poniedziałek, 10 maja 2021

O kłamstwie na służbie postępu

 

Gdy chodzi o mnie, to ja wciąż żyję omawianym tu już ledwie co wystąpieniem Rafała Trzaskowskiego w kwestii jego zasług na polu walki z pandemią koronawirusa. Rzecz w tym, że moim zdaniem, to co on w swej bezdennej głupocie uczynił, stanowi dla nas wszystkich znakomitą sposobność do tego, by owego dziwnego człowieka usunąć raz na zawsze z powierzchni politycznej sceny, byle byśmy tylko zechcieli zastosować już  od dawna znaną i jak najbardziej sprawdzoną metodę wdeptywania w ziemię przeciwnika; swoją drogą metodę wymyśloną i wprowadzoną do użytku przez macierzystą partię rzeczonego Trzaskowskiego. By pokazać na czym owa metoda konkretnie polega, pragnę przypomnieć swój dawny już bardzo, bo jeszcze z roku 2011 tekst, dotyczący kompletnie innej sprawy, ale jakże wciąż bliskiej. Bardzo proszę

 

 

 

       Ponieważ atmosfera weekendu wpływa na nas otępiająco, w pewnym momencie nasz pobyt przed telewizorem przybrał wymiar ekstremalny. A mówiąc ekstremalny, nie mam na myśli ani programu „Babilon”, ani nawet Zbigniewa Hołdysa na śniadaniu u swoich kolegów mistrzów, lecz zupełnie inną stację i zupełnie inny program. Program o tym, jak się odtuczyć o 100 kilogramów w 12 miesięcy, i jak się ubierać, żeby było ładnie, a nie paskudnie. W pewnym momencie pojawiła się kobieta przedstawiona jako strażak, a informacja była taka, że ponieważ ona zawsze marzyła o tym, by być supermanem, nie dość, że ubiera się jak mężczyzna, to jak mężczyzna, któremu nie zależy na wyglądzie. Ona wprawdzie mówiła, że tak jak jest, jest dobrze, a styl, który ona dla siebie wybrała, pozwala jej czuć się ze sobą wygodnie, jednak specjaliści od prezencji powiedzieli, że tak dalej być nie może. Zwłaszcza gdy ona czasami, kiedy idzie gdzieś wieczorem, zakłada na siebie kobiece ciuchy, w których niestety wygląda „jak kelnerka”. Właśnie tak. „Jak kelnerka”.

       Żeby udowodnić, że jest tak jak to zostało określone, pokazano zdjęcie tej pani w jakiejś sukience i poinformowano nas, że to jest ów ohydny strój kelnerki. Otóż ja się na strojach nie znam i, szczerze powiedziawszy, o ile nie mam przed sobą wspomnianego już Zbigniewa Hołdysa, nie bardzo się tym wymiarem rzeczywistości przejmuję, natomiast kwestia kelnerska mnie tu bardzo zainteresowała. A to z tego mianowicie powodu, że sobie pomyślałem, że gdyby ta pani była na przykład posłem Platformy Obywatelskiej i któryś z posłów PiS-u powiedział, że ona wygląda jak kelnerka, to z tego zrobiłoby się takie piekło, że 9 października nie trzeba by było nawet organizować wyborów do Sejmu, bo ich wynik zostałby ustalony w drodze aklamacji. I to piekło absolutnie nie w obronie tej pani, lecz w obronie kelnerek i kelnerów, którzy właśnie zostały publicznie obrażone. Jestem absolutnie pewien, że już na drugi dzień na Facebooku pojawiłaby się nowa grupa zatytułowana „Jestem kelnerem”, która w ciągu zaledwie paru godzin zarejestrowałaby 100 tys. odwiedzin, a cały kolejny tydzień wypełniłby się demonstracjami kipiących oburzeniem osób przebranych za kelnerów. Donald Tusk na specjalnej konferencji prasowej oświadczyłby, że on zawsze marzył by być kelnerem i jeszcze jako student historii podczas każdych wakacji pracował jako kelner, natomiast telewizja TVN24 dzień w dzień wysyłałaby na ulicę swoich reporterów, by przepytywali ludzi odnośnie szacunku, jaki oni czują do zawodu kelnera.

      Skąd ja to wszystko wiem? Wbrew pozorom, wcale nie przez owo najświeższe doświadczenie w postaci akcji, jaką na doraźne polityczne zamówienie, reżimowe media rozpętały w tak zwanej obronie mieszkańców polskiej wsi. To oczywiście pewne znaczenie miało, choćby z tego względu, że trudno zlekceważyć sytuację, w której formacja kulturowa, która wręcz na swoich sztandarach wypisała pogardę dla wsi i dla jej mieszkańców, ni z tego ni z owego zaczyna się dławić z oburzenia, że ktoś miał czelność w debacie publicznej użyć słowa „chłopi”. Natomiast obserwację propagandowych manewrów Systemu można skutecznie prowadzić od wielu już lat, i to nawet nie na poziomie jednego tylko kraju i środowiska, w taki sposób, by wiedzieć, że numer z obrażaniem, należy do bardzo starego repertuaru kłamców na całym świecie.

       Gdy idzie o starą Polskę, nie bardzo jest o czym mówić, bo tak naprawdę, każda wrogie słowo skierowane pod adresem czy to milicjanta, czy partyjnego urzędnika, obrażało lud pracujący miast i wsi, a zatem nas wszystkich. Oczywiście nikt w tę propagandę nie wierzył, jednak przekaz szedł wciąż ten sam: wróg milicjanta, to wróg Partii, a wróg Partii – to twój wróg. I również ten sam był zawsze cel. By między człowiekiem, a jego wrogiem uruchomić wieczny stan konfliktu. No ale to było dawno. Dziś wrogów wyłapuje się w sposób wybiórczy, zależny od sytuacji. Jarosław Kaczyński, na pytanie, czy podoba mu się pomysł, by można było głosować przez Internet, mówi, że mu się ten pomysł nie podoba, bo jakoś nie wypada, by tak poważny akt, jak wybory realizowany był przy piwku przed monitorem komputera. Natychmiast więc tworzy się obraz Kaczyńskiego, jako kogoś, kto nienawidzi internautów, jako pijaków i zboczeńców. Innym razem Ludwik Dorn wspomina coś o tak zwanych „wykształciuchach”, a więc ludziach, którzy wprawdzie zdobyli jakieś wykształcenie, ale nie bardzo wiedzą, co z tym wykształceniem zrobić. Natychmiast tworzy się obraz nie tylko Dorna, ale i całej reprezentowanej przez niego formacji, jako wroga ludzi wykształconych. Któregoś dnia Lech Kaczyński zwrócił się do jakiegoś agresywnego ulicznika przy pomocy epitetu „dziadu”, i do dziś ten dzień ciąży na jego pamięci, jako dzień, w którym Lech Kaczyński zademonstrował pogardę do prostego, a nie wykluczone, że i biednego, człowieka. Jarosław Kaczyński zasugerował, że nie jest dobrze jeśli dziecko jest wychowane przez ulicę, a nie przez rodziców – natychmiast okazuje się, że jest na odwrót. To ulica i podwórko stanowi wymagany standard. A sam Kaczyński jest pierwszym wrogiem bawiących się na podwórku dzieci. Ten sam Jarosław Kaczyński – w sumie, to bardzo ciekawe, że tylko on jest taki nieostrożny – zapytany o to, dlaczego, chcąc pokazać, jak drogie stało się nasze polskie życie, nie zdecydował się zrobić zakupów w sieci „Biedronka”, lecz wybrał zwykły sklep osiedlowy, odpowiedział, że „Biedronka”, jako oferta najtańsza, byłaby tu mało reprezentatywna, i w jednej chwili stał się wrogiem tanich sklepów i ludzi, którzy tam robią zakupy. Wszyscy pamiętamy bardzo dobrze, jak to nagle wszyscy, na czele z premierem Tuskiem, zaczęli deklarować, że oni na przykład kupują wyłącznie w „Biedronce”. W odróżnieniu od tego podleca – Kaczyńskiego. A tak zwana „sprawa śląska”, kiedy to pierwszy onanista III RP Marcin Meller, a za nim cała reszta wynajętych osobistości, nagle zaczęli deklarować narodowość śląską, tylko po to, by zaprotestować przeciwko słowom Jarosława Kaczyńskiego, określającym politykę na rzecz autonomii Śląska, jako antypolską? Można się już tylko zastanawiać, cóż to takiego się stało, że po swoim słynnym adresie do tych, co stoją tam, gdzie „stało ZOMO”, System nie uruchomił akcji w obronie zomowców pod hasłem „Wszyscy jesteśmy z ZOMO”.

