylko słyszę to „Hair, hair, hair”.
Głupio to mówić, ale faktycznie dziwny jest ten świat. Ameryka wybiera Trumpa, całe zło tego świata zamiera w osłupieniu, a tymczasem Wielowieyska i Kuźniar udają Jamesa Cordena i z tego co widzę, ani im włos na głowie nie drgnie. W dodatku we wczorajszych Wiadomościach TVP, między relacją z powyborczej Ameryki, a doniesieniami na temat kryzysu konstytucyjnego w Polsce, postanowiono pomieścić kilkuminutową reklamę filmu Patryka Vegi o kurwach, bandytach i policjantach. Mój kumpel Coryllus pociesza mnie, że ten cały Vega – swoją drogą obstawiam, że on naprawdę nazywa się Cieluch, Wiesław Cieluch – to człowiek służb, a to co widzimy, to rządowa akcja mająca zachęcić młodych ludzi do wstępowania do służb. W końcu Ojczyzna wzywa. Okay. Może to jest właśnie to, no ale wtedy pojawia się kolejne pytanie: kogo tym razem do swojej bryki zaprosi Jarosław Kuźniar, a kogo James Corden i co z tego wyniknie?
I pomyśleć tylko, że oni na nas mówią homo soveticus.

Wszystkie moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zapraszam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz