poniedziałek, 16 września 2024

x. Rafał Krakowiak: Świadectwo

 

       W związku z aktualnymi tragicznymi zdarzeniami, jakie spadły na naszą Polskę, ogarniają nas najróżniejsze refleksje oraz wspomnienia, sięgające niekiedy aż do roku 1997, a zatem do czasu gdy te same tereny kraju, ze szczególnym wyróżnieniekm miasta Wrocław, zaatakował podobny żywioł. Powiem szczerze, że nie planowałem ani poświęcać czasu na komentowanie dzisiejszych wypadków, ani tym bardziej na przywoływanie dawnych wspomnień, ale oto dziś, zanim jeszcze położyłem się do łóżka, dotarła do mnie wiadomość, że już jutro, w związku z Powodzią, odbędzie się wspólna konferencja prasowa  niesławnego premiera Tuska i niemal podobnie niesławnego Jerzego Owsiaka. A w tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak przypomnieć świadectwo, jakie na tym blogu jeszcze w roku 2011 pozostawił jego samozwańczy duszpasterz ksiądz Rafał Krakowiak, dziś proboszcz w wiosce Ludomy w Wielkopolsce, a przez całe lata nasz wierny przyjaciel. Posłuchajmy po raz kolejny.

       Jerzy Owsiak kojarzy mi się nieodmiennie z jednym wydarzeniem, które w sposób decydujący wpłynęło na sposób, w jaki go postrzegam. Otóż w czasie wielkiej powodzi 1997 roku, w parafii w której pracowałem, zorganizowaliśmy zbiórkę artykułów pierwszej potrzeby dla powodzian. Z Kurii otrzymaliśmy adres jednej z parafii pod Opolem i postanowiliśmy ciężarówką mojego znajomego zawieźć zebrane dary do potrzebujących. I wtedy pojawił się pewien problem. Nie mogliśmy w żaden sposób skontaktować się z tamtejszym proboszczem, a jazda w ciemno nam się nie uśmiechała. Nasi kurialiści zapewniali jednak, że nie ma się czym przejmować – adres został przesłany z Kurii opolskiej i nawet jeśli przyjedziemy niezapowiedziani, zostaniemy przywitani serdecznie. Oczywiście, to czy doznamy tam jakichś serdeczności, czy też nie, nie było moim zmartwieniem. Problemem była tylko i wyłącznie kwestia dojazdu. Chcieliśmy wiedzieć, czy przy wciąż wysokim poziomie wody w Odrze, zalanych bądź podmytych drogach i zagrożonych mostach, w ogóle jest możliwe do owych powodzian dotrzeć.

      Tak czy inaczej pojechaliśmy, i po licznych przygodach i jeszcze liczniejszych objazdach, dotarliśmy na miejsce. Owa wieś wyglądała strasznie. To niesamowite, co rozszalała woda może nawyczyniać. Do dzisiaj śnią mi się niektóre widoki. Podjechaliśmy pod widoczny już z daleka kościół. Stała tam grupka ludzi, od której na nasz widok odłączył się jakiś mężczyzna, energicznie otworzył drzwi naszej ciężarówki i zaczął na nas wrzeszczeć. Prawdę powiedziawszy, rzucał najgorszym mięsem, przy czym najbardziej dobitnie brzmiało słowo „wypierdalać!”. Ponieważ nosił na sobie kapłańską koszulę, domyśliłem się, że jest to ów miejscowy proboszcz, który według poznańskich kurialistów, miał nas bardzo serdecznie przywitać. No i przywitał…

      Po chwili jednak okazało się, że zaszło przykre nieporozumienie, a jego przyczyną okazał się być sam Jerzy Owsiak. Otóż owa podopolska wioska w czasie powodzi została praktycznie odcięta od świata, i bardzo szybko zaczęło ludziom brakować wody pitnej, żywności, suchych ubrań, leków itd. W ogólnym bałaganie i przy permanentnej niemożności miejscowych władz, proboszcz okazał się jedynym człowiekiem, który potrafił powodzian skrzyknąć, zorganizować ich i w ogóle zacząć działać, tak by w tej trudnej sytuacji ratować co się da i pomóc zwłaszcza tym, którzy z racji wieku, albo choroby mieli najtrudniej. To był naprawdę dzielny ksiądz, choć, jak widzimy, trochę choleryczny.

      Kiedy woda trochę opadła, pojawiła się możliwość wspomożenia tej wsi transportami podobnymi do naszego. Jako jedne z pierwszych pojawiły się bodajże trzy ciężarówki od Jerzego Owsiaka. To znaczy pojawiły się kilka kilometrów od celu, jeszcze przy wjeździe na most ma Odrze… i się zatrzymały. Tymczasem, kiedy proboszcz dowiedział się, że wspomniane ciężarówki jadą właśnie do niego, zwołał ludzi do wyładunku, czeka, a tu nic – ani widu, ani słychu. Ciężarówki jak stały za Odrą, tak stoją. Zepsuły się? Nie wiadomo. Ludzie czekali najpierw całą noc, potem cały dzień. W końcu proboszcz, jako że samochody zalało i były nie do użytku, wsiadł na rower i pojechał na drugi brzeg. I tam oto grzecznie mu wyjaśniono, że ponieważ pan Owsiak życzy sobie, żeby wjazd transportu do wsi i rozdzielanie darów rejestrowała ekipa telewizyjna, musi uzbroić się w cierpliwość, bo tak się niefortunnie złożyło, że owa ekipa najwcześniej może przyjechać jutro, a kto wie, czy nie dopiero za dwa dni.

      Proboszcz oczywiście zasugerował, by machnąć ręką na telewizję i jak najszybciej przyjeżdżać, bo powodzianie bardzo potrzebują pomocy. Wtedy to jeden z członków owego transportu, w obecności księdza, zadzwonił z komórki do Owsiaka, przedstawił sytuację i spytał co robić. Po chwili rozłączył się i powiedział, że szefowi bardzo jednak na telewizji zależy, a więc jednak trzeba będzie te parę dni jeszcze poczekać.

      Proboszcz na takie dictum zdenerwował się okrutnie, nawkładał tym ludziom – z Jerzym Owsiakiem na czele – od bezdusznych chamów, i kazał im, jak już zostało wspomniane, „wypierdalać”. Przy okazji też zapowiedział, że jeśli którakolwiek z panaowsiakowych ciężarówek wjedzie do jego wsi, to on i jego parafianie własnoręcznie te ciężarówki, wraz z tym co się na nich znajduje, spalą. No i to właśnie następnego dnia, tak się złożyło, że do owej wioski wjechała nasza ciężarówka, a ksiądz proboszcz – biorąc nas za ludzi z ekipy Jerzego Owsiaka – zareagował jak zareagował.

      Wydarzenie to przypomina mi się zawsze wtedy, gdy widzę Jerzego Owsiaka, lub gdy ktoś zastanawia się, co z nim jest nie tak, skoro właściwie wszystko wydaje się być super. I przychodzą mi wtedy na myśl słowa Chrystusa: „Kiedy dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.” (Mt 6,2-4)

      I na koniec zdanie prawosławnego teologa, diakona Andrieja Kurajewa*: „Zło może podejmować nawet pożyteczne działania, nie zmieniając swojej własnej natury. Na przykład czyniąc to w taki sposób, że pomagając ludziom pod jednym względem, pod innym względem będzie się umacniało ich sojusz ze złem w innych dziedzinach życia – choćby przez rozpalanie próżności ofiarodawców”.


* Cytat z „Frondy”. Diakon Kurajew pisze tam o Apokalipsie św. Jana Apostoła. Temat mnie zainteresował, ponieważ swego czasu prowadziłem rekolekcje, których zagadnieniem była właśnie Apokalipsa z jej „błyskawicami, głosami, gromami, wielkimi trzęsieniami ziemi i krwią tryskającą aż po wędzidła koni” – i było to coś (przynajmniej dla rekolekcjonisty) wspaniałego. Kurajew, choć schizmatyk, bardzo dorzecznie - a przy tym ortodoksyjnie - sprawę przedstawia, i jak sądzę, jego przemyślenia mogą być całkiem niezłym komentarzem, do niektórych z naszych notek.

 

      Powód dla którego dziś tu się ukazało powyższe wspomnienie wydaje się oczywisty. Wspólna konferencja prasowa Donalda Tuska i Jerzego Owsiaka, w dzisiejszej sytuacji, to nie w kij dmuchał. Ja jednak mam tu pewien dodatkowy powód, by po raz kolejny tę historię opowiedzieć. Otóż ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby powyższe świadectwo za tym blogiem zacytowały wszystkie ogólnopolskie media – co ja mówię, wszystkie, wystarczyłyby nasze tzw. prawicowe, wystarczyłby choćby sam mistrz Sakiewicz– zarówno po Owsiaku, jak i w dalszej perspektywie i Donaldzie Tusku, nie pozostałoby nawet wspomnienie. Wystarczyłoby, żeby paru polityków Prawa i Sprawiedliwości zwołało jutro równoległą konferencję prasową i opowiedziało, jak się w roku 1997 zachował nie kto inny jak nasz Juras, żeby ów szkodnik zniknął ze sceny. A wraz z nim wszyscy inni.

       Niestety tak się nie stanie. Jeden powód jest taki, że te moje komentarze nie mają absolutnie żadnego znaczenia, a drugie, że ci, którzy o ich istnieniu, podobnie jak o tym blogu, świetnie wiedzą i jedno i drugie od lat uważnie śledzą, staną na głowie, by nikt i nic nie zakłóciły im dotychczasowego komfortu. Nawet kosztem dobra powszechnego. I to jest prawdziwa rozpacz. Nie ta powódź. To.



    

 

środa, 11 września 2024

Für Deutschland, czyli gdy prawda jest brzydka jak diabeł

 

     Jak pewnie większość z nas pamięta, epitet „Rudy Niemiec” zaczął funkcjonować w polskim społeczeństwie już wiele dobrych lat temu, a mianowicie wtedy gdy Jacek Kurski wspomniał coś o „Dziadku z Wehrmachtu” i sprawa zaczęła żyć własnym życiem, niemal tak samo jak nie mniej słynny „Kaczy Fuhrer”, z tą różnicą, że w ujęciu zdecydowanie bardziej merytorycznym. Nazywamy więc Donalda Tuska „Niemcem”, ewentualnie Niemcem rudym, on i jego polityczne wsparcie co raz zaprzeczają owym insynuacjom, twierdząc, że Donald, podobnie jak jego mama, tata, ciocie, wujkowie, babcie i dziadkowie to szczerzy polscy patrioci, a jeśli nawet którykolwiek z nich miał z niemiectwem coś wspólnego, to wyłącznie z niemiectwem porządnym i kulturalnym. I tak się ta zabawa toczy, a my już tak naprawdę powoli zapominamy, jak to naprawdę było i coraz częściej określenia „Rudy Niemiec” używamy jako czystą złośliwość... taką jak wspomniena wcześniej „Kaczy Fuhrer”.

        I oto, proszę sobie wyobrazić ledwie co wczoraj trafiłem na iksie u Elona Muska na wpis człowieka podpisującego się jako John Bingham, który wspomniał o wydanej w roku 2003 roku książce zatytułowanej „Fotografie z tłem. Gdańszczanie po 1945 roku” i zacytował z nich kilka fragmentów. Pozwolę sobie je tutaj zamieścić, bez słowa komentarza. Bardzo proszę:

Oma Anna to był fenomen. Nigdy nie ruszyła się poza Gdańsk. Dla niej wszystko się wokół Gdańska kręciło. To był jej die ganze Welt. Do końca życia, a dożyła ponad 90 lat, mówiła wyłącznie po niemiecku, w gdańskim żargonie. Mimo że zmarła dopiero 3 lata temu, polskiego nie nauczyła się nigdy".

Donald rozmawiał z nią po niemiecku, albo pytał po polsku (rozumiała świetnie), a ona odpowiadała po niemiecku. Trochę tak jakby bojkotowała otaczającą rzeczywistość. Zakupy robiła używając łamanej polszczyzny”.

Bowke, obiad! - wołała mama wychyliwszy się ze strychowego okna. Bowke, kolacja! - nawoływał ojciec donośnym głosem. Przez całe dzieciństwo, kiedy biegałem po podwórku, byłem chłopakiem bowke. A kiedy narozrabiałem, byłem Pomuchelkopf (dosłownie głowa dorsza)”.

A jak w odwiedziny przychodziła babcia Anna, z niemiecka nazywała mnie zdrobniale Krümel - kruszynka. Tak, jakby nic się nie zmieniło i 3 Maja nadal była Nordpromenade”.

Mamę brało wówczas na wspomnienia. Opowiadała o Sopocie swojego dzieciństwa - o sklepach i restauracjach na Seestraße, o Blumenkorso - kwietnej defiladzie, w której uczestniczyła”.

Jak sięgnąć pamięcią, w rodzinie zdarzały się imiona ze smaczkiem przedwojennego Gdańska: Beatrix, Sigrid, Jürgen, Raimund. Język niemiecki znam z domu na tyle, że wychwytuję twardy dialekt gdański”.

Podczas rodzinnych spotkań u Tusków wśród starych i młodych panowała pełna swoboda przechodzenia z polskiego na 'gdański'”.

Pamiętam, że kiedy Omie Annie powiedziałem, że cała nasza rodzina to Kaszubi, znowuż obraziła się na mnie na śmierć i życie. Kaszubskość to było jak szpecące znamię”.

Babcia Dawidowska miała silniejsze poczucie niemieckości niż polskości. Kiedy co jakiś czas pojawiała się szansa dostania paszportu i możliwość wyjazdu na tak zwane niemieckie papiery - Oma Anna pakowała walizki”.

Podczas II wojny światowej zginął Artur (brat babci Anny), który był w Wehrmachcie. Babcia Anna przechowywała kondolencyjne listy wysłane przez dowódców w imieniu Kaisera i Führera po śmierci ojca i brata”.

„[Stryj] Buni urodził się w 1935 roku przy Ludolf Königsweg (obecnie Legnicka). Jako chłopiec miał kłopoty z językiem polskim, bo przez całą wojnę, dzięki jakimś koneksjom rodzinnym, wychowywał się w Berlinie”.

          I to tyle, co nam przekazał nieoceniony John Bingham, a za co ja mu serdecznie dziękuję. A jeśli tu postanowiłem się nim aż w taki sposób wspomóc, to tylko po to, by prawda – a, jak wiemy, zawsze chodziło nam o prawdę, prawdę i tylko prawdę – dotarła do jak najszerszego grona. I tak, jak wcześniej wspomniałem, żadnego komentarza już nie będzie.



 

 

 

środa, 4 września 2024

Kiedy zatęsknimy za Johnem Peelem?

 

      Kiedy polski gitarzysta, wówczas może 15-letni, Marcin Patrzałek pojawił się w internecie, nasze media o tym zjawisku – a było to oczywiste zjawisko – nawet się nie zająknęły. Kiedy ten zaprezentował się w amerykańskim Mam Talent i doprowadził zarówno jury jak i publiczność do autentycznego szaleństwa, i to wydarzenie zostało w Polsce powitane wzruszeniem ramion. Kiedy wreszcie, na fali tamtego sukcesu, rozpoczęła się wielka międzynarodowa kariera muzyka, której kulminacją był występ w londyńskim Royal Albert Hall, w Polsce wciąż o Patrzałku słyszał mało kto. Osobiście pamiętam, jak jeszcze w zeszłym roku artysta wystąpił w katowickim NOSPR-ze, sala była zapełniona zaledwie w połowie, a większość moich znajomych muzyków, gdy im mówiłem, że do miasta z występem przyjeżdża Patrzałek, najpierw przyznawali, że nie wiedzą, o kim mowa, by po chwili, gdy puszczałem im któreś z nagrań Patrzałka na youtube, kamienieli z wrażenia, że ktoś taki w ogóle istnieje, a oni nic o tym nie wiedzieli. Nie muszę oczywiście tu wspominać, że żadnego z nich na samym występie już nie spotkałem. Czemu? Ja oczywiście wiem, ale to już jest inny temat.

         Dziś na stronie Patrzałka na Facebooku widzę informację, że można już zamawiać bilety na wielką przyszłoroczną trasę koncertową Patrzałka, która nawiedzi większość wielkich europejskich miast, od Paryża przez Londyn, Dublin, Brukselę, Amsterdam, Wiedeń, Pragę, Rzym, Madryt, Lizbonę i wiele innych. I tu się pojawia ciekawa bardzo z naszego punktu widzenia informacja, ta mianowicie, że wspomniane bilety można zamawiać nie przez zewnętrzne agencje, ale na osobistej stronie Patrzałka marcinofficial.com, a to nam oczywiście, jak sądzę znakomicie wyjaśnia, dlaczego zarówno kolejne zdania tej notki zaczynające sie od słowa „kiedy”, kończyły się informacją, że o Patrzałku mało kto w ogóle kiedykolwiek słyszał.

       Mam znajomego, wybitnego altowiolninistę, któremu pokazałem Patrzałka na youtubie i jednocześnie poinformowałem, że on, mimo że nie wydał jeszcze ani jednej płyty i praktycznie nie koncertuje  – wówczas jeszcze nie – że jego cała aktywność muzyczna ogranicza się niemal wyłącznie do youtuba i że z zamieszczonych w internecie informacji wynika, że on już na swojej grze zarobił grube miliony dolarów, ten mi powiedział, że dziś płyty i koncerty to jest nic. Liczy się wyłącznie talent i umiejętność dbania o swoje interesy. Liczą się też więc przede wszystkim owe miliony osób, które znają Patrzałka z internetu, zachwycają się jego grą i czekają na kolejny nagrany przez niego muzyczny clip.

        Dziś, jak już tu napisałem, Patrzałek zapowiada swoją trasę po Europie, ale też ogłasza, że w połowie września ukazuje się jego pierwszy pełnowymiarowy album, wszędzie gdzie jest podkreśla, że pochodzi z Polski, z miasta Kielce, a tymczasem ani Polska, ani, jak sądzę nawet same Kielce, wciąż o tym, co powinno już dawno być przedmiotem naszej lokalnej i narodowej dumy, nie ma bladego pojęcia. A więc znów wraca to pierwsze, nie zadane, a tak ważne  pytanie: Dlaczego? Otóż częściowo na nie odpowiedziałem. Rzecz bowiem w tym, że Patrzałek się nie sprzedał, a skoro tak, to ci wszyscy, którzy mogli liczyć, że na nim zarobią, i musieli się obejś smakiem, muszą go szczerze nienawidzieć. Nienawidzieć od momentu pewnie, jak on odniósł swój wielki sukces w AGT i przyszli do niego jacyś posłańcy, żeby mu zaproponować występ na Sylwestrze Marzeń, względnie na festiwalu w Opolu, albo zgłosił się do niego sam Kuba Wojewódzki i zaprosił go do swojego programu, a on zwyczajnie wyłączył telefon.

      No właśnie, Kuba Wojewódzki. Pamiętam jak ten, będąc członkiem jury w polskim Mam Talent, odezwał się do pewnej dziewczynki, która zaśpiewała tak pięknie, że wszyscy struchleli, w te mniej słowa: „Spieprzaj z tego kraju czym prędzej, bo tu nie masz żadnych szans na sukces”. Czy ona posłuchała tego komika, czy nie, tego nie wiemy, ale nie sądzę. Pewnie trochę dlatego, że to było naprawdę jeszcze dziecko i  ono mogło nie zrozumieć języka, jakim się posługuje na co dzień Wojewódzki, no a po drugie, sam talent to naprawdę bardzo dużo, ale jeszcze nie wszystko.

        Jak wszyscy dziś widzimy, Marcin Patrzałek wiedział to od początku i dziś może tym wszystkim cwaniakom podać najwyżej – że zacytuję tu nieśmiertelnego pana Bolka – nogę



wtorek, 3 września 2024

O kontaktach takich i owakich

 

          Swego czasu zdarzyło mi się prowadzić kurs języka w pewnej dużej korporacji i wśród moich uczniów znalazło się paru dyrektorów. Ponieważ z jednym z nich mocno się polubiliśmy i w związku z tym uzyskaliśmy stosunkowo bliskie relacje prywatne, któregoś dnia zapytałem go, co się z nim stanie jeśli w jakimś momencie zostanie z tej roboty wywalony. Odpowiedział mi, że nic szczególnego, bo na tym poziomie na jakim on funkcjonuje, ma się wystarcząco dużo kontaktów, by się utratą pracy nie martwić. I rzeczywiście, z uwagi na to, że wspomnniana korporacja pozostaje pod kontrolą państwa, a więc też polityki, z tego co wiem, on już trochę miejsc odwiedził. I nigdzie nie było mu żle.

