wtorek, 22 października 2013

VAN MORRISON



Mam przyjemność poinformować wszystkich tych, którzy na nią czekali, że oto wreszcie wydaliśmy książkę, od dłuższego już czasu umownie nazywaną „książką o zespołach”. Od dziś jest ona do nabycia w sklepie u Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl, a jeśli ktoś planuje w tym tygodniu odwiedzić krakowskie targi książki, będzie mógł ją sobie kupić osobiście na stoisku B78. Przez cały czas na miejscu będzie Gabriel, natomiast w sobotę, i być może w niedzielę, mam nadzieję pojawić się i ja. Dziś, aby mniej więcej pomóc się wszystkim zorientować, w czym rzecz, przedstawiam jeden z rozdziałów. Czemu ten? Bez powodu. Ot, na niego wypadło.

Robert Johnson urodził się w roku 1911, a zmarł w 1938. Oczywiście może się bardzo łatwo okazać, że te relacje wyglądają nieco inaczej, zwłaszcza jak idzie o rok urodzenia, kiedy to pies z kulawą nogą się faktem urodzin tego czarnucha nie przejął, ale mniej więcej tak to wyglądało. On się najpierw urodził, a po niespełna 30 latach wziął i umarł. Ktoś, kto go znał jeszcze zanim on został najwybitniejszym gitarzystą w historii bluesa i okolic, stwierdził po latach, że kiedy go spotkał po raz pierwszy, Johnson, owszem, bardzo dobrze grał na harmonijce, natomiast gitarzystą był „żałośnie złym”. No i niemal z dnia na dzień okazało się, ze ta ocena jest już nieaktualna. Niemal z dnia na dzień wyszło na to, że nie ma nigdzie nikogo, kto grałby na gitarze równie znakomicie, jak on.
Oczywiście znamy wszyscy, często jeszcze z czasów, kiedy rodzice czytali nam bajki, ów schemat, wedle którego żyje sobie gdzieś człowiek, pozbawiony jakichkolwiek talentów, gdy oto któregoś dnia spotyka Diabła, a ten za jego duszę daje mu wszystko to, czego mu najbardziej w życiu brakowało. Następnie człowiek ów przez ileś tam lat sobie tego czegoś poużywa, no a później umiera i bajka się kończy. Znamy tę historię, w dodatku we wszystkich możliwych konfiguracjach, a jeśli ktoś nam powie, że, owszem, ona jest niezła, ale w żaden sposób nie ma przełożenia na nasze życie codzienne, nawet nie mamy jak zaprotestować. A ja uważam, że życie i śmierć Roberta Johnsona jest tu argumentem wręcz fantastycznym.
Nie wiem, czy jest wielu artystów –obojętnie, czy to muzyków, pisarzy, czy malarzy – których sława byłaby tak bardzo, jak to ma miejsce w wypadku Roberta Johnsona, wypełniona legendą właśnie o tym, jak to on któregoś dnia spotkał na rozstaju dróg Szatana, ten mu obiecał, że za jego duszę sprawi, że on zostanie największym gitarzystą w historii, i Johnson tę ofertę przyjął. Możliwe, że to tu to tam, zwłaszcza oczywiście jak idzie o talenty wyjątkowe, ów cyrograf się pojawia, jednak jak idzie o Johnsona, nie ma takiej jego biografii, nie ma na jego temat pojedynczej notki, nie ma jednego wspomnienia, gdzie o tym rozstaju dróg by nie wspomniano. Robert Johnson w powszechnej pamięci pozostaje już zawsze kimś, kto sprzedał duszę Diabłu.
Eric Clapton wspominał kiedyś, że miał w swoim życiu okres, że kiedy spotykał człowieka, który nie wiedział, kim był Robert Johnson, on nie był w stanie dalej kontynuować znajomości; Keith Richards przyznał, że kiedy po raz pierwszy usłyszał Johnsona, zapytał, kto gra na tej drugiej gitarze; Robert Plant powiedział, że „wszyscy zawdzięczamy Johnsonowi nasze istnienie”, Jimi Page dyskretnie tematu Johnsona unikał, ale wystarczy posłuchać któregokolwiek utworu Led Zeppelin, by wiedzieć, w czym rzecz.
Robert Johnson przez te kilka lat, kiedy używał swojego przedziwnego talentu, nagrał 29 piosenek, i na tym zakończył. Dziś, wydawana wciąż od nowa, płyta z ową kolekcją uważana jest powszechnie za jeden z największych albumów w historii muzyki popularnej, a tamta, tak stara jak sama muzyka, legenda żyje w najlepsze. Któregoś dnia pewien, w najlepszym wypadku przeciętny, bluesowy muzyk i śpiewak spotkał Szatana i oddał mu swoją duszę, w zamian za co otrzymał ów niezwykły talent. A ja piszę te refleksje, i słucham, akurat nie Johnsona, ale Van Morrisona, i myślę o nim właśnie – o Van Morrisonie. Oto jego występ z grudnia 2008 roku gdzieś w Niemczech i wiadomość zupełnie porażająca: Van Morrison jest większy nie tylko od Roberta Johnsona, ale od wszystkiego, co kiedykolwiek było – od Jamesa Browna, od John Lee Hookera, od Led Zeppelin, od Hendrixa, Dylana… od wszystkich. Ten właśnie koncert pokazuje to bardzo jasno. A ja sobie myślę, że tu się dopiero musiało dziać.
A pomyśleć, że kiedyś, przed wielu, wielu laty, wszystko się sprowadzało do czegoś, co się nazywało Them i, owszem, miało tę swoją „Glorię”, ale poza tym, naprawdę niewiele więcej. Zaglądam do biografii Van Morrisona i czytam, jak to jego mama była Świadkiem Jehowy, a on jako dziecko regularnie chadzał z nią do tej ich Sali Królestwa na zebrania, i myślę, że to pewnie stąd polska wikipedia klasyfikuje jego muzykę, jako „rock chrześcijański”…
Ale ja już nie o tym. Nie o muzyce, która, jak już to zostało wspomniane – bez względu na to, czy stanowi rock chrześcijański, czy jakikolwiek inny – robi wrażenie szczególne. Otóż czytamy dalej, że w roku 2009 kobieta, którą on zatrudniał jako szefa 14 ze swoich firm, niejaka Gigi Lee, urodziła dziecko i na oficjalnej stronie artysty ogłosiła, co następuje: „Gigi i Van Morrison pragną ogłosić narodziny ich pierwszego syna, Vana, który przyszedł na świat 28 grudnia 2009 roku i jest podobny do swojego taty, jak dwie krople wody”. Morrison, który już wtedy był szczęśliwie żonaty z byłą modelką i lokalną celebrytką Michelle Rocca, w jednej chwili oświadczył, że informacja ta stanowi poważne nadużycie, a on tej Lee w życiu nawet nie widział.
Minął rok, i w styczniu 2011 roku dziecko umarło z powodu, jak to określono, komplikacji spowodowanych cukrzycą. Mniej więcej w tym samym czasie Lee zapadła na nowotwór gardła, i zamarła w październiku tego samego roku.
A skoro już jesteśmy przy plotkach, to zobaczmy też, co się działo po drugiej stronie prywatnego życia Van Morrisona. Otóż jego żona, Michelle Rocca, przez cały 2007 rok ścigała po sądach swojego byłego kochanka, Cathala Ryana, syna założyciela linii lotniczych Ryanair, za jakieś minione krzywdy, i wszystko się nagle skończyło w grudniu tego samego roku samobójczą śmiercią Cathala, jak głosi wieść, z powodu kłopotów finansowych.
Przyznaję, że ów plotkarski ton, który zdominował tę część naszych historii, jak by nie patrzeć, o zespołach przecież głównie, samego mnie trochę martwi. W końcu tu ani przez chwilę o to akurat nie chodziło. A jednak mamy te czarne rozdroża. I te nieprawdopodobne wręcz talenty. I te zobowiązania. No i znów ten pop. Jak zawsze. Wprost do jakiegoś horroru z Keanu Reevesem w roli głównej. Prawda?

Zachęcam do kupowania książki. Jestem pewien, że nawet ci, dla których muzyka nie jest żadną codziennością, uznają ją za ciekawą i inspirującą. Przy okazji, niezmiennie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

niedziela, 20 października 2013

Dziwny przypadek profesora Kleibera, czyli o przekleństwie intelektualistów

Do Michała Kleibera czuję niezmienny szacunek od 10 kwietnia 2010 roku, kiedy to wystąpił w TVP i opowiadał o Lechu Kaczyńskim, takim jakim go pamiętał i jakiego znał. Czuję ten szacunek i tego prawdopodobnie nie zmieni już nic. Nawet to, co on od pewnego czasu wyprawia wokół sprawy zbrodni smoleńskiej. Dlaczego? Oczywiście, częściowo przez tamte słowa, ale też przez to, że zdaję sobie świetnie sprawę z tego, że w dzisiejszych czasach, zwłaszcza gdy się jest kimś takim, jak szef Polskiej Akademii Nauk, zachowanie postawy wyprostowanej jest czymś szalenie trudnym.
A mimo to chciałbym napisać na jego temat kilka słów krytycznych, w jednej tylko sprawie. Mam na myśli ów kuriozalny pomysł, który oto zresztą zdechł właśnie śmiercią naturalną, aby zorganizować dyskusję między ekspertami z zespołu Antoniego Macierewicza i połączonymi komisjami rządów polskiego i rosyjskiego. Otóż ja nie mam pojęcia, co prof. Kleiber sądzi na temat smoleńskiej katastrofy, choć, przyznaję, że z przyczyn czysto osobistych wolałbym wierzyć, że on ma na tyle zdrowego rozsądku, by wiedzieć, że tam doszło do zbrodni. Załóżmy jednak, że się mylę, i że Kleiber skłonny jest wierzyć w to, że tupolew, prowadzony przez bandę durniów, walnął skrzydłem w drzewo, uderzył w ziemię i rozpadł się na tysiące wymieszanych fragmentów żelastwa i ludzkich ciał, a dziś, kiedy zachęca do konfrontacji między stroną, nazwijmy ją umownie „rosyjską”, a polską, chce dojść do tej właśnie „prawdy”, co, jak wierzy, doprowadzi do publicznej zgody.
Otóż wydaje mi się, że jeśli mamy przyjąć tę wersję, to musimy też uznać, że prof. Kleiber jest skończonym idiotą. Skończonym w tym sensie, że większym nawet od red. Wrońskiego, czy byłego reżysera Kutza. Chodzi mi bowiem o to, że kiedy zarówno Wroński, czy Kutz uważają, że do żadnej debaty nie powinno dojść, to oni z pewnością wiedzą, co mówią. Oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że debata taka, zorganizowana oficjalnie, przy wykorzystaniu najbardziej nowoczesnych środków technicznych, gdzie nikt nie będzie się bawił jakimiś krzyżykami na Skype’ie, skończy się totalną klęską strony „rosyjskiej”. A to z tej prostej przyczyny, że jeśli skonfrontujemy prawdę z kłamstwem w warunkach nie skażonych jakąkolwiek manipulacją, prawda musi wygrać. A tu tymczasem, prof. Kleiber – wciąż zakładając, że mówimy o człowieku przekonanym o tym, że przyczyną smoleńskiego nieszczęścia była brzoza – szczerze wierzy, że ta konfrontacja przyniesie wynik taki, jakiego on się spodziewa? To w takiej sytuacji, czemu on nie poszedł do swoich kumpli z Komisji Millera i ich nie przekonał, żeby łapali okazję?
Ja jednak myślę, że prof. Kleiber wie, jak było naprawdę i dlatego dążył – tak bardzo ryzykując swoją karierę – do tej debaty. Bo liczył na to, że kiedy eksperci z komisji rządowej spotkają się z ekspertami od Macierewicza, ci drudzy im wszystko wytłumaczą i będzie git. No ale w takim razie, ja bym chciał wiedzieć, co takiego wie prof. Kleiber, jeśli w ogóle coś wie? Czy on wie, że 10 kwietnia 2010 roku doszło do zamachu? A skoro tak, to czy on wie też, że namawiając wszystkich tych, którzy stoją po stronie owych zamachowców, żeby zgodzili się na ten temat uczciwie podyskutować, on ich w rzeczywistości namawia do tego, by podpisali na siebie wyrok śmierci? Co prof. Kleiber musi mieć w głowie, żeby sobie wyobrażać, że w sytuacji, jaką dziś mamy, władza ową propozycję przyjmie?
Otóż ja myślę, że prof. Kleiber jest bardzo typowym przedstawicielem czegoś, co przywykło się nazywać „elitami intelektualnymi”. Chodzi o ludzi, którzy uważają, że realny świat to jest to, co oni mają w głowach, i tylko to. Że jeśli coś się dzieje nie tak, to wystarczy pogadać, i wszystko się natychmiast zmieni. A jeśli się zmieni, wszystko, co było wcześniej zostanie natychmiast i automatycznie unieważnione. On, jako porządny intelektualista, wie, że nawet najgorszy zbrodniarz został tym zbrodniarzem nie dlatego, że został opętany przez Zło, ale dlatego, że on sobie coś źle wymyślił, czegoś nie zauważył, i teraz wystarczy tylko mu na ów błąd zwrócić uwagę, żeby on zrozumiał i się opamiętał. A my mu wtedy wybaczymy każdy grzech, który uczynił, no bo wiadomo, że kto myśli, to nawet jeśli błądzi, to nie błądzi.
Ja wiem, że ta diagnoza dla prof. Kleibera musi być bardzo niesympatyczna. Pewnie bardziej jeszcze niż podejrzenie, że on jest zwyczajnie głupi. No ale tak to widzę, i nic na to nie mogę poradzić. Uważam, że prof. Kleiber wie, że był zamach, ale ta informacja jest dla niego, z intelektualnego punktu widzenia, równie istotna, jak ta, że ten, kto ów zamach sprokurował, nie chciał źle, ale tylko coś mu się pomyliło. I stąd to wszystko.
W tych dniach jednak doszła do nas wieść, że Michał Kleiber uznał, że ta walka o debatę jest jak psu na budę, i ogłosił, że się wycofuje. To dobrze. Przynajmniej nie będziemy musieli się żywić tą fikcją. Jak idzie jednak o samego Kleibera, obawiam się, że jemu już nic nie pomoże. Dla tych, których on chciał widzieć ludźmi takimi jak my, on już pozostanie na zawsze wrogiem. I oni mu tej prowokacji nie darują tak długo aż zobaczą, jak zdycha z głodu. I nie pomogą zapewnienia, że on chciał dobrze. Przed sobą będzie miał bowiem już zawsze ludzi, którzy nie wiedzą, co to znaczy „dobrze”.
Co znaczy „źle”, też zresztą nie.

Niezmiennie dziękuję wszystkim, którzy wspierają ten blog, szczególnie teraz, w tym martwym kompletnie czasie. Niedługo rozpoczniemy sprzedaż książki o zespołach, i mam nadzieję, że bardzo szybko uda się pokryć koszta wydania, a potem już stanąć na nogi na tyle, by tu wciąż nie jęczeć. Na razie jednak, bardzo proszę nie odchodzić.

piątek, 18 października 2013

... a i tak kłamstwo przegra

Przyznaję, że nie oglądałem niesławnego już posiedzenia Zespołu Parlamentarnego, gdzie prof. Binienda rozmawiał z jakimś Kaziem, prof. Gajewski nie potrafił podzielić ekranu, żeby przeprowadzić odpowiednią prezentację, a później banda idiotów postanowiła się zabawić i wszystko doprowadziła do ostatecznej kompromitacji. Dlaczego nie oglądałem? Po prostu, nie miałem czasu. Oczywiście, że nie w tym sensie, że musiałem pracować – choć, dzięki Bogu, to też – ale pani Toyahowa, wychodząc rano do szkoły, zostawiła mi listę z zadaniami, no i to mnie już zaangażowało na tyle, że telewizji nie oglądałem. Wszystko mi natomiast zrelacjonowało moje dziecko i powiedziało, że to faktycznie była kompletna porażka.
Powiem szczerze, że ja się na Skype’ie znam na tyle tylko, na ile znać potrzebuję, i to też tylko od niedawna, a więc od czasu, gdy pewien nasz czytelnik zażyczył sobie, bym go w ten sposób uczył angielskiego, i od kilku miesięcy, naprawdę z dużymi sukcesami, wspólnie pracujemy. A więc dopiero od niedawna wiem, że tam jest naprawdę wystarczająco dużo funkcji, które pozwalają z niego korzystać w sposób bardziej zaawansowany. A zatem, ja już wiem, że, skoro sytuacja, w jakiej znajduje się Zespół, jest taka, że oni muszą korzystać ze Skype’a, a nie z bardziej profesjonalnego systemu połączeń, to nic nie stało na przeszkodzie, by się do tego projektu odpowiednio przygotować. Wtedy – cokolwiek by się działo – nie musielibyśmy dziś wyrywać sobie włosów z głowy, że System nas zwyczajnie ustawił w takiej roli, w jakiej nas sobie ustawić potrzebował.
Powiem też, równie szczerze, że kiedy ja rozmawiam z moim uczniem – a dziś też już fantastycznym kumplem – na Skype’ie, zawsze wyłączam komórkę, a gdyby tak się zdarzyło, że bym ją wyłączyć zapomniał, i ktoś by do mnie zadzwonił, to ja bym jej nie odbierał. Profesor Binienda, nie dość że jej nie wyłączył, nie dość, że ją odebrał, nie dość wreszcie, że, jak się okazało, to była jakaś kompletna bzdura, to jeszcze nawet za ten brak przytomności nie przeprosił. On najwyraźniej uznał, że w tej akurat sytuacji, i jemu akurat, wypada.
A więc, z tego, co opowiada mi moje dziecko, na poziomie owej organizacji, doszło do niewyobrażalnej kompromitacji. Dodatkowo jeszcze, dr. Rońda, Bóg Jeden wie, po co, jak dziecko podczas Pierwszej Spowiedzi, przyznał, że opowiadając pół roku temu o jakimś tajemniczym ruskim dokumencie, zwyczajnie kłamał, czym tylko dał powód do satysfakcji bandzie idiotów.
A ja, mimo wszystko, ani drgnąłem, i dziś chciałbym powiedzieć, dlaczego. Przede wszystkim, rzecz w tym, że, jeśli choćby krótko rzucić okiem na sytuację, do jakiej doprowadziły się w ostatnich latach media, należy przyznać, że nie ma takiej kompromitacji i takiego wstydu, który w społecznej świadomości utrzymał by się dłużej, niż przez parę dni. I zasada ta działa idealnie równo po obu stronach ringu. A zatem, to, co ja, czy ktokolwiek z nas, myślimy sobie o tym, w jaki to sposób osoby odpowiedzialne za tę prezentację wszystko zorganizowały, jest bez żadnego znaczenia. Tak naprawdę, poza nami i paru nawiedzonymi durniami z tamtej strony, wszyscy to – podobnie zresztą, jak i całą resztę – mają głęboko w nosie.
Jest też drugi powód, dla którego ja nie jestem w stanie się tym wszystkim szczególnie martwić. Otóż ja już od dłuższego czasu, nie mam w stosunku do tak zwanych „naszych” większych wymagań. Ja świetnie sobie od wielu już lat zdaję sprawę z tego, że oni przez tę świadomość, że za nimi stoi Wiara, Cierpienie i Prawda, uznali, że nie muszą się już starać. A zatem, z tego punktu widzenia, naprawdę trudno się było spodziewać, że dla nich, pomijając ową świadomość, że oto uda się po raz kolejny głosić Prawdę, doszło do czegoś wartego extra wysiłku.
No ale po tych dość emocjonalnych kwestiach, dochodzimy do sprawy jak najbardziej praktycznej. Otóż ja uważam, że 10 kwietnia 2010 roku doszło do strasznego, politycznego mordu. Ta prawda jest tak oczywista, że osobiście nie widzę nawet sensu, by próbować tu cokolwiek dowodzić. No ale skoro mamy przed sobą dowody, to słuchajmy dowodów. A wówczas, proszę się na mnie nie gniewać, ale ja naprawdę mam w nosie to, że oni nie potrafią rozmawiać ze społeczeństwem przy użyciu nowoczesnych narzędzi internetowych. A cóż mnie to może obchodzić? 10 kwietnia 2010 roku został zamordowany polski prezydent, jego żona plus kilkadziesiąt osób, których – wobec powagi całego przedsięwzięcia – nie dało się już ocalić. A ja mam się przejmować, że ta prawda, skutkiem, czy to ich gnuśności i głupiego poczucia ważności, czy też zwykłej starczej niezgrabności, została przesłonięta przez kolejny medialny zgiełk? Otóż nie. Nad tym nawet rozmyślać nie mam ochoty.
Mój kumpel Coryllus twierdzi, że, jak idzie o Smoleńsk, to w ogóle nie ma o czym gadać. Trzeba natychmiast przestać uprawiać tę propagandę – zwłaszcza w znanym nam wydaniu – i pędzić do miejscowych kościołów by tam już tylko wznosić modlitwy we wszelkich możliwych intencjach, tak długo aż stanie się cud. Na to jednak, póki co, jak wiemy, nie ma szans. Ja jednak bardzo gorąco wierzę, że przyjdzie czas, gdy wiadomość o tej zbrodni stanie się faktem. No i może wtedy niektórzy z nas może zechcą się nawrócić. A jeśli tak się stanie, to, kto wie, czy nie warto było?

Bardzo serdecznie dziękuję za wszelką pomoc, która nadeszła w ostatnich dniach. Szczególnie Księdzu. No i proszę nie odchodzić.

czwartek, 17 października 2013

Bilard to trudna sport

Na bilardzie nie znam się praktycznie w ogóle. Do tego stopnia, że nawet teraz, kiedy używam tej nazwy, nie jestem pewien, czy chodzi mi o klasyczny bilard, czy o coś, co po angielsku nazywa się „pool”. Natomiast przyznaję, że ile razy trafię na to coś na Eurosporcie, nie mogę oderwać wzroku. Przede wszystkim dlatego, że bardzo lubię obserwować tych zawodników. Oni z jednej strony wyglądają, jakby byli pierwszej kategorii pijakami, a z drugiej to ich skupienie, ta determinacja, to z takim wysiłkiem skrywane zdenerwowanie, zadziwiają w sposób wyjątkowy.
Ale jest coś jeszcze. Otóż, ja, jak mówię, nie jestem w stanie choćby w stopniu podstawowym zorientować się, o co tam chodzi, ale tym bardziej właśnie, ile razy widzę, jak oni wykonują jakieś uderzenie, z którego dla mnie nic zupełnie nie wynika, a czy to z reakcji publiczności, czy z tego krótkiego błysku satysfakcji na twarzy zawodnika (lub z ledwo widocznej rezygnacji w oczach jego przeciwnika), mogę się domyślić, że tu się toczy naprawdę niezwykła walka.
Szczególnie podoba mi się moment, kiedy któryś z nich najpierw przez długie minuty łazi wokół tego stołu, ogląda te bile, to przyklęknie, to się odsunie, to się przymierzy, by za chwilę się znów oddalić, a w końcu uderzy w jedną z nich w taki sposób, że one się wszystkie rozpierzchną, żadna z nich nie wpadnie do tej kieszeni, czy jak to się tam nazywa, on odchodzi, ustępując miejsca przeciwnikowi, a tamten, zamiast się cieszyć, stoi bezradny, gapi się w te porozrzucane bile, i wie, że cokolwiek teraz zrobi, to tamten zaraz wróci, i nie wpuści już go do samego końca.
Oczywiście mogę się fatalnie mylić, ale mam wrażenie, że coś tego właśnie rodzaju zdarzyło się w minioną niedzielę w Warszawie w wykonaniu PiS-u. Referendum nie osiągnęło wystarczająco wysokiej frekwencji, by jego wynik został oficjalnie uznany, i większość obserwatorów wykrzyknęła, czy to z satysfakcją, czy z bólem, że PiS przegrał.
Oczywiście, natychmiast też pojawiły się wyjaśnienia, dlaczego do tej porażki doszło. Otóż mamy porażkę, bo PiS zawłaszczył referendum i wielu warszawiaków, choćby na początku bardzo zdeterminowanych, by pójść i odwołać Waltz, postanowiło się nie angażować, żeby nie brać udziału w „politycznej hucpie” wyszykowanej przez Jarosława Kaczyńskiego. Wedle wielu komentarzy, referendum zakończyło się frekwencyjną porażką, ponieważ przez monopolizujące cały projekt działania PiS-u, głosować zdecydowali się tylko najbardziej radykalni zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości. Oto 300 tysięcy pisobolszewików, a i to okazało się wyraźnie za mało. Hurrra!
Jak mówię, mogę się mylić, i biorę pod uwagę taką oto możliwość, że PiS, czy to przez swoją bezmyślność, czy lenistwo działaczy, wszystko spieprzył, i dziś Hanna Groonkiewicz-Waltz, zamiast chlipać gdzieś w kącie, tryumfuje. Tyle że ja akurat żadnego tryumfu nie widzę. Wręcz przeciwnie, widzę, że oni wszyscy zachowują się, jakby w najlepszym wypadku nic się nie stało. Mam nawet wrażenie, że po pierwszych żartach namawiających Platformę do tego, by dziękowała Jarosławowi Kaczyńskiemu za to, że po raz kolejny ich wyciągnął z kłopotów, wszyscy oni jakby się zamknęli. Więcej – i to akurat stanowi moim zdaniem gest nie do przecenienia – sam oryginalny organizator referendum Piotr Guział ogłosił, że on bierze na siebie całą odpowiedzialność za jego wynik…
I ja bym proponował, żeby na to akurat rzucić okiem. Mamy przegrane referendum, w dodatku, jak słyszę, przegrane w sposób dosyć kompromitujący, i oto nagle, jego główny organizator, człowiek, który miałby wszelkie powody, żeby ogłosić, że to nie on dziś ma odbierać pretensje, chętnie bierze na siebie całą odpowiedzialność. A co to za cholera??? Otóż ja mam na to odpowiedź. Cholera jest taka, że zarówno Guział, jak i cała reszta tych cwaniaków wiedzą, że te 300 tysięcy warszawiaków, to ludzie, którzy w każdych kolejnych wyborach dadzą PiS-owi bezwzględną większość.
Powtarzam to do znudzenia: nie jestem socjologiem, nie mam żadnych narzędzi do mierzenia zachowań wyborców, ale, moim zdaniem, przejmując to referendum, i je przegrywając, PiS zachował się dokładnie tak, jak się zachowują najwybitniejsi bilardziści, kiedy tym jednym uderzeniem rozpieprzają całą scenę, a wszystko tylko po to, by w kolejnym ruchu mieć już wszystko pod absolutną kontrolą. I jeśli ktoś tego nie rozumie, to jest, moim zdaniem, dokładnie tak samo naiwny, jak ludzie, którzy oglądają bilard w Eurosporcie z jeszcze bardziej bezmyślnymi minami, niż moja, i tylko od czasu do czasu krzyczą: „Ale on to spieprzył! No i co ci durnie się tak cieszą?”
Na szczęście, to wszystko jest z naszego punktu widzenia bez znaczenia. To uderzenie zostało już wykonane.

Niezmiennie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Robię co mogę, ale póki co leżymy na obu łopatkach. Dziękuję za każdy gest.



środa, 16 października 2013

Karnowscy tańczą gangnam - suplement

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem występ zespołu Patty dla programu „Dzień dobry TVN” pomyślałem sobie – i też dałem temu wyraz w odpowiedniej notce – że TVN postanowił, idąc śladem czegoś, co znane jest, jako „gangnam”, stworzyć coś tak doskonale złego, że to im zapewni pewną szczególną sławę, no a dzięki tej sławie jakieś tam, finansowe już, zyski. A więc, spodziewałem się, że telewizja TVN, pierwsze co zrobi, to umieści to Patty na swoim kanale w youtubie i po uzyskaniu 100 milionów odsłon na całym świecie, będzie mogła zadawać szyku.
Tymczasem okazało się, że jest wręcz odwrotnie. TVN ów szczególny występ systematycznie z youtuba usuwa, na jego temat dyskutować nie zamierza, no i, ogólnie rzecz biorąc, robi wszystko, by sprawa została ograniczona tylko do tego jednego poranka.
Dodatkowo jeszcze, już w trakcie dyskusji pod moją notką, pojawiły się nazwiska ludzi, których wymieniać nie ma potrzeby, ale co do których można podejrzewać, że są promotorami owych panien, a którzy, kiedy już zapoznamy się z ich historią, najprawdopodobniej stali za tą szczególną prezentacją.
W tej sytuacji uważam, że powinienem dopisać do swojej poprzedniej notki suplement. Otóż wygląda na to, że to co możemy wciąż oglądać na stronie internetowej programu „Dzień dobry TVN”, to nie jest żadna szersza akcja promocyjna, lecz zaledwie jeden, skromny interes pewnej skromnej grupy reprezentującej pewien bardzo skromny biznes. A skoro tak, to z tych dziewcząt nie ma się co śmiać, nie ma co z nich szydzić, ale spróbować się wczuć w ich los, i przynajmniej spróbować sobie wyobrazić, co tam się musiało dziać, zanim doszło do tego występu. A skoro już będziemy gotowi to sobie przedstawić, spróbujmy jeszcze raz rzucić okiem na te dziewczęta i zastanowić się, czy one wyglądają tak jak wyglądają, dlatego, że są nieskończenie głupie, czy może dlatego, że wcześniej zostały w sposób nieopisany upokorzone. Jak najtańsze dziwki.
Nasza koleżanka Ginewra zostawiła pod dyskutowaną notką komentarz, który ze względu na jego wyjątkowość, zacytują tu w całości:
Tu się wiele osób ekscytuje tym ewentualnym brakiem majtek, a dla mnie czymś absolutnie najgorszym jest ten pusty wzrok i zupełnie nieskoordynowane z muzyką ruchy tych dwóch dziewczyn udających, że grają.
To wygląda na totalne zniewolenie (prochy?), a nawet opętanie.
Ja mam takie skojarzenie, że one wykonują te mechaniczne ruchy jak dziewczyny uwięzione w burdelu i nie mające żadnej nadziei na uwolnienie.
Teraz to już tylko można się spodziewać, jak Kuba Wojewódzki zrobi z nimi program, żeby się z nich ponabijać, a one będą musiały pójść do tego programu, bo taki dostaną prikaz od swojego alfonsa”.
No a ja, już na sam koniec, dodam coś od siebie, a to w odpowiedzi na informację, że człowiek nazwiskiem Konkol, 30 kwietnia 2009 w bazylice pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Pszowie wziął ślub z niejaką Angeliną Kwiatek. Otóż chciałbym przede wszystkim serdecznie pozdrowić księdza proboszcza, i zapewnić, że czekam na wywiad z Konkolem dla tygodnika „W Sieci”. Mam już nawet tytuł: „Czym jest dla mnie wiara?”

Przepraszam wszystkich, ze dwa najnowsze wpisy są dzielone razem z Salonem24, jednak moim zdaniem temat jest tak istotny, i tak przez mainstream lekceważony, ze musi zostać nagłośniony. Kolejny tekst jednak czeka w kolejce, i myślę, że, jeśli nic szczególnego się nie stanie, już jutro poczytamy sobie coś, co będzie tylko dla nas. Oczywiście wciąż bardzo proszę o wspieranie tego bloga. Bez Waszej pomocy się nie utrzymamy. Dziękuję.

wtorek, 15 października 2013

Karnowscy tańczą gangnam

Wczoraj moje dziecko kazało mi obejrzeć coś, co ją zainteresowało dokładnie tak, jak dziesiątki przeróżnych zabawnych rzeczy, na jakie się codziennie trafia w Internecie, a mnie akurat wręcz poraziło. Chętnie bym to coś tutaj wkleił, jednak jest to nie do zrobienia z dwóch względów. Przede wszystkim, o ile wiem, ten filmik nie jest dostępny na youtubie, lecz tylko na stronie TVN-u, no a poza tym, jak się domyślam, nawet gdybym wiedział, jak się wkleja filmowe materiały spoza youtuba, to TVN i tak by mi to natychmiast kazał usunąć. Zresztą, jak sądzę, oni by mi to kazali usunąć i tak.
Co to jest takiego? Otóż mamy poranną audycję zatytułowaną „Dzień dobry TVN”, a w niej dziewczęce trio muzyczne o nazwie Patty i piosenkę zatytułowaną „Krzyk”. Najprościej byłoby teraz wkleić tu odpowiedni link i mocno zaapelować do czytelników, żeby w niego kliknęli, i na własne oczy zobaczyli, o czym to dziś rozmawiamy. Wiem jednak, że bardzo często to nie działa, w tym sensie, że wielu z nas zwyczajnie nie chce się klikać w linki, na końcu których znajduje się nie wiadomo co, a zwłaszcza już, gdy i tak za chwilę wszystkiego i tak się dowiemy. Ja jednak bardzo zachęcam: proszę kliknąć w ten link i zobaczyć na własne oczy, co się dzieje:
http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/patty-i-krzyk,102265.h
Już? Dobrze. Ci co obejrzeli, niech przez chwilę odetchną, a ci, którzy się jednak uparli, by czytać, niech posłuchają. Otóż mamy te trzy dziewczyny, które wyglądają, jak cudownie doskonała karykatura wyposażenia burdelu w Dombasie. Jedna stoi przy klawiszach, druga – najwidoczniej bez majtek, ale za to zasłonięta gitarą –bezmyślnie patrzy w dal, trzecia udaje że śpiewa. One wszystkie zresztą udają, że coś robią, i to nie tak, jak to przed laty widzieliśmy na filmie „Wojna domowa”, gdzie aktorzy udawali, że są zespołem. One udają ten występ w taki sposób, żeby nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, że to jest na niby. One nie dość, że nie ruszają się w rytm muzyki, nie dość, że gdy ta goła gitarzystka uderza w struny, nie słychać żadnego dźwięku – chodzi o to, że one nawet nie próbują robić min, jakie się robi występując. Wszystkie trzy stoją nieruchomo, patrzą tępo przed siebie, a z offu leci ta piosenka. A TVN postanowił je wypromować.
A ja myślę, że tu najprawdopodobniej chodzi właśnie o to – tu musi o to chodzić – by widzowie programu „Dzień dobry TVN” mogli się pośmiać. To jest zdecydowanie żart, tyle że od początku do końca utrzymany w takim nastroju, żeby nie wyglądał na żart, ale na niefortunnie wyprodukowany syf. Mam wrażenie, że tu plan był taki, by ludzie, śmiejąc się z tych dziewczyn do rozpuku, podając sobie wzajemnie ten link, i namawiając znajomych do tego, by zajrzeli na youtuba i obejrzeli inne występy tego zespołu, zobaczyli, nie jaki to żart, ale jaki to syf. I to właśnie będzie żart. Że ludzie myślą, że to syf, podczas gdy to jest tylko żart.
Ja mam wrażenie, że spece od dostarczania idiotom rozrywki bardzo pozazdrościli autorom czegoś, co weszło do historii popu, jako Gangnam. Gdyby ktoś nie pamiętał, przypomnę. Oto mamy jakiegoś starego grubego Koreańczyka, który próbuje niezgrabne bardzo tańczyć do jakichś dyskotekowych rytmów, a poza tym już tylko te 20 czy 100 milionów odsłon. I przebój na cały świat. Otóż ja podejrzewam, że to właśnie jest nowy kierunek, zgodnie z którym współczesny pop będzie się rozwijał. Od dziś będzie już coraz częściej i coraz bardziej chodziło o to, by tej najmniej wybrednej publiczności nie dostarczać, czegoś, co bardziej wyrobiona większość będzie uznawała za syf, a na odbiorców owego syfu będzie patrzyła z pogardą, ale o towar, który będzie syfem w sposób oczywisty nawet dla najgorszych durniów, tyle że oni z jednej strony będą z niego szydzili, a z drugiej się nim bawili. I w ten oto sposób, System będzie mógł powiedzieć, że on ludzi traktuje z szacunkiem. Że nawet dla idiotów ma ofertę, która pozwoli im się poczuć lepszymi. Dla ludzi z aspiracjami będzie jazz i barok, dla pospólstwa zostanie rock and roll, dla idiotów będzie Patty, z bonusem w postaci informacji, że tak naprawdę to jest gówno, ale przynajmniej na wesoło, no i tylko już na samym końcu zostanie Telewizja Trwam i ten ich chrześcijański New Age, z którym mohery będą sobie mogły robić, co chcą.
A więc uważam, że to jest przyszłość. I, jak zwykle w awangardzie tego horroru idzie ITI. Ale nie tylko. Ponieważ szykuje się zmiana władzy, ktoś z naszych musi dołączyć do tego, co przed nami. Tygodnik „W Sieci” przedstawił okładkę, na której Tomasz Lis przebrany za hitlerowca, z różańcem i zakrwawioną pięścią masakruje Kościół Jezusowy. I wbrew temu, co pewnie większość z nas sądzi, ja uważam, że ta okładka jest czymś absolutnie fantastycznym. Od czasu gdy „Newsweek” opublikował na całą Polskę zdjęcie małego chłopca „robiącego laskę” księdzu, wydawało mi się, że jak idzie o nakręcanie złych emocji, rekord został ustanowiony, i przynajmniej przez najbliższe lata nikt go nie pobije. I oto okazuje się, że bracia Karnowscy zrobili wreszcie coś, co, aby przetrwać na tym rynku, zrobić musieli. Otóż wynajęli prawdziwego specjalistę od mokrej roboty, który Tomasza Lisa i cały jego projekt wysłał na przysłowiowe drzewo.
Kiedy w londyńskim szpitalu urodził się przyszły król, brytyjski dziennik „The Sun” z tej okazji zmienił tytuł na „The Son”. Dziś to wydanie gazety chodzi na e-Bayu po wielokrotnie wyższej cenie. Jestem przekonany, że numer „W Sieci” z Lisem z zakrwawioną pięścią ściskającą różaniec za kilka lat też będzie stał równie wysoko. A jeśli, zgodnie z – też moim zdaniem znakomitym – okładkowym tytułem, pewnego dnia zostanie w Polsce zamordowany jakiś ksiądz, ta właśnie okładka będzie powszechnie traktowana, jako dowód w sprawie.
A ja w dodatku będę pierwszy, który, jeśli nie daj Boże do tego dojdzie, odnajdzie gdzieś Tomasz Lisa i każę mu te okładkę osobiście zeżreć. Dam mu ja osobiście, i osobiście dopilnuję, żeby nie zostawił ani jednego strzępka. A jak zacznie się dławić, strzelę mu w psyk i powiem, żeby nie histeryzował.
Skąd, ktoś zapyta, u mnie ten rodzaj emocji, który może wręcz robić wrażenie jakiejś schizofrenii. Otóż ja się tylko dostosowuję do propozycji, których sam w żaden sposób nie składałem. Oto nadchodzi świat, gdzie będzie tylko rżenie i dzika satysfakcja z pokonania wroga. Mam wielką nadzieję, że kiedy Tomasz Lis będzie żarł tę okładkę, w tle będzie występował Zespół Patty i wszyscy będą tańczyć. Podkreślam raz jeszcze: ja tu nic nie wymyśliłem. Przyszedłem na gotowe.

