sobota, 20 marca 2010

O zasadach co weszły w szkodę



Zupełnie niedawno nasz ksiądz zasugerował, że te teksty układają się w ciąg tematyczny. Chodzi o to, że pojawia się jakiś temat, a później to już właściwie wszystko jest o tym samym. A więc jest jakoś tak, że jeśli ja tu dam wpis o miłości, to nawet jeśli kolejny będzie traktował o kupie przy drodze, to i tak będzie o miłości. Zaznaczam, że ja tę uwagę odebrałem jako komplement. Mimo że sam czegoś takiego nie dostrzegam, miło mi to słyszeć. Okazuje się bowiem, że duch – lub ewentualnie Duch – działa. A przecież, o cóż więcej może chodzić?
Może też się ten proces odbywać w przeciwnym kierunku. Mianowicie szereg tekstów jest z pozoru o niczym – lub nawet o przysłowiowej dupie Maryni – a nagle, któregoś dnia… hop! I okazuje się, że wcale nie. Bo one są wszystkie o jednym i tym samym. Tyle że o tej dupie na samym dopiero końcu. Przyszło mi to do głowy dziś, gdy z moim kumplem redpillem gadaliśmy sobie o sensie, czy też bezsensie przyjmowania ulotek reklamowych od dzieci sterczących popołudniami na ulicach naszych miast. Napisałem więc pewien komentarz, wprawdzie nie do redpilla, ale do tede – innego mojego kolegi – choć w sprawie poruszonej wcześniej, i nagle wyszło mi, że od pewnego czasu prześladuje mnie problem, który nazwałbym atakiem pustego fanatyzmu i równie pustych zasad. Mam wrażenie – dziś dopiero – że on wybuchł z potężną siłą we wcześniejszym jeszcze wpisie, niby o piosenkach i latach 60-tych. Zaczęło się od tego, że szedłem sobie drogą, słuchałem muzyki i nagle zaczęło lecieć to If I Had A Hammer Seegera. Leci więc piosenka, którą zawsze uwielbiałem, zawsze sobie nuciłem, zawsze uważałem, że jest po prostu świetna i wyjątkowa, i nagle zrozumiałem, że za tym pięknym głosem, tym cudownym rytmem, stoi właściwie wyłącznie rządza niszczenia. Obojętnie jakiego – może być nawet nienarodzonego dziecka. Że wśród tych słów o „braciach i siostrach”, o „wolności” i „miłości” czai się tak podstępne zło, że jeśli się tylko odpowiednio wczuć, to nawet Francuska Rewolucja może spokojnie położyć po sobie uszy.
I od razu przypomniałem sobie pewien wywiad z Richardem Nixonem, byłym prezydentem Stanów Zjednoczonych, w swoim czasie bardziej znienawidzonym człowiekiem niż dziś George W. Bush, czy nawet Lech Kaczyński, wciąż powszechnie uważanym za prezydenta zdecydowanie najgorszego, kiedy ten opowiadał jak to któregoś dnia miał wygłaszać przemówienie o wycofaniu pierwszych 25 tysięcy żołnierzy z Wietnamu i podeszła do niego śliczna, może 16- letnia dziewczyna, i krzycząc „Ty morderco”, napluła mu w twarz. Ponieważ działo się to w Ameryce, a nie w Rosji, nikt tego dziecka nie zastrzelił, ani nie wywiózł na Sybir i nie zgwałcił, ale Nixon po prostu wytarł sobie twarz i wygłosił to przemówienie. Przypomniałem sobie ten wywiad i pomyślałem, że tamta dziewczyna musiała wyglądać jak młoda Mary Travers. I wtedy przypomniałem sobie coś jeszcze. Mianowicie tekst autora, którego czytam, amerykańskiego dziennikarza Boba Greene’a, o roku 1968, kiedy ten studiował w collegu. Pisze on tak:

Nie było akademików w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Zamiast tego, każdej jesieni studenci byli przydzielani do różnych komun, a następnie do pokoi o nazwach takich jak ‘Peace Farm’, czy ‘Hanoi Heaven’. Normalne jedzenie było zakazane. Jedliśmy wyłącznie orzeszki i muesli. Nie pozwalano mieć pieniędzy. Wszyscy żyliśmy z pracy naszych rąk i dzieliliśmy się wszystkim z innymi, dla dobra ludu. Całe lata spaliśmy na podłodze, ponieważ czuliśmy, że tak jest bardziej naturalnie, no a przede wszystkim w ten sposób demonstrujemy solidarność z naszymi braćmi i siostrami w Trzecim Świecie. Często, w pokoju mieszkało 15 czy nawet 16 studentów. Nie było kluczy ani zamków, ponieważ wszyscy byliśmy piękni i ufaliśmy sobie wzajemnie […] Studenci publicznie uprawiali seks. Często na zewnątrz, w błocie. Kiedy kończyliśmy studia, wielu z nas miało na koncie do tysiąca partnerów. Pigułki antykoncepcyjne były rozdawane za darmo i dostępne dla wszystkich, w pojemnikach ustawionych w strategicznych miejscach campusu. Kiedy było gorąco, chłopcy i dziewczyny chodzili nago, również na zajęcia
I tak dalej, i w tym mniej więcej kierunku. Ja bym jeszcze dodał, że z całą pewnością wszyscy śpiewali piosenki Seegera i denerwowali się, że Bob Dylan okazał się Judaszem..