     Przypomniał mi się ów mój znajomy dziś, gdy na jakimś plotkarskim portalu znalazłem informację, że „były dziennikarz TVN-u, dwukrotny laureat nagrody Grand Press, Jacek B.” został aresztowany pod zarzutem udziału w bandyckim napadzie na pewnego przedsiębiorcę. Informacji towarzyszyła kolejna, że żona B. poinformowała media, że cała rodzina jest bardzo nieszczęśliwa z powodu krzywdy jaka spotkała męża i ojca, a ponieważ nazwisko żony zostało przy tym podane, bardzo łatwo już było sprawdzić, że ów B. to nie kto inny jak red. Jacek Bazan, jak donosi niezastąpiona Wikipedia, „polski dziennikarz śledczy i przestępca”.

        No a skoro doszliśmy już tak daleko, to bez najmniejszych problemów można się też było dowiedzieć, że ów Bazan w roku 1996 został zatrudniony w radiu RMF FM, a następnie w TVN-ie, by kolejno wylądować u dewelopera J.W. Construction w charakterze dyrektora marketingu i rzecznika prasowego, oraz w kanale Discovery Historia, gdzie znów zajął się dziennikarstwem i to chyba przy okazji tej roboty najpierw otrzymał nagrodę Fundacji Batorego, a potem wspomnniany już podwójny Grand Press.

      No i teraz skoro wiemy już wszystko o Bazanie dziennikarzu i biznesmenie, popatrzmy na Bazana „przestępcę”., bo jak się okazuje, ów epitet nie dotyczył ostatniego wydarzenia, ale czasów znacznie wcześniejszych. Otóż, jak donosi Wikipedia, Bazan, jeszcze zanim stał się sławny, był skazywany za „rozbój, zabór mienia i dezercję”. W maju 1992 roku dostał rok w zawiasach za „podrobienie umowy i sprzedaż przywłaszczonych samochodów”. W 1993 rozesłano za Bazanem list gończy „w związku z dokonywaniem wymuszeń rozbójniczych”. Za rozbój, groźby karalne i przywłaszczenie pieniędzy, został skazany na 6 lat więzienia. Wyszedł na wolność po 3 latach i niemal natychmiast został zatrudniony w radiu RMF FM. Co robił po otrzymaniu swoich wyróżnień Grand Press, do czasu gdy dziś jest zatrzymany za bandytyzm, tego Wikipedia nie podaje, natomiast, owszem, otrzymujemy informację, że Bazan jest nieśubnym synem niesławnego Krzysztofa Materny, o czym sam komediant dowiedzial się dopiero w roku 2017.

         Ktoś zapyta, po ciężką cholerę w tych niełatwych przecież czasach zajmuję się ludzkimi i medialnymi śmieciami. Otóż odpowiedź mam prostą. Chodzi nie tyle o samego Bazana, co głownie o media, które, jak widzimy, obejmują rewiry normalnemu człowiekowi nie znane. Ale też mamy tego Maternę, a ja się już tylko zastanawiam, czy ów dziwny człowiek swoją karierę zawdzięcza bardziej przestępczym środowiskom mającym najwyraźniej swoje kontakty w ogólnopolskich mediach, czy może swojemu sławnemu ojcu. A jeśli tak, to czy jest możliwe, że wprawdzie stary Materna o tym co spłodził w wieku 20 lat gdzieś w Sosnowcu dowiedział się faktycznie już jako starszy pan, ale wcześniej, kto wiedział, ten wiedział, a już wiedział być może nawet sam Bazan.

       A jeśli tak to było, to jest całkiem możliwe, że kiedy mój stary dobry znajomy dyrektor w wielkiej państwowej firmie opowiadał mi, jak to dobrze jest mieć mocne kontakty zawodowe, ani mu do głowy nie przyszło, że znacznie łatwiej jest polegać na kontaktach rodzinnych, nawet będąc zaledwie prostym bękartem.

 

poniedziałek, 26 sierpnia 2024

Gdy TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji słucha naszych modlitw

 

Sytuacja na dziś jest taka, że nasza Zosia w minioną sobotę szczęśliwie wyszła za mąż za Michała, ale niestety jej choroba trwa i w najbliższym czasie ma mieć operację usunięcia glejaka. Prosimy wszyscy o łąskę uzdrowienia i w sposób naturalny wiara i nadzieja nas nie opuszczają. Minione miesiące mijają więc tak jak mijają, więc i ja praktycznie nic tu nie piszę. Zdarzyło się jednak, że dziś na platformie Elona Muska, wśród szumu związanego z Campusem Polska i ekscesami Silnych Razem, pojawił się pewien Ryszard Dąbrowski, autor komiksów, który i tu przed wielu laty zaistniał, chciałem więc przypomnieć swój niegdysiejszy tekst, którego bohaterami są dwie czarne dusze. Uważam że warto.  

 

 

      Niewątpliwą zasługą pewnego naszego kolegi było to, że jako pierwszy z nas, z czystej miłości do wiedzy i do nauki, wlazł na blog Palikota i dokonał tak zwanego rekonesansu. Jestem bezwzględnie przekonany – i to niezależnie od tego, co sobie niektórzy z nas myślą – że gdyby nie on i nie ten jego gest, bylibyśmy dziś znacznie dalej niż jesteśmy. Jeśli idzie natomiast o mnie, próbowałem tu już raz zwrócić uwagę na to coś, co zostało nam odsłonięte, ale najwidoczniej albo nikt na tę informacje nie zechciał zwrócić uwagi, albo może i sobie ją zwrócił, tyle że – co jest akurat bardzo prawdopodobne – uznał, że zajmowanie się Palikotem jest powyżej jego godności, co akurat w tym wypadku – przy całym szacunku – uważam za wyjątkowo niemądre.

       A zatem, tyle gdy idzie o zasługi kolegów. Przejdźmy zatem do moich. Otóż ja postanowiłem zająć się dziś Palikotem – nie tyle jako przypadkiem, lecz zaledwie znakiem i symbolem – po to choćby, żeby spróbować zamknąć pewien rozdział naszych zainteresowań polską polityką, a może raczej tym, co się powszechnie nazywa polityką, a w rzeczywistości jest najczarniejszą opresją. Nie będę podawał linka do interesującej nas dziś internetowej strony, nawet nie dlatego, żeby nie nabijać Palikotowi licznika, ani też nie po to, żeby się nim nie zajmować więcej niż trzeba, ale zwyczajnie dlatego, że to jest zupełnie niepotrzebne. Proszę tam nawet nie zaglądać. Druk jest tak mały, że ledwo co widać, rysunki takie sobie, a resztę ja Wam opowiem.