Ja wiem, jak wygląda ostatnio wsparcie dla tego bloga, i powiem szczerze, że to rozumiem. W końcu, jak długo można? W końcu, nawet wśród przyjaciół trudno się opędzić od podejrzeń. Gdybym tylko mógł, to bym wszystko to opisał. Nie mogę, więc mogę tylko prosić. Ten blog stanowi nasze podstawowe źródło oparcia. Bez tego – leżymy. Proszę o zrozumienie. Dziękuję.

niedziela, 13 października 2013

Komu przypadki, komu czary, komu cuda

Kto wie, ten wie, kto nie wie, niech się skupi, bo historia jest wielce ciekawa.
Otóż, co niektórzy z nas wiedzą, moje najstarsze dziecko ponad dwa lata temu ukończyło wydział biotechnologii na Śląskim Uniwersytecie Medycznym w Katowicach i wpadła w zwykły, pusty jak jasna cholera czas kompletnego bezrobocia, nienaruszonego nawet akcjami podejmowanymi na szczeblu naprawdę wysokim. Nie ma pieniędzy, nie ma etatów, nie ma pracy i kropka. W międzyczasie, ponieważ jest ona osobą ambitną i z aspiracjami, ukończyła studia podyplomowe we Wrocławiu, mając za swojego mistrza samego dr. Szwagrzyka, zatrudniła się w poważnym krakowskim laboratorium o jeszcze bardziej poważnej nazwie Biote21, skąd po miesiącu codziennego dojeżdżania z Katowic do Krakowa, sumiennej pracy od rana do wieczora, nie otrzymała ani jednego grosza zapłaty, i tyle wszystkiego, że mogła sobie ów oddany czas wpisać do CV, jako zawodowe doświadczenie.
Widząc, że dziś polski biotechnolog nie ma praktycznie szans na znalezienie pracy w zawodzie, postanowiła zarabiać na drobne wydatki opiekując się dziećmi. A po to, by nie stracić podstawowych zawodowych umiejętności, przyjęła propozycję wolontariatu w jednym z najpoważniejszych na Śląsku instytutów naukowych.
Gdyby ktoś nie wiedział, czym jest dziś wolontariat, i wierzył w to, że mamy tu coś do czynienia z działalnością dobroczynną w domach opieki społecznej, czy hospicjach, powinien wiedzieć, że dziś wolontariat to zwykła, standardowa praca, w dowolnej branży, z dowolnym zakresem obowiązków, tyle że za darmo. Ludzie jeżdżą do pracy rano, pracują po osiem godzin jak każdy inny, po pracy wracają do domu, i nie mają z tego nic poza doświadczeniem i nadzieją, że może ktoś ich wreszcie przyjmie do normalnej pracy. Takie miejsce, taki czas.
No ale, jak już wspomniałem, moje dziecko jest osobą ambitną i pełną poświęcenia, więc zgodziło się wydawać zarobione na opiekowaniu się dziećmi pieniądze na codzienne dojazdy na ów wolontariat, no i tak sobie żyliśmy od miesięcy.
I oto któregoś dnia otrzymała ona maila, będącego odpowiedzią na jej ofertę dotyczącą opieki nad dziećmi, z prośbą, by przyszła i się przedstawiła. Pojechała więc do owych ludzi, dowiedziała się, że ludzie, którzy ją zaprosili właśnie przyjechali na Śląsk do pracy, siadła sobie z ową mamą w salonie i zaczęły rozmawiać. One sobie rozmawiały, obok biegały dzieci, a w tle chodził mąż tej pani i czymś tam się zajmował. W pewnym momencie pani spytała, co ona robi na co dzień, ona na to odpowiedziała, że jest na wolontariacie w swoim instytucie… i mąż tej pani, usłyszawszy nazwę, znieruchomiał, i, chcąc się upewnić, zapytał: „Gdzie?”. Dziecko moje powtórzyło nazwę, a on jej na to, już bez dodatkowych wyjaśnień, powiedział, że to jest bardzo ciekawe, bo on tam właśnie został szefem pewnej jednostki, która jest akurat uruchamiana, i on ją w tej sytuacji jest tam gotów zatrudnić, jako swoją asystentkę. I ją zatrudnił. No i to wszystko, jak idzie o naszą dzisiejszą opowieść.
Mam nadzieję, że każdy z nas wie, dlaczego w pierwszych zdaniach tego tekstu napisałem, że sprawa jest bardzo ciekawa, bo, przepraszam bardzo, ale jeśli nie, to ja nie mam sposobu, by to wyjaśniać. To by bowiem było równie żenujące, jak objaśnianie sensu opowiedzianych właśnie dowcipów. A ja, ponieważ nigdy nie robiłem tamtego, to i proszę mi wybaczyć, to też zostawię takie jak jest. I tylko pozwolę sobie wyrazić wiarę w to, że zdarzają się rzeczy przedziwne. I wcale nie mam na myśli czarów.

Czekamy na ukazanie się książki. Myślę, że to potrawa około tygodnia. Do końca miesiąca będziemy próbowali z jej sprzedaży pokryć koszt druku. Potem zacznie się już, mam nadzieję, faktyczny handel. Do tego czasu jednak jesteśmy w ciągłym kryzysie. W ostatnich tygodniach straciłem trzy duże grupy i przez to póki co wszystko opiera się na tym blogu. Bardzo więc proszę o pamięć i wsparcie. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...