I nagle przyszło mi do głowy, że wprawdzie ówcześni amerykańscy studenci są już dziś po sześćdziesiątce, to jednak, ponieważ cały ten nurt typu flower power – oczywiście wyłącznie jako moda, i zapewne modyfikowany przez radykalne idee płynące z Paryża – docierał do nas z opóźnieniem i pewnie przez kilka dobrych lat, to niewykluczone, że te piękne, młodzieńcze przeżycia i wspomnienia, są wciąż udziałem obecnych 50- i 60-latków. A więc ludzi, którzy tworzą nasze obecne życie. I tu w Polsce i przede wszystkim w Europie. To oni właśnie – jeśli założymy, że wciąż są ludźmi ideowymi o niewzruszonych zasadach – mogą tworzyć i teraźniejszość i – co najważniejsze – przyszłość. Oczywiście, nie w tak dramatycznie oryginalnej formie, ale zawsze z tą wizją przed oczami. I się przestraszyłem. Słuchałem tego wiecznego przeboju i zadrżałem.
Pisałem tu jakiś czas temu o nożach. Kilkunastu, pięknie wykonanych nożach, które zobaczyłem na wystawie dworcowego kiosku. Nożach tak tanich, że prawdopodobnie tylko do parorazowego użytku, z których – gdybyśmy chcieli ich używać do krojenia ryb, czy cięcia gałęzi – po paru dniach odpadłoby ostrze, albo złamałaby się rączka. Ale na jedną okazję – idealnych. Ktoś te noże produkuje, ktoś je rozwozi po kioskach i ktoś je w tych kioskach wystawia, i każdy z nich – jeśli tylko myśli – wie, że one służą wyłącznie do tego, by je nosić w kieszeni i od czasu do czasu kogoś zabić. Niedawno szedłem sobie z pracy, z naprzeciwka podeszło paru gimnazjalistów, i jeden z nich stanął przede mną i zapytał mnie, co kurwa? Ominąłem go bez słowa, bo wiedziałem, że jest bardzo możliwe, że on też nosi taki nożyk i jak mu coś strzeli do głowy, to kto wie, co się stanie?
Przedwczoraj w telewizji TVN24 poinformowano, że w tak zwanych sklepach z dopalaczami i – jak najbardziej – sex shopach, pojawił się ostatnio środek, który jest równie skuteczny jak kokaina, tyle że tańszy… no i przede wszystkim całkowicie legalny. Reporter TVN-u rozmawiał z policjantem, który przyznał, że nie ma żadnego sposobu, żeby z tym walczyć, bo jest jak jest i na to nie ma rady. Ja się tylko mogę domyślać, że on ma rację. W moim mieście jest parę sex-shopów, kilka burdeli, i co najmniej jeden sklep sprzedający narkotyki, na którym ostatnio nawet pojawił się numer telefonu, pod który można zadzwonić i zamówić dostawę do domu. A skoro to wszystko jest, to chyba faktycznie tak ma być. O tym, że tak ma być przekonali mnie uczestnicy tzw. Drugiego śniadania mistrzów. Kiedy piszę ten tekst, zza ściany dobiega rozmowa zaproszonych przez TVN do studia celebrytów. Rozmawiają o dopingu Kornelii Marek. I słyszę jak któryś z nich mówi, że on uważa, że doping w sporcie powinien zostać zalegalizowany, bo tak będzie bardziej szczerze. Ktoś drugi mówi na to „Nie”. Ktoś inny pyta „Dlaczego?” Jeszcze ktoś mówi: „Bo to niebezpieczne”. A ja się zastanawiam, czy cisza, która zapadła, to był czas na refleksję, czy komuś opadły ręce? I mam wrażenie, że to naprawdę wszystko jedno.