       Chodzi mianowicie o to, że Janusz Palikot na swoim blogu uznał za interesujące opublikować stary, z całą pewnością jeszcze sprzed Katastrofy, komiks wyprodukowany przez jakiegoś Dąbrowskiego. Piszę „z całą pewnością”, choć właściwie w tej samej chwili przyszło mi do głowy, że wcale niekoniecznie. Może się okazać, że Palikot ów komiks, w tej właśnie postaci, zamówił u znajomego sobie artysty dziś, bo choć, jak już wiemy, życie przerosło wszelkie ludzkie zło, pokusa zrobienia kolejnego psikusa mogła być zbyt silna. Zwłaszcza dla kogoś takiego jak Palikot. Opublikował więc on ten komiks, który najogólniej rzecz ujmując opisuje taką oto sytuację. Jest rok 2014. W Polsce pełnię władzy dzierżą bracia Kaczyńscy. Lech Kaczyński jest prezydentem, a Jarosław naczelnikiem państwa. Okazuje się, że jeszcze w 2010 roku była szansa, żeby ich obu zamordować, ale kiedy już polewano ich benzyną i miano podpalić, pojawili się komandosi i obu uratowali. W 2011 roku były wybory, które mogły sprawy pozytywnie rozstrzygnąć, ale wybuchła tzw. afera Gowina, która utopiła Platformę Obywatelską. Poszło o to, że na tydzień przed wyborami okazało się, że Gowin ma jakiś majątek, na którym trzyma małe chińskie dzieci, zakute w łańcuchy, które wykorzystuje seksualnie. No i to pogrążyło Platformę i dało władzę PiS-owi. Niezadowoleni z takiego obrotu sprawy Polacy wywołali powstanie, które przerodziło się w krwawą i okrutną rzeź. Palikot, ołówkiem swojego pisarza, opisuje jak to powstańcy „Beatkę Kępę gwałcili młotem pneumatycznym i w końcu żywcem spalili pod Syrenką”, „Krzysia Putrę utopili w sedesie w Łazienkach”, a Zbigniewa Ziobrę ciągnięto na łańcuchu przez całe miasto za samochodem, by w końcu go zrzucić z Pałacu Kultury. Na szczęście, gdy było już naprawdę ciężko, do akcji wkroczyli z jednej strony zakopiańscy górale, a z drugiej gruzińscy żołnierze spec-służb i zaprowadzili porządek.

       To wszystko są wspomnienia, jakimi Lech Jarosław i Kaczyńscy się dzielą, siedząc w Pałacu Prezydenckim przy kominku i jedząc ciasteczka. Na lwach stojących przed Pałacem ludzie po kryjomu wymalowali obelżywe napisy, wokół panuje strach i noc, a oni siedzą w fotelach i jedzą te ciasteczka. W pewnym momencie do pokoju wpada wybijając szybę jakiś pakunek. Bracia się cieszą, bo wierzą, że to Pan Bóg wysłuchał ich modlitw i w nagrodę natchnął ludzi taką wdzięcznością, że ci przysłali im kolejną porcję ciastek. Tymczasem chwilę później eksploduje bomba i Lech i Jarosław Kaczyńscy giną rozerwani na strzępy. Całość, zatytułowaną „Nieświęty Mikołaj, czyli ostateczne rozwiązanie”, wieńczy napis „happy end”.

      Jak mówię, komiks ten został prawdopodobnie napisany jeszcze przed śmiercią Lecha Kaczyńskiego, stanowiąc wyłącznie zupełnie niezwykłe czy to zaklęcie, czy wręcz cudownie skuteczną modlitwę do Szatana, choć biorę też pod uwagę, że to mogło być specjalne zamówienie dnia dzisiejszego. O tym akurat też mogłoby świadczyć to, że wśród osób tam wymienionych, aż cztery zginęły w katastrofie pod Smoleńskiem – w tym, co bardzo znamienne, Przemysław Gosiewski, którego wyobraźnia czy to Palikota, czy tego drugiego, kazała „powiesić na jelitach”. Od pewnego czasu – a gdy idzie o mnie, właściwie od pierwszego dnia po Katastrofie – pojawiają się opinie, że to ta nienawiść, którą uruchomił System w ramach projektu mającego na celu zniszczenie jednej z partii politycznych, doprowadziła do śmierci Prezydenta i innych. Nawet nie drogą jakichś praktycznych gestów czy posunięć, ale przy pomocy słowa, które stało się ciałem. Zwykłego słowa. To tu to tam słychać zdanie, że czasem słowo potrafi nabrać takiej mocy, że się materializuje w postaci eksplozji dobra, bądź też eksplozji zła. Chrześcijanie nazywają to skutecznością modlitwy. W odpowiedzi na te sugestie, wielu ludzi wpada w autentyczne oburzenie i zadaje pytania typu: „A gdzie dowody?”, albo „To kto konkretnie ich zabił?”, lub wreszcie „Czy słowo może zabić?” To ostatnie pytanie pojawiło się wczoraj w ustach Konrada Piaseckiego skierowanych do Pawła Kowala. Kowal odpowiedział, że tak, że słowo potrafi zabić.

        Jeśli zatem komiks, o którym dziś rozmawiamy, rzeczywiście powstał przed 10 kwietnia, możemy powtórzyć za Kowalem: Tak. Słowo zabija. A ja od siebie dodam raz jeszcze: Tak. Modlitwy są wysłuchiwane. Wszystkie. Przez Boga, względnie przez Szatana.

       Co natomiast, jeśli powstał teraz, jako tęsknota za modlitwą, która nie została wypowiedziana? Jako wściekłość twórcy, że było już tak blisko do prawdziwego dzieła sztuki, i ktoś nagle wręcz z ręki mu wyrwał najpiękniejszy z pomysłów. I staje się już wyłącznie ową desperacka próbą powtórzenia wszystkiego jeszcze raz, od samego początku. Żeby można było w spokoju i z rosnącą satysfakcją odtworzyć na swój własny użytek przebieg całego tego procesu unicestwiania tego czegośmy zawsze szczerze nienawidzili. Wtedy już więc mamy Janusza Palikota, Platformę Obywatelską i cały System, którego oni stanowią najpiękniejszą i najmocniejszą część. W tym bowiem komiksie znajduje się całość tego projektu, który nas tak z każdym nowym dniem dręczy po to, by w końcu nas zabić. I nie ma uczciwej możliwości, żeby ktoś z nich przyszedł i nam powiedział, że to jest wyłącznie margines i przykry wypadek, że życie toczy się daleko poza tymi ekscesami, że Palikot  to ktoś kto już tak naprawdę nawet nie jest częścią Platformy, ktoś kto zawsze był jakimś tam ekscentrycznym politykiem spod Lublina, no a poza tym, kto z nas bez winy, niech rzuci kamieniem.

      Kiedy zaczynając pisać ten tekst wspomniałem coś o zamykaniu pewnego rozdziału, chodziło mi o to, że w pewnym sensie, od czasu gdy poznaliśmy ten akurat wpis na blogu Janusza Palikota, nic nie jest takie samo. Ani ten świński ryj, ani gadanie o alkoholizmie Lecha Kaczyńskiego, ani jego odpowiedzialności za Smoleńsk, ani apele o usunięcie tych zwłok z Wawelu nie mają najmniejszego znaczenia. Liczy się już w tej chwili wyłącznie ten bardzo zabawny obraz Przemysława Gosiewskiego powieszonego „za flaki” na pobliskim drzewie. Może być nawet na brzozie. I też bez znaczenia już jest, czy ten obraz był już modlitwą, czy dopiero tylko pełną refleksji potrzebą rozkoszowania się sukcesem. To jest i już pozostanie na zawsze. Jako znak i dowód. I żadne nowe słowa i nowe zaklęcia tego nie zmienią. Będzie już tylko to.

      Powiem jeszcze jaśniej, o co mi chodzi. Wspomniałem wcześniej o wczorajszej rozmowie Konrada Piaseckiego z Pawłem Kowalem. Piasecki bardzo Kowala naciskał, żeby ten wyjaśnił, dlaczego Jarosław Kaczyński porzucił język zgody i porozumienia na rzecz tego co wypowiada dziś. Skąd w ustach polityków Prawa i Sprawiedliwości tyle złych emocji, czemu wciąż słychać tylko oskarżenia i jakieś niepoparte niczym insynuacje? Co się stało z Jarosławem Kaczyńskim? Czemu nie można się zająć normalną zwykłą polityką, zamiast wciąż roztrząsać jakieś i tak nie do wyjaśnienia kwestie techniczne? Dziś w „Rzeczpospolitej”, Joanna Kluzik-Rostkowska idzie jeszcze dalej. Mówi mianowicie, że o ile na początku myślała, że zachowanie Jarosława Kaczyńskiego to wynik traumy, to dziś już sama nie wie. Mój serdeczny kolega Michał Dembiński na tym blogu zarzuca mi, że ja kpię z Tuska, podczas gdy sam narzekam na to, że inni nabijają się z Kaczyńskiego.

      Otóż ja wszystkim im mam do powiedzenia tylko jedno. Modlitwy zostały wysłuchane. Tak czy inaczej. Zostały wysłuchane. Wyżej przedstawiłem na to dowód. Wszystko co mi macie do powiedzenia w kwestii traum, elegancji i jej braku, właśnie przestało mnie interesować.

 

czwartek, 8 sierpnia 2024

Tunel-Babel (repryza)

 

Jak już wspomniałem w poprzednim wpisie, ze względu na bardzo trudną chorobę mojego dziecka, nie mam ani siły ani przede wszystkim nastroju, by wrzucać tu swoje kolejne refleksje, jednak stalo się tak, że w tych dniach na portalu Szkoła Nawigatorów został wspomniany projekt o nazwie Gothard-Basiltunnel, o którym przed siedmiu już laty pojawił się i tu na tym blogu specjalny tekst. Ponieważ towarzyszący owej wzmiance komentarz sugerował, że cała ta gadka o rzekomym satanizmie szwajcarsko-niemieckiego projektu to stek zakompleksionych bzdur, wróciłem do dawnego tekstu i uznałem, że ponieważ dziś nie zmieniłbym w nim ani jednego słowa, nic nie stoi na przeszkodzie, by go wspomnieć, uzupełniając go dodatkowo o usunięty od tamtego czasu ilustrujący sprawę film. Nie spuszczajmy oka z TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji.

 

 

      Kiedy to wszystko tak naprawdę się urodziło, w czyjej głowie i z jakimi intencjami, możemy się domyślić, ale tak do końca nie dowiemy się pewnie nigdy. Na pewno wiemy, że 29 listopada 1998 roku w Szwajcarii odbyło się referendum z podstawowym pytaniem: „Czy jesteś za budową tunelu?” Zwykle stosunkowo mocno obywatelsko zdyscyplinowane społeczeństwo Szwajcarii na tę zaczepkę zareagowało bardzo różnie. To, co bardzo ciekawe, ponad 60 procent z nich do głosowania nie poszło, a z tych, co poszli, niemal 40 procent odpowiedziało, że tunelu sobie nie życzy. Czemu tak, też nie wiemy, ponieważ jednak entuzjastów owej budowli było wystarczająco dużo, w roku 2003 zaczęto przymierzać się do wierceń, a równo dziesięć lat później prace ruszyły. 15 października 2010 roku ekipy drążące tunel z dwóch kierunków spotkały się niedaleko wioski Sedrun na głębokości 2 kilometrów od powierzchni góry, 24 sierpnia 2015 roku poinformowano oficjalnie o zakończeniu montażu konstrukcji tunelu, a 1 czerwca 2016 roku odbyło się jego uroczyste otwarcie.

      Ktoś pewnie zada pytanie, czemu to trwało tak długo i czyja ręka sprawiła, że to było relacjonowane aż z taką starannością. Otóż rzecz w tym, że ów tunel liczy niemal 60 kilometrów długości i tym samym jest najdłuższą tego typu kolejową konstrukcją w historii świata, ponad dwukrotnie bijąc dotychczasowego rekordzistę, norweski Tunel Lærdal, nie mówiąc już o tym wszystkim, co Szwajcarzy wybudowali w tamtym miejscu wcześniej, a więc zaczynając od najstarszego przejścia jeszcze z roku 1707 o długości parudziesięciu metrów po 15 kilometrowy tunel z XIX wieku – wszystkie, podobnie jak sam ów wąwóz, które przecinały, nazwane imieniem Gotarda, świętego patrona alpejskich wędrowców.

      A więc powstał ten tunel, najdłuższy tunel na świecie, i co tu dla nas akurat może i najciekawsze, pierwszy z tej serii nie noszący już nazwy św. Gotarda, ale po prostu Gotthard-Basistunnel. Oficjalnie, główną przyczyną budowy było oczywiście pragnienie skrócenia czasu przejazdu między głównym miastami Szwajcarii. Wedle wyliczeń projektodawców, nowa linia miała skrócić podróż między Bazyleą a Mediolanem z 5 godzin i 20 minut do 3 godzin i 30 minut. O prawie połowę skrócić się miał również czas podróży między Zurychem a Mediolanem, z wcześniejszych 4 godzin i 10 minut do 2 godzin i 35 minut. Inicjatorzy budowy zapewniają również, że dzięki tunelowi, lepiej będzie chroniony przed fatalnym wpływem spalin unikalny alpejski ekosystem.

      I tu pojawia się pierwszy dreszcz. Ponieważ tu nie chodziło o proste przeciągnięcie kładki przez rzekę, ale o przewiercenie przez Alpy 60 kilometrowego tunelu, bezpośrednie koszta, z którymi i tak trzeba się było liczyć, a które sięgały sumy 10 miliardów franków, zostały z biegiem lat powiększone o śmierć 9 robotników pracujących przy tej budowie. Wspomnijmy ich może, zwłaszcza, że oni się tu jeszcze pojawią w pewien bardzo szczególny sposób. Pierwszym z nich był 33 letni Niemiec, Andreas Reichhardt uderzony przez belkę, która spadła z 700 metrów i trafiła go prosto w głowę. Następnym był 23 letni chłopak z Południowej Afryki nazwiskiem Jacques Du Plooy, zasypany przez zgromadzony podczas wiercenia materiał. 35 letni Niemiec, Hejko Bujack, umarł zwyczajnie trafiony kamieniem. 37 letni pochodzący z Austrii Albert Ginzinger został zgnieciony przez ogromny bęben z kablem. 31 letni Włoch Andrea Astorino oraz 23 letni Szwajcar zginęli razem uderzeni przez wykolejoną lokomotywę kolejki transportującej materiał. Podobnie, ta sama kolejka jakiś czas później śmiertelnie przygniotła Niemca, Thorstena Elsemanna. Inny Niemiec, Hans Gammel zmarł zwyczajnie wypadając z pociągu. No i wreszcie Włoch, Giuseppe Liuzzo, który spadł z rusztowania. Czemu spadł? Kto to może wiedzieć? Może się potknął, a może mu się w głowie zakręciło? A może się zwyczajnie zamyślił. A może nie stało się nic szczególnego, tylko on wziął i z tego rusztowania spadł? Tego typu pytania można zadawać zawsze.

      Dziewięć osób to nie w kij dmuchał. Przy zachowaniu wszelkich proporcji, to jest dokładnie ta sama liczba, co u nas w Polsce w grudniu 1981 roku, by już nie wspomnieć, że oni akurat to więcej nawet niż ci, którzy stracili życie w słynnym filmie „Omen”. Z drugiej strony, nie należy zapominać, że źródła nie informują nas, ile osób zginęło przy budowie wieży Babel. Można przypuszczać, że znacznie więcej. W dodatku, jak wiemy, tamci ponieśli szczególną stratę dodatkową, w postaci pomieszania języków.

      Tak czy inaczej, Gotthard-Basistunnel został uroczyście otwarty 1 czerwca 2016 roku, a owa uroczystość została uświetniona niezwykłym występem artystycznym – dziś już powszechnie opisywanym najróżniejszymi epitetami, z których angielskie słowo „bizarre” robi jeszcze najłagodniejsze wrażenie –uświetnionym obecnością kanclerz Angeli Merkel, prezydenta Francji François Hollande’a, premiera Włoch Matteo Renzi, oraz kanclerza Austrii Christiana Kerna, który to występ już dziś stał się historią.

      Długo myślałem, w jaki sposób przejść do właściwego tematu dzisiejszej notki bez zmuszania Czytelnika do tego, by oglądał to, co tam się wydarzyło 1 czerwca i niestety nie udało mi się. Wygląda na to, że bez tego ani rusz. A więc, zanim pójdziemy dalej, proszę rzucić okiem na ów szczególny spektakl. Można przewijać.

 



 

 

      Najprościej oczywiście byłoby mi teraz powiedzieć, że jeśli Diabeł razem z nami obejrzał choć fragment tego teatru, a pogłoski na temat jego słynnej wrażliwości na sztukę są prawdziwe, on w jednej chwili ze wstydu powinien tę tandetę spalić w siarce i zalać smołą. Jeśli bowiem spojrzeć na to, co tam się wyprawia, jak na sztukę właśnie, to ja osobiście, jak długo żyję, takiego gówna nie widziałem. Nie wiem, jak długo całe to przedstawienie trwało i jak długo ta banda durniów w garniturach musiała to znosić, ale nawet gdyby każdy z nich był honorowym członkiem Zakonu Iluminatów Thanaterosa, to ja im naprawdę współczuję tej żenady, jaką oni musieli przeżywać. No ale niestety tak się tego potraktować nie da, bowiem stało się też tak, że myśmy to próbowali obejrzeć tu w domu i mieliśmy z tym poważny problem, i to problem bardzo odległy od tego wszystkiego, co tu wcześniej napisałem. Ja, jako osoba w pewnym sensie doświadczona, choćby przez znane nam tu wszystkim perypetie z krakowskim festiwalem Unsound, jakoś sobie z tym poradziłem, natomiast pozostali prędzej, czy później, nie wytrzymali. I powiem szczerze, że się absolutnie nie dziwię. Mógłbym nawet powiedzieć, że fakt iż oni tego nie wytrzymali, a ja owszem, może świadczyć lepiej o nich, nie o mnie. No ale, jak mówię, obejrzałem to w całości i wszystko co mi przychodzi do głowy, to to, co już wielokrotnie mówiłem wcześniej. To, z czym mamy do czynienia, to nie prosty satanizm – myślę, że nadszedł czas, by wreszcie to słowo wypowiedzieć – w sensie, jaki znamy i do którego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. To jest bowiem zaledwie folk, a więc kultura ściśle ludowa, przedstawiona jako jedyna autentyczna, a więc pierwotna, a skoro pierwotna, to naturalnie pogańska, definiująca przedchrześcijańskie jeszcze czasy, cywilizacja. Gdy oni zorientowali się, że te wszystkie szóstki, odwrócone pentagramy, diabły z rogami stały się częścią uniwersalnej popkultury, postanowili swój czarny przekaz skierować na tak zwaną „sferę wyższą” i w ten sposób dostaliśmy coś, co Oni nazywają czystą sztuką, lub, tak jak to miało miejsce w tym wypadku, „artystyczną wizją pierwotnej kultury alpejskiej”.

      Słowo „Oni” napisałem, jak widzimy, z wielkiej litery i zrobiłem to jak najbardziej świadomie. To nie są bowiem jacyś „oni”, ale właśnie ci, jak najbardziej określeni, dobrze nam znani Oni. Zanim zaczniemy zamykać te refleksje, przyjmijmy odpowiednio mocną pozycję, bo tu naprawdę nie ma żartów. Uwaga:
Mieszkańcy całej ziemi mieli jedną mowę, czyli jednakowe słowa. A gdy wędrowali ze wschodu, napotkali równinę w kraju Szinear i tam zamieszkali. I mówili jeden do drugiego: „Chodźcie, wyrabiajmy cegłę i wypalmy ją w ogniu”. A gdy już mieli cegłę zamiast kamieni i smołę zamiast zaprawy murarskiej, rzekli: „Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba, i w ten sposób uczynimy sobie znak, abyśmy się nie rozproszyli po całej ziemi”. A Pan zstąpił z nieba, by zobaczyć to miasto i wieżę, które budowali ludzie, i rzekł: „Są oni jednym ludem i wszyscy mają jedną mowę, i to jest przyczyną, że zaczęli budować. A zatem w przyszłości nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić. Zejdźmy więc i pomieszajmy tam ich język, aby jeden nie rozumiał drugiego!” W ten sposób Pan rozproszył ich stamtąd po całej powierzchni ziemi, i tak nie dokończyli budowy tego miasta. Dlatego to nazwano je Babel, tam bowiem Pan pomieszał mowę mieszkańców całej ziemi. Stamtąd też Pan rozproszył ich po całej powierzchni ziemi.

       Jak ci z nas, którzy dali radę, mogli zaobserwować, w pewnym momencie owego szczególnego teatru została również bardzo symbolicznie wspomniana owa dziewiątka zmarłych robotników. Proszę się przyjrzeć uważnie tej scenie, bo to ona tak naprawdę pokazuje cały sens owego strasznego przedsięwzięcia. Oni jeden po drugim umierają, a nad nimi unosi się TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. To on w całej swojej krasie zwycięstwa, a kiedy my już to wiemy, pozostaje nam się tylko zastanowić, czy to przypadkiem nie jest tak, że on już nawet nie musi czekać na okazję. Czy to nie jest tak, że on kolejne okazje jak najbardziej kreuje? Uroczystość otwarcia Gotthard-Basistunnel pokazuje ową ekspansję bardzo wyraźnie. Najwyraźniej komuś się bardzo spieszy.

      W tych dniach prezydent Argentyny Mauricio Macri – co warte podkreślenia, podobno reprezentujący polityczną prawicę – przekazał 16 666 000 peso na rzecz wspieranej przez Papieża Franciszka fundacji edukacyjnej Scholas Occurentes. Jak informują watykańskie media, papież zadecydował o zwrocie pieniędzy. W notatce uzasadniającej papieski gest, miały się pojawić słowa: „nie lubię liczby 666”. I to jest wiadomość dla nas z pewnego punktu widzenia podstawowa. Jak mogliśmy się wielokrotnie w ostatnich dniach przekonać, posługa papieża Franciszka bywa ze strony najbardziej pobożnych katolików wyjątkowo mocno kontestowana. A ja dziś sobie myślę, że jeśli akurat papież został przez TegoKtóry w tak zuchwały sposób sprowokowany i tak pięknie się owej prowokacji odejrzał, powinien mieć w nas swoje oparcie. Niech wszystko to, co zostało już wcześniej powiedziane, podtrzymuje nas w tym postanowieniu.
      A święty Godard niech nadal chroni alpejskich wędrowców, szczególnie tych, którzy szykują się, by, gdy spadną pierwsze śniegi, sprawdzić czy ów tunel faktycznie sięga Nieba.

 

 

wtorek, 6 sierpnia 2024

Zło w świecie Boga Jedynego

 

       Czas, który wszyscy tu przeżywamy od grubo ponad dwóch już miesięcy niestety nie ułatwia mi też zajmowania się sobą, a przy okazji też tym naszym blogiem. Postanowiłem jednak się odezwać, choćby po to, by dać znać, że żyję i wciąż bardzo liczę na to, że przyjdzie dzień, gdy znów ujrzymy słońce. Rzecz jednak w tym, że od wspomnianych dwóch miesięcy jesteśmy na ciągłej huśtawce i kiedy już się zdaje, że moja chora córka wychodzi na prostą, to znów się okazuje, że Pan Bóg wciąż od nas czegoś wymaga i pragnie nas na nowo doświadczyć, a kiedy owo doświadczenie staję się nie do zniesienia, znów wraca nadzieja, by za chwilę okazało się, że chyba znów byliśmy zbyt pewni siebie. Tak to trwa i tak też próbujemy sobie z tym nieszczęściem dać radę.

       Dziś zatem jest tak, że po całej serii niezwykłych znaków i autentycznych cudów, jesteśmy na początku drogi, gdzie nasza biedna córka jest przed kolejną diagnozą i zapewne operacją wycięcia guza. Mamy oczywiście nadzieję, że wszystko się zakończy szczęśliwie i planowany na 24 sierpnia jej i Michała ślub dojdzie do skutku i tym samym otworzy się nowy, piękny rozdział w ich wspólnym życiu. Proszę więc wszystkich o modlitwę o jej wyzdrowienie i dla nas o siłę wiary, nadziei i miłości.

***

      Żeby jednak nie kończyć na tych smutkach, chciałbym poruszyć kwestię, która czeka w kolejce niemal tak długo, jak jestem tu nieobecny, dotyczącej mianowicie pozwu, jaki przeciwko mnie skierował do sądu dziennikarz Cezary Łazarewicz. Dla przypomnienia, poszło o to, że w swoim tekście, w którym skrytykowałem oparty na reportażu Łazarewicza film o zabójstwie Grzegorz Przemyka, zasugerowałem, że zbierając informacje dotyczące życia i śmierci Przemyka, Łazarewicz opierał się na informacjach uzyskanych po konsultacjach z Jerzym Urbanem, Wojciechem Jaruzelskim i Czesławem Kiszczakiem i owa sugestia dotknęła Łazarewicza do tego stopnia, że zażądał ode mnie przeprosin i odszkodowania za poniesione straty moralne. Podczas rozprawy sądowej, red. Łazarewicz zapewnił, że on w życiu nie miał żadnych kontaktów z owymi trzema osobnikami, a ja oświadczyłem, że bardzo mi przykro, że taka myś mi w ogóle przyszła do głowy, i doszło do ugody, w wyniku której ja Łazarewicza obiecałem przeprosić odpowiednim wpisem na platformie X (dawniej Twitterze), a on zgodził się znacznie obniżyć swoje nie tylko finansowe wobec mnie oczekiwania.

       Przeprosiłem więc bardzo szczerze Łazarewicza i wpłaciłem Jerzemu Owsiakowi, Łazarewiczowi i jego adwokatowi w sumie niemal 1800 zł., w szczerym przekonaniu, że w rzeczy samej zarzucić komukolwiek, a zwłaszcza osobie bez winy, jakiekolwiek konszachty z Jerzym Urbanem, Czesławem Kiszczakiem i Wojciechem Jaruzelskim to potwarz wołająca o pomstę do nieba. To co mnie dziś naprawdę cieszy i daje mi szczerą satysfakcję, to fakt, że chyba po raz pierwszy w historii III RP, oficjalnie, z wyroku sądu Rzeczpospolitej Polskiej, zostało potwierdzone, że wymieniona wcześniej trójka złoczyńców, to nie dość że złoczyńcy, to w dodatku ludzie do tego stopnia pozbawieni honoru, że kojarzenie kogokolwiek z którymkolwiek z nich zasługuje na potępienie z mocy prawa.

       Niniejszym więc postanawiam, że już nigdy, tak jak dotychczas Hitlera, Stalina, Kaliguli, Putina, Heroda, czy Pol Pota, również nazwisk Wojciecha Jaruzelskiego, Czesława Kiszczaka i Jerzego Urbana nie będę przywoływał, nawet wtedy, gdy będę chciał coś powiedzieć o ludziach, których nie lubię.

***

      Jeszcze raz bardzo proszę o modlitwę z naszą Zosię.



 

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...