      Wiemy natomiast, dlaczego, kiedy Zbigniew Hołdys określił Jarosława Kaczyńskiego epitetem „chuj”, na Facebooku, nie ruszyła akcja pod tytułem „Jestem chujem”. Dlatego mianowicie, że ten rodzaj zabawy stanowi żywioł Hołdysa właśnie i jego treserów, a nie ludzi normalnych.

       I oto nagle się okazuje, że, podobnie jak w wielu innych sytuacjach, i tu pomysł organizowania społeczeństwa przeciwko wspólnemu wrogowi, nie jest naszym polskim wynalazkiem. Całkiem niedawno mianowicie, dotarła do mnie informacja, że gdzieś w Kanadzie, szef miejscowej policji, zaniepokojony wzrostem motywowanych seksualnie napadów na młode kobiety, zwrócił się do nich z apelem, by spróbowały jednak nie ubierać się jak dziwki, bo w ten sposób prowokują niedobre zachowania u różnego rodzaju zboczeńców. Natychmiastową reakcją na te słowa stał się powszechny protest oburzonych kobiet – i to co w tym najciekawsze, nawet nie koniecznie tych, które bardzo lubią się ubierać jak dziwki, ale wszystkich kobiet z jakiegoś powodu dotkniętych tym apelem – mężczyzn, polityków i najróżniejszego typu społecznych aktywistów, zorganizowany pod hasłem: „Wszyscy jesteśmy kurwami”, a uwidoczniony w postaci demonstracji z udziałem przebranych za owe kurwy obywateli. A ja już tylko mogę się założyć, że ów nieostrożny policjant był politycznie związany z tamtejszą prawicą. Skąd to wiem? Przede wszystkim stąd, że gdyby to był „swój człowiek”, to przede wszystkim, jeśliby on już formułował jakieś apele, to o organizację białych marszów przeciwko przemocy, a najpewniej, wspólnie z paroma kolegami, założyłby jakąś dochodową fundację na rzecz popierania aborcji u ofiar gwałtów. No i, oczywiście, gdyby on był „naszym człowiekiem”, to jego sława nie dotarłaby aż do uszu delegatury Systemu w Polsce w osobie Wojciecha Orlińskiego, który nas o tym kanadyjskim faszyście zechciał poinformować.

       Podobnie zresztą, pies z kulawą nogą by nie usłyszał o niedawnym „skandalicznym ataku na polską wieś”, a nasi prawicowi publicyści nie mieliby szans popisywać się swoim obiektywizmem i umiarkowaniem w ocenach, gdyby słowa o zbaraniałym chłopstwie, z jakiegoś powodu – a przecież, jak wiemy, powodów by się znalazło wiele – wypowiedział taki na przykład Donald Tusk. W końcu mieliśmy okazję tego typu wydarzenia ćwiczyć wielokrotnie, choćby gdy chodzi o starsze panie w moherowych beretach, czy dowodów osobistych naszych babć, i zawsze się okazywało, że w kwestii tworzenia społecznej nienawiści, kierunek jest wciąż ten sam. Bo taka właśnie jest podstawowa metoda prowadzenia antydemokratycznych kampanii wszędzie, od początku świata. Ma ona nawet swoją nazwę: „Dziel i rządź”.

      Zbliżają się wybory i wszyscy mamy nadzieję, że wreszcie uda się nam tak zorganizować, by tę bandę pasożytów odsunąć od władzy. Jednak nie łudźmy się, że wraz z upadkiem tego rządu to całe kłamstwo nagle się skończy. Że stanie się coś co je ostatecznie skompromituje i unicestwi. Ono bowiem jest wieczne, tak jak wieczna jest ludzka zgoda na służenie złu, pod warunkiem, że owo zło wskaże nam wroga. Dziś musimy to zło odsunąć od władzy, ale i tu nie miejmy złudzeń. Ono nawet pozbawione bezpośredniego wpływu, będzie atakowało, i to atakowało jeszcze energiczniej i w sposób jeszcze bardziej przemyślany. I wreszcie dojdzie do tego, że my będziemy stali tu na tej naszej ubitej ziemi, a wokół nas będą się gromadziły coraz to nowe grupy tych, którzy rzekomo powinni się przez nas czuć zagrożeni: inteligencja, wieś, biedota, ludzie zamożni, ludzie wierzący, ateiści, robotnicy, studenci, nauczyciele, Ślązacy, Kaszubi, Górale, a po nich przestępcy, zboczeńcy, stara komuna, nowe służby, byli zomowcy… Każdy będzie mógł zostać ofiarą faszystowskiej prawicy, i w ten sposób dołączyć do sił europejskiego postępu.

       A nam pozostanie, jak zawsze zresztą, stać, pamiętać i uważnie obserwować, co się wokół nas dzieje. Stać wiernie, a jak się da, to iść.

 


sobota, 8 maja 2021

Rafał Trzaskowski, czyli skała, której bramy niebieskie nie przemogą

 

      Jak pewnie zdążyli zauważyć stali czytelnicy tego bloga, ze zwykłej ludzkiej ostrożności, staram się w ogóle nie reagować na informacje, zwłaszcza te szczególnie sensacyjne, jakie nam właśnie przyniosły nasze media. Czemu tak? A to z tej prostej przyczyny, że nigdy nie wiadomo co z nich ostatecznie wyniknie, a ja bardzo nie lubię znaleźć się jako ten głupi z ręką w nocniku. Tym razem z powodów jakie wyłuszczę poniżej, czuję potrzebę zająć się zdarzeniem jak najbardziej gorący, Oto, jak niektórzy z nas wiedzą, Rafał Trzaskowski wypowiedział się dla jakiejś niszowej amerykańskiej organizacji i opowiedział, w jaki sposób on, jako prezydent Warszawy, walczy z epidemią koronawirusa. Wypowiedź owa została opublikowana na Twitterze i oto, co usłyszeliśmy:

       Dzień dobry wam w Stanach Zjednoczonych, witam wszystkich nas tu w Europie, cześć Kostas [tu coś chyba po hiszpańsku]. A więc, mamy pewne napięcie między rządem a władzą lokalną. Konserwatywny rząd w Polsce, by użyć łagodnego określenia, szczególnie nas nie lubi, w wielu kwestiach niestety pojawiło się między nami napięcie i doszło do niedobrego współzawodnictwa. Z początku, rząd działał chaotycznie, a myśmy starali się to zrozumieć, zdając sobie sprawę z tego, że po swoim wyborczym zwycięstwie oni są wciąż w swego rodzaju szoku. W tej sytuacji postanowiliśmy realizować politykę rządu i wypełniać wszystkie ich zalecenia. Przede wszystkim dlatego, że jak by nie było to jest nasz wspólny rząd, no a poza tym, to właśnie rząd ma wszelkie narzędzia w ręku. Jednak później, kiedy pojawiła się druga i trzecia fala pandemii, postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce. Ja sam przyjąłem na siebie odpowiedzialność za pracę 11 szpitali. Zaczęliśmy kupować sprzęt, sprowadzać respiratory, no a przede wszystkim pojawiła się kwestia szczepień, a więc rozpoczęliśmy organizację miejsc, jak choćby stadiony, tak by można było skutecznie owe szczepienia przeprowadzać,. Ale też, widząc jak chaotycznie działa rząd, zmuszeni byliśmy poszukać szeregu swoich własnych ekspertów. No i zatem oczywiście staraliśmy błyskawicznie reagować na to co nam podpowiadali specjaliści na miejscu, co do na przykład organizacji pracy szpitali, ale też wsłuchiwaliśmy się w głos przedsiębiorców jak i zwykłych ludzi, którzy zwracali się do nas z pytaniami odnośnie restrykcji, jakie powinny być wprowadzane w celu powstrzymania rozprzestrzeniania się wirusa. I tu znów zmuszeni byliśmy działać sami, starając się w swoich wysiłkach wyprzedzać rząd, i to przez cały okres trwania kryzysu. Oczywiście, pozostawaliśmy też w stałym kontakcie z naszymi przyjaciółmi na całym w świecie, w tym również w Stanach Zjednoczonych, i to także dzięki ich pomocy udało się nam skutecznie prowadzić naszą walkę z COVID-em. Na wielu poziomach znacznie wyprzedziliśmy polski rząd, że wspomnę tu choćby o organizacji procesu szczepień, gdzie znacznie lepiej niż rządowi udało się nam przygotować całą procedurę zakupu szczepionek. Dziś na przykład, trzy czy cztery tygodnie przed rządem, jesteśmy już gotowi do startu z całą siecią punktów szczepień, czekając już tylko aż rząd dostarczy nam odpowiedniej ilości szczepionek. Od jutra zaczynamy rejestrację osób chętnych do zaszczepienia, a za tydzień ruszamy z całym procesem. A więc, jak widać, nie zważając na wspomniane napięcia między rządem, a władzą lokalną, staramy się pozostawać jak najbliżej w kontakcie z lokalną społecznością i przede wszystkim szybciej niż rząd reagować na konkretne ludzkie potrzeby. I z pomocą naszych przyjaciół okazujemy się być odpowiednio skuteczni.

       Wypowiedź Rafała Trzaskowskiego jest w języku angielskim, a ja ją tu tylko przetłumaczyłem na polski. Tłumaczenie to nie jest być może bardzo dokładne, jednak jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że w swojej gadce Trzaskowski jest zdecydowanie bardziej skupiony na tym by brzmieć jak najbardziej „zawodowo”, niż by jego wypowiedź miała tak zwane ręce i nogi, to ja mogłem go albo ośmieszyć, albo postarać się stworzyć coś, co on w pierwszej kolejności musiał mieć na myśli.  Nie o to jednak chodzi. Rzecz w tym, że podobnie jak ja, zapewne znaczna cześć Czytelników zachodzi w głowę, po ciężką cholerę on z tym czymś wyskoczył. Otóż, moim zdaniem, kiedy oni się z nim skontaktowali i poprosili go o wypowiedź, on mógł sądzić że nikt się o tym co on tam wygaduje nie dowie, poza jakąś grupą Amerykanów, którym te jego rewelacje mogą odpowiednio zawrócić w głowie. No i coś nagle mnie wyszło. Mogło też jednak być tak, że on uznał, że nawet jeśli owa wypowiedź ukaże się w Sieci, wyborcy prawicy, a więc ci, których to co on wygaduje mogłoby w ogóle oburzyć, jako „wiejska dzicz”, i tak nic z tego nie zrozumie, a „kulturalne” towarzystwo zareaguje tak jak zawsze, a więc na gwizdek. Tymczasem okazało się, że biedaczek się przeliczył i dziś jest na językach być może całego świata.

        Ale jest jeszcze coś, co zasługuje na wyjaśnienie: po jasną cholerę ja się dziś tym gównem się zajmuję? Otóż kiedy po raz pierwszy zapoznałem się z wypowiedzią Trzaskowskiego, miałem nadzieję, że to ona dziś stanie się pierwszym newsem, przynajmniej w ramach tak zwanego „prawicowego” przekazu. Tymczasem – wyłączając z tego Internet, który, cokolwiek by o nim mówić, zawsze jest na miejscu – owszem, to tu to tam coś się pojawiło, jednak nikt nawet nie zadał sobie trudu by przełożyć na polski podstawową część wypowiedzi Trzaskowskiego, ograniczając się do paru kawałków i zwykłego pełnego idiotycznej propagandy komentarza, a samo zdarzenie, jak się obawiam, już jutro czy pojutrze zostanie zmielone w zalewie nowych, z punktu widzenia interesów Systemu ważniejszego i ciekawszych wydarzeń.

         I znów powraca pytanie: czemu? Czemu, gdy wydaje się, że przyniesiono im na tacy coś, co przez najbliższe lata nie będzie wymagało z ich strony najmniejszego wysiłku, oni zachowują się jakby uznali, że ten rodzaj zwycięstwa ich nie interesuje, bo gdy przeciwnik zostanie kompletnie unicestwiony, wszystko spadnie na ich biedne głowy i będzie się trzeba wziąć do prawdziwej roboty, a komu by się chciało? Lepiej więc takiego Trzaskowskiego, durnia i błazna, mieć pod ręką, by skutecznie mógł podtrzymywać przy życiu swoich koleżków z bandy. Tak długo jak oni wszyscy wreszcie nie zdechną i pojawi się pytanie: co dalej?



piątek, 7 maja 2021

Za co koronawirus nie lubi Indii?

 

Dziś pragnę podzielić się pewną refleksją dotyczącą sposobu w jaki państwowa propaganda zachęca nas, byśmy nie wierzyli różnego rodzaju oszustom i w czasie pandemii dbali o siebie i innych. Poniższy tekst ukazuje się też dzisiaj w „Warszawskiej Gazecie” i mam tylko nadzieję, że nikt nie zrozumie go jako zachęty do tego by zrzucić te cholerne maski i pokazać światu, jacy to jesteśmy wolni i niezależni.      

 

 

       Gdy chodzi o Indie, swoją wiedzę ograniczam do dwóch informacji. Pierwsza z nich jest krótka i, jak mówią Anglicy, „to the point”, czyli że tam mieszka niemal półtora miliarda ludzi. Druga z nich wymaga dłuższej wypowiedzi. Otóż pewien znajomy Hindus, żyjący i pracujący w Polsce, opowiadał, że w najbliższym czasie będzie musiał wrócić do Indii, by zająć się kwestią ożenku swoich trzech sióstr. Rzecz w tym, że one wszystkie są w odpowiednim wieku i to właśnie zadaniem rodziny pozostaje znalezienie – oraz opłacenie –  odpowiedniego męża, a to akurat na nim, jako na kimś kto zyskał odpowiednią finansową pozycję, spoczywa ów obowiązek. Głównym problemem jednak pozostaje to, że ponieważ jedna z owych sióstr nieszczęśliwie jest niepełnosprawna, i nie dość że nie ma szans na wydanie jej za mąż, to ona stanowi dla rodziny bardzo poważne towarzyskie obciążenie, to trzeba będzie ją zabić. Znajomy to powiedział zupełnie poważnie, bez śladu ironii. Normalnie tak jak się informuje o tym, co słychać i jak się sprawy mają.

        Dziś z kolei media podały informację, że papież Franciszek modli się o to by Indie, jak słyszymy, ogarnięte klęską pandemii koronawirusa, Pan Bóg raczył wyrwać z objęć owego nieszczęścia. A ja słucham zarówno słów Franciszka, jak i codziennych komunikatów na temat wspomnianego nieszczęścia, i oto czego się dowiaduję. Otóż dzisiejsze Indie, podczas gdy w liczbach bezwzględnych rejestrują mniej przypadków śmierci wywołanej plagą koronawirusa niż Stany Zjednoczone, czy Brazylia, to w relacji zgonów do liczby mieszkańców zajmują 115 miejsce, wyprzedzając nawet tak gwałtownie reklamowaną przez przeciwników szczepionek Szwecję, która, tak na marginesie, dumnie zajmuje 32 miejsce na świecie, nie wspominając o  naszej kochanej Polsce.

      W tej sytuacji więc, ja mam parę, moim zdaniem ważnych, uwag. Otóż, nie zapominając oczywiście o tym, że Indie to jest cywilizacja, która zawsze może nas czymś zaskoczyć, chciałbym zwrócić uwagę na to że jeśli w półtoramiliardowym kraju dziennie z powodu koronawirusa umiera trzy tysiące osób, to jest to informacja z naszego punktu widzenia kompletnie nieistotna. Oczywiście jest też bardzo możliwe, że tych ludzi umiera tam dziennie 300 tysięcy, tyle że oni w kompletnej ciszy nikną w zgiełku owych mordowanych kalekich sióstr, no ale skoro tak, to po ciężką cholerę zawracać nam głowę danymi, których jedynym celem, jak sądzę, jest zachęcenie jak największej liczby Polaków do tego, by skorzystali z Narodowego Programu Szczepień, z tym jednym, kompletnie absurdalnym argumentem, że oto w ciągu minionej doby w wyniku zarażenia koronawirusem w Indiach zmarło 3 tys. osób? Na kim ta liczba ma zrobić wrażenie? Na ludziach, którzy uważają, że nie ma żadnej pandemii?

         Gdy chodzi o mnie, niezmiennie noszę maseczkę i czekam na wyznaczony dla mnie termin szczepienia, kiedy jednak słyszę te modlitwy za Indie, to czuję się trochę dziwnie.



czwartek, 6 maja 2021

Ambasador w kościele - repryza

 

      Dzisiejsza notka ma źródło podwójne. Przede wszystkim, ja już od pewnego czasu, a więc od dnia, w którym kościół do którego zwykle uczęszczamy objął nowy proboszcz, myślę o tym, by przypomnieć tu pewne, obawiam się, że jak wiele innych, wydarzenie na zawsze zapomniane. Druga rzecz to ta, że, jak się dowiadujemy, na scenę próbuje się nagle wdrapać Bronisław Komorowski i z tymi jego ruchami część mediów łączy swoje nadzieje na powstanie projektu, który wreszcie rozsadzi od lat już zabetonowaną scenę. No a ja w tej sytuacji wprawdzie mogę milczeć, ale mi się nie chce. Najpierw zatem wspomnę o naszym nowym proboszczu. Otóż jest nim od niedawna wyjątkowo pozytywny człowiek nazwiskiem Zenon Pawelak. Ponieważ dał się on niemal od pierwszej chwili polubić, posprawdzałem go tu i ówdzie w Sieci i doszedłem do wręcz fascynujących informacji. Tu muszę wrócić do roku 2010 i wspomnianego na początku Bronisława Komorowskiego i przypomnieć ową zapomnianą historię. Otóż kiedy Komorowski został przez System wybrany na urząd Prezydenta RP, pojawiła się kwestia powołania po zamordowanym w Smoleńsku bp. Tadeuszu Płoskim nowego biskupa polowego i naturalnym kandydatem do objęcia tej funkcji wydawał się być, pełniący wówczas funkcję administratora Ordynatu Polowego, ksiądz Sławomir Żarski. Tak się jednak stało, że niemal w przeddzień swojej nominacji ksiądz Żarski podczas Mszy z okazji Święta Niepodległości odprawianej w Bazylice Świętego Krzyża wygłosił bardzo płomienne patriotyczne kazanie skierowane bezpośrednio do obecnego na miejscu Komorowskiego, Prezydent dostał na słowa Księdza ciężkiej cholery i ogłosił, że on sobie Żarskiego nie życzy więcej oglądać. W efekcie, nowym biskupem polowym papież Benedykt XVI mianował posługującego żołnierzom do dziś óczesnego biskupa pomocniczego archidiecezji krakowskiej Józefa Guzdka i w tej samej niemal chwili Minister Obrony Narodowej odwołał Żarskiego z fukcji administratora i zgodnie ze swoimi kompetencjami wydał komunikat stwierdzający, że ksiądz Żarski zostaje przeniesiony do rezerwy kadrowej. Jednak już na początku roku 2011 decyzją biskupa Guzdka objął stanowisko proboszcza w cywilno-wojskowej parafii  w Legionowie i tam posługiwał przez kolejne niemal dwa lata, zastąpiony z kolei przez mojego aktualnego proboszcza, wspomnianego księdza Pawelaka.

       Wróćmy więc może teraz na chwilę do Komorowskiego i dnia 11 listopada 2010 roku. Gdzieś w tamtym czasie opublikowałem tu na blogu następujący tekst:

 

 

      Sprawa jest wcale nie taka nowa, ale w świecie, gdzie wolny głos opinii publicznej nie istnieje, nie można się niczemu dziwić. 11 listopada, jak co roku, odbyły się odpowiednie uroczystości związane ze Świętem Niepodległości, a ich w pewnym sensie kulminacją była Msza Święta w warszawskiej Bazylice Św. Krzyża z udziałem Prezydenta RP. No i jest tak, że ja od wczoraj myślę o tej godzinie, czy może półtorej, próbuję sobie wyobrazić ten obraz, tę atmosferę, tę podniosłość, te twarze, te oczy, ten nastrój… no i te grozę. Bo tam jest też groza. Autentyczna groza.

      A więc wyobrażam sobie, jak zbliża się moment rozpoczęcia Mszy i do Bazyliki wchodzi On z tą kobietą i z całą świtą. I siadają w pierwszym rzędzie, w specjalnie na tę okazję przygotowanych miejscach. I siedzą. A później widzę, jak On wstaje, mruczy coś pod nosem, później siada, znów wstaje, znów coś mruczy, niby śpiewa, później znów siada… I widzę świetnie tę jego twarz, tak dobrze nam wszystkim dziś już znaną. Tę twarz. I te oczy. A więc oni znów siadają, a On owe oczy przymyka. Raz, ponieważ tak właśnie robi pewien typ ludzi w kościele w czasie mszy, kiedy chce pokazać wszystkim, jaki jest zadumany, czy może tylko pogrążony w modlitwie, a dwa, że po prostu się nudzi. No i spać się chce. No więc przymyka te oczy i głowa mu opada, bo już rzeczywiście zasnął. Widzę ten obraz tak bardzo wyraźnie, bo przede wszystkim umiem sobie pewne rzeczy wyobrazić, a poza tym, to nie jest wcale nic tak bardzo nowego. I obok widzę tę kobietę. I Ona też ma zamknięte oczy. I też śpi. I tak siedzą oboje, a wokół zwykłe odgłosy kościoła podczas nabożeństwa.

      W komentarzu pod wczorajszą notką zauważyłem, że to co się wydarzyło 11 listopada w czasie tej mszy i po niej, bardzo zdecydowanie przywołuje w mojej pamięci wydarzenia sprzed ponad już 40 lat, kiedy to w Warszawie odbywało się uroczyste przedstawienie mickiewiczowskich „Dziadów”, na sali, w pierwszym rzędzie siedział, wedle legendy, sowiecki ambasador, a faktycznie podobno jakiś człowiek od Gomułki – a więc tak czy inaczej Sowiet – a na scenie stał aktor, i w pewnym momencie okazało się, że wszystko co ów aktor mówi, mówi już tylko do niego. Do tego Rosjanina. I w pewnym momencie Rosjanin się zorientował…

      Ja oczywiście tamtej sceny nie widziałem, podobnie jak nie widziałem tego, co się działo w czasie, gdy ks. Żarski głosił swoją homilię. Wszystko znam albo z opowiadań ludzi, albo z tego co potrafię sobie wyobrazić. A więc wyobrażam sobie jego i ją, jak siedzą w tych pięknych wnętrzach warszawskiego kościoła, i wiedzą tak bardzo świetnie, On – że jest Prezydentem RP, a Ona – że jest Pierwszą Damą… i się zaczyna kazanie. I wtedy On się nagle budzi. Ciekawy jestem bardzo, co go zbudziło. Które słowo z tej homilii powiedziało mu po raz pierwszy, że dziś już spać nie będzie. Myślę, że – tak jak to zwykle bywa – musiał na sekundę oprzytomnieć na samym początku, ale już chwilę później, też zgodnie ze znanym wszystkim standardem, głowa ponownie mu opadła. Może tylko Ona spała cały czas. Ale to bym chciał wiedzieć. Czytam po raz kolejny słowa księdza Żarskiego i chcę wiedzieć, w którym to dokładnie momencie On zrozumiał, co się dzieje. Czy to było może słowo „patriotyzm”, wypowiedziane po raz czwarty? Myślę że nie. On zapewne cały początek przegapił. W końcu, czym jest patriotyzm? No czym? Ludzie święci! Dajcie normalnemu człowiekowi żyć!

      Więc myślę, że pierwsze minuty kazania wyglądały tak, ze kościół był kościołem, wokół czuć było ten piękny, jedyny, niepowtarzalny spokój, może czuć było zapach kadzidła i świec, no i głos księdza. A On siedział z przymkniętymi oczami i w skupieniu przyczesanym wąsem, a obok niego Ona… no, jak to ona. Po prostu, znękana życiem kobieta, o plastikowej twarzy Karla Lagerfelda. I płynęły te słowa o grobach i patriotyzmie, a oni nie słyszeli nic. I myślę sobie, że jego obudzić mogło albo jednak to wciąż powtarzane słowo „patriotyzm” – nie dlatego, że coś go nim nagle wystraszyło, ale przez swoją natarczywość i powtarzalność – albo któraś z kolejnych sekund:

U podstaw III Rzeczpospolitej miejsce patriotyzmu, zajęło stwierdzenie jednego z pierwszych premierów nowej Polski, który powiedział, że aby zostać bogaczem, to pierwszy milion trzeba ukraść. Propagowanie podobnych haseł zaowocowało tym, że wartość została zastąpiona anty-wartością. Patriotyzm zastąpiono promowanym kosmopolityzmem, miejsce uczciwości zajęła nieuczciwość, prawdę zastąpiono kłamstwem i pomówieniem, ofiarność i poświęcenie chciwością i pazernością, miłość nienawiścią. Natomiast z dziejowego doświadczenia Kościoła i Narodu wiemy, że prawdziwym bogactwem jest stan ducha i umysłu ludzkiego, a nie grubość portfela. Każda społeczność, która swe prawa opiera na anty-wartościach, napełnia się bólem i krzywdą”.

      I myślę dziś bardzo o tej scenie, i wyobrażam sobie, jak nagle we wnętrzach tego kościoła rozbrzmiewa ten „pierwszy milion”, lub może „promowany kosmopolityzm” to „pomówienie i ofiarność”, a On otwiera oczy i czuje niepokój. To musiało być gdzieś wtedy, że On nagle się ocknął i poczuł ten swąd spalonych ciał. Kolejny fragment już mu z całą pewnością uprzytomnił wyraźnie, co się dzieje:

Czy w czasie zeszłorocznych uroczystości Święta Niepodległości, ktokolwiek z nas przypuszczał, że prawo do własnej, niepodległej Ojczyzny oraz obowiązek ochrony i obrony jej niepodległości zostanie nam przypomniane krwią Prezydenta Rzeczypospolitej, Lecha Kaczyńskiego i 95 towarzyszących mu osób? Kolejny raz potwierdziła się prawda, że drogę do wolności i niepodległości, krzyżami się mierzy. Czy ktokolwiek przypuszczał u progu III Rzeczpospolitej, że aby Polska nie zginęła za naszego życia, to koniecznie trzeba nam uczyć się miłości do Polski i Polaków?

      I w tym momencie on już wiedział na pewno, że już nie zaśnie. A dalej mogło być już tylko gorzej. Jakoś mi się przypomniała ta historia z „Dziadami” sprzed lat, a przecież tych podobieństw wcale nie jest tak dużo. Poza ową opozycją „On i Słowo”, cała reszta jest inna. Przede wszystkim ówczesna inscenizacja, razem z tym ich Dejmkiem i tamtymi aktorami, nie miała żadnego szczególnego politycznego podtekstu. W dodatku, jak mówią źródła, całość przedstawienia podobała się nawet miejscowym Ruskim. I tylko ten jeden moment, kiedy ze sceny popłynęła ta fraza: „’Nie dziw, że nas tu przeklinają/ Wszak to już mija wiek/ jak z Moskwy w Polskę nasyłają/ Samych łajdaków stek’”, a po drugiej stronie okazało się, że siedzi ktoś, kto okazał się akurat w tym jednym momencie być tą własnie osobą, do której w gruncie rzeczy owe słowa były skierowane sprawił, że wszystko już nigdy nie było takie same.

      A więc mamy te dwie strony przekazu, ale poza tym jednak wszystko pozostałe jest już inne. Kiedy próbuję sobie wyobrazić to co tam, w tym warszawskim kościele, się wtedy działo, wydaje mi się, że Ksiądz Pułkownik nawet nie patrzył w stronę Bronisława Komorowskiego. Tak naprawdę, to była zwykła Msza Święta, tyle że ze względu na okazję bardziej udekorowana, i może jeszcze zamiast wiernych było więcej publiczności. No i tych dwoje. Mogę się oczywiście mylić, ale sądzę, że dla księdza Żarskiego to kto tam siedział, mogło nawet nie mieć specjalnego znaczenia. On miał wygłosić Słowo Boże na Święto Niepodległości i je wygłosił. Gdzieś w Sieci czytam, że po skończonej mszy, Bronisław Komorowski podszedł do Księdza i go zwymyślał, mówiąc między innymi, że: „jest zawiedziony i zaskoczony fragmentem kazania dotyczącym antywartości. - Jest ksiądz pułkownikiem, wojskowym, jak tak można - że Polska jest budowana na antywartościach!” krzyczał podobno Komorowski. I na to ksiądz Żarski miał Komorowskiemu powiedzieć, że on najwidoczniej nie zrozumiał kazania.

      A zatem możliwe że moje skojarzenia z rokiem 1968 są nie do końca uprawnione, ale są – i na to nic nie poradzimy. Ja widzę tamtego, nazwijmy go umownie, Ambasadora, który zabłąkał się na tamto przedstawienie i pewnie przez większą jego część przysypiał, a później nagle się obudził, i dziś znów widzę kogoś z pozoru kompletnie innego, a jednak dokładnie takiego samego, może nawet podobnego do tamtego kogoś z wyglądu, który też zgubił drogę i znalazł się w miejscu sobie kompletnie obcym, gdzie otaczają go ludzie i rzeczy, których on ani nie rozumie, ani nie nawet nie czuje, a przy okazji oczywiście w ogóle nie potrzebuje. I ja chcę dziś tylko sobie wyobrazić, jak to musiało wyglądać; jak wyglądał ten moment, kiedy Bronisław Komorowski nagle zrozumiał, że coś się dzieje i ogarnęło go tak straszne szaleństwo. Czy on siedział nieruchomo, czy zaczął się nerwowo rozglądać, czy obudził żonę? No i jak on to w ogóle wytrzymał? Przecież słowa, które musiały go dotknąć jako pierwsze, stanowiły wciąż dopiero początek kazania. A ile ono mogło trwać? 20 minut? Może więcej? Próbuję sięgnąć w najgłębsze miejsca swojej wyobraźni i ujrzeć te oczy, kiedy przestrzeń Bazyliki wypełniają słowa o tym, jak to „nadchodzi bowiem czas, kiedy trzeba zdać sprawę ze swego włodarzowania przed Bogiem i Narodem”, a tu zwyczajnie nie ma jak uciec. Nie ma jak i nie ma dokąd.

      Bardzo przejmująca jest ta chwila. Nawet kiedy widzimy ją tylko oczami naszej wyobraźni. Ona jest tak przejmująca, że jedyne co można zrobić, to w tym momencie przerwać tę historię i zakończyć cały wpis trzema kropkami…

 

           Skoro już zatem wiemy, gdzie obecnie przebywa i jak się miewa ksiądz Pawelak i jak sobie radzi, pragnę poinformować, że wbrew naszym obawom rok 2012 nie był dla księdza Żarskiego początkiem ostatecznej zsyłki, ale wręcz przeciwnie. Jak czytamy choćby w zawsze pomocnej w tego typu sytuacjach Wikipedii, Ksiądz „1 lutego 2013 został mianowany administratorem parafii św. Jana Chrzciciela w Józefowie-Michalinie, funkcję tę pełnił do 6 października tego samego roku. 1 lipca 2015 został mianowany administratorem parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Dębem Wielkim. 7 października 2016 został inkardynowany do diecezji warszawsko-praskiej. 12 października 2016 przestał być administratorem parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła, obejmując urząd proboszcza tejże parafii. Od 20 czerwca 2017 pełnił obowiązki dziekana dekanatu mińskiego-św. Antoniego z Padwy, do czasu wyboru nowego dziekana. 1 listopada 2017 został mianowany dziekanem tego dekanatu”.

         A teraz uwaga! „6 marca 2018, na wniosek ministra obrony narodowej, prezydent Andrzej Duda mianował go na stopień generała brygady. Akt mianowania odebrał 17 grudnia 2018 z rąk szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego Pawła Solocha.

 

       Ktoś być może zwróci uwagę na to, że tekst dzisiejszy jest, jak na nasze standardy, wyjątkowo długi i zapyta, jaki ważny powód widzę w jego przedstawianiu, no i jaki przede wszystkim z niego mamy pożytek. Otóż powodem jest właśnie ów, moim zdaniem, niewątpliwy pożytek, a więc płynąca z niego nauka, że Kościół to niezmiennie skała, którego żadni szatani nie przemogą. Aby to wiedzieć, wystarczy zauważyć gdzie dziś znajdują się wszyscy uczestnicy tamtych wydarzeń. A zwłaszcza tych dwóch, czyli ten który mówił i ten drugi, który słuchał.





 

 

wtorek, 4 maja 2021

Obalanie rządu Prawa i Sprawiedliwości - odsłona 639

 

       Oto wczoraj pojawiła się informacja, że Adam Michnik, występując jako emisariusz „Gazety Wyborczej”, w jednym ze szwedzkich dzienników opublikował całostronicowy apel wzywający Szwedów do ratowania jego projektu przed finansowym upadkiem, jaki nastąpił w wyniku faszystowskiego ataku polskiego rządu na niezależność prasy w Polsce. Gdy tylko wiadomość ta spotkała się z powszechnym zainteresowaniem, pojawiły się też kierowane pod adresem Michnika, ale również samego tytułu, szyderstwa budowane wokół opinii, że
„Gazeta Wyborcza” znalazła się na bruku, gdzie nie pozostaje jej nic innego jak żebrać o papierosa. A ja w tej sytuacji pragnę zwrócić uwagę na parę kwestii, które – choć oczywiście nie dają nam podstaw, by kwestionować fakt, że ów straszny projekt się kończy – przynajmniej każą zwrócić uwagę na fakt, że o żadnej żebraninie mowy być nie może. Jeśli bowiem weźmiemy pod uwagę oczywisty fakt, że żebrakiem nazywamy kogoś kto za wyżebraną pomoc nie jest nam w stanie zaproponować nic swojego, ale też tu w tym wypadku oczywistą prawdę, że szwedzki dziennik zgodził się zamieścić ogłoszenie Michnika kompletnie za darmo, to należy uznać, że Michnik i jego towarzystwo się nie sprzedają, ale zwyczajnie proponują bardzo intratny z punktu widzenia Szwedów interes. I jest kompletnie inną kwestią, czy dowodem na to, że ów interes jest wart zainwestowania, skoro Szwedzi go potraktowali z uwagą.

       A zatem kwestia rzekomego żebractwa jest moim zdaniem rozstrzygnięta, natomiast nie da się ukryć, że wciąż realny pozostaje problem upadku geszeftu pod tytułem „Gazeta Wyborcza”.  Nawet jeśli Szwedzi tego jeszcze nie wiedzą, faktem jest, że ta ich inwestycja jest jak psu na budę. Nawet jeśli wśród czytelników owego szmatławca znajdzie się grupa osób, którzy wyślą Michnikowi jakieś pieniądze, nawet jeśli tam się pojawi ktoś z większymi pieniędzmi i zechce wykupić część udziałów w Agorze, to efekt tego gestu nie będzie większy niż ten, jaki uzyskał George Soros ze swoimi 11% akcji zainwestowanych w ten przekręt. „Wyborcza” zdycha i to jest coś, czego efekt wszyscy zaobserwujemy, jeśli nie już za kilka miesięcy, to za rok czy najdalej dwa.

        I proszę sobie wyobrazić, że do przedstawienia niniejszych refleksji skłoniło mnie nie owo szwedzkie ogłoszenie, ale coś co miało miejsce znacznie bliżej. Oto proszę sobie wyobrazić, że portal onet.pl, również wczoraj, jako jedną ze swoich czołowych informacji, podał zestawienie 17 największych wpadek językowych w wykonaniu powszechnie znanych osób. Jeśli ktoś się zastanawia dlaczego 17, a nie na przykład 20, chętnie wyjaśnię, ale to za chwilę. Póki co, proszę sobie wyobrazić, że swój ranking Onet zaczyna od Andrzeja Dudy i jego „rezurekcji”, następnie, jako numer 2, idzie anonimowa mieszkanka Krakowa, która kiedyś poinformowała miejskie służby o tym, że zaobserwowała na drzewie „laguna” zamiast legwana. Po niej idzie wpadka numer 3, że „tajemnicze ‘zwierzę’ na drzewie po bliższych oględzinach okazało się... francuskim rogalikiem, czyli croissantem”. Dalej przychodzi kolej na wpadkę numer 4, a tą mianowicie, że kiedy pewna pijana kobieta na stacji benzynowej wjechała samochodem w dystrybutor paliwa, jeden z policjantów próbujący ją zatrzymać pomylił się i zamiast „dystrybutor” krzyknął „instrybutor”. Jako wpadkę numer 5 mamy informację, że owa stacja benzynowa po nagłośnionym przez media zdarzeniu stała się miejscem kultowym. Po wpadce numer 5 przychodzi wpadka numer 6, a więc słynny „Borubar” śp. Lecha Kaczyńskiego. Numer 7 to „hatakumba” Patryka Jakiego. Po Patryku Jakim, jako numer 8, Onet przedstawia nam ministra Waszczykowskiego i jego słynny „San Escobar”.  Dziewiątkę stanowi informacja, że wpadka Waszczykowskiego była komentowana na całym świecie. Numer 10 to historia pewnego policjanta, który podczas jednej z antyrządowych demonstracji użył słowa „kurwa”, a następnie głupio się tłumaczył, że on tylko krzyknął coś do swojego kolegi o przezwisku „Kulson”, na a dalej już idzie informacja, że od tego czasu w Polsce na policjantów mówi się „kulson”. Dalej idą wpadki oznaczone na liście numerami 11 i 12, a więc jakieś niegdysiejsze omyłki niegdysiejszego Ryszarda Petru. Jako numer 13, zapewne po to, by Ryszarda Petru natychmiast emocjonalnie unieważnić, wraca Lech Kaczyński z pamiętnym Irasiadem i informacją, że tak jak dziś cała Polska na policjanta mówi „Kulson”, tak w wyniku ówczesnej kompromitacji Lecha Kaczyńskiego, zwyczajowo na psa dowolnej rasy woła się „Irasiad”. Wpadka kolejna jest anonsowana numerem 14 i prowadzi nas do numeru 15, gdzie się dowiadujemy, że w dwóch swoich wpisach na Twitterze Andrzej Duda pisząc o Forcie Trump popełnił błąd i zamiast „fort” napisał „ford”, a następnie Nord Stream określił nazwą „North Stream”. Jako wpadka numer 16 pojawia się słowo amelinium”, które w jakimś anonimowym filmiku na youtubie zastąpiło zwykłe aluminium. Numer 17 to już tylko informacja, że różnych wpadek jest bardzo dużo i one są powodem do śmiechu.

      I to, jak sądzę, jest dobry moment by wrócić do wcześniejszego pytania, czemu owa lista Onetu zawiera 17 wpadek, a nie 10, czy 20, albo po prostu te najważniejsze cztery, czyli najświeższą w postaci „rezurekcji” prezydenta Dudy, „San Escobaru” Waszczykowskiego, no i owych straszliwych dwóch wpadek Lecha Kaczyńskiego z „Irasiadem” i „Borubarem”. Otóż, w moim bladym bardzo pojęciu, Bartosz Węglarczyk zapragnął, by na fali niedawnej „rezurekcji” pociągnąć temat i spróbować obalić rząd, przypominając wcześniejsze wpadki, głównie Lecha Kaczyńskiego i Andrzeja Dudy, no ale w celu zachowania pozorów, przygotował w tym celu dodatkowy materiał, licząc na to, że uda mu się dociągnąć do 20, jednak przy owym „amelinium” uznał że albo dalej w to brnąć nie wypada, albo że za horyzontem już tylko czekają Kopacz, Komorowski, Szczerba, Kidawa, Budka i cała reszta owej ferajny, a przecież nie o to chodziło.

         Bardzo to oczywiście jest wszystko śmieszne, natomiast informacja jaką chciałem dziś przekazać jest nadzwyczaj poważna i jest jak najbardziej związana z biznesową propozycją Adama Michnika, na którą zwróciłem uwagę na początku tej notki. Otóż wszystko wskazuje na to, że oni są już na progu ostatecznego upadku. „Gazeta Wyborcza” zbliża się do miejsca gdzie czeka ostateczne bankructwo, Onet, jak sądzę, patrzy już tylko co kombinuje Daniel Obajtek, a oni wszyscy drżą już tylko na myśl, co to będzie gdy Prawo i Sprawiedliwość wygra po raz trzeci wybory i na scenie zostaną już tylko Jarosław Kaczyński, jego koty i nowy ruch Bronisława Komorowskiego i Kosiniaka Kamysza



       

niedziela, 2 maja 2021

O tych co odchodzą i o nas, którzy zostajemy

 

       Dziś miałem nic nie pisać, ale stało się tak, że właśnie zmarł Bronisław Cieślak, aktor i komunistyczny poseł, a jego śmierć wywołała pewną bardzo moim zdaniem znaczącą reakcję, na temat której mam parę słów do powiedzenia. Otóż wczoraj również obejrzałem w TVP fragment rozmowy z żoną śp. Krzysztofa Krawczyka, gdzie ona bardzo płąkała i prosiła by choć na tydzień internet dał jej i jej rodzinie odetchnąć i zawiesił na te parę dni kampanię nienawiści i szyderstwa w stosunku do jej zmarłego męża. Ponieważ, owszem, w jakimś tam stopniu obserwuję zachowania internautów, to wiem o co chodzi Krawczykowej. Wiem do czego są zdolni ludzie, którym zaangażowani zaangażowanie w politykę odebrało podstawowe ludzkie odruchy. Ale wiem też do czego są zdolni ludzie, którzy mimo bardzo silnych politycznych emocji, potrafią się wykazać zwykłą ludzką wrażliwością i przede wszystkim opanowaniem.

       Zmarł więc Bronisław Cieślak, ja w związku z tą śmiercią przejrzałem dziesiątki komentarzy na Twitterze, a więc w miejscu gdzie tak jak nigdzie indziej można ujrzeć stan w jakim współczesny człowiek się znajduje, i proszę sobie wyobrazić, że nie mam najmniejszych wątpliwości, że czy to żona, czy dzieci, czy przyjaciele Cieślaka, nie będą mieli żadnego powodu by się skarżyć na ową znieczulicę, która tak dokuczyła Ewie Krawczyk. Daje słowo, że nie udało mi się znaleźć ani jednego komentarza, w którym ktoś by choćby jednym marnym słowem spróbował  tu wyrazić swoją satysfakcję. Ani jednego! Wręcz przeciwnie. Tam są wyrażane wyłącznie uczucie bólu, żalu i nawet szacunku dla Cieślaka jako aktora i człowieka, a ów gówniany PRL-owski serial jest porównywany do filmów o Bondzie.

       Ktoś się może zastanowi, co to się stało, że nastąpiła tak ogromna cywilizacyjna zmiana na portalu, który w żaden sposób cywilizowany nie jest. Otóż moim zdaniem rzecz polega na tym, że te wszystkie komentarze składające kondolencje nie tylko rodzinie ale całemu narodowi z powodu śmierci Cieślaka są pisane dokładnie przez tych samych ludzi, których Ewa Krawczyk wczoraj prosiła by się nad nią zlitowali. Ale jest jeszcze coś. Otóż moim zdaniem tam akurat ci wszyscy którzy Cieślaka nie znosili zarówno jako aktora, jak i człowieka, którzy nigdy nie mówili o nim inaczej jak „ten komuch”, dziś zrobili sobie od Twittera wolne. Przy okazji też pokazali jaka jest cywilizacyjna różnica między dwiema stronami dzisiejszego politycznego starcia. I to wcale nie tylko różnica powodowana tym, że dziś, przy tej deszczowej niedzieli, jedni gniją przed telewizorem, a drudzy idą na niedzielną mszę do swojego kościoła.

       No właśnie, już jest po 11, więc i na mnie pora.



 

     

                                             

sobota, 1 maja 2021

O skutecznym propagandy sposobie

      Nie bardzo wiem, czy miałem dotychczas okazję zwracać na to uwagę, ale jedną z rzeczy, która sprawia, że gdybym miał dziś jakąkolwiek inną możliwość na to by głosować na coś przynajmniej równie pewnego jak Prawo i Sprawiedliwość, to zrobiłbym to bez najmniejszego wahania, jest obsada programów informacyjnych publicznej telewizji. Chodzi o to, że sytuacja w której, w ramach państwowej propagandy, wręcz do porzygania jesteśmy karmieni komentarzami albo któregoś z barci Karnowskich, albo Tomasza Sakiewicza, albo ewentualnie Wojciecha Wybranowskiego, dla w miarę przytomnego odbiorcy jest zwyczajnie nie do wytrzymania. Praktycznie od samego początku jak PiS przejął publiczne media, zastanawiam się nad owym fenomenem, i nie potrafię znaleźć odpowiedzi, jak to się stało, że tych troje się tam się na tyle skutecznie zagnieździło, że owo zagnieżdżenie robi wrażenie autentycznej uzurpacji. I oto proszę sobie wyobrazić parę dni temu na portalu wpolityce.pl, prowadzonym oczywiście przez środowisko braci Karnowskich trafiłem na następujący tekst. Oto anonsowana wielkim czerwonym tytułem „nasz wywiad” ukazała się na owym portalu rozmowa z posłem Konfederacji Dobromirem Sośnierzem, gdzie ów Sośnierz tłumaczy się z wypowiedzi Janusza Korwina Mikke, w której ten stwierdził, że Adolf Hitler nie miał pojęcia o wszystkich nieszczęściach, jakie spadły na świat w latach 1939-45. Jak sobie Sośnierz radzi z tym problemem, nie jest tu dla nas w żaden sposób istotne, zwłaszcza że odpowiedź na to każdy w miarę inteligentny obserwator politycznej sceny wie znakomicie. To natomiast co nas dziś interesuje to fakt, że owa rozmowa – zaznaczam, że anonsowana przez portal zapowiedzią „nasz wywiad”, jest w całości przepisana z rozmowy jaką z Sośnierzem kilka dni wcześniej w telewizji TVPInfo przeprowadził Adrian Klarenbach. Tak się składa, że oglądałem ową oryginalną rozmowę i teraz gdy czytam tekst na portalu Karnowskich, nie mogę nie zauważyć, że to jest tekst dokładnie, słowo w słowo, przepisany z ekranu telewizora.

       Oczywiście, pierwsze co mi w tym momencie przychodzi do głowy, to myśl, że ten rodzaj bezczelności, nawet w tych „okolicznościach przyrody”, które wspólnie przeżywamy, jest czymś zupełnie niewyobrażalnym. Ja na przykład nie jestem sobie w stanie wyobrazić, by taki „Newsweek” przedrukował którąś z rozmów nadawanych przez TVN24 w ramach projektu „Fakty po Faktach” i zaanonsował ją jako swoją. Karnowscy to zrobili, a co ciekawe, z tego co zdążyłem zaobserwować, nikt na to nawet nie mrugnął okiem.

       I ten rodzaj zepsucia jest oczywiście dla nas wszystkich absolutnie wstrząsający, ja natomiast staram się w tym wszystkim, jak zawsze zresztą, znaleźć jakiś sens, i dochodzę do wniosku że to co się dzieje to przede wszystkim dowód na to, że ów propagandowy front, jaki dziś stworzył rząd, by bronić Polski przed atakiem, było nie było, kosmitów, zaczyna się koncentrować w jednym zjednoczonym projekcie, który powinien już za chwilę stworzyć taką siłę, że stanie się zwyczajnie nie do pokonania. Zaczynam mianowicie podejrzewać, że cały system państwowej propagandy tworzony przez Jarosława Kaczyńskiego i jego Prawo i Sprawiedliwość, coraz bardziej zaczyna przypominać swego rodzaju konsorcjum, której każda część współtworzy idealną całość.

         Czy to mnie cieszy, czy martwi? Otóż z czysto ludzkiego punktu widzenia jestem szczerze powiedziawszy załamany, zwłaszcza gdy widzę, jak bardzo głowni aktorzy owego projektu to banda kompletnych idiotów, w dodatku zepsutych do szpiku kości. Z drugiej jednak strony mam świadomość, że jesteśmy dziś – a mam tu na myśli cały świat – w trakcie cywilizacyjnej wojny, gdzie o braniu jeńców nikt nawet nie myśli, a to prowadzi do sytuacji gdzie zasada kto pierwszy ten lepszy, to pierwsza i praktycznie jedyna broń. W tak zwanym cywilizowanym świecie, jak wiemy, jest mnóstwo nadawców, którzy z jednej strony starają się robić wrażenie różnorodności, a tak naprawdę tworzą jeden wspólny przekaz. Jaki jest więc sens podtrzymywać owo złudzenie pluralizmu? Czy nie lepiej zjednoczyć siły i zupełnie uczciwie przyznać, że skoro mamy wojnę, to mamy wojnę i kropka?

         Jak pewnie część z nas wie, Daniel Obajtek odkupił od Niemców całą regionalną prasę, która dotychczas praktycznie w całości miała za zadanie realizować politykę najlepiej chyba wyrażoną pod hasłem „Jebać PiS”. W jednym ze swoich wstępnych oświadczeń prezes Obajtek zapewnił, że projekt który on tworzy będzie stanowił przykład całkowicie obiektywnego dziennikarstwa, no i że oczywiście żadne zmiany w obsadzie redakcji nie są planowane. I oto już chwilę później, jak słyszymy, szefem całego nowego projektu została – nie przesłyszeliśmy się – Dorota Kania i w jednej chwili zmieniła wymieniła katowickiego „Dziennika Zachodniego”. Sprawa w jednej niemal chwili wywołała autentyczną wściekłość tak zwanych „elit”, ja natomiast, mając świadomość zasług, jakie ów „Dziennik Zachodni” ma od lat dla niszczenia tego co tworzy polski sukces, uważam że gdy chodzi o niszczenie tego zła, niech oni biorą nawet Kanię. Kto wie, czy tak się właśnie nie kształtuje cały ten układ, że nikt go nie będzie w stanie zniszczyć równie skutecznie, jak ludzie wywodzący się z tego samego kulturowego źródła.

      Powtórzę więc może tylko to, że mamy wojnę i o braniu jeńców nie ma mowy.

     



Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...