Też przedwczoraj, prawdopodobnie w celu zróżnicowania oferty informacyjnej, opowiedziano nam historię kobiety, która poczuła silny ból w ramieniu i lekarz w jej przychodni przepisywał jej paracetamol tak długo aż w końcu umarła na raka…
Wygląda na to, że równie dobrze mógłbym ten blog przekształcić w regularny przegląd mediów i chyba nikt by nie zauważył różnicy.
Niektórzy mówią, że wszystko ma swoją cenę, a w tym też fakt, że żyjemy w cywilizacji liberalno-demokratycznej. Z naciskiem na słowo ‘liberalny’. Ktoś od nas mądrzejszy i przede wszystkim bardziej wpływowy kiedyś zdecydował, że tak będzie lepiej… no i teraz trzeba z tym jakoś żyć. Na szczęście można przy tym wypowiadać opinie. Przynajmniej na razie i przynajmniej tak się zdaje. A więc mówię. Mam wrażenie, że każde z tych trzech zdarzeń, czy może zjawisk, jest w ten czy inny sposób wynikiem tamtego szaleństwa. Wydaje mi się, że historia tak jakoś się potoczyła, że tamto zło się wielokrotnie przepoczwarzyło i przyjęło formę, z którą obecnie się musimy zmagać. Tak jakby w ogóle dzieje, były w gruncie rzeczy wyłącznie dziejami fanatyzmu. Fanatyzmu, który – jak to wyraziłem we wspomnianym komentarzu – wpływa na człowieka w ten sposób, że nie pozwala mu tylko w coś wierzyć i twierdzić, że jego wiara jest słuszna, i z tej wiary tworzyć zasady, reguły i sposoby postępowania. On jest tak intensywny, że zmienia samego człowieka i jego życie nieodwracalnie. Człowiek zostaje socjalistą, liberałem, konserwatystą, protestantem, katolikiem, okultystą, masonem – nie dlatego, ze sobie to wszystko mądrze wymyślił, ale że gdzieś coś przeczytał i mu się to spodobało – i nagle okazuje się, że ta idea mu się tak podoba, że przestaje być człowiekiem, ale najbardziej już jest tym socjalistą, liberałem, konserwatystą, protestantem, katolikiem, okultystą, masonem. Tak jakby bycie człowiekiem, przez swoją niedookreśloność, było wyłącznie jedną wielką kupą nudów. Tak jakby, jeśli chce się tylko znaleźć odpowiedź, czy choćby zadać pytanie, nie wystarczyło być człowiekiem, ale trzeba było sięgać do specjalnej przegródki z ideami i tych idei odpowiednim opisem.
Jak to działa na poziomie podstawowym, czyli w życiu? Przykładów mamy mnóstwo. Ktoś jest tym satanistą, więc natychmiast goli sobie w określony sposób głowę, nad tyłkiem daje sobie wytatuować łeb kozła, a później już tylko trenuje pewien typ spojrzenia, mówienia i ruszania się, którego już żaden zwykły człowiek nie podrobi. Kto inny zostaje liberałem i kiedy widzi jak ktoś pod lokalnym supermarketem zbiera jedzenie dla biednych, wzrusza ramionami i mówi, że pracy jest wszędzie mnóstwo, tylko że ludzi są mało zaradni. Ktoś jest pobożnym katolikiem i zamiast być sobie tym pobożnym katolikiem, ile razy mija kościół, to klęka, robi znak krzyża i głośno wszystkich informuje, że Jezus jest jego Panem. Niektórzy nawet podobno instalują sobie kropielnice w domu przy drzwiach… O innych pisałem przy poprzednich okazjach.
Myślę o tym sklepie sprzedającym owe dopalacze. Nie zdarzyło mi się tam nigdy zajrzeć. Podobnie jak nigdy nie zdarzyło mi się wejść do sex-shopu. Domyślam się jednak, że musi tam wyglądać jak w każdym innym sklepie. Są półki, na półkach towar, jest też lada, a za ladą kobieta, czy mężczyzna. Jest też ten telefon, z którego się odbiera zamówienia. Myślę sobie, ze gdybym tak zadzwonił i poprosił, żeby mi ktoś przywiózł do domu całą kupę tych tzw. dopalaczy, a później bym sterroryzował tego dostawcę i kazał mu to wszystko zeżreć, a później bym patrzył jak zdycha, to przede wszystkim wykazałbym się silnym przywiązaniem do swoich zasad, a przy okazji może i nawet bym poczuł pewną satysfakcję. Ktoś mi powie – nawet wiem kto – że to nie to samo. Owszem, to jest dokładnie to samo. W końcu ma się te zasady